Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Wczoraj w warszawskim kinie „Muranów”, w ramach projektu „era nowe horyzonty tournee 2010”, odbył się przedpremierowy pokaz „Hadewijch” - niezwykłego filmu Bruno Dumonta (scenariusz i reżyseria), uhonorowanego w 2009 roku nagrodą Międzynarodowej Federacji Krytyków Filmowych (FIPRESCI) na festiwalu w Toronto. Miła odmiana po komercyjnej sieczce serwowanej przez większość kin, choć słowo „miły” wyjątkowo do tego filmu nie pasuje. To było jedno z tych nieczęstych przeżyć, kiedy w trakcie projekcji na sali nie słychać siorbania coca-coli, chrzęstu popcornu ani szelestu opakowań po batonach, a po pojawieniu się napisów końcowych, przez dłuższą chwilę widownię przygniata wymowna cisza. Intrygujące, bo na dobrą sprawę, od strony przesłania, film nie oferuje niczego nadzwyczajnie odkrywczego. Upraszczając dałby się zamknąć w czterech krótkich zdaniach: Skąd rekrutują się terroryści? Z fanatyków religijnych. Skąd biorą się fanatycy religijni? Z niedostatku miłości. Ot, i wszystko. Ale trzeba zobaczyć, jak Dumont potrafił to pokazać!
Trudno przecenić zasługi fenomenalnej Julie Sokołowski, która stworzyła postać głównej bohaterki, Celine, arystokratycznego pochodzenia paryskiej studentki teologii i żarliwej kandydatki na zakonnicę o imieniu Hadewijch, w jednym. Nawiasem mówiąc, imię „Hadewijch” w filmie pada dwa, może trzy razy, bez żadnej bliższej informacji. Gdyby nie kinowe ulotki, nie wiedziałabym wcale, że „w oryginale” należało do średniowiecznej flamandzkiej mistyczki i poetki ”przepełnionej bezgraniczną miłością, tęsknotą i potrzebą fizycznej bliskości z Bogiem”. W relacjach średniowiecznych - OK, takie sformułowanie nie zgrzyta, ale kto kupi taki język i takie potrzeby współcześnie? I za jaką cenę? Ano właśnie. Religijnej egzaltacji dziewczyny (a właściwie, nazywając rzecz po imieniu: religijnej obsesji) nie wyjdą naprzeciw ani przełożone w klasztorze, bez oporów pozbywając się kłopotliwej postulantki, ani wręcz karykaturalnie chłodni i obojętni rodzice. Celine samotnie pogrąża się w namiętnym pragnieniu osobowego zespolenia z Jezusem, dla Jego Miłości jest gotowa cierpieć głód i chłód, bez słowa skargi przyjąć odrzucenie, ponieść wszelkie ofiary. Trudno o bardziej podatny grunt dla przygodnie spotkanego, islamskiego fundamentalisty, Nassira, który skrupulatnie wykorzysta okazję. Uśmiech Boga. Gdyby nie litościwy Samarytanin w osobie zagadkowego recydywisty, pracownika budowlanego z klasztoru, w finałowej scenie Celine dołączyłaby do świetnego grona męczenników. Za wiarę? Nie wydaje się.
Mnóstwo jest w tym filmie scen niejasnych, niepoddających się łatwym ocenom i łatwym interpretacjom, a przez to długo po zakończeniu uwierających jak włosiennica. Nie daje się po prostu wzruszyć ramionami: Nawiedzona małolata, miała nierówno pod sufitem, biedna mała, mnie to na szczęście nie dotyczy. Długo nie sposób usunąć z pamięci twarzy Celine, trochę topornej, bez śladu upiększania, momentami irytująco bezmyślnej, a chwilami dziecinnie niewinnej. Natarczywie cisną się pytania: Gdzie przebiega granica „normalnej” wiary? Jak nie być „letnim”, ale nie wpaść w pułapkę nadgorliwości? Jak wymierzyć „właściwe” proporcje miłości własnej i do Boga? Czy i jaki sens dla dzisiejszego człowieka wierzącego, ma umartwianie się, posty, nakazy i zakazy? Czy to rzeczywiście może być drogą do Boga? A mistycyzm? Między bajki włożyć?


Sala była pełna. Czy może ktoś z Was też widział ten film? Fajnie byłoby się przekonać, że na kimś jeszcze zrobił równie duże wrażenie. Pozdrawiam - Ania

Opublikowano

Aniu, kolejna, kapitalna recenzja. dziekuję, bo dzięki Tobie jestem na bieżąco w wydarzeniach filmowych.
jesteś świetna w tym, co robisz i jak TO piszesz.
brawo
a filmu nie omieszkam obejrzeć, mając w pamięci Twoją zachętę
:)
wszystkiego dobrego na nowy rok
:*

Opublikowano

Może mógłbym coś więcej powiedzieć, gdybym film widział, a tak zostaje mi jedynie szacunek i pewien rodzaj wdzięczności dla piszącej recenzję, za rozbudzenie we mnie chęci pochłonięcia filmu.
Napisane sprawnie - to i przeczytałem gładko :)
Dzięki.

Dróg do Boga jest tyle, ilu jest ludzi na Ziemi. Każdy z nas musi w sobie odnaleźć jedynie tę najwłaściwszą ( wiem, wiem, łatwo powiedzieć, a trudniej wykonać... ) dla siebie.

Pozdrowienia śniegi topiące :)
M.

Opublikowano

Chyba już w ten weekend film wchodzi "normalnie" do kin, trzeba tylko poszperać w repertuarach, bo chyba ten rodzaj filmu w multipleksach na szeroką widownię raczej liczyć nie może. Gdybyś się skusił i film zobaczył, odezwij się potem koniecznie, proszę, bardzo jestem ciekawa Twojej opinii :)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


W zasadzie masz stuprocentową rację. Problem w tym, że forum dla prozy jest zupełnie nieuczęszczane, a uczęszczane forum dla poezji, tym bardziej nie jest właściwym miejscem dla recenzji. Pat :( Napisz, jeśli zdecydowanie Ci przeszkadza, całkiem ją stąd zabiorę. Pozdrawiam - Ania
Opublikowano

Polazłem w końcu na Hadewijch.
Może, nie tyle religia, co sama religijność, stymuluje rozwój rozłożystego wachlarza interpretacji, szczególnie, jeżeli powodem tego jest rozczarowanie faktem, że bohaterka nie może (wg mnie - nie potrafi ) odnaleźć Boga.
Nawet przeczytałem kilka recenzji.
Ale - ’’Dumont to brutalista kina’’, ’’Dumont opowiada o świecie, wypranym z religijności’’, czy ’’Dumont pokazuje, że granica między szaleństwem, mistycyzmem a głęboką wiarą jest płynna’’ - to standardy, dla mnie zbyt oczywiste. Wszystko jest płynne, wciąż się zmienia, skrystalizowane są jedynie nasze uprzedzenia :)
Równie dobrze, mógłbym wysnuć wniosek, że w żadnej religii nigdy nie znajdziemy Boga.
On jest w nas, jest jak tryliardy rozrzuconych kawałków, a ich różnorodność składa się na coś, co zwiemy życiem.
Mało jest takich filmów, a szkoda...

Opublikowano

Bardzo dziękuję, że się odezwałeś "po". Mówisz, że skrystalizowane są jedynie nasze uprzedzenia? Skądinąd wiadomo, że uprzedzenia rodzą się ze strachu, a nie da przestać się bać - trzeba by wrócić do Edenu, zanim nieszczęsna Ewa zgrzeszyła....

Opublikowano

Przełamywanie tego strachu jest właśnie naszym rozwojem - tak ja sobie myślę :)
No, a uprzedzenia mogą wynikać z naszej niedoskonałości - jak najbardziej nam naturalnej, i z chęci szufladkowania wszystkiego, szczególnie tego, czego nie rozumiemy do końca ( chociaż niezrozumiałe rzeczy upychamy zawsze na samym dnie, w najniższej szufladzie... ).
A co tam z tym Edenem? Dlaczego Ewa zgrzeszyła?

  • 4 tygodnie później...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Abi wyciągnęła list ze skrzynki pocztowej, a delikatna faktura koperty w dłoniach przywołała uczucie czegoś niemal sakralnego – przesyłka była starannie przygotowana, a pismo tak piękne i precyzyjne, że od razu można było wyczuć w nim emocje nadawcy. List zaadresowano do Noela.

      – Ciekawe, od kogo…? – mruknęła do siebie, obracając kopertę w dłoniach z lekką nutą zazdrości. „Może od koleżanki? A może od kogoś, kogo kocha?” – zastanawiała się.

      Przez głowę przemknęła jej nieoczekiwana myśl: „Do tej pory nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo polubiłam Noela…”

      Łączyła ich niewidzialna więź. Czasem wystarczyło jedno spojrzenie, by wszystko zrozumieć. Takie milczące porozumienie, które nie potrzebowało słów.

      Po powrocie do domu położyła list na stoliku w holu, ale ciekawość nie dawała jej spokoju. Postanowiła jak najszybciej przekazać go adresatowi.

      – Pójdziemy na spacer, co? – zwróciła się do Lisy, a ona natychmiast podniosła głowę, merdając ogonem w odpowiedzi.

      Już od dawna planowała założyć tę piękną błękitną sukienkę kupioną razem z Zoe, ale jakoś nigdy nie nadarzyła się odpowiednia okazja. Spotkanie z Noelem wywoływało lekkie drżenie jej serca i zdawało się doskonałym powodem do założenia kreacji.

      Przyjaciółki niedawno były na zakupach i kiedy Zoe dostrzegła w oknie wystawowym to cudo, wykrzyknęła z zachwytem:

      – Koniecznie musisz ją mieć! Gdy Noel cię w niej zobaczy, oszaleje z zachwytu!

      Abi uśmiechnęła się lekko, przeglądając się w lustrze. Już sama świadomość, że Noel zobaczy ją w zwiewnej sukience, a nie w szpitalnym uniformie, sprawiała, że jej serce podskakiwało z radości. Czuła w sobie coś więcej niż zwykłą radość – subtelny dreszcz sugerujący, że zaczyna jej zależeć na tym, by spodobać się właśnie jemu.

      Postrzegała Noela jako sympatycznego, ciepłego i wesołego chłopaka. Nie mogła dokładnie określić, co najbardziej przyciągało ją do niego – czy była to jego aura, dostrzegała podczas procesu zdrowienia i nabierająca powoli pięknych, delikatnych odcieni, czy może po prostu rodząca się między nimi więź. Każde spojrzenie, każdy drobny gest Noela sprawiały, że serce Abi zaczynało bić szybciej, a w jej głowie rodziły się ciche pragnienia.

      Zoe żartowała z typową dla siebie lekkością: „Właśnie tak jest, kiedy się kogoś kocha”. Abi uśmiechnęła się pod nosem, wiedząc, że jeszcze nie jest gotowa przyznać się do swoich uczuć, nawet przed sobą. Przecież nigdy wcześniej nie kochała w ten sposób – oprócz rodziców, ale to zupełnie coś innego. Klark był dla niej bardziej jak przyjaciel i opiekun, dawał poczucie bezpieczeństwa. Z Noelem czuła delikatną iskrę sympatii, może nawet pierwszy płomyczek miłości, której jeszcze nie odważyła się w sobie odkryć.

      Szła teraz dumnie ulicą, trzymając Lisę na smyczy, a w jej wnętrzu tliło się ciche podekscytowanie. Czy naprawdę zauważał jej drobne gesty? Czy dostrzegał radość, którą emanowała, czy to tylko jej wyobraźnia, podsycana ciepłem emocji? Wszystko wydawało się możliwe, a ona pozwalała sobie na tę subtelną euforię.

      Promieniowała szczęściem i spokojem, każdy krok niósł poczucie harmonii i nadziei. 

      „Tak mogłoby być wiecznie” – pomyślała, pozwalając sobie na krótkie, słodkie marzenie o tym, że świat wokół niej zawsze będzie tak pełen ciepła i drobnych radości.

      Kiedy dotarły do kliniki, Abi poczuła lekkie mrowienie w brzuchu. 

      Pewnym krokiem weszła do pokoju Noela, a jej serce przyspieszyło rytm. Lisa podskoczyła radośnie, witając się z chłopakiem, a potem spokojnie usiadła, obserwując panią z uważnością typową dla swojego wrażliwego charakteru.

      – Cześć, Noel – powiedziała cicho, uśmiechając się, choć nie mogła powstrzymać lekkiego drżenia w głosie. – Mam coś dla ciebie…

      Noel nie mógł powstrzymać zachwytu, kiedy ją zobaczył:

      – Dzień dobry, księżniczko! Co zrobiłaś z moją przyjaciółką?

      – Wariat! Halo, to ja, ta sama Abi – odparła radośnie, siadając przy łóżku.

      – Niby ta sama, a jednak inna… – Uśmiechnął się rozbrajająco.

      Uśmiech Noela był pełen zachwytu, niemal nieziemski. W jego oczach pojawiła się czułość i podziw, jakby zobaczył coś najpiękniejszego na świecie.

      Abi podała mu przesyłkę

      – Zobacz, to może być coś ważnego.

      Patrzyła, jak powoli chwyta kopertę, jak wpatruje się w jej oczy, szukając wyjaśnienia, zanim jeszcze przeczyta słowa adresowane do niego.

      Noel zaczął powoli czytać list, jego wzrok ślizgał się po starannym, pełnym emocji piśmie. Abi stała tuż obok, widziała, jak na jego twarzy pojawia się kalejdoskop uczuć: zaskoczenie, wzruszenie, a gdzieś w tle – delikatna nuta radości i ulgi. Dawno tłumione emocje zaczęły przebijać się na zewnątrz, a każda z nich potwierdzała wagę tego, co trzymał w dłoniach.

      Kiedy przeczytał ostatnie słowa, jego ręka opadła bezwładnie na łóżko, a oczy zaszkliły się. Spod powiek powoli spływały łzy, które łagodnie sunąc po policzkach. Nie był przygotowany na taką wiadomość – wyznanie łączące w sobie skruchę, miłość i nadzieję.

      Widząc jego wzruszenie, Abi pochyliła się nieco, delikatnie obejmując jego dłoń swoimi palcami. 

      Poczuła nie tylko współczucie, lecz także coś głębszego, ciepłego – sympatię, która zaczynała przekształcać się w subtelną bliskość. W tej chwili nie musiała wypowiadać słów, bo wszystko, co czuła, było wyraźnie obecne w jej spojrzeniu, w delikatnym uśmiechu, w sposobie, w jaki delikatnie trzymała jego rękę.

      Noel spojrzał na nią i odnalazł w jej oczach bezpieczeństwo, zrozumienie i ciepło, którego brakowało mu przez całe życie. I choć dopiero odkrywał własne emocje, to Abi poczuła, że ta chwila – ich wspólna, cicha bliskość – staje się początkiem czegoś niezwykłego.

      – Wszystko dobrze? – zapytała łagodnie, a w jej głosie pobrzmiewała troska i subtelna nuta ciepła.

      – Tak… – odpowiedział, ocierając łzy. – Nawet nie wiesz, jak bardzo dobrze… – Zawahał się, a potem spojrzał na nią z delikatnym uśmiechem. – Przeczytaj to, proszę.

      Kochany Syneczku.

      Bardzo długo zbierałam się na odwagę, żeby napisać ten list. 

      Nawet nie wiem, czy będziesz w ogóle chciał go przeczytać. Masz pełne prawo podrzeć go i wyrzucić już teraz. Żywię jednak cichą nadzieję, że zrobisz to dopiero po doczytaniu do końca. 

      Tak trudno mi ubrać w słowa to, co czuję. Pragnę tylko, żebyś wiedział, jak bardzo mi przykro. Nawet nie mogę sobie wyobrazić jak mocno zraniłam Cię swoim nagłym odejściem. Wtedy postrzegałam tę kwestię zupełnie inaczej i najważniejsze było dla mnie moje szczęście. 

      Dzisiaj już wiem, jak bardzo byłam samolubna i obojętna na uczucia innych. Odchodząc od Was popełniłam największy błąd mojego życia, ale czasu już nie cofnę i muszę żyć z tą świadomością do końca moich dni. 

      Nie proszę o przebaczenie, bo na nie nie zasługuję. Chcę tylko, żebyś wiedział, że cały ten czas byłeś zawsze w moim sercu, jako jedyna i prawdziwa miłość mojego życia. Brak kontaktu z mojej strony podyktowany był olbrzymim wstydem za czyn, którego się dopuściłam. Przez te wszystkie lata czułam się niegodna Twojej miłości, ale nosząc Cię w sercu żywiłam nadzieję, że wiedzie Ci się dobrze i że jesteś zdrowy. 

      Już od dawna zbierałam się na odwagę, by nawiązać z Tobą kontakt i pomógł mi w tym sen, który bardzo mnie zaniepokoił. Nie mogłam już dłużej zwlekać. 

      Nie wiem nawet, czy jeszcze mieszkasz z tatą, czy się przeprowadziłeś... 

      Ja nie jestem już z tym mężczyzną. Wynajmuję teraz mieszkanie w kamienicy mojej przyjaciółki Mai, zapewne ją pamiętasz. 

      Jest jeszcze coś bardzo ważnego, co powinnam powiedzieć Ci już dawno temu. Masz przyrodnią siostrę Karin, ona wie o Twoim istnieniu i często pyta o Ciebie. Moim jedynym marzeniem jest, żebyście mogli się kiedyś spotkać, poznać i porozmawiać. Odebrałam Wam tyle pięknych i szczęśliwych lat razem, ale może nie wszystko jeszcze stracone…

      Kocham Cię bardzo

      Mama

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...