Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Czerpanie natchnienia tam gdzie czaii się zarzewie artystów lub artystycznych doznań wydaję mi się sensowne wiec proponuje ten wątek chcących podyskutować o malarstwie polskim i o głównych przedstawicielach tej opisującej bogactwo przeżyć wewnętrznych sztuki jakim jest malarstwo. Podejrzewam, że nie obce jest użytkownikom tego portalu korzystanie w poszukiwaniu inspiracji ocenianie dzieł które w moim rozumieniu są fundamentami polskiej sztuki tak jakby rzuconymi pod nogi wnikliwego i czułego obserwatora.Dlatego zapraszam do odwiedzenia zaścianku który w swej wirtualnej formie wydaje mi się na tyle bogaty by stać się atrakcyjnym dla wnikliwych miłośników sztuki. www.pinakoteka.zascianek.pl/Artists.htm

Opublikowano

Mój obraz najlepszy jest niepolski - niestety - jest ze stron, które onegdaj Niderlandami były zwane. I mimo, iż ochoczo przypisano mu autorstwo Hansa Memlinga, to ja raczej byłbym bardziej powściągliwy w tym względzie. Oczywiście, chodzi o Sąd Ostateczny, który obecnie posiada gdańskie Muzeum Narodowe.
Ludzie zjedli zęby na próbach interpretacji tego dzieła, lecz w zasadzie nikomu do końca nie udało się tego dokonać.
Rozpierdala mnie to diablątko o motylich skrzydłach...
www.google.com/images?q=memling+s%C4%85d+ostateczny&rls=com.microsoft:pl:IE-SearchBox&oe=UTF-8&rlz=1I7ADRA_pl&um=1&ie=UTF-8&source=univ&ei=AtjeTO7wD4jIswbDk-XyCw&sa=X&oi=image_result_group&ct=title&resnum=1&ved=0CCEQsAQwAA

Opublikowano

Teraz rozumiem tą stagnacje.Naród stłamszony przez media publiczne nieustanie szokujące bulwarowymi doniesieniami lub szokowany po prostu zwykłą głupotą ludzi uważających się za lepszych z powodu możliwości wpłynięcia na czyjąś osobowość o psychice nie wspominając.Ja to już się czuje jakby powiedzenie Katarzyny carycy Rosji dziel i rządź było hasłem przewodnim upublicznia czegokolwiek nawet gorzej bo to hasło jest przewodnie w rozumieniu nad skłóconymi ludźmi łatwiej zapanować i dyktować warunki często nawet bytowe.Lepiej piszmy wiersze które opisują własne przeżycia wewnętrzne a nie jak w mediach własny stosunek do domniemanego odbiorcy określonych treści.Mam nadzieje, że będzie lepiej bo na razie nie zanosi się na to.
Przepraszam ale trudno mi się żyje gdy słucham ludzi mających władze i to nie koniecznie chodzi o władze ustawodawczą.Pozdrawiam ludzi którzy myślą podobnie.

Opublikowano

Grzegorzu, ludziom teraz się po prostu nie chce niczego... Nie chce im się dyskusji o malarstwie ( już samo to jest niezwykle wąską dziedziną ), nie chce im się myślenia ( żeby w ogóle coś wymyśleć konstruktywnego ), nie chce nim się wykonania jakiegokolwiek gestu...
Odwalić pańszczyznę i kanapa ( sofa, hamak, jacuzzi - w zależności od majętności ) :)
I masz rację - żyje się zajebiście ciężko wśród debili, którzy próbują nam wcisnąć, jak mamy żyć, żeby było dobrze. Ale dobrze dla nich, nie dla nas.
Pozdrawiam

Opublikowano

Goya. z jego niewielkim "Chrystusem na górze oliwnej", który to obraz podarował zakonnikom od św Antoniego. Myślę, że Goya był bardzo samotnym człowiekiem, chyba też dlatego go mocno lubię, a ów chrystus w jakiś sposób kumuluje uczucie, jakie na swój sposób rozumiem i znam. Co gorsza nie da się od tego uczucia uciec, tego dowiaduje się też chrystus, jednocześnie prowadząc ostatnia walkę i opuszczając ręce. ostatni zryw odwagi/szaleństwa/chęci uratowania się, rzucenie się losowi w twarz, jako obelga i ofiara.

El Greco za upiorne i niezwykłe światło.

Opublikowano

Myślę, że zmienność stylu Goy'i wynika z niepotrzebnego delikatnie ujmując zaniedbania go przez ludzi z towarzystwa na jakie przecież zasługiwał.Jego obrazy które namalował za młodu gdy jeszcze pracował dla dworu bo tak wyczytałem w jego biograficznych interpretatorach były moim zdaniem genialne.Potem jest okres w którym malował mniej (lub zaginęły jego obrazy lub poproszony został o wykładanie na jakieś włoskiej lub francuskiej akademi sztuk pięknych) i trzecia twarz artysty po wojnie domowej w Hiszpanii.Okropieństwa wojny miały na Goy'e taki ogromny wpływ, że ta tematyka pochłonęła go ale nie był bym pewny czy nie świadomie powstało tyle dzieł na temat wojny domowej.Przecież Goy'a był na tyle świadomy tego co się stało iż podejrzewam że jego dzieła z trzeciego jak to nazywam jego okresu twórczego życia mają na celu odstraszać od wojny.Te dzieła pokazują jak okropne są działania wojenny gdzie często zagubiają się heroizm w głupocie i brutalności.Myślę że Goy'a to taki geniusz który przez swoją genialność przeszedł do historii w częściowej niesławie chociaż nie jestem tak do końca pewien bo przecież jego obrazy nadal wiszą narodowych muzeach Hiszpanii i wystarczy wiedzieć, że część dzieł powstała w czasie i po wojnie domowej by rozumieć sztukę Goy'i.

Opublikowano

Słoneczniki van Gogha ( szarada )

Znał tylko mgły Holandii, Flandrii i Londynu
Zimną pianę fal morskich, miasta pełne dymów -
Malował chłopskie ręce, zatroskane twarze.
Smutne, czarne od węgla sztolnie Borinage'u!

A potem przyszła Francja ze swoim urokiem,
Subtelna aura Sztuki nowej i głębokiej
- To nadsekwańskie niebo w mgiełce z amestytu -
SIEDEM-OSIEM-TUZINNA paryskich artystów ...

Wtedy jakiś wewnętrzny WSPAK JEDEN-WSPAK WTÓRY,
Głód ujrzenia pławiącej się się w świetle Natury,
Jakiś pierwotny instynkt namiętnej ekspansji
Pchnął go - jak hetakombę - w słodki żar Prowansji.

W szafir oprawne słońce - jak krągła TRÓJ-SZOSTA,
Oślepiająca blaskiem, zawieszona w pustce.
A pod nią - niby fale ruchomych ogników -
Oranżową żółtością CZWOR-PIĘĆ słoneczniki.

WSPAK RAZ- WSAK OSIEM - ÓSMY, sam słońcem szalony,
Na ognistej formindze grał pieśń rozżarzoną
Nieodparcie naglący, monotonny wątek,
Aż mózg się stawał jedną DZIEWIĄTĄ i PIĄTĄ ...

Morze barw najjaskrawszych - magiczna świątynia,
Nie odgrodzona ani CZWÓR - TRÓJ - DZIESIĄTYMI
Ni murem - jak niczyja - leżała na dłoni ...
Tak - on tu musi zostać - nie odejdzie od niej.

SZEŚĆ - DRUGIE, łokcie płótna pokrywał farbami,
Codziennie świeży motyw chciwe oko mamił:
DZIESIĄTA i DWUNASTA, żółć, lazur, szkarłaty
Stapiały się w pejzaże i olbrzymie kwiaty.

Wyrzucił z serca przeszłość niby podłe chwasty -
Jak Jazon na WSPAK DZIEWIĘĆ i WSPAK JEDENASTYM
Ruszył, by wydrzeć Słońcu jego złote runo -
Jedna mu tylko w mózgu już dźwięczała struna ...

Obłęd ... Demon Południa, co się zjawiał Goyi
Szara, bezkształtna masa pełznąca powoli -
SIÓDM - WSPAK JEDENASTEGO przyzywać na pomoc?
Los każe w lepkich mackach samotnie zatonąć...


"LUCY" z Poznania

'Szaradzista' nr 4(198) z 15 lutego 1964r.

Opublikowano

Czemu by nie skupić się na Malczewskim z jego świadomie brutalnymi pociągnięciami pędzla podkreślanymi brutalnością barw.Być może nie poznał techniki akwareli lub słabo się w niej poruszał czego niestety również nie jestem pewny bo przecież wykładał jako profesor na Uniwersytecie Jagielońskim jak wyczytałem, gdzież to wcześniej był uczniem Jana Matejki.Być może był przytłoczony początkowo dobieraniem tematyki po ukończeniu studiów i dopiero później odnalazł samorealizacje i własne podejście do Sztuki bagatelizując sztukę zza obecnie wschodniej granicy.Jedno jest pewne obrazu Malczewskiego na żywo bo miałem szczęście podziwiać jego dzieła w bezpośrednim kontakcie wywołują niesamowite wrażenie niestety jednocześnie zakładają swojemu odbiorcy swoistego rodzaju pęta.Takie skrojone na akademickie podejście do tematu jakie przeżycia wewnętrzne mają być tak jakby wewnętrznie przedyskutowane u odbiorcy.Heh lubię Malczewskiego bo pewnego pięknego wiosennego dnia pokusiłem się próbę dyskusji z jego malarstwem(Chłopiec obok okna) i jest to próba częściowo udana bo J.M. pozwala na udaną reinterpretacje swoich pomysłów, nie udało mi się natomiast uniknąć popadnięcia w impas który skrzętnie Jacek Malczewski w swych obrazach udanie unikał ale za to powstała dość ciekawa interpretacja tego co u niego mi się nie podoba i za to Malczewskiemu przesyłam wyrazy szczerego zainteresowania jak i pozdrowienia.Ciekawe jak ten obraz się teraz ma ...
www.artyzm.com/obraz.php?id=2947

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



a wie Pan, co ja lubię w Malczewskim? ahaha, to nie ma związku z jego techniką, sposobem i formuła, ale jednocześnie ma ogromny. w Malczewskim lubię jego Chimerę. Tak podprogowo ją czuć w jego obrazach, zupełnie niezależnie od symboliki tradycyjnie wiązanej z Malczewskim. jakoś mu ta Maria prześwituje przez niego całego. To teraz tak na dorosło i tak z pełnym przyzwoleniem, ze po ludzku mogę lubić ludziejskie rzeczy.
Jako dziecko zakochałam się w "Aniele pójdę za tobą" i później już ten Malczewski zawsze ze mną był w różnych odsłonach i w różnym rozumieniu, aż wybrałam sobie to, co uwielbiam w nim na ten czas (oczywiście nie oznacza to, ze odrzuciłam inne walory np niesamowite piękno pojawiające się w patetycznym złamaniu poczucia naturalności)
Tez miałam przyjemność, bo to niewątpliwie przyjemność, widzieć wystawę Malczewskiego i obcować z pojedynczymi dziełami tu i ówdzie. Ach, no i nie mogłabym nie powiedzieć, że jako zakochana w mitach, legendach, baśniach, znajduję w płótnach pana Jacka świat, który do mnie mówi również w taki sposób. Przychodzi mi też na myśl "gest" u Malczewskiego, jego znak ciała i od razu biegnę sobie myślą do obrazu "kobiety grabiące siano" za niesamowitą postacią centralną. to przerysowywanie gestów u Malczewskiego to jest dla mnie magiczne złamanie chwili, rozbicie skorupy orzecha, pozwalające wyjąć spod naturalnego kształtu to, co może za nim drzemać. No i oczywista sprawa, lubię jego śmierć, ładnie ten obraz Tanatosa wykorzystał Kondratiuk w swojej "Mlecznej drodze" . Sądzę, ze "pęta" malczewskiego, JAKOŚ przez ich "wymalowaną" jawność, pozwalają same siebie unikać. nie wiem, może się mylę, bo to oczywiscie odczucie własne, ale w jakiś sposób znalazłam swój własny kanał dcierania. moze właśnie ta balowa mnie poprowadziła? sekretnymi drogami poza farbą? cholera wi, zresztą w sumie, czy ja musiałabym to wiedzieć? jak się tak do siebie zastanowię. Nii, odpowiadam sobie ;)
Miłej soboty :))

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię.

      Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem.

      Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...