Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Zaczęło się bez sensu.
Wymieniliśmy ostatnie uściski na "do widzenia". Wsiedliśmy do Toyoty. Pies rozłożył się na tylnym siedzeniu i położył łeb na udach naszej córki. Ustawiłem lusterka. Odpaliłem silnik, który równo zamruczał. Otworzyły się lewe-tylne drzwi i usłyszeliśmy:
- Haniu, daj jeszcze dzidziusiowi buziaczka – powiedział do swojej wnuczki teść.
- Pa, dziadziusiu – powiedziała Hania wyciągając w jego stronę głowę jak mała żyrafa.
- Cześć, szerokiej drogi – rzucił dziadek błogosławieństwo na pożegnanie i trzasnął drzwiami.
I usłyszeliśmy jęknięcie psa, który zerwała się na cztery łapy jak rażony prądem.
Krzyknąłem:
- Kurwa, ogon! Przyciąłeś psu ogon! Drzwi! Otwórz drzwi! Kurwa mać!
Drzwi otworzyły się, jakby były zaprogramowane na podniesiony głos. Pies skulił się jak zbity. Miał smutne ślepia i cały dygotał. Teść powiedział: „Przepraszam” i delikatnie kłapnął drzwiami.
- Ty zawsze musisz komuś naubliżać?! Powiedziałeś do taty: „kurwa”. Nie mogłeś się do niego odezwać normalnie?
- To znaczy, że jak miałem powiedzieć?
- Mogłeś odezwać się kulturalnie.
- Daj spokój. Pies ma przycięty ogon. Jęczy z bólu, a ja mam powiedzieć: „Tatusiu, otwórz proszę drzwi, bo przyciąłeś pieskowi ogon?”
Zaczęła płakać. Jeszcze nie wyjechaliśmy z podwórka, a już płacze. Kobiety i to reakcja, które przyprawia mnie o podwyższone ciśnienie. To wychodzi wam genialnie – płacz. Jest jeszcze kilka rzeczy, w których przewyższacie mężczyzn, ale płacz jest kwintesencją. Wrzuciłem „jedynkę” na skrzyni biegów i ruszyliśmy. Jeszcze ostatnie machnięcie rączką na "do widzenia". Przesyłanie buziaczków na "papa" i w drogę. Wyjechaliśmy i za chwilę włączyliśmy się do ruchu na krajową „dziewiątkę”.
Tylko odgłosy sunących po asfalcie kół i praca silnika dawały znak, że świat się toczy do przodu. Że nie stanęliśmy, gdzieś w martwym punkcie czasu, z naszymi myślami.
- Wszystkich w koło siebie ranisz – zaczęła moja lepsza połówka – Każdy koło ciebie skacze i stara się ciebie nie urazić, ale ty i tak masz to gdzieś. Wszystkich masz w dupie – łzy znów zaczęły spływać jej po policzkach – To są moi rodzice, moja siostra i Staś. Przecież wiesz, że on jest chory. To mój chrześniak, kocham go, jak naszą Hanię. A ty, traktujesz go bez serca. Wszystkich traktujesz jakbyś nie miał serca.
Nic nie odpowiedziałem. Trzymałem kierownicę lewą ręką. Prawą ściskałem dźwignię zmiany biegów. Zredukowałem do „czwórki”, wcisnąłem pedał „gazu” i wyprzedziłem jakiegoś starego trupa na kieleckich numerach, który ledwo się toczył.
Nie odzywałem się. Zawsze tak robię, kiedy ona płacze i wyrzuca cały żal jaki ma do mnie. Teraz nie czułem się winny, zresztą rzadko nosze w sobie to uczucie. Jestem złym człowiekiem, który musi udawać dobrego. A to jest cholernie trudna robota, gorsza od wszystkiego za co dostaje się marną płacę. Ale to jest mój krzyż. Przyzwyczaiłem się.
Córka też płakała. Dzieci tak szybko dorastają i rozumieją zbyt dosłownie pewne sceny z życia dorosłych. Mała kobietka, naśladuję dużą kobietę. Płaczą tymi samymi łzami - przez mężczyznę. Solidarność jajników. Cóż, może pies trzyma moją stronę, w końcu uratowałem mu ogon.
Kontynuowała:
- Oni cię kochają jak syna i brata, a ty opłacasz im wciąż jednym – niewyparzonym językiem. Zachowujesz się jak gówniarz. Słyszysz. Jak gówniarz! – mówiła chowając twarz w dłoniach.
„Mała” cicho chlipała i wycierała łzy w rękaw; widziałem w tylnym lusterku.
Włączyłem radio. Ktoś gadał o kryzysie w Rosji. O pożarach i wcześniejszej suszy, która otuliła znaczną część kraju i jaki to będzie miało wpływ na gospodarkę świata. Ten „ktoś”, chyba wiedział co mówi. Ciekawe czy czytał z kartki? Wyłączyłem się. Uciekłem myślami gdzieś, gdzie mnie jeszcze nie było – za następny zakręt drogi. Żona chyba przestała płakać, a córka wpatrywała się w szybę.
Auto pracowało gładko, tak jakby nie czuło zmęczenia. Dostosowałem prędkość do warunków na drodze. Wypogodziło się i słońce nieśmiało spoglądało na nas z góry, atakowało źrenice.
- Mamo, czy psa bolało? – Hania odezwała się cichym i drżącym głosem.
- Tylko chwilę – odpowiedziała.
Droga nie miała kolein. Miała za to szerokie pobocze i nowo-wymalowane linie, przerywane i ciągłe, które lśniły w słońcu. Samochody jechały jakby były w zaprzęgu – równo i monotonnie. Zapowiadało się miłe popołudnie. Gdyby tylko cisza, która zamieszkała między nami pękła jak mydlana bańka. Gdybym był taki jak zawsze, normalny, kiedy jesteśmy we troję plus pies. Ale nie byłem.

Opublikowano

Od razu się widzi, że piszesz nie od dziś. Mam tylko nadzieję, że ten tekst jest tylko fragmentem czegoś większego :-). Wszystko jest: ironia, humor, dobre zdania, wciąga i sprawia przyjemność. I w dodatku, a to chyba najważniejsze - chce się więcej. Czułam niezadowolenie pięcolatka, któremu skończyły się ciasteczka.

Opublikowano

Mi też się bardzo podobało. Jak dla mnie jest wyważone idealnie, gdyby było dłuższe, straciłoby siłę wyrazu. Zgrzytnęło mi tylko w dwóch miejscach jęczenie psa. Ja bym napisała w pierwszym wypadku "usłyszeliśmy skowyt psa", a w drugim "skamle z bólu". Sądzę też, że naturalniej by było, gdyby w końcowym pytaniu Hani padło imię psa.
Świetne dialogi, poczułam się jakbym słyszała własne rozmowy z przeszłości :) Zawsze mi się wydaje, że czegoś takiego nie da się wymyślić, trzeba poczuć na własnej skórze taką ciszę, żeby potem czytelnik też czuł się nieswojo - i przez to mam nieprzyjemne wrażenie podglądactwa. To głupie, wiem, autor wlewa w teksty tyle prywatności, ile sam uzna. Pozdrawiam - Ania

Opublikowano

Bez wątpienia - najlepsze Twoje opowiadanie, doskonale wyważone, precyzyjnie poprowadzone od początku do końca. wisi to milczenie, aż dusi. końcówka znakomita. i Dialogi! Rafał :) - to co miałeś najsłabsze - teraz - bez zarzutu.
brawo.
jak się cieszę
:))

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


"jęczenie psa" poprawię, a z imię psa było, ale w fazie przepisywania je usunąłem, teraz wiem że mogło zostać
dziękuję Aniu z zrozumienie i miło przeczytać od Ciebie pozytywny komentarz:)
pozdrawiam
r
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


chciałem zachować klaustrofobię samochodu, że nie można wyjść i oddalić się od kipiących emocji, tak by wygasły. jeśli "dusi" to coś chyba przemyciłem z tego klimatu
dziękuję Magdo za "najlepsze", w końcu:))
pozdrawiam
r
Opublikowano

Zajrzałam tak sobie z ciekawości i ta ciekawość doprowadziła mnie aż do ostatniego zdania.
Dobrze kiedy tekst ciągnie za sobą czytelnika, zmusza go do myślenia, wywołuje emocje.
Zrównoważony kierowca, który reaguje prawidłowo w sytuacji jakiegokolwiek zagrożenia.
Taka "kurwa" jednak dobra rzecz, wywołuje szybkie właściwe reakcje...
Nie ma tego "złego" co by na dobre nie wyszło ;)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   - Oby Njord podarował nam dobre wiatry, moje dzieci – mawiał ojciec do Vivian i Hespera przed każdym wejściem na statek. Łowili dorsze i halibuty, czasem homary. Morze zazwyczaj było spokojne. 

        W domu nie głodowali. Nawet jeśli dzieciom po wielu godzinach rejsu zaczynała doskwierać monotonia i rozrabiały na pokładzie, to pracę ojca darzyły szacunkiem. Co dzień na stół trafiała świeża ryba. 

        Hesper był kłopotliwym chłopcem. Wspinał się na maszty i pokazywał język wołającym za nim marynarzom. Bujał się na linach, rozplątywał supły. Nierzadko przemycał na pokład farby i pędzle, skrzętnie ukryte pod kamizelką.  Każdego popołudnia ktoś zmywał mopem namalowane przez niego murale. Załoga pokpiwała z jego dzieł inspirowanych Alidą Withoos. Jemu mówili, że niewieścieje, a między sobą szeptali o jego talentach. Twierdzili, że ma potencjał na wielkiego artystę, lecz nikt nigdy nie powiedział mu tego w twarz.

        Vivian na morzu odnajdywała spokój, którego nie mogła zaznać na lądzie. Uwielbiała wpatrywać się w bezkresne wody i słuchać ich szumu. Wyobrażała sobie, co kryje się za horyzontem. Dopiero gdy jod dostawał się do jej nozdrzy czuła, że naprawdę oddycha. Ścigali się z Hesperem w ilości złowionych ryb. Przed zmrokiem ojciec ważył ich zdobycze. Zwycięzca otrzymywał tabliczkę czekolady. Hesper przeważał siłą fizyczną i niemal zawsze pokonywał starszą siostrę.

        Ojciec dbał, by jego dzieci miały fach w ręku. Uczył ich wiązać węzły, sprawdzał czy pamiętają ich nazwy i zastosowanie; pokazywał jak zarzucać sieci i jak uniknąć szkorbutu, kazał im uczyć się na pamięć każdej części pokładu. Tym samym zapewniał im przyszłość, wyjście awaryjne, gdyby ich plany się nie powiodły.

        Przed zachodem słońca, kierując się do portu, stawali we trójkę na dziobie i podziwiali horyzont. Pewnego razu zadał im pytanie poprzedzone ociężałym westchnieniem, jak gdyby przez długi raz zbierał się do tego, co ma powiedzieć.

        - Powiedzcie mi, dziatki, macie jakieś marzenia?

        - Być bogatym! – wykrzyknął od razu Hesper, którego sny o zostaniu światłym malarzem zostały stłamszone przez złośliwości marynarzy. 

        Vivian zastanawiała się przez moment. Do tej pory nie rozmyślała nad swym losem, nie szukała sensu istnienia. Do szczęścia wystarczyły jej wyprawy w morze i słuchanie szumu fal. Cieszyło ją, że rodziny nie dotyka głód. 

        - Pragnę spokojnej duszy, tato – powiedziała. Uśmiechu ojca nie było widać pod gęstym wąsem, ale zawsze wiedziała, kiedy się pojawiał – A ty? 

        - Ja już mam wszystko, co miałem… choć jest jedna rzecz, o której marzę skrycie każdej nocy…

        - Co to takiego? – spytało równocześnie rodzeństwo. Nie mogli doczekać się, aż usłyszą nową historię.

        - Jak myślicie, co znajduje się za horyzontem? – każdą opowieść ojciec poprzedzał pytaniem. 

        Nieznane lądy? Nowe cywilizacje? Dzikusy? Skarby? Koniec świata?, padały odpowiedzi i fakt – każda z nich mogła być tą poprawną, lecz on na myśli miał tylko jedną. 

        - Zgadza się, moi mali. Mnóstwo, mnóstwo skarbów…

        - Co to za skarby? – Hesperowi oczy zabłysły na wieść o bezpańskich bogactwach.

        Ojciec roześmiał się ciepło.

        - Oczka ci się świecą, synku – pogładził chłopca po głowie – Pewnie widzisz już te wszystkie skrzynie ze złotem i klejnotami, które zostawili po sobie piraci. Tak, to też znajdziemy na wyspie Hollowstone, lecz prawdziwy skarb kryje się w jaskini przy brzegu.

        Dzieci milczały, w napięciu czekając na to, co dalej usłyszą; zachwycały się obrazami tworzącymi się w ich głowach.

        - Można tam wpłynąć tylko łodzią. Podobno na środku jeziora rośnie drzewo o liściach czerwonych jak krew i miękkiej, brunatnej korze. Mówi się, że jego sok zapewnia zdrowie na pięćdziesiąt lat! Żadna choroba nie jest ci straszna! 

        Zapał ostygł w sekundę. Vivian i Hesper spodziewali się usłyszeć o górach monet. Zdrowia oboje mieli w dostatku.

        - Teraz mnie nie rozumiecie, ale z czasem… z czasem sami dojdziecie do tego, jak bardzo jest to ważne.

        - Jak tam się dostać, tato? - zapytała Vivian po kilku minutach ciszy, podczas których ojciec wpatrywał się markotnie w horyzont. Z westchnieniem wyprostował plecy.

        - I to, moja córeczko, jest najtrudniejsze do wykonania… Otóż drogę na wyspę mogą wskazać jedynie duchy żeglujące po Morzu Dusz od początku istnienia. Kiedyś powstała pieśń, która przywołuje je i wszystkich, którzy spoczęli pod falami, chcąc napić się soku z drzewa Arbivon. 

        - Dlaczego ten sok nie daje nieśmiertelności. Ja nie chcę umierać! - zawołał rozczarowany Hesper, na co ojciec roześmiał się serdecznie. 

        - Prędzej, czy później wszystko obróci się w proch. Poza tym, gdzieś tam czeka na nas lepsze miejsce - powiedział, spoglądając w niebo.

        Wszystkich bywających w porcie ludzi Vivian i Hesper znali od najmłodszych lat. Kiedy przychodzili z ojcem, marynarze i ich żony głaskali ich czule po łowach, pytając o zdrowie. Przed wejściem na statek ojciec lubił uciąć sobie pogawędkę z kobietami żegnającymi mężów. Rodzeństwo oglądało wtedy kilkumetrowy, strzelisty monolit. Czytali na głos wyryty na nim cytat: Pamięci tym, co wybrali Morze i spoczęli na jego dnie. Pod spodem spisano nazwiska żeglarzy, którzy nie powrócili ze swoich wypraw i zostawili rodziny.

        Nocami ojciec chwytał za lupę i przy świetle kilku świeczek studiował mapy. Latami szukał informacji o Hollowstone. Wertował książki, wypytywał kolegów i co jakiś czas zagajał starego Hermita, nie skorego do wspominek. Jak trafił na właściwy trop, nigdy rodzinie nie ujawnił. Pewnego poranka wszedł do kuchni z tobołkiem na plecach i oznajmił, że zbiera załogę. Ucałował żonę, pokrzepił dzieci i rzucił na stół garść monet i zwinięty w rulon papier - testament mający wejść w życie po roku jego nieobecności. 

        Vivian co świt i po zmierzchu wyruszała z latarnią na plażę. Wypatrywała statków powracających do portu. Składała modły, by na którymś pokładzie wracał do niej jej ojciec. Bogowie jednak nie byli łaskawi. Dni mijały, ewoluując w tygodnie, miesiące, aż w końcu i lata. Dopiero skończywszy osiemnaście lat, Hesper przestał wypytywać w każde urodziny, czy tata zjawi się z prezentem. Dorosłość rodzeństwo osiągnęło pod okiem jedynie matczynym, pod okiem smutnym i wyczerpanym. Nazwisko Carsena Vissera zostało wyryte na monolicie na wieki.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Nic dodać,  nic ująć. 
    • - Oby Njord podarował nam dobre wiatry, moje dzieci – mawiał ojciec do Vivian i Hespera przed każdym wejściem na statek. Łowili dorsze i halibuty, czasem homary. Morze zazwyczaj było spokojne.    W domu nie głodowali. Nawet jeśli dzieciom po wielu godzinach rejsu zaczynała doskwierać monotonia i rozrabiały na pokładzie, to pracę ojca darzyły szacunkiem. Co dzień na stół trafiała świeża ryba.    Hesper był kłopotliwym chłopcem. Wspinał się na maszty i pokazywał język wołającym za nim marynarzom. Bujał się na linach, rozplątywał supły. Nierzadko przemycał na pokład farby i pędzle, skrzętnie ukryte pod kamizelką.  Każdego popołudnia ktoś zmywał mopem namalowane przez niego murale. Załoga pokpiwała z jego dzieł inspirowanych Alidą Withoos. Jemu mówili, że niewieścieje, a między sobą szeptali o jego talentach. Twierdzili, że ma potencjał na wielkiego artystę, lecz nikt nigdy nie powiedział mu tego w twarz.   Vivian na morzu odnajdywała spokój, którego nie mogła zaznać na lądzie. Uwielbiała wpatrywać się w bezkresne wody i słuchać ich szumu. Wyobrażała sobie, co kryje się za horyzontem. Dopiero gdy jod dostawał się do jej nozdrzy czuła, że naprawdę oddycha. Ścigali się z Hesperem w ilości złowionych ryb. Przed zmrokiem ojciec ważył ich zdobycze. Zwycięzca otrzymywał tabliczkę czekolady. Hesper przeważał siłą fizyczną i niemal zawsze pokonywał starszą siostrę.   Ojciec dbał, by jego dzieci miały fach w ręku. Uczył ich wiązać węzły, sprawdzał czy pamiętają ich nazwy i zastosowanie; pokazywał jak zarzucać sieci i jak uniknąć szkorbutu, kazał im uczyć się na pamięć każdej części pokładu. Tym samym zapewniał im przyszłość, wyjście awaryjne, gdyby ich plany się nie powiodły.   Przed zachodem słońca, kierując się do portu, stawali we trójkę na dziobie i podziwiali horyzont. Pewnego razu zadał im pytanie poprzedzone ociężałym westchnieniem, jak gdyby przez długi raz zbierał się do tego, co ma powiedzieć.   - Powiedzcie mi, dziatki, macie jakieś marzenia?   - Być bogatym! – wykrzyknął od razu Hesper, którego sny o zostaniu światłym malarzem zostały stłamszone przez złośliwości marynarzy.    Vivian zastanawiała się przez moment. Do tej pory nie rozmyślała nad swym losem, nie szukała sensu istnienia. Do szczęścia wystarczyły jej wyprawy w morze i słuchanie szumu fal. Cieszyło ją, że rodziny nie dotyka głód.    - Pragnę spokojnej duszy, tato – powiedziała. Uśmiechu ojca nie było widać pod gęstym wąsem, ale zawsze wiedziała, kiedy się pojawiał – A ty?    - Ja już mam wszystko, co miałem… choć jest jedna rzecz, o której marzę skrycie każdej nocy…   - Co to takiego? – spytało równocześnie rodzeństwo. Nie mogli doczekać się, aż usłyszą nową historię.   - Jak myślicie, co znajduje się za horyzontem? – każdą opowieść ojciec poprzedzał pytaniem.    Nieznane lądy? Nowe cywilizacje? Dzikusy? Skarby? Koniec świata?, padały odpowiedzi i fakt – każda z nich mogła być tą poprawną, lecz on na myśli miał tylko jedną.    - Zgadza się, moi mali. Mnóstwo, mnóstwo skarbów…   - Co to za skarby? – Hesperowi oczy zabłysły na wieść o bezpańskich bogactwach.   Ojciec roześmiał się ciepło.   - Oczka ci się świecą, synku – pogładził chłopca po głowie – Pewnie widzisz już te wszystkie skrzynie ze złotem i klejnotami, które zostawili po sobie piraci. Tak, to też znajdziemy na wyspie Hollowstone, lecz prawdziwy skarb kryje się w jaskini przy brzegu.   Dzieci milczały, w napięciu czekając na to, co dalej usłyszą; zachwycały się obrazami tworzącymi się w ich głowach.   - Można tam wpłynąć tylko łodzią. Podobno na środku jeziora rośnie drzewo o liściach czerwonych jak krew i miękkiej, brunatnej korze. Mówi się, że jego sok zapewnia zdrowie na pięćdziesiąt lat! Żadna choroba nie jest ci straszna!    Zapał ostygł w sekundę. Vivian i Hesper spodziewali się usłyszeć o górach monet. Zdrowia oboje mieli w dostatku.   - Teraz mnie nie rozumiecie, ale z czasem… z czasem sami dojdziecie do tego, jak bardzo jest to ważne.   - Jak tam się dostać, tato? - zapytała Vivian po kilku minutach ciszy, podczas których ojciec wpatrywał się markotnie w horyzont. Z westchnieniem wyprostował plecy.   - I to, moja córeczko, jest najtrudniejsze do wykonania… Otóż drogę na wyspę mogą wskazać jedynie duchy żeglujące po Morzu Dusz od początku istnienia. Kiedyś powstała pieśń, która przywołuje je i wszystkich, którzy spoczęli pod falami, chcąc napić się soku z drzewa Arbivon.    - Dlaczego ten sok nie daje nieśmiertelności. Ja nie chcę umierać! - zawołał rozczarowany Hesper, na co ojciec roześmiał się serdecznie.    - Prędzej, czy później wszystko obróci się w proch. Poza tym, gdzieś tam czeka na nas lepsze miejsce - powiedział, spoglądając w niebo.   Wszystkich bywających w porcie ludzi Vivian i Hesper znali od najmłodszych lat. Kiedy przychodzili z ojcem, marynarze i ich żony głaskali ich czule po łowach, pytając o zdrowie. Przed wejściem na statek ojciec lubił uciąć sobie pogawędkę z kobietami żegnającymi mężów. Rodzeństwo oglądało wtedy kilkumetrowy, strzelisty monolit. Czytali na głos wyryty na nim cytat: Pamięci tym, co wybrali Morze i spoczęli na jego dnie. Pod spodem spisano nazwiska żeglarzy, którzy nie powrócili ze swoich wypraw i zostawili rodziny.   Nocami ojciec chwytał za lupę i przy świetle kilku świeczek studiował mapy. Latami szukał informacji o Hollowstone. Wertował książki, wypytywał kolegów i co jakiś czas zagajał starego Hermita, nie skorego do wspominek. Jak trafił na właściwy trop, nigdy rodzinie nie ujawnił. Pewnego poranka wszedł do kuchni z tobołkiem na plecach i oznajmił, że zbiera załogę. Ucałował żonę, pokrzepił dzieci i rzucił na stół garść monet i zwinięty w rulon papier - testament mający wejść w życie po roku jego nieobecności.    Vivian co świt i po zmierzchu wyruszała z latarnią na plażę. Wypatrywała statków powracających do portu. Składała modły, by na którymś pokładzie wracał do niej jej ojciec. Bogowie jednak nie byli łaskawi. Dni mijały, ewoluując w tygodnie, miesiące, aż w końcu i lata. Dopiero skończywszy osiemnaście lat, Hesper przestał wypytywać w każde urodziny, czy tata zjawi się z prezentem. Dorosłość rodzeństwo osiągnęło pod okiem jedynie matczynym, pod okiem smutnym i wyczerpanym. Nazwisko Carsena Vissera zostało wyryte na monolicie na wieki.
    • @Nata_Kruk to prawda , też tak uważam.   
    • @huzarc.. to, co w wierszu, to .. trwanie... czasem cholernie  trudne, bo.......

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      ... na władzę przymykam oko.. ale być odpowiednią funkcją, czemu nie.
    • @Radosław   Bardzo dziękuję! Pozdrawiam. :)
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...