Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

na żółtej nawłoci gałązka kaliny
na spacer po deszczu wygonił mnie trakt

nie podam ci miły prawdziwej przyczyny
z bukietem jesieni pobiegłam pod wiatr

na włosy zbierałam wilgotne drobiny
kałuże wypiły złaknione mój ślad

przy drodze po drodze kolczaste jeżyny
podarte jesienie kieszenie – to znak

mój Boże dlaczego my głupie dziewczyny
kochamy tak mocno tak mocno aż tak

Opublikowano

Jacku! Gratuluję spostrzegawczości i umiejętności rozpoznawania poetyki. Brawo. Oczywiście - miał to być oktostych, ale się rozgadałam! Zaraz powarsztatuję według Twoich sugestii. Dzięki, cieplutko, Para:)
Ps. Ej, Jacku, zostawiam, jak jest. Przecie powtórzenia grają także w ostatniej strofie. Niech tak będzie.

Opublikowano

przyznaję Aniu, zacząłem dzisiaj co nieco czytać o teorii poezji. wiesz - rodzaje wierszy rymowanych, itd, itp. oktostych... trudne słowo ale już nie takie nie znajome.
a tutaj cóż: równiuśko. chociaż 1 wers 3 strofki (mokre pajęczyny) mnie troszkę wybija z rytmu. a może tak ma być? no nie wiem doprawdy :) ale pomyślę, może jak nie dziś to jutro rano bo mi się lepiej myśli wczesnym rankiem.
a w kochaniu "głupie" są nie tylko dziewczyny :)
pozdrawiam serdecznie :)

Opublikowano

Krzyś! Wreszcie jesteś! Dzięki śliczne. Nie wiem, czemu Ci nie płyną "mokre pajęczyny". Sprawdzam;( Dzięki piękne. Cieplutko pozdrawiam, Para:)

Ps. Już wiem!

na - wło - sy - zbie - ra - łam// wil - got - ne - dro - bi - ny sSs sSs// sSs sSs

Teraz płynie!

Dzięki! Buziaki!

A dzięki Twojej uwadze poprawiłam cały dystych:)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...