Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Koło ratunkowe ma czarny kolor
i cuchnie gównem.
Chropowate, kłuje trującym kolcem
mózg i pomarszczoną skórę. Mdli.

Na brzegu stoją opaleni ratownicy
w krótkich majtkach i krzyczących bluzkach.
Mięso na kościach spuchło
i błyska do mnie jak latarnia morska. Tandeta.


Obowiązek dusi mnie za gardło. Muszę?
Nie złapię tego koła mimo wrzasków!
Niepotrzebne. Odpływam stąd…

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.




Ci napompowani faceci to faktycznie zepsute mięso w kotletach. Świecą się dość paskudnie. A niektórzy niekoniecznie potrzebują od nich litościwej pomocy. I po uważniejszym przeczytaniu tego tekstu można zauważyć, że nie chodzi o plażę i jej ratowników. Raczej o pseudo-pomoc dla słabszych pełną pobłażliwej, poklepującej na odczepnego po głowie, litości. Może czasem lepiej nie przenosić dosłownie treści wiersza na autora? Będzie bardziej twórczo? I ciut bardziej elegancko niż Tobie to się udało? Pozdrawiam. E.
Opublikowano

Przyznam, że po pierwszej strofie, koło ratunkowe nie zachęcało do chwytania, choć ponoć tonący i brzytwą nie pogardzi. Cały wiersz odczytałam jako wybór między skorzystaniem z pomocy kosztem własnych wartości i przekonań, a wykrzesaniem resztki sił i próbą poradzenia sobie samemu. Tak to widzę. Pozdrawiam:)

Opublikowano

Wyglada na to, ze kolo ratunkowe podrzucone na sile dla rzekomego wyratowania. Coz, tak naprawde jest jadem, ktore moze tylko ranic. Lepiej probowac odplynac samemu niz korzystac z takiej pomocy.
Mysle, ze autorka miala na mysli konkretna sytuacje zyciowa, w ktorej wolala zdac sie na siebie /chocby i utonac/ wedlug starego przyslowia "boso, ale w ostrogach".
Pozdrawiam.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...