Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano
(do odważnych świat należy
i dzięki odwadze człowiek
tyle zdobył co przejrzał na oczy
umysłu serca i duszy)


Człowiek gdyby tak
nie wybrał się
z motyką na Księżyc
to by jeszcze w jaskini
miał apartamenty.

Możemy się tylko
sprzeczać co do tego
czy to ryzyko większe
czy większa odwaga
więcej się opłaca.

Ale człowiek był
i jest jaskiniowcem
tylko że ucywilizowanym
właśnie motyką z którą
wybrał się na Księżyc.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Na pewno dla Ciebie, i nie tylko dla Ciebie, ale dla innych to jest wiersz, i to nawet ze wstępem. I wiem już, że dla Ciebie, i dla dziesiątki, jednej, czy nawet drugiej, w końcu z setki, czy setek (oczywiście) osób, choćby i na tym forum, ten mój wiersz (inne zresztą też) nigdy nie będzie wierszem. Dlaczego? Po pierwsze, dlatego, bo jego główną wadą jest to, że ja go napisałem, a nie kto inny. A po drugie w żadnym razie nie jest podobny do Twoich wierszy. Po trzecie oświeć mnie, dlaczego ten wiersz nie jest wierszem? Bo to, że jest to wywOd, monolog,wyrazenie swojego zdania, poglad... , potwierdza tylko zalety tego wiersza. Nawet mogę się tu powołać na f.isię, która zarzuca temu wierszowi filozofowanie vel filozowanie ględziarskie, a/i brak więc poezji. I ja z f.isią, przynajmniej częściowo się zgadzam, tzn. na pewno to jest filozofowanie, ale też na pewno, to nie jest filozofowanie ględziarskie. Tylko to jest konkretne filozofowanie na konkretny temat – sposobu ucywilizowania się człowieka – i motyka w tym wierszu symbolizuje narzędzie i pracę, ale też odwagę, przynajmniej w sięganiu niemożliwych (niebotycznych) celów, które człowiek nie bał się, tyle podjąć, co zamierzyć, i dzięki temu ludzkość osiągnęła to, co osiągnęła, a co niektórzy nazywają ucywilizowaniem się, i co w końcu jest jakimś rozwojem człowieka. A co do po poezji w wierszu, to na pewno jest to sprawa dyskusyjna, ale że w znamienitej gestii poezja jest kwestią gustu (odczuć, wrażliwości, upodobań…, za bardzo nie przystoi o tym dyskutować, bo to po prostu widać (jaki kto jest, co kto lubi). No, i na końcu dodam, że całkowicie zgadzam się ze zdaniem H.Lectera. Pozdrawiam
Opublikowano

Wijo, pozwolisz, że wezmę twój wiersz na warsztat gramatyczno-lingwistyczny.


(do odważnych świat należy
i dzięki odwadze człowiek
tyle zdobył co przejrzał na oczy
umysłu serca i duszy)

[quote]Człowiek gdyby tak
nie
wybrał się


- spójnik "gdyby" wprowadza do zdania podrzędnego warunek, który nie jest możliwy do spełnienia, ale druga część zdania musi być w trybie oznajmującym. Zaprzeczenie powoduje błąd składniowy. A nawet jeśli dopuszczalny w poezji, to na pewno niechlujny.

[quote]z motyką na Księżyc
to by jeszcze w jaskini
miał apartamenty.
- zgrzyta stylistyka: to by, co by, itp. są elementaki dialektów, choć popularne w j.polskim.

[quote]Ale człowiek był
i jest jaskiniowcem
tylko że ucywilizowanym
właśnie motyką z którą
wybrał się na Księżyc.
- a tej składni już w ząb nie rozumiem. Człowiek jest ucywilizowany dzięki motyce, z którą wybrał się na księżyc Tak, to pojumaju. Ale partykuła "właśnie", służąca do podkreślenia, odgrywa w tym zdaniu rolę przysłowiowego kwiata do kożucha. Pomijają fakt, że psuje sens zdania.


Oddaję kilka uwag w ręce autora, proszę o przemyślenie tychże, a w kwestii metaforycznej uśmiecham się przychylnie do reinterpretacji frazeologii: motyki z księżycem.
Mały Książe^^
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


oswiecę Cię:)nie jest to wiersz poniewaz nie ma tutaj zadnego srodka stylisatycznego,zadnej metafory.Zero klimatu.Nic co zatrzymaloby uwagę odbiorcy.Wybranie sie z motyką na księzyc i pare przemyslen na ten temat to jeszcze za malo...Zamiast sie obrazac , prosze te rzeczy przemyslec:)pozdr.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Trochę już żyję na tym świecie i wiem, że dobro (poza /pewnymi/ dogmatami), czyli poczucie piękna (bo o tym głównie mówimy), jest pochodną wyznawanych, a właściwie uznawanych norm i wartości, co się głównie sprowadza do ludzkiego pojmowania, i ludzkiej wrażliwości. Dlatego, nie ma i nie może być dwóch takich samych (osobistych) zdań, na temat jednego wiersza, i to jest piękne. Ja proponuję jakiś wiersz, i/a komentując komentarze bronię swoich, czyli w wierszu zawartych (takim czy innym tematem, bądź przesłaniem wiersza) racji. I nikomu nie mam za złe, bądź jaką ocenę tego wiersza. Wykorzystuję tylko sytuację do przestawiania swoich poglądów, i wypowiadam je w pełni. A za zainteresowaniem się wierszem (i więc ocenę, jaka by ona nie była), bardzo dziękuję. Pozdrawiam
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


- spójnik "gdyby" wprowadza do zdania podrzędnego warunek, który nie jest możliwy do spełnienia, ale druga część zdania musi być w trybie oznajmującym. Zaprzeczenie powoduje błąd składniowy. A nawet jeśli dopuszczalny w poezji, to na pewno niechlujny.

[quote]z motyką na Księżyc
to by jeszcze w jaskini
miał apartamenty.
- zgrzyta stylistyka: to by, co by, itp. są elementaki dialektów, choć popularne w j.polskim.

[quote]Ale człowiek był
i jest jaskiniowcem
tylko że ucywilizowanym
właśnie motyką z którą
wybrał się na Księżyc.
- a tej składni już w ząb nie rozumiem. Człowiek jest ucywilizowany dzięki motyce, z którą wybrał się na księżyc Tak, to pojumaju. Ale partykuła "właśnie", służąca do podkreślenia, odgrywa w tym zdaniu rolę przysłowiowego kwiata do kożucha. Pomijają fakt, że psuje sens zdania.


Oddaję kilka uwag w ręce autora, proszę o przemyślenie tychże, a w kwestii metaforycznej uśmiecham się przychylnie do reinterpretacji frazeologii: motyki z księżycem.
Mały Książe^^
Pani Moniko, te zgrzyty, i inne „takie”, które pani wymieniła świadczą tylko o autentyczności, a więc o oryginalności tego wiersza. A pani usiłuje trzema problemikami (może istotnymi dla uniwersalnej, czyli właściwie nijakiej literatury) przesłonić znaczącą wymowę tego wiersza. W ostateczności proszę te wyrażenia odbierać, może nie jako gwarę małomiasteczkową, ale jako slang pewnego zacofanego kulturalnie robotniczego środowiska. A, co do tego, co pani nie rozumie (trzecia zwrotka), czy właściwie, co tak niby trudno tylu osobom pojąć, to już gdzieś powyżej tłumaczyłem, ale powiem jeszcze raz, że motyka (z którą człowiek wybrał się na księżyc – tak powszechnie znane wyrażenie, że nawet nie trzeba używać cudzysłowu) jest symbolem i przenośnią, nie koniecznie przemyślanych zamiarów, ale, że właśnie, dzięki takim, wydawało by się bezsensownym zamiarom, również, a może przede wszystkim, człowiek już osiągnął to, co osiągnął, a co na początku wydawało się niemożliwe. A przynajmniej, to właśnie chciałem powiedzieć, ale widać, że nie do końca, tyle dobrze, co umiejętnie to powiedziałem. Pozdrawiam uprzejmie, i dziękuję za wgląd w wiersz.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


oswiecę Cię:)nie jest to wiersz poniewaz nie ma tutaj zadnego srodka stylisatycznego,zadnej metafory.Zero klimatu.Nic co zatrzymaloby uwagę odbiorcy.Wybranie sie z motyką na księzyc i pare przemyslen na ten temat to jeszcze za malo...Zamiast sie obrazac , prosze te rzeczy przemyslec:)pozdr.
Już się bałem, że nie zdążę Ci odpowiedzieć, że wiersz tak szybko zostanie przesunięty, właśnie tam, gdzie już jest większość moich wierszy, ale pewnie co się odwlecze, to nie uciecze. Ale zaiste, są w tym wierszu środki stylistyczne, porównania, przenośnie, a nawet cały wiersz jest jednym wielkim porównaniem i przenośnią. Zapytaj specjalistów, jeśli nie widzisz i nie wierzysz, acz nie są to klasyczne vel proste środki stylistyczne. A nawet jeśli by takich nie było (ale na pewno są), to wcale by nie oznaczało, że nie ma wiersza; bo wiersz, i to śmiało, może, się obejść, i obchodzi się bez przepisowych środków wyrazu. A to, co Ty uważasz za parę nieistotnych przemyśleń, w gruncie rzeczy jest kluczową, a nawet przełomową sprawą bytu człowieka, bo chodzi o takie osiągnięcia, które jaskiniowca uczyniły, np. penetratorem kosmosu i DNA. Co do klimatu, to właśnie mroczny klimat czasów jaskiniowych, jest (pomimo tylu cywilizacyjnych osiągnięć) też codziennym klimatem naszych czasów. No, i ja naprawdę nie obrażam się, ani się obraziłem, ani na Ciebie, ani na tylu innych; zresztą już kilka miesięcy temu (na tym forum) obiecałem sobie, że nie dam się wyprowadzić z równowagi, choćby i każdy wiersz był kwitowany minusem. Bo każdy, jak uważa, tak krytykuje (w końcu od tego jest ten portal), ale ja chyba też mogę pozwalać sobie , przynajmniej na trochę (więcej), co często sprowadza się do mojej obrony. Ale też, nauczony pewnym doświadczeniem, staram się już, najbardziej dla innych być wyrozumiały, zwłaszcza w kwestii czyjejś twórczości. Pozdrawiam.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


oswiecę Cię:)nie jest to wiersz poniewaz nie ma tutaj zadnego srodka stylisatycznego,zadnej metafory.Zero klimatu.Nic co zatrzymaloby uwagę odbiorcy.Wybranie sie z motyką na księzyc i pare przemyslen na ten temat to jeszcze za malo...Zamiast sie obrazac , prosze te rzeczy przemyslec:)pozdr.
Już się bałem, że nie zdążę Ci odpowiedzieć, że wiersz tak szybko zostanie przesunięty, właśnie tam, gdzie już jest większość moich wierszy, ale pewnie co się odwlecze, to nie uciecze. Ale zaiste, są w tym wierszu środki stylistyczne, porównania, przenośnie, a nawet cały wiersz jest jednym wielkim porównaniem i przenośnią. Zapytaj specjalistów, jeśli nie widzisz i nie wierzysz, acz nie są to klasyczne vel proste środki stylistyczne. A nawet jeśli by takich nie było (ale na pewno są), to wcale by nie oznaczało, że nie ma wiersza; bo wiersz, i to śmiało, może, się obejść, i obchodzi się bez przepisowych środków wyrazu. A to, co Ty uważasz za parę nieistotnych przemyśleń, w gruncie rzeczy jest kluczową, a nawet przełomową sprawą bytu człowieka, bo chodzi o takie osiągnięcia, które jaskiniowca uczyniły, np. penetratorem kosmosu i DNA. Co do klimatu, to właśnie mroczny klimat czasów jaskiniowych, jest (pomimo tylu cywilizacyjnych osiągnięć) też codziennym klimatem naszych czasów. No, i ja naprawdę nie obrażam się, ani się obraziłem, ani na Ciebie, ani na tylu innych; zresztą już kilka miesięcy temu (na tym forum) obiecałem sobie, że nie dam się wyprowadzić z równowagi, choćby i każdy wiersz był kwitowany minusem. Bo każdy, jak uważa, tak krytykuje (w końcu od tego jest ten portal), ale ja chyba też mogę pozwalać sobie , przynajmniej na trochę (więcej), co często sprowadza się do mojej obrony. Ale też, nauczony pewnym doświadczeniem, staram się już, najbardziej dla innych być wyrozumiały, zwłaszcza w kwestii czyjejś twórczości. Pozdrawiam.
Na cale szczescie to jest forum , kazdy moze sie wypowiedzieć.Mój minus dla Ciebie nie miałby większego znaczenia gdyby nie inne minusy.Jeśli kilka osób zwraca Ci na pewne istotne rzeczy uwagę to przemyśl to sobie.Nie wystarczy napisać kilka swoich przemyśleń i refleksji aby uznać to za wiersz.Co do środków stylistycznych , to niestety nie zauważam...pozdr.
Opublikowano

wiesz co WiJa? jeśli masz przekonanie, że jesteś 'współcześnie zaawansowany' i swe utwory zamieszczasz tutaj ku 'podziwieniu', a nie ku weryfikacji, to ja nie będę Ci stawiać szlabanów ;),
ale komentować też nie będę,
w 'ostatnim słowie mojego listu' rzeknę ino, że do wszystkich Twoich monologów aż się prosi umieszczenie w podtytule "cie choroba".... bo to są monologi 'zza kierdziołkowej miedzy' ;)

pozdrawiam, :)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Jeżeli moje wiersze, zresztą jak i po części komentarze, za mało mówią (żeby tylko Tobie), bo za bardzo po mojemu, po swojsku, tak właśnie oryginalnie, to niech Ci powie, dlaczego tak mówię, a nie inaczej, powiedzenie (aforyzm), z którym wczoraj się zetknąłem: „Chcesz być kimś, bądź sobą”. I f.isiu, trochę dziwne dla mnie jest to, że Ty, która jesteś jedyna w swoich wypowiedziach (wierszem i komentarzami), a więc najbardziej oryginalna, wypominasz mi niestosowność, czy małostkowość mojego stylu. Kiedy, broń Boże, ja nigdy nie uważałem, że jestem współcześnie zaawansowany, wręcz przeciwnie, ze swoim sposobem bycia i ze swoją twórczością czuję się autsajderem, i nie ma w tych moich słowach, ani grama przesady. Owszem, prezentuję w pełni siebie, ale zapewniam Cię, że nigdzie nie pcham się na salony, kosztem innych (dobrych według większości). Raczej tylko wypełniam pewną niszę w literaturze, bo uważam, że tacy jak ja, a więc i ja, też mamy swoje miejsce, a nawet prawo istnienia, nie koniecznie wszędzie, ale tu i tam, teraz i zawsze – dlaczego nie! Pozdrawiam
Opublikowano

Bernadetta1, zatem niech już tak zostanie, że każdy zostanie przy swoim, czyli przy swoich racjach i błędach. I to jest piękne, acz nikt nie jest ideałem. Chociaż jeszcze piękniej jest, kiedy osoby zgadzają się ze sobą wzajemnie, ale też nie od razu Kraków zbudowano. Pozdrawiam

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Prawo do istnienia masz od urodzenia.
Ale, jeżeli chodzi o afisz, nie pchaj się ...

Pozdrawiam.
No właśnie, dokładnie o tym samym mówiłem, acz innym słowem, bo mówiłem, że nie pcham się na salony, czyli na afisz, czyli na piedestał. W końcu tu rozmawiają literaci – nie nazywam więc siebie nawet poetą, acz czasami nim bywam, nie zaprzeczam, ale też nie mogę tego inaczej udowodnić, niż, tak, czy inaczej wyrażając siebie; tym bardziej, że to jest powszechne forum. Zatem, głównie wypełniam jakąś niszę, jakąś lukę w literaturze. I co tu jeszcze więcej powiedzieć. Najlepiej więc niech mówią o tym, jeżeli nie wszystkie, to niektóre moje wiersze. Pozdrawiam
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Zapewniam Cię, że wiersz broni się sam, przed dziesiątkami, jeżeli nie przed setkami osób. Nie broni się tylko przed, góra, dziesięcioma osobami, zresztą ciągle jednymi i tymi samymi, i Ty właśnie jesteś wśród tych osób, usiłujących trzymać władzę, czyli trzymać innych w ryzach (żeby się za bardzo nie wybijali) na tym forum. Dokładnie o tym mówił H.Lecter, że zacytuję jego słowa: „Zgadzam się z CD, wszelkie TWA są zawsze zwyczajowe, podskórne. Kiedy do tego dodamy zorganizowanie, wkraczamy w obszar zjawiska o wdzięcznej (i używanej już na orgu) nazwie : "Grupa Trzymająca Władzę"...
O ile TWA jest problemem tylko etycznym, to GTW, rzeczywistym złamaniem orgowej praworządności”. Cóż do tego mogę dodać, chyba tylko to, że kto ma władze, to ma rację. Pozdrawiam

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię.

      Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem.

      Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Wiechu J. K. taka na odległość rzęs

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Wiechu J. K. Każdy z nas ma jakieś "gdzieś gdzie jeszcze nie był a bardzo chce" Pozdrawiam serdecznie 
    • @Wiechu J. K. zielsko anielsko

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @aff dziękuję Agatko  Twoje słowa są niezwykle budujące

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię. Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem. Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...