Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Wejdź czasem do mojego snu
nie budząc, cicho i tajemnie,
wtedy się biel zamieni w czerwień
i wszystkie drzewa skamienieją.

Zabierzesz mnie nad czystą wodę
zanurzysz ręce w ciepłej toni
poczuję, jak pulsuje życie
tętnem w gorących płynach ciała

Potem pójdziemy cicho lasem
aż na polanę w cień zamkniętą
korony kwiatów się pochylą
skroplone potem, mięty wonią

Paprocie schłodzą mokre czoła
będziemy cali w sobie, drżący
wieczorem zbudzisz mnie znienacka
pożegnasz gestem niekojącym

I znajdę tylko kawałeczek
lnianej ściereczki jak wachlarza
schowam ją czule na pamiątkę
powącham czasem i pomarzę.

Opublikowano

Wchodzę, na takie (subtelne) dictum rzekł kierowy walet do Damy Karo! Erotyk dusz na łące poezji, majstersztyk! Podziwiam Elu! Pozdrowienia.

Opublikowano

Mam wrażenie że nieco zmienia się klimat Twojej poezji. Ostatnio jest optymistycznym pomrukiem sympatycznego, zadowolonego misia
W tym wierszu też widzę jak oblizujesz palucha po wyjęciu ze słoika miodu . Aż zazdroszczę miodu i tego stanu i tego wiersza. Wprowadza w taki stan afirmacji uczuciowego zadowolenia. I tym też poezja zajmować się powinna.
Piszącą z fascynacji światem fizyki i tęsknoty, tez lubiłem . Zadedykuję Ci kinetyczną fraszkę. Bo mój humor też z miodu.

Opublikowano

Dyziu, nie cieszmy się. Moich nastrojów nie dogonimy. Zaraz wrzucę coś spoza "zadowolonego misia" i wrażenie pryśnie. Ale tymczasem dla Ciebie co innego, z innych "sfer" z serdecznościami. Poezja powinna zajmować się różnymi molami, co molą. I czym sobie chce. Tak myślę. Pozdrawiam dziękując za miodowy humor. Elka.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...