Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano
Ja ci, chłopcze
Nie hip-hopczę


Wiem dobrze, że jednak nie wszystkim wystarczy
Od czasu do czasu odkazić krwi obieg
Ażeby przestali rozmyślać uparcie
Jak długo świat obok ustoi na głowie

Bo, popatrz, jest wojna o śmierć dla mniej zdrowych
I demonfrustracje opodal kliniki
Gdyż karpia na święta ktoś (zgrozo!) połowi
I szyję ktoś kiedyś otulił szarikiem

To głupie, lecz można w tym dostrzec logikę
(Dać nabrać się słowu naprawdę jest łatwo)
Uwierzyć, że dziadkom konieczne są wnyki
Uciekam przed każdą podobną pułapką

Uciekam w świat, który otwiera się szklamką
Na chłodnej kurczowo zaciskam swe palce
Tu moje zwierzonko to velocirapcore
Tam mogę udawać, że o nic nie warczę
Opublikowano

Ale fajne to to! Więcej ci słowa nie napiszczę, bo i pocą! Mniam! Ale zabieraj przecinek w tytule. Albo dodaj drugi po chłopcze, ale wtedy "nie" - małą literą: O tak:
Ja ci, chłopcze, nie hip- hopczę. Cieplutko, Para!

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Tam był przecinek, ale przyszedł zły smog i pożar ;)


Ja ci, chłopcze
Nie hip-hopczę

Tobie, dziewczę
Również nie chcę


;)


Takie tam moje zwidy i herezje.


Ja tam nic nie wiem.


Na innym forum chowam się pod nickiem Charles Monroe i tam wpisałem Hellywood.
W sumie jest to bliższe prawdy.

Pozdrawiam.
Opublikowano

Ja bym tam tego tekstu do rangi wiersza nie podnosił, to tylko sarkanie by się nie skichać.

Pozdrawiam.

PS. Sorki za małą aktywność, ostatnimi czasy
moje kontakty z orgiem to swego rodzaju stosunek przerywany.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...