Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Mam mówić dalej? Gadać! Tak paplać w kółko dookoła Macieju. Pan tego naprawdę chce słuchać? Przecież tego się nie da słuchać. To jest stek bzdur, gulasz nonsensów. Słowotok-Krwotok. Wie pan ja bym wolał raczej to zatamować niż, żeby tak się ze mnie wylewało, bez kontroli i żadnej możliwości cenzury. Korekty. Dobrać właściwie te słowa. Ubrać je w coś…nie wiem jeszcze w co? Ale myślę, że w coś stylowego, co ma jakąś formę. Literacką chociaż. Żeby ładnie brzmiało. Układało się, jak puzzle. Może wtedy wyłonił by się z tego jakiś obrazek. Jakiś sens. A tak, to co? Co z tego może wyniknąć? Wie pan?
Właściwie to chyba ja powinienem to odkryć? Prawda? Tylko jak? Tu pojawia się problem, prawda Piotrze? Bo ty chyba nie chcesz wiedzieć, chyba wolisz tak oszukiwać samego siebie i grać przed sobą błazna. Lubisz tą swoją schizofrenię i szarpaninę emocjonalną?
Pan to słyszy? Jak mi się gada do samego siebie. Normanie rozdwaja mi się. Pan tak ma? Czy tylko mnie jednemu trafił się taki egzemplarz mózgu. Dostałem go w darze wraz z całym dobrodziejstwem inwentarza. I co teraz? Co teraz mam z nim zrobić? Przecież nie da się tego jakoś oddzielić ode mnie? Ten drugi we mnie też jest częścią mnie. A w sumie jest ich więcej. Legion.
Musze się wyciszyć. Wziąć głęboki oddech i zrelaksować się. O! tak jest dobrze. Spokój i biel sufitu oddziaływają kojąca. Przydałaby się jeszcze jakaś muzyka. Może być Chopin. Jakiś mazurek, chociaż mazurek przywodzi też na myśl coś słodkiego. Szarlotkę. Sernik. Pyszny sernik robiła moja mama. Psia krew, przecież miałem się wyciszyć. A w dupie tam, będę się przejmował.
Irytuje mnie ta cisza i dlatego tak paplam co ślina na język przyniesie. Większość ludzi tak gada i nawet pojęcia nie mają jaki to zamęt człowiekowi w mózgu robi. Wypowiedź powinna mieć jakąś formę. Określoną, dającą się sklasyfikować. Nie zaszufladkować, bo to nie to samo jest. Choć, właściwie…O! widzi pan? Tu jakaś sprzeczność jest. Zapala się światełko. Cholera jak to powiedzieć? Jak nazwać, to co jest poza słowem. Jak wyrazić uczucie? Ten nieokreślony stan zdumienia. Zauroczenia się światem. To jest trochę podobne, do takiego uczucia, jak się jest po raz pierwszy w jakimś miejscu. Albo podczas jakiegoś wypadku. Kiedy się jest w szoku. Właściwie jedyne co przychodzi do głowy, to taki stan; Jestem. Żyję. Czuję. Czasami to może trwać bardzo długo. Myślę, że zdarza się to też podczas wysiłku fizycznego, albo seksu. Potem oczywiście, wraca ta paplanina i znów się myśli. Ale to neurotyczne jest raczej. Zbędne. Kompletnie nie potrzebne do Życia.
A co jest potrzebne do życia? Można by sobie zadać takie pytanie? Powietrze. To podstawa, bez niego nie będzie życia, formy, ciała, komórek, tkanek organizmów, struktur społeczeństw, itp. Itd. Dalej już tak można bez końca. Znów można rozpędzić myśl. Rozszerzyć kosmos. Nieograniczenie, niewyobrażalnie, tyko po co? Dokąd? Widzi pan. Słyszy pan to? Naprawdę pan tego chce. Powiedział pan podczas naszego spotkania, że chce pan ze mną pracować. Wie pan, mnie to tak uderzyło, tak walnęło mną, jak szklanka wódki na czczo wypita. Chyba po raz pierwszy mi ktoś, coś takiego powiedział. Że chce ze mną pracować. Ja dotąd tylko traciłem pracę, ja słyszałem tylko, że się do niczego nie nadaje i to już od dziecka. Pamiętam jak nawet moja mamusia, panie świeć nad jej duszą, bo wiem że o zmarłych wypowiadać się źle nie wolno. Że to grzech jest, więc nie wiem, czy mogę, czy powinienem, ale czuję, że jak to będzie we mnie siedziało, to jeszcze gorzej będzie, więc moja mamusia, moja kochana mamusia, która mnie przewijała, karmiła i wydała na świat, która mi tak pięknie śpiewała na dobranoc, że jej głos do dziś mi brzmi w uszach i wiem, że takiego głosu nikt inny już na świecie mieć nie będzie, więc ta sama mamusia, kiedy była wściekła na coś, skąd ja do cholery jasnej mogłem wtedy wiedzieć na co ona jest wściekła, wykrzykiwała na mnie, jak coś tam zrobiłem, nie tak jak jej się wydawało, że powinno być zrobione. Wykrzykiwała na całe gardło i teraz te słowa łażą za mną jak bezpański pies, przylgnęły do mnie jak etykietka kierownika zmiany w Macdonaldzie, a fraza ta brzmi mi w głowie jak refren piosenki; Pan Bóg stworzył nie ma komu zabić. Pan Bóg stworzył nie ma komu zabić. I czy pan chce tego wszystkiego słuchać? Chce pan naprawdę? Chce pan to wszystko ze mnie wyciągnąć i to niby ma mnie uleczyć? To całe gówno, które we mnie siedzi. Nie można po prostu połknąć jakiejś pigułki, która zmieni mi osobowość. Uzdrowi mnie Sprawi, że znikną samobójcze myśli i przestanę sam siebie dręczyć tym koszmarem. Pan w to wierzy?
To chyba dobrze, że pan w to wierzy, wie pan bo ja mam wątpliwości. To właśnie one mnie tu chyba do pana przywiodły. Bo wie pan, ja kiedyś wierzyłem. Chodziłem na pielgrzymki, modliłem się i wydawało mi się, że wszystko jest możliwe, wszystko jest osiągalne. Ze wystarczy chcieć, pragnąć. Więc modliłem się Chciałem mieć pracę, rodzinę, syna i to wszystko co wydawałoby się jest potrzebne człowiekowi do szczęścia.. I wie pan, to nawet zaczęło się spełniać, miałem pracę. Dostałem ją bez problemu. Byłem młody, zdolny szybko znalazłem pracę w dobrej gazecie Super Truper. Tak się nazywała, naprawdę. Wiem że to śmieszne. Miało być śmiesznie. Miałem rozwinąć temat. Opisywać trupy i wszystko to co z nimi związane. Zacząłem od trupów samochodowych. Robiłem zdjęcia starym gratom i wywiady z ich właścicielami. Przeważnie to byli pasjonaci, ludzie których bawił niedomyty smar za paznokciami, a zapach benzyny działał jak aromatoterapia. Potem wziąłem się za blokowiska i trupy mieszkań. Fotografowałem rudery, drewniane wiejskie chaty, baby w chustach i dziadów z fajkami w rękach. Nic się z nich wydusić sensownego nie dało, więc teksty musiałem sam wymyślać. Dalej w kolejce czekały jeszcze trupy książek, spróchniałych mebli, powoli nawet świat komputerów zaczynał mieć swoje cmentarzysko. Trupów jest zawsze cała masa a zakłady pogrzebowe to jeden z najlepiej prosperujących biznesów. Oczywiście konkurencja nigdy nie śpi i trzeba mieć zawsze najlepszą ofertę. Ale od tego mieliśmy odpowiedniego człowieka, który był specjalistą w swojej branży. Tak więc żyło się. Tylko nagle nie wiedzieć czemu, postanowiłem się zbuntować, sprzeciwić światu i powiedzieć Nie. Jakbym nie skończył podstawowego kursu asertywności. Tak więc zachciało mi się i już. A potem wypadki potoczyły się lawinowo, zadziałał mechanizm, równi pochyłej. Kula śniegowa nabrała tępa i teraz jestem tu. Patrzę w sufit i zastanawiam się co dalej ? Co dalej mam zrobić ze swoim życiem? Tylko, że pan nic nie mówi? Nikt mi przecież nie powie jak mam żyć. Ludzie mogą, owszem dawać jakieś rady, żeby się wziąć w garść, albo wyluzować, można tez sobie dać na wstrzymanie, albo nabrać wody w usta. Tylko to są tylko słowa. A ja…ja nie chcę być sam. Nie chcę żyć sam. Choć czuję się taki samotny. Chcę być…kochany…pan to rozumie. Myślę że każdy tego chce. Każdy ma prawo tego chcieć, ale nie może tego żądać. Myślę…Czuję… Wiem, że człowiek jest istotą społeczną…Kurwa jak to fatalnie brzmi…jak fragment przemówienia Hitlera, albo jakiejś innej gnidy. Wie pan o co chodzi…chodzi o to…cholera jak to powiedzieć, jak znaleźć jakąś metaforę, która by to tak obrazowi i dosadnie, wyrażała. Wie pan co mi przychodzi na myśl…Moja siostra, któregoś dnia, gdy przyszedłem ją odwiedzić. Powiedziała mi taką historię;
Piotrek – mówi – koleżanka moja zmarła – i w oczach jej lęk i przerażenie widzę – w moim wieku była, stara już, więc ty się jeszcze bać nie musisz – i papla tak dalej jak wszyscy, ale mnie się to na twardziela w mózgu nagrywa, bo taki już dobry sprzęt w pamięć operacyjna wyposażony zostałem – i wyrzuty sumienia mam Piotrek, bo ją dwa tygodnie temu ostatnio jak widziałam, to mnie prosiła, żebym jej włosy ufarbowała, a ja jej odmówiłam – No i co z tego powodu masz wyrzuty? – pytam tak z głupia frant…żeby jej przetrwać tylko, żebym ja sobie też w tym dialogu coś popaplał – tak – odpowiada – bo gdybym wiedziała, to bym jej te włosy pofarbowała, a tak to wiesz…
- Co wiesz? – pytam – przecież jej nie obraziłaś, nie rozgniewałaś jej, tylko po prostu nie mogłaś i już – jak mogę próbuję, tan ciężar grzechu z jej pleców ściągnąć.
- No tak. Masz rację, ale wiesz…sama była.
- Jak sama? – ciągnę za język, żeby sens jakiś tej wypowiedzi znaleźć.
- Sama mieszkała, nikogo nie miała. I sama umarła. Sąsiedzi ją po kilku dniach znaleźli, bo smród był straszny. Widzisz bracie, niedobrze samemu, bo się zaśmiardnąć można po śmierci.

Opublikowano

Normanie rozdwaja - literówka.
Przecież nie da się tego jakoś oddzielić ode mnie? Ten drugi we mnie też jest częścią mnie. - stylizacja na koszałka opałka, fe.
Musze się wyciszyć. Wziąć głęboki oddech i zrelaksować się. - po cholerę " się" na końcu? Zaimek zwrotny ma to do siebie, że im go mniej, tym lepiej. -Psia krew, przecież miałem się wyciszyć. A w dupie tam, będę się przejmował.- znowu to samo! Zaimek tu i tam!
Irytuje mnie ta cisza i dlatego tak paplam co ślina na język przyniesie. - Zaimek wskazujący nie jest tu potrzebny! mimo, że mamy do czynienia z paplaniną! Tym bardziej, że powtarza się w kolejnych zdaniach!
Uff...fajny pomysł na tekst w stylu, który uwielbiam. Zarżnięty zaimkami jak świnia na wiejskie wesele, ale może zmartwychwstać i być godnym działu dla zaawansowanych jeśli będzie Ci się chciało poprawić...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • @dwa123

       

       

      Nocą to miasto również tętniło życiem, a powrót do domu był chwilą radości przed nadchodzącą nostalgią. Wychodząc z pracy, każdej nocy mijałem Caffè Reggio. W powietrzu można było poczuć zapach świeżo mielonej kawy o północy. Często widywałem tam studentów, artystów i nocnych marków, a wystrój kawiarni przyprawiał mnie o dreszcze- uwielbiałem takie klimaty.

       

      Maszerując w stronę stacji, sprawdziłem kieszenie starego płaszcza. Z zapałem przeszukałem je w nadziei, iż znajdę tam jakieś banknoty, aby zapłacić za bilet. Zamiast tego znalazłem stary bilet do metra. Zerknąłem na niego, sprawdzając datę i godzinę. Próbowałem wrócić myślami do tamtego dnia.

       

      Przypomniało mi się spotkanie z nią. Piękną Alice. Miała rude kręcone włosy, zielone oczy, kilka piegów na nosie, bladą cerę, której tak nienawidziła. Natomiast ja czułem szaleńczą miłość, ilekroć mogłem ją zobaczyć. Podziwiałem jej uśmiech, dołeczki i te iskry w oczach, gdy w jej głowie powstawał co rusz jakiś nowy pomysł.

       

      Moje marzenie o Alice przerwały schody na dół do metra, bo prawie zleciałbym i złamał nogę. Gdy mój umysł już wrócił na ziemię, powędrowałem w stronę peronu, z którego miało odjeżdżać metro. Gdy dotarłem tam, akurat mogłem do niego wsiąść. Wsiadłem do środka i szybko zacząłem szukać miejsca, aby usiąść. W Nowym Jorku znalezienie miejsca w metrze i to jeszcze siedzącego graniczyło z cudem. To tak jakby wygrać szóstkę w lotto, prawie niemożliwe.

       

      Wreszcie, gdy je znalazłem, otworzyłem czarno-skórzany plecak w poszukiwaniu książki. Zadowolony z  szybkiego znaleziska, przystąpiłem do lektury. Była nią książka The Great Gatsby. Zakochałem się w niej, bo przypominała mi moją historię miłosną z Alice.

       

      Kiedy znów w mojej głowie kłębiły się myśli, postanowiłem zaprzestać z tym tragizmem, zacząłem przyglądać się ludziom w metrze. Przede mną siedziała starsza pani, która rozmawiała ze swoim wypchanym kotem oraz dziergała sweterek na drutach. Obok mnie była lekko przerażająca postać punka z różowym irokezem, mnóstwem tatuaży z czaszkami i nazwą kapeli Guns N' Roses

      Kilka stacji później wsiadł mężczyzna przebrany za tygrysa, a za nim cztery dziewczyny niosące ciężką czerwona sofę. Pomyślałem sobie, że już nic mnie nie zdziwi, przecież tyle razy jeździłem metrem, bywały jeszcze gorsze widoki. Wreszcie nadeszła moja stacja, drzwi automatycznie się otworzyły.

       

      Kierowałem się ku wyjściu, ale w bardzo powolnym tempie, aby spowolnić moją mękę, która miała za chwilę się zacząć. Powolnym spacerem, obserwując detale miasta, dotarłem pod drzwi domu. Były zielone, jak oczy kobiety, którą kiedyś kochałem. Gdy w końcu je otworzyłem i zatrzasnąłem za sobą, nastała głucha cisza. Niegdyś mogłem tu usłyszeć śmiech Alice, dźwięk pianina, na którym lubiła grać Światło księżyca. Teraz nastał smutek oraz pustka, w której od dawna tkwię.

      @dwa123 opowiadanie jest świetne 

      Edytowane przez Poet Ka (wyświetl historię edycji)
  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Poet Ka @Poet Ka @Poet Kadziękuję! Jak za smutne, to na odtrutkę;   Lata Miłości • 1962 Walc no. 104 (Paukenschlag) W pierwszej  wersji mego walca Jestem sam, lecz ty uśmiechasz się W tej perwersji tego walca Jesteś sama, lecz już dostrzegłem cię A Paryż sam nam rytm walca wybija  Paryż przygląda się i mierzy nam puls Paryż walcowi w takt bębenek podbija  Szepcze, szepcze mi obelg chlust, W ucha głąb, refren ten  jak z ust spust; To walc to trzy-takt Który wciąż sobie daje czas Który wciąż czas dla mas  Na boku lecz daje w gaz (fact!) By z drogi zboczyć ciut, Zebrać miłości miód,  Zboczyć z miłości w brud... I czaru mu nie brak Posuwny cztero suw i takt Gdy tańczyć go Abschmack Choć tańczyć go trudno tak Ma świetny gust, choć z niego Schmack  Jest jak ów trojga pakt Ten walec z czterech-pak  A potem walc, ten Pięcio-ksiąg, Który bynajmniej  nie powiem mnie wciągł I walc, co ma dwudziestki smak, Dziwny niepokoj w sobie ma,  Verfremdung oraz Angst, Ale o wiele lepiej życie zna  Niż walc Osi wszystkich państw  I czaru mu nie brak Posuwny cztero suw i szlak Gdy tańczyć go Abschmakt Choć tańczyć go trudno tak Ma świetny gust, choć schmuck Jest jak ów trojga pakt Ten walec z czterech-pak Walc, co na lat dwadzieścia brzmi Walc, co z dwudziestu rur grzmi A teraz walc dla sto-nóg  Walc pał uderzeń stu, co w stuletni puka próg  Walc tu letni nieco już I na koniec sam zostawiłem wam walc z tysiąca nóc, czystą przyjemność dla ócz Ten walc tysiąca stóp  On tkwi na skrzyżowaniu dróg W Paryżu, sam jak słup Wiosną, gdy ciągnie chłód Ten walc nie jest wciąż kaput  Choć w tysiące idzie trup  Ten walc tysiąca stóp Walc tysiąc razy Verruckt! I na koniec  sam zostawiłem wam walc z tysiąca nóc, czystą przyjemność dla ócz Walc, com go chciał tysiąc razy stłuc  Czekalem czasu szmat Lecz w końcu masz dwadzieścia lat I ja też niejeden wziąłem bat  Walc jak szkoła - jedna na tysiąc lat Walc snuty z tysiąca rad Walc na tysiąc rat  Tylko zakochanym daje się wczuć (Trzysta trzydzieści trzy to pół Z sześćset sześćdziesiąt sześć, jak wół) W życie z rozspisem ról  Walc ci prawdę powi: chcesz zgarniać koła pół Bycie wierszopisem rzuć! Zakończenie La lala la, la lala Lala la la lala... La la la la, la la la la la la la... Skończyłem  
    • Przeźroczysty duch  Spółka  Brytwanna    Nie    Topisz się    Wleciało    Może to ptak a może ciało   
    • Umoczyć skrzydła białe, ociężałe Wiotkie Balustrady chłodne stopnie, marmur blady pod stopą topnie  Nieprzytomnym ostrym okiem  Ujrzeć - to trup, zabity orzeł  Tłumok zdechł samotnie Leży wygodnie Pośród porośniętej świetlnej trawy  Pośród jakiś strzępów, ruin ludzkiej sprawy  Niedokończonych marzeń, ambicyj  Przepadniętych planów, zmordowanej  Iskry! Więc tak zagra   Kręć, kręć skrzydła białe, stopy białe wiotkie, nagie  Przebrnęły kółko po zimnym betonie szarym  Przemknęły przez schody - cóż widzę, sale?  Sale puste, zapomniane…  Jeden człowiek stoi  I mówi, wciąż plącze słowa, dumnie się wystroi  Jakby mu się udało zatrzymać  Nagły zryw zaciśniętych ogromnych sal  Wyjrzyj tam - puste sale wielkich fal  Fale się odbiły, w gładkiej sali na fali Fale….. i wciąż ogrom fal Niedokończonych marzeń, ambicyj  Przepadniętych planów, zmordowanej  Iskry! Gnają! Będą wbijać na pal, wrogów na pal!  Pali się serce, w głowie sto myśli gna Czy to czystość tych zapałów, czy to brud Tej piekielnej broni odzew, krew bratnia się przelała! Nie ostatnia się przeleje….  Jakiś szmer, dygotanie serca zmienia się  W bas! Wali! Wali! Każdy strzał Basem wali każdy szmer  Urwał się sali sen Zerwał pajęczej nadziei sen, powstańca  Wymazali państwo - zostawili wygnańca  Jak psa! Lecz znów….  Jakiś szmer, pali się serce, sto myśli gna Serce się palić nie chciało… lecz zimne  I prosto!  I uporem!  I pragmatycznie!  I nie zachwiało!  Zerwało sukno obcej ręki wrzask i trzask, kłódka zerwana!  A druga się zamknęła,  Acz o niej mówić nie będą, zbyt mocno schowana   Pod stopami czysta trawa  Trwa zabawa pełnego lata Zabrali broń, czysta jest już skroń  Słońce jednak ciepły puch zabrało Skryte w zimnym błękicie szarym, smęt  Będą nam zwłoki innych zwierząt pod stopami stać!  Zauważywszy głowę trać!  W nogę dać!    Skrzydeł nie było, ciężkich czy lekkich  Tych bujnych, majętnych, przepychem wypchanych Nie było skrzydeł białych, tych mętnych  Ledwie zarysowanych, smętnych  Nie było nawet zimnej balustrady….  Był ryk i grom! I spadły żagary  I nic poza tym…. przepadły zamiary Bo kłódka zamknięta, ta mała schowana Na dnie mego serca rozgorączkowanego wybrzmiała  Jako wielka skrzynia złota, tajemna  Klucz do niej mam, czuj duch!  Duchem opamiętam braci wszystkich serca
    • @dwa123     Nocą to miasto również tętniło życiem, a powrót do domu był chwilą radości przed nadchodzącą nostalgią. Wychodząc z pracy, każdej nocy mijałem Caffè Reggio. W powietrzu można było poczuć zapach świeżo mielonej kawy o północy. Często widywałem tam studentów, artystów i nocnych marków, a wystrój kawiarni przyprawiał mnie o dreszcze- uwielbiałem takie klimaty.   Maszerując w stronę stacji, sprawdziłem kieszenie starego płaszcza. Z zapałem przeszukałem je w nadziei, iż znajdę tam jakieś banknoty, aby zapłacić za bilet. Zamiast tego znalazłem stary bilet do metra. Zerknąłem na niego, sprawdzając datę i godzinę. Próbowałem wrócić myślami do tamtego dnia.   Przypomniało mi się spotkanie z nią. Piękną Alice. Miała rude kręcone włosy, zielone oczy, kilka piegów na nosie, bladą cerę, której tak nienawidziła. Natomiast ja czułem szaleńczą miłość, ilekroć mogłem ją zobaczyć. Podziwiałem jej uśmiech, dołeczki i te iskry w oczach, gdy w jej głowie powstawał co rusz jakiś nowy pomysł.   Moje marzenie o Alice przerwały schody na dół do metra, bo prawie zleciałbym i złamał nogę. Gdy mój umysł już wrócił na ziemię, powędrowałem w stronę peronu, z którego miało odjeżdżać metro. Gdy dotarłem tam, akurat mogłem do niego wsiąść. Wsiadłem do środka i szybko zacząłem szukać miejsca, aby usiąść. W Nowym Jorku znalezienie miejsca w metrze i to jeszcze siedzącego graniczyło z cudem. To tak jakby wygrać szóstkę w lotto, prawie niemożliwe.   Wreszcie, gdy je znalazłem, otworzyłem czarno-skórzany plecak w poszukiwaniu książki. Zadowolony z  szybkiego znaleziska, przystąpiłem do lektury. Była nią książka The Great Gatsby. Zakochałem się w niej, bo przypominała mi moją historię miłosną z Alice.   Kiedy znów w mojej głowie kłębiły się myśli, postanowiłem zaprzestać z tym tragizmem, zacząłem przyglądać się ludziom w metrze. Przede mną siedziała starsza pani, która rozmawiała ze swoim wypchanym kotem oraz dziergała sweterek na drutach. Obok mnie była lekko przerażająca postać punka z różowym irokezem, mnóstwem tatuaży z czaszkami i nazwą kapeli Guns N' Roses Kilka stacji później wsiadł mężczyzna przebrany za tygrysa, a za nim cztery dziewczyny niosące ciężką czerwona sofę. Pomyślałem sobie, że już nic mnie nie zdziwi, przecież tyle razy jeździłem metrem, bywały jeszcze gorsze widoki. Wreszcie nadeszła moja stacja, drzwi automatycznie się otworzyły.   Kierowałem się ku wyjściu, ale w bardzo powolnym tempie, aby spowolnić moją mękę, która miała za chwilę się zacząć. Powolnym spacerem, obserwując detale miasta, dotarłem pod drzwi domu. Były zielone, jak oczy kobiety, którą kiedyś kochałem. Gdy w końcu je otworzyłem i zatrzasnąłem za sobą, nastała głucha cisza. Niegdyś mogłem tu usłyszeć śmiech Alice, dźwięk pianina, na którym lubiła grać Światło księżyca. Teraz nastał smutek oraz pustka, w której od dawna tkwię. @dwa123 opowiadanie jest świetne 
    • @dwa123   Zgodnie z prośbą, proponuję poprawę. Myślę, że nie piszę lepiej, ale zawsze jest nam trudniej poprawiać własne prace. Wolimy, żeby zrobił to ktoś inny.   Nocą to miasto,(?) (interpunkcja) również tętniło życiem, a powrót do domu był chwilą radości, (interpunkcja) przed nadchodzącym koszmarem. Wychodząc z pracy, każdej nocy mijałem Caffé Reggio. W powietrzu można było poczuć zapach świeżo mielonej kawy o północy. Często widywałem tam studentów, artystów i nocne marki, a wystrój kawiarni przyprawiał mnie o dreszcze- uwielbiałem takie klimaty.   Maszerując w stronę stacji, sprawdziłem kieszenie starego płaszcza. Z zapałem przeszukałem kieszenie z nadzieją (w nadziei), iż znajdę tam jakieś banknoty, aby zapłacić za bilet. W zamian (zamiast tego) znalazłem stary bilet do metra. Zerknąłem na niego, sprawdzając datę i godzinę. Próbowałem wrócić myślami do tamtego dnia.   Przypomniało mi się spotkanie z nią. Piękną Alice. Miała rude kręcone włosy, zielone oczy, kilka piegów na nosie, bladą cerę, której tak bardzo nienawidziła. Natomiast ja tak bardzo czułem szaleńczą miłość, ilekroć mogłem ją zobaczyć. Podziwiałem jej uśmiech, dołeczki i te iskry w oczach, gdy w jej głowie powstawał co rusz jakiś nowy pomysł.   Moje marzenie o Alice przerwały schody,(?) na dół do metra, bo prawie zleciałbym i złamał nogę. Gdy mój umysł już wrócił na ziemię, powędrowałem w stronę peronu (przecinek) z którego miało odjeżdżać metro. Gdy dotarłem na peron, akurat mogłem do niego wsiąść. Wsiadłem do środka i szybko zacząłem poszukiwać miejsca aby usiąść. W Nowym Yorku znalezienie miejsca w metrze i to jeszcze siedzącego graniczyło z cudem. To tak jakby wygrać szóstkę w lotto, prawie niemożliwe. Wreszcie, gdy znalazłem miejsce siedzące, otworzyłem swój czarno-skórzany plecak w poszukiwaniu książki.   Zadowolony swoim (ze swojego) szybkim znaleziskiem, przystąpiłem do lektury. Była nią (książka) The Great Gatsby (cudzysłów lub kursywa) Zakochałem się w tej książce, bo przypominała mi moją historię miłosną z Alice.   Gdy znowu do mojej głowy nabiegały (wszelakie?) myśli, postanowiłem zaprzestać temu tragizmowi (z tym tragizmem), zacząłem przyglądać się ludziom w metrze. Przede mną siedziała starsza pani, która rozmawiała ze swoim wypchanym kotem, oraz dziergała sweterek na drutach. Obok mnie była lekko przerażająca mnie (powtórzenie) postać,(bez przecinka) punka z różowym irokezem , mnóstwem tatuaży w czaszki i nazwa kapeli Guns and Roses (kursywa).   Kilka stacji później, do metra wsiadł mężczyzna przebrany za tygrysa, a za nim cztery dziewczyny niosące ciężką czerwona sofę. Pomyślałem sobie, że już nic mnie nie zdziwi, przecież tyle razy jeździłem metrem, były jeszcze dziwniejsze widoki. Wreszcie nadeszła moja stacja, więc wstałem, podszedłem do drzwi, a one automatycznie się otworzyły (to warto przeredagować).   Po wyjściu z metra kierowałem się ku wyjściu, ale w bardzo powolnym tempie, aby spowolnić moją mękę, która ma (miała) za chwilę się zacząć. Powolnym spacerem, rozkoszując się urokami miasta, dotarłem pod drzwi domu. Były zielone, jak oczy kobiety którą kiedyś kochałem.   Gdy w końcu otworzyłem drzwi domu i zatrzasnąłem je za sobą, nastała głucha cisza. Niegdyś w tym domu mogłem usłyszeć śmiech Alice, dźwięk pianina, na którym lubiła grać światło księżyca (wstawić prawidłowo tytuł). Teraz nastała pustka, smutek a ja w niej od lat tak tkwię (nastał smutek oraz pustka, w której od dawna tkwię).
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...