Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Vego obudził się. W głowie czuł tępy ból. Usiadł i rozejrzał się po pomieszczeniu, w którym się znajdował. Była to niska i ciemna piwnica pod zamkiem. Powietrze przesycone było wilgocią i czuć było stęchlizną. Na lewo pod ścianą leżeli jego przyjaciele. Próbował wstać, wtedy poczuł ból w ręce. Spojrzał na nią. Długa skórzana rękawica była rozdarta, a przez całe przedramię biegła głęboka rana, jednak krew zdążyła już zakrzepnąć. Vego odpiął pasek i zrobił z niego coś w rodzaju temblaka, a potem podczołgał się do Detrego. Ten leżał nieprzytomny, a spod jego blond loków wypływała strużka krwi. Po kilku wymierzonych mu policzkach wreszcie się obudził. Zaczął rozglądać się po pomieszczeniu, wreszcie jego wzrok spoczął na Nortisie:
- Czy on…
- Żyje, słyszę jego oddech.
- Vego, co z nami będzie?
Książę odwrócił głowę i nie odpowiedział.
Po chwili Detre usiadł. Natychmiast pociemniało mu przed oczami. Siedział trzymając się za głowę, aż mroczki ustąpiły. Potem zaczął szturchać nieprzytomnego Nortisa. Ten długo dochodził do siebie.
Na korytarzu dały się słyszeć kroki i przyciszone głosy. Ciężkie, metalowe drzwi uchyliły się i pokazała się w nich głowa młodego mężczyzny. Vego wstał i ze spokojem przyglądał się młodzieńcowi. Ten w końcu zdecydował się wejść i zamknął za sobą drzwi. U pasa miał zawieszony miecz. Vego jednak w ogóle się go nie obawiał.
Młodzieniec przełknął ślinę i zaczął mówić:
- Jestem Jerken, książę Olsydii. Jak zapewne wiecie panie, Gavrill obrócił mój kraj w perzynę - tu zamilkł i łzy stanęły mu w oczach.
Jerken nie mógł mieć więcej niż szesnaście lat. Miał piegowatą buzię i miedziane włosy, które przybrały kolor niemal czerwony w świetle pochodni, którą trzymał w lewej ręce.
- Biedne dziecko - zawołał ironicznie Nortis, który już doszedł do siebie - straciłeś pewnie mamusię i tatusia, co mały?
Jerken spuścił głowę, a jego dolna warga zadrgała.
- Stul pysk, Nortis! - Vego spojrzał na bliskiego płaczu chłopca - Dlaczego tu przyszedłeś?
- Ja… chciałbym prosić o pomoc. - chłopiec powoli się uspokajał - Zgodziłem się służyć Gavrillowi tylko dlatego, aby się zemścić. Przez długi czas dosypywałem mu do jedzenia i picia truciznę. Starałem się zabić go kiedy spał. Wszystko na nic. Jego czary są zbyt silne. Próbowałem także uciec, jednak on zawsze zdołał mi w tym przeszkodzić.
- Jakże więc my mamy ci pomóc? - zapytał Detre.
- Kiedy się poddałem temu potworowi, moi ludzie poddali się razem ze mną i jest tu ich ponad setka. Jesteśmy gotowi pomóc wam w ucieczce.
Vego wyglądał jakby nad czymś się zastanawiał. Jerken umilkł i czekał co powie Dremneńczyk. Dużo słyszał o wojownikach z Dremn, a kiedy był młodszy, chciał stać się jednym z nich i walczyć u boku legendarnego Martora, który nie przegrał żadnej bitwy. Kilka lat temu wędrowny starzec opowiedział mu o okrucieństwie Dremneńczyków, o tym, jak wyzyskują podbitą ludność i jak rozprawiają się z jeńcami wojennymi. Starzec był Sargetem, który jako jedyny ocalał z najazdu ludzi Martora na jego wioskę. Cała jego rodzina, łącznie z nowonarodzoną wnuczką zginęła.
- Mała była dzieckiem jednego z nich - powiedział stary, ale Jerken nie bardzo wtedy rozumiał co to znaczyło. Po tej rozmowie chłopak znienawidził ludzi, których uważał wcześniej za bohaterów. Postanowił, że kiedyś zabije Martora i wszystkich jego ludzi. Teraz jednak, musiał prosić o pomoc jednego z nich.
- Nie boję się tego karła i nie będę przed nim uciekał jak ostatni tchórz. - odezwał się wreszcie Vego.
- Panie, na Południowym Kontynencie w Moren żyje siostra mego ojca, jest tamtejszą królową. Moren to potężne państwo, ich armia jako jedyna na świecie ma szanse stanąć do walki z najemnikami Gavrilla. Musisz, panie…
- Niczego nie muszę! - krzyknął ze złością książę - Mógłbym oczywiście zanieść twoje poselstwo władcom Moren, ale po co mam to robić? To samo mógłbyś zlecić swoim ludziom.
Chłopak spuścił wzrok, zastanawiał się nad czymś przez chwilę po czym spojrzał księciu prosto w oczy i powiedział:
- Panie, moi ludzie nie są w stanie dotrzeć do Moren. Gavrill z pewnością by się o tym dowiedział i zabiłby ich. Jego wpływy sięgają dalej niż by się mogło wydawać. Wy, panowie jesteście doświadczonymi wojownikami, z pewnością uda się wam zajść dalej, niż moim sługom. Gavrill zniszczył Dremn, żeby je odzyskać trzeba o wiele więcej niż sprzymierzone armie Sargetii i Zoroboru. Musisz... - widząc wściekłe spojrzenie Vego, poprawił się. - Powinieneś zanieść moje poselstwo na Południowy Kontynent.
- Wiesz, Vego - odezwał się Nortis – przyznam, że dzieciak nawet dobrze kombinuje. Wszyscy słyszeli o potędze Moren. Będzie można odebrać Dremn temu karłowi, a władcy południa na pewno nie będą mieli żadnych roszczeń względem naszego państwa...
Vego uciszył go gestem, spojrzał na Jerkena i po chwili wahania odezwał się:
- Przyjmę twoją pomoc. Udam się też do Moren i zawiozę poselstwo. Gavrill musi zapłacić za to, co zrobił.
- Skoro tak, to za kwadrans moi ludzie otworzą wam drzwi i wyprowadzą z podziemi. Dalej, jednak musicie radzić sobie sami.
Wyszedł i zabrał pochodnię, a w piwnicy ponownie zapanowały ciemności.
Po niedługim czasie drzwi otworzyły się i stanął w nich strażnik.
- Panie, na skraju lasu na południe od miasta czekają wasze konie – szepnął. - Znajdziecie przy nich waszą broń oraz trochę jedzenia i wina - powinno wystarczyć na kilka dni. A to - wyjął dosyć ciężką sakiewkę - prezent od mojego pana.
- Powiedz mu, że kiedyś zwrócę - Vego przyjął sakiewkę i zwrócił się do swoich kompanów - Idziemy!
Wziął pochodnię od strażnika i podążyli wzdłuż ciemnego korytarza.
Z piwnicy wydostali się tunelem, który słuzył dawniej do wwożenia wina, wody i jedzenia. Niezauważeni pokonali odległość pomiędzy zamkiem i pierwszymi zabudowaniami miasta i znikli pośród spalonych kamienic.
Udało im się przedostać poza mury, lecz zostali zauważeni. Na murach szybko pojawili się łucznicy. Strzały ze świstem przelatywały koło nich, jednak dzięki temu, że zaczynało się ściemniać, łucznicy nie mogli tak łatwo trafić do celu.
Vego był najszybszy. Jego towarzysze pozostawali znacznie w tyle. Nagle za jego plecami rozległ się przeraźliwy ryk. Książę odwrócił się i zobaczył, że Nortis został trafiony. Detre chciał zawrócić po niego.
- Zostaw go! - krzyknął do Detrego - Nie potrzebujemy rannych. Zaraz tu się zaroi od ludzi Gavrilla.
- Vego, przyjacielu! - Nortis był przerażony, próbował się czołgać. - Oni mnie zabiją! Ratuj mnie! Nie odchodźcie!
Vego spojrzał mu prosto w oczy, potem odwrócił się i pobiegł w kierunku lasu. Detre stał niezdecydowany, po chwili podążył za Vego.

Opublikowano

"Po kilku wymierzonych mu policzkach wreszcie się obudził. Zaczął rozglądać się po pomieszczeniu, wreszcie jego wzrok spoczął na Nortisie"
Wreszcie - wreszcie, powtórzenie.

"- Jakże więc my mamy ci pomóc? - zapytał Detre"
Tak po prostu? Pomóc? Oferta pomocy zasmarkanemu książątku nie pasuje mi do bohaterów.

"Jerken umilkł i czekał co powie Dremneńczyk. "
Przecinek przed "co"...

"Cała jego rodzina, łącznie z nowonarodzoną wnuczką zginęła."
...i przed "zginęła".

Hmm... Stajesz się naiwny.
Po pierwsze, w lochach zawsze jest straż, zwłaszcza przy ważniejszych więźniach. Poza tym czarodziej - czy czarnoksiężnik - nie byłby tak głupi, by pozwolic młodemu księciu chodzić samopas. Najpewniej przydzieliłby kogoś, kto by go pilnował.
Po trzecie, w zamku raczej roi sie od ludzi, służby, wojska, straży. Nawet nocą. Fizyczną niemożliwością jest wyjście z lochów - teoretycznie najbardziej strzeżonego miejsca - aż za mury. Chyba, że bohaterowie podążaliby jakimś tajemnym przejściem, ale nie ma o tym mowy.
Po czwarte, do uciekinierów możnaby strzelać, owszem, ale bardziej prawdopodobne jest, że wysłanoby konny pościg. Natychmiast. Skoro w takim tempie można zmobilizować łuczników, można też wysłać konnych.

Za proste to jest. Język dalej dobry, ale fabułą się nie popisałeś. Nie możesz omijać trudności niedopowiedzeniami. Pomyśl, jak byłoby to naprawdę i wykorzystaj - skradanie się księcia w przebraniu, atmosfera strachu, napięcia, konna ucieczka. Cokolwiek wymyślisz, byleby było realne.

Pozdrawiam i życzę powodzenia,

Gwyn

Opublikowano

Kolejny raz dziekuje za wytkniecie mi błędów.
Stwierdzilem, ze muszę przebudować fabułe, gdyz rzeczywiscie zbyt to wszystko naiwne. Ale czego mozna wymagac od kogos, kto wychowal sie na Rambo:)
Pomyslę nad zmianami, moze uda sie to jeszcze jakos odratować.
A jeśli nie, to zabiore się za coś innego, bo mimo wszystko nie potrafie przestać pisac.

Dziękuję i pozdrawiam,
Ken

Opublikowano

Wydaje mi się, że tekst jest do odratowania. Tylko musisz jeszcze raz przemyśleć i napisać trzeci kawałek. I w przypływie weny nie zapominac już więcej o wczesniejszym planowaniu ciekawej i przemyślanej fabuły.

A postać księcia bardzo mi się podoba. Jak na razie to największy atut opowiadania.

Pozdrawiam :)

Gwyn

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • „Propagandą do płoci”   Konspiracją słów płotkami są znów, więc im mów i mów to, co słyszeć chcą.   Czaruj jego i ją, wyborów amoki. Co chcesz, to ci damy — płyną słów potoki.   Wszystko posiadamy! Potok frazesów nęci, przyciąga i chęci, podpływają ich setki.   Płot z boku potoku, skaczą w etykietki, w afiszy natłoku i już tkwią w błocie.   Płocie przy płocie, odbija płot płocie, wpadają do błota — płaci płoci głupota.   — Oto i ciemnota! Potoki nie dla płoci, nurt bystry ochoci — lecz on nie dla płoci!   Płot przy płocie stoi, w bilbordach błądzi. Potok płynie dalej, prawdy nie osądzi.   Mąci woda przy brzegu, płocie tłoczą się w błocie. Nurt omija płycizny, nie płynie przy płocie.   Pomrze płoci krocie w partyjniackim błocie. Polityka nie dla płoci, ale mocno je ochoci.   Kto odważy się zrozumieć, ten wypłynie ponad płoty. Kto za frazes tylko chwyta, wpada w błota kłopoty.   Leszek Piotr Laskowski
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      Witaj - miło że z nutką tajemnicy  - dzięki za czytanie -                                                                                               Pzdr. Witaj - oczywiście poprawiłem - dziękuje za to że ładny i ciepły -                                                                                                                 Pzdr.słonecznym rankiem. Witam - dziękuję serdecznie za to że owe podglądanie to lekcja doceniania  chwil -                                                                                                                                                   Pzdr.uśmiechem. @Sylwester_Lasota - @Poet Ka - dziękuję serdecznie - 
    • Takie tam podsumowanie moich życiowych poszukiwań:)   "Prawda".   Prawda nie ma jednej twarzy, prawda Ci się nie przydarzy, bo nie możesz jej pominąć i w niepamięć swą odpłynąć.   Prawda nie ma sztywnej formy, nie dąży do żadnej normy, jest trwaniem po wieki wieków, na nią nie ma dobrych leków.   Bo cóż by ją zwalczyć mogło, na równowagę pomogło... Nie ma mnie bez otoczenia i wzajemnie – akt scalenia...   Jesteśmy sobie pisani, jednym pędzlem malowani na świadomości ekranie... Świat ma me wieczne oddanie,   wdzięczność za to, że być mogę, choćby wbijany w podłogę, wirem nicości wkręcany w niepewności mroczne stany.   Nic nie zburzy mej miłości do tej świętej zależności, jesteśmy tu zawsze razem, jesteś moich snów wyrazem.   Mym warunkiem, przeznaczeniem, towarzyszem, moim cieniem, kolorem tęczy na niebie, jesteś w radości i w gniewie.   Wszechświat kocha różnorodność, w nią obraca swoją płodność. Prawda to ja, Prawda to Ty, Prawda to My – nic poza tym. :)    

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Głośne, metaliczne odgłosy dobiegają z różnych metalowych części zgromadzonych żałobników. Stoją przygnębieni pod ciemnymi chmurami, a z metalowych dupereli wypływa smutny smar. Niektórzy rdzewieją już nieco w strugach deszczu, ale z uwagi na szacunek dla bohatera imprezy Don Śrubem zwanym, nie odchodzą lub odjeżdżają.      Płoszą jednocześnie wygłodniałe kruki. Przyleciały biedne z nadzieją w czarnych skrzydłach, że jednak nie schowają, zostawią delikwenta na wierzchu i będą mieć wydziobożerkę. Po chwili jednak, mając zdeformowane dzioby o twarde niby ciała, odlatują zdegustowane i zawiedzione, zostawiając tylko echa krakania, które po chwili umiera.     Natomiast główny sprawca zamieszania, umarł podobno już kilka dni temu, a właściwie został zmiażdżony z namiętnym łoskotem przez zazdrosną lokomotywę starego typu, buchającą zakochaną parą. To jednak wersja oficjalna tudzież romantyczna, dla ciekawskich dziennikarzy. Teraz omawiany czeka spokojnie pośród zgromadzonych, na włożenie do zardzewiałej ziemi rdzą znamienitych przodków.      Niestety. Nic nie zostało z jego wspaniałego, proporcjonalnego wyglądu o przystojnych, gładkich trybikach, kółkach wszelakiej maści, migających światełkach i pewnym podłużnym szczególe do wycieku smaru. A tak się nim szczycił i przyciągał różne zauroczone metalowice z powabną żelazną szczeciną. Zebrani mogli tylko ze smutkiem we wizjerach, oglądać ten cały bajzel, niepodobny już tak bardzo do nich.      Tylko najbliższa rodzina znała od uczynnych sygnalistów, prawdziwą przyczynę tego całego galimatiasu, w który ich najbliższy trybom został zmieniony. A przyczyna była banalna. Chciał ich po prostu odwiedzić z daleka, a że teleportacja jeszcze była w drucianych powijakach, to jak łatwo można było przewidzieć, nastąpiła awaria teleportera i na stacji docelowej został ponownie złożony nie tak jak trzeba. I to bardzo nie tak.     Jeszcze bardziej wtajemniczeni metalicznie zgrzytali rodzinie w aluminiowe ślimaki i bębenki, że ktoś tak dla wesołości, czyli dla ołowianych jaj, przed teleportacją włączył opcje→AI, czyli Alternatywną Instrukcję – ponownego złożenia. I wyszło jak wyszło.    * – Babciu. Przestań zgrzytać i sikać po dziadku smarem, tylko mnie posłuchaj – rzekł blaszany wnuczek w smutnej ciszy, że aż zgromadzeni, błysnęli złowrogo poświatą wizjerów. – Możemy oddać dziadka na złom. Po co zakopywać. Za uzyskane przychody, skonstruujesz sobie nowego. Nawet z lepszym prętem. Co ty na to, babciu?     – Nie wódź mnie na pokuszenie blaszany łobuzie – tym razem zazgrzytała babcia, zakochanym trybikiem. – Jam już w węglarce zakochana. Poza tym wnuczku, trza myśleć racjonalnie. Ma pełno opału na ślicznych, wklęsłych wdziękach.      – Ależ babciu. Skoro tak rozumujesz to wiedz, że tej zimy, nie ma być zimy. Możesz być śmiało dziadkowi wierna. Nawet po śmierci.      Nagle wszyscy usłyszeli złowieszczy, acz oczekiwany, chociaż nie przez wszystkich, zgrzyt słowny:    – Do zardzewiałej śrubki. Bierzcie się do roboty, pieprzone roboty. Z miłości do was to mówię. Tak mnie poskładajcie, bym wyglądał, jak za życia.     – Drogi mężu – zazgrzytała babcia. – Ty się wreszcie zdecyduj. Czyś żyw, czy nie. Węglarka czeka. Muszę wiedzieć, jak sobie życie wytrybować.
    • Wiem ile za mną ale nie wiem ile przede mną   Dlatego szeroko otwieram noce  oraz dni   Żyję mocno jak tylko się da podglądam sny   Bo wiem że umieją ziścić kolejne uśmiechy   Wiem ile za mną ale przed tylko przyszłe wie   Więc muszę czekać cierpliwy być nie bać się burz   przecież po nich może być więcej udanych chwil        
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...