Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Niechętnie spojrzałem w gładką taflę lustra, a to, co zobaczyłem, wzbudziło we mnie jeszcze większą niechęć. Wpatrywałem się w swoje odbicie, zastanawiając się ile czasu mi jeszcze pozostało. Dzień? Miesiąc? Może ewentualnie rok. Jak dobrze pójdzie, oczywiście. Tylko, czemu mnie to nie martwi? Czemu nie jestem załamany, jak większość ludzi w obliczu tak okropnej choroby? Bo ja nie jestem jak każdy. Nigdy nie byłem i nigdy taki się nie stanę. Wiem, że jestem wyjątkowy, wiem także to, że już od dawna w moich żyłach płynie próżność, niby trucizna mieszająca się z krwią. Tak, jestem próżny. Jestem zadufanym w sobie egoistą, który nigdy nie patrzy na innych. I jestem z tego zadowolony.

Odwróciłem się w stronę okna. Szyby, na których osiadł uliczny pył, odgradzały mnie od brudnego świata. Nie wychodziłem na dwór już od dawna, ten chłam mnie przeraża. Cały ten syf, którym przesiąknięte jest miasto, zdaje się być trucizną dla mojej duszy. Duszy, której zresztą chyba nie mam. Pozbyłem się jej już dawno, a może nie tak dawno…? Nie liczę już czasu, bo, po co? Żyję, bo żyję, oddycham tak z przyzwyczajenie. Nie czuję.

Muszę przyznać, że kiedyś byłem normalnym człowiekiem. Ach, czy wspomniałem o tym, iż mam dwadzieścia pięć lat? Chyba nie, więc teraz o tym mówię. Liczę sobie ćwierć wieku, z czego jakieś dwadzieścia dwa lata upłynęły w spokoju. Żyłem normalnie, uczyłem się, zakochiwałem i przezywałem rozstania, ogółem - nie było w moim ówczesnym świecie miejsca na nostalgię czy depresję, jakie nawiedzały mnie w późniejszym okresie, który jednak poprzedzał rok pełen uniesień fizycznych, jak i duchowych. Wówczas spotkałem ją. Była kobietą rodem z piekła, dosłownie. Wywróciła do góry nogami moje uporządkowane życie. Sprawiła, że zacząłem być brutalny, bo ona to lubiła. Sama czasami używała przemocy. Przy niej nauczyłem się wszystkiego na temat kobiecego ciała i tego, jak osiągać rozkosz iście nieziemską. Stała się dla mnie obsesją, nałogiem, który sprowadzał mnie w coraz głębsze piekło pragnień i grzesznych myśli. Była zła do szpiku kości, to było widać w jej oczach, były ciemne, prawie czarne. Odbijał się w nich wyraz pogardy dla wszystkiego i wszystkich, w niektórych momentach nawet dla mnie. Dobrze wiem, że nigdy mnie nie kochała, lecz to mnie nie obchodziło. Ja ją kochałem do szaleństwa i dopóki była ze mną, wszystko było dobrze.
Każdego zdziwi fakt, że nigdy nie poznałem jej imienia. Byłem z nią rok i każdej nocy nazywała się inaczej. Była swoistym ludzkim demonem, który zastawia pułapki na biednego śmiertelnika.
Była piękna. Miała jasną karnację i ciemne włosy, które z nią kontrastowały. I te jej czarne oczy… Nadal je pamiętam, choć to już kilka lat. Czas wypełniony niemą tęsknotą do jej ciała i umysłu. Ktoś kiedyś powiedział, że kobieta to zło wcielone. Owszem, jednak właśnie to zło najbardziej nas wszystkich w nich pociąga. Pamiętam jej dłonie. Delikatne i smukłe, o wysublimowanych palcach, idealne. Zawsze zwracałem uwagę na dłonie, nie mógłbym być z kimś, kto ma brzydkie ręce. Pamiętam także jej gładkie ciało, które każdej upojnej nocy poznawałem od nowa.
Jakie było nasze życie? Po pierwsze, nie było nasze. Żyliśmy osobno, spotykając się tylko wieczorami i żegnając o poranku. Nie będę mówił jak było w nocy, potrzebuję te wspomnienia zachować na później. Pamiętam, że wciąż podejrzewałem ją o zdradę, jednak nigdy nie miałem odwagi oskarżyć ją o to prosto w oczy. Nie, nie byłem tchórzem, wiedziałem po prostu, że odejdzie, wiedziałem to bardzo dobrze. Nie była kobietą, która czuje sentyment do kogoś, lub czegoś. Była zdecydowana i odważna…
~*~
Od zawsze miałem zmysł artystyczny, tak mi się przynajmniej wydawało. Dużo pisałem, zwłaszcza przez ten rok spędzony z nią. Była moją muzą, moim natchnieniem. Pozwalała bym pisał poematy zabarwione nutą erotyzmu, napawając się widokiem jej nagiego ciała. Uśmiechała się, słuchając, co ostrzejszych fragmentów mojej prozy. Podobało jej się nawet wtedy, gdy uwagę skupiałem na otaczającym mnie świecie, gdzieniegdzie wplatając, niby od niechcenia, jej osobę. Jeszcze wtedy miałem przyjaciół, choć uzależnienie od niej sprawiało, że oddalałem się od nich coraz bardziej. Nieraz gratulowali mi talentu, a ja mówiłem, że to wszystko dzięki niej, mojej muzie.
Dziś pamiętam, jak przez mgłę, dzień dwunastego czerwca. Od rana padał deszcz, leżała wtulona we mnie, na podłodze porozrzucane były sterty zmiętych ubrań, pospiesznie zdjętych zeszłego wieczoru. W powietrzu unosił się zapach namiętności. Byłem szczęśliwy, bo była przy mnie, a jednocześnie targały mną wątpliwości i obawy. Dlaczego? Z kieszeni jej spodni wypadła prezerwatywa. Niby nic nienormalnego, jednak… Po co jej prezerwatywa, skoro jestem bezpłodny?!
- Masz kogoś – powiedziałem wówczas pustym głosem. Nie odpowiedziała. W milczeniu wstała i zaczęła się ubierać. Patrzyłem na nią z pozoru spokojnie, jednak chciałem krzyczeć, by mnie nie opuszczała. Nie spojrzała w moją stronę. Po chwili wyszła zamykając drzwi, tak cicho, jak gdyby myślała, że śpię i nie chciała mnie obudzić. Nie wiem jak długo leżałem w bezruchu, lecz w końcu wybuchnąłem szlochem. Jak małe dziecko przytuliłem się do jej poduszki i płakałem. Długi czas zajęło mi doprowadzenie się do takiego stanu, w jakim jestem dzisiaj. Opublikowałem wszystkie swoje twory, zyskując dzięki temu sławę i pieniądze. W końcu nakarmiłem swoją próżność na tyle, by przez jakiś czas nie pragnąć więcej. Potem znów pisałem. Stałem się jednym z najbardziej czytywanych pisarzy tej dekady. Któregoś dnia zasłabłem, trafiłem do szpitala i dowiedziałem się, że mam guza mózgu. Owa wiadomość nie wywołała we mnie jakichś szczególnych emocji.
Z czasem przyzwyczaiłem się do ciągłego bólu, który starałem się tłumić garściami tabletek przeciwbólowych, a także do wizyt w szpitalu. Tego ostatniego jednak zaniechałem już po miesiącu, szpitale wprawiały mnie w dziwne otępienie. Nie znosiłem tego.
Jakież to dziwne, prawda? To, że jeszcze żyję, że oddycham i mam się wbrew pozorom dobrze. Mnie też to dziwi. Wiem jednak, iż nie potrwa to długo. W końcu umrę, zabierając ze sobą wspomnienia upojnych nocy spędzonych z nią.
Uśmiechnąłem się i odwróciłem od okna, choć jeszcze przez dłuższą chwilę trzymałem dłoń na chłodnej szybie.
- Jak nie za życia, to znajdę cię po śmierci… - szepnąłem w przestrzeń i strząsnąłem z siebie resztki wspomnień powracając do swej codziennej egzystencji, do bólu tłamszonego lekami i do pisania jakichś bezsensownych bzdur, które podobają się ludziom bez wyobraźni...

  • 2 miesiące temu...
  • 1 miesiąc temu...
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...