Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Wokół Festiwalu Literackiego im. Czesława Miłosza w Krakowie 2009


Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Refleksje wokół Festiwalu Literackiego im. Czesława Miłosza 2009 w Krakowie.
Ko Un – artystyczny fenomen.


Festiwal Literacki im. Czesława Miłosza, który odbywał się w dniach 23 – 26 października, zgodnie z intencjami pierwszego pomysłodawcy i mieszkańca Krakowa w ostatnim okresie swojego długiego życia – Czesława Miłosza, patrona święta literackiego - zaprezentował wybitne indywidualności z całego świata.
Gośćmi festiwalu byli m.in. Wisława Szymborska, Seamus Heaney, Tomas Venclova, Ko Un, Adam Zagajewski, Hans Magnus Enzensberger, Jiri Grusa, Aharon Shabtai, Robert Faggen, Ramin Jahanbegloo, Siergiej Kowalow, Dubravka Ugresić.
Obok spotkań panelowych wokół takich tematów jak: „Poezja i imperium”, „Zniewolony umysł – Umysł wyzwolony”, odbyły się oczywiście grupowe i indywidualne spotkania autorskie wspomnianych autorów i liczne prezentacje krajowych starszych i młodszych galerników pióra. Tutaj wymienić należy m.in.: Krzysztofa Koehlera, Edwarda Pasewicza, Martę Podgórnik, Andrzeja Sosnowskiego, Dariusza Suskę , Sylwię Chutnik, Bernadettę Darską, Pawła Dunina-Wąsowicza, Grzegorza Jankowicza, Jarosława Wiśniewskiego, Janusza Andermana, Andrzeja Wata, Annę Piwkowską, Bronisława Maja, Jacka Podsiadło, Marcina Świetlickiego.
Z zapowiedzianych osobistości zabrakło jedynie Dereka Walcotta, któremu stan zdrowotny uniemożliwił udział w spotkaniach. Jednakże technika medialna pozwoliła i jemu zaistnieć na festiwalu i przeczytać z ekranu swoje najnowsze wiersze.
Napięty program, ilość propozycji festiwalowych realizujących się jednocześnie w wielu miejscach pod Wawelem stawiał przed uczestnikami trudny wybór.
Ze spotkania z naszą Laureatką Nagrody Nobla ( w Teatrze Starym – wraz z Seamus`em Heaney`em i Tomas`em Venclovą zrezygnowałem – chętnych nie pomieściłby i Teatr Słowackiego, a łokciami do stołu literackiego przepychać się nie zamierzałem. Zaproszenia na to spotkanie w zasadzie nie były dostępne. Zresztą, laureatka prezentowała swoje najnowsze tomiki pt.: „Chwila” i „Tutaj”, a te od wielu miesięcy spoczywają w mojej osobistej bibliotece, dokładnie już przewertowane.
Wybrałem się do Muzem Sztuki i Techniki – Manggha, na spotkanie z niemieckim poetą Hansem Magnusem Enzensbergerem, Czechem Jiri Grusą, Irlandczykiem Seamusem Heaneyem, Litwinem Tomasem Wenclovą , Koreańczykiem Ko Un`em.
Każdy z nich miał swoje osobiste ciężkie doświadczenia życiowe z „imperium”, które – jak określił to każdy z nich – z jednej strony poprzez narzuconą im kulturę imperium, pozwoliły na wewnętrzny twórczy rozwój w kontakcie z obcą kulturą – z drugiej, stanowiły inspirację tak przez relacje z systemem ograniczającym wolność tak osobistą jak i wolność myślenia. Zażywny gaduła, gawędziarz Venclova docenił wpływ literatury rosyjskiej na własną drogę twórczą w osobach zarówno Dostojewskiego jak i Achmatowej, Cwietajewej, Gumilowa, Mandelsztama, a Seamus Heaney okazał wdzięczność kulturze angielskiej, bo jak się wyraził: trudno mieć pretensję do Angli, że nauczyła go kochać Shakespeare`a. Podobnie Enzesberger opowiadał o wpływie literatury dwóch okupantów po przegranej wojnie, rosyjskiej i amerykańskiej na ukształtowanie własnej osobowości artystycznej. Każdemu z nich przyszło spędzać swoje dzieciństwo w ojczyźnie zdominowanej politycznie przez obce nacje, dlatego na przykład Koreańczyk Ko Un, opowiadający o okupantach Japończykach rozdzielił wpływ kultury – w tym japońskiego zenu i zazenu na swój sposób myślenia o świecie, rozumienia świata - od wewnątrznego emocjonalnego buntu patrioty wobec brutalności najeźdzcy.
Dzięki znakomitemu wyposażeniu technicznemu Muzem Manggha, każdy uczestnik spotkania po jednej i po drugiej stronie poprzez elektronicznego tłumacza mógł bezpośrednio śledzić różnojęzyczne wypowiedzi.
Tego samego dnia, wieczorem, wybrałem się do Kościoła św. Katarzyny na spotkanie z Adamem Zagajewskim, Ko Un`em i Jiri`m Grusą. To właśnie Czech zastąpił swego wielkiego nieobecnego Derek`a Walcott`a, który na zakończenie spotkania z wielkiego ekranu rozpiętego przed ołtarzem przemówił do słuchaczy intelektualną poezją wartą dłuższego obcowania niż kwadrans słownej magii.
Pierwszy zaprezentował się Koreańczyk Ko Un w towarzystwie dwóch młodych tłumaczek i przyjaciela z Polski, Mieczysława Godynia, który w pierwszym wydanym zbiorze wierszy pt.: „Raptem deszcz” wydanym przez krakowski „Znak” jest autorem niemal połowy przekładów, obok nieobecnego Adama Szostkiewicza. To właśnie ten ostatni jako pierwszy odkrył dla polskiego czytelnika daleko wschodnioazjatyckiego poetę.
Cóż powiedzieć, jak wyrazić porażające urodą wierszy moje osobiste wrażenie. I to nie tylko z powodu oryginalnego widzenia świata tak egzotycznego artysty. Także osobisty przekaz czytającego swoje wiersze w swoim ojczystym języku, niemal teatralny, sposobem – gwałtownością prezentacji przypominający postaci bohaterów filmów Kurosawy – samurajów, w modulacji, inakntacji, ruchów ciałem (niemal przykucanie, szept, krzyk, gesty rąk ) i sama treść wierszy, z których autorem niejednego tekstu mógłby być polski sybirak, ale też – z racji swojego dziesięcioletniego pobytu w klasztorze buddyjskim, kilkukrotnych prób samobójczych, nihilistycznych okresów pijaństwa, przeżytych okresów aresztowań i więziennych tortur – będących wyrazem głębokiej mądrości i filozofii życiowej autora ponad 130 książek. Chciało się słuchać i słuchać tej poezji bez końca.
Drugi z kolei, Jiri Grusa (ptaszki nad „r” i „s” niech czytelnik sam sobie dołączy) zaimponował intelektualną elegancją przekazu wraz z zaangażowaniem obywatela świata w problemy społeczne i etyczne człowieka myślącego. Ta poezja wymaga osobistego kontaktu z wierszem, gdyż subtelności i mnogość problemów i ich waga tylko powierzchownie docierają do słuchacza.
Adam Zagajewski zaprezentował się jako poeta wycofany i zmęczony, stojący uparcie na boku – jakby w swoim zdeklarowanym wyalienowaniu obserwatora znalazł sposób na ogarnięcie sytuacji duchowej i egzystencjalnej człowieka rozpoczynającego kolejne stulecie cywilizacji. Nie wiem, czy to regres weny, ale wiersze wydawały mi się wtórne wobec tego, co już zaoferował we wcześniejszych zbiorach. Także przegadane, jakby autor sam sobie usiłował perswadować swoje racje i swoje stanowisko. Zaznaczam, to subiektywny odbiór; nie znam opinii innych uczestników spotkania.
Nie ukrywam, we wszystkich spotkaniach w których wziąłem udział, prócz ostatniego – w Synagodze Tempel na Miodowej - rozczarowała frekwencja. Wypełniony krzesłami ogromny obszar kościoła św. Katarzyny zaledwie w 1/5 wypełnił się zainteresowanymi. Podobnie było w Muzem Manggha jak i na spotkaniu autorskim z Ko Un`em w Auli Nowodworskiego na ul. św. Anny dzień później, więcej jak połowa sali ziała pustką.
W mieście kilkunastu uniwersytetów, gdzie w samej Jagiellonce studiuje nauki humanistyczne ze dwadzieścia tysięcy studentów, pomijając młodzież licealną niemal stu placówek oświatowych – i tzw. kac kulturowy spowodowany absencją potencjalnych słuchaczy był nieznośnie dołujący. Brak głębszych potrzeb intelektualnych ludzi kształcących się wskazuje na zapaść duchową ostatnich lat. Pragmatyzm i merkantylność celów starających się o dyplomy stawia pod znakiem zapytania wartość wykształcenia, horyzonty myślowe, sens nauki i zobowiązania społeczne wobec dziedzictwa kulturowego tych, którzy wkrótce będą tworzyć elitę tysiącletniego narodu. Nie ma inspiratorów wśród uczących nauczycieli, nie ma pasjonatów. Na salach garstka ze starszego pokolenia i pojedyncze osoby z kręgu jeszcze studiujących (nawiedzonych?, wariatów?, nudzących się?).
Ad meritum; na spotkanie z Ko Un`em wybrałem się 25 października o godz. 14.00 do Auli Nowodworskiego przy ul. św. Anny, wiele sobie obiecując. Obcowanie z osobowością poety, jego poezją i refleksjami wokół obranej drogi artystycznej – to była prawdziwa duchowa uczta.
Pomijając fakt, że prowadzący spotkanie Wojciech Bonowicz wyglądał na zupełnie nie przygotowanego na artystyczne zjawisko jakim był koreański gość festiwalu, pomijając zupełne rozmijanie się świata artystycznego poety i dociekań naiwnych pytań prezentera do Ko Un`a, wynikające z zasadniczych różnic ontologicznych i aksologicznych w postrzeganiu rzeczywistości (nie oddzielaniu duchowości od materii, specyficzne pojmowanie czasu i jednostki jako manifestacje zawsze tego samego momentu i tej samej jednej osoby), pomijając zaskakujące odpowiedzi bohatera spotkania dla pytających uczestników spotkania, którym, na niektóre, obiecał odpowiedzieć we śnie (!!) – same wiersze swoją własną plastyczną oprawą słowną i niesłychaną we współczesnej literaturze prostotą wypowiedzi działającej przez zaskoczenie poprzez kontrast myślowo-obrazowy podobny do haiku, same wiersze potwierdzały swoją artystyczną wymową, iż mam do czynienia z fenomenem literackim w kulturze światowej, wartego czasu i hołdu nawet w postaci – oby rychłej – Nagrody Nobla.
Serdecznie tego Ko Un`owi życzę, i aby nie być gołosłownym, zamieszczam kilka wierszy z tomiku „Raptem deszcz”:


Poeta

Był długi czas poetą.
Nazywały go tak
kobiety i dzieci.
Z pewnością był poetą bardziej
niż ktokolwiek inny.
Nawet świnie i knury
chrumkały, że to poeta.

Zmarł, wracając do domu z dalekiej podróży.
W jego chacie nie zachował się żaden wiersz.
Był-że to poeta, co nie pisał wierszy?
Inny więc poeta napisał za niego wiersz.

Ledwie skończył pisać,
Gdy poemat uleciał na skrzydłach wiatru

na co zastępy wierszy pisanych przez stulecia
na Wschodzie i Zachodzie, dawniej i dziś,
załopotały w powietrzu
i odfrunęły
w dal.


================================== =================================

Trzciny z wyspy Cheju


Wczesny listopad. Na trzcinowiskach
Cheju biało od czubatych trzcin.
Pomiędzy nimi straszydło na ptaki.

Obserwuje morze. Morze je obserwuje.

=============================== ====================================

Stary Budda


Hej, mówiłeś coś o starym Buddzie?
Ależ stary Budda to nie Budda.
Prawdziwy Budda to ryba właśnie złapana do sieci,
Co jeszcze skacze i walczy.

============================================ =======================

Dziesięć


Najwspanialszy wiek jest wtedy
Kiedy potrafisz liczyć do dziesięciu.
A kiedy już umiesz dalej, jedenaście, dwanaście,
To niechybnie zaczną się nieszczęścia.

Ach! Dziecko o świcie nad morzem.


================================ ===================================

Pagoda Sumano


Na przełęczy Chongson w prowincji Kangwon
wśród wzgórz porośniętych starymi dębami,
stoi od wieków pagoda Sumano.
U jej stóp, na dziedzińcu świątyni Chongam,
pewien człowiek
wykopał staw i napełnił go wodą, aby matce swej pokazać
odbicie pagody.
Niełatwa doprawdy robota,
choć pagoda była jej warta.

Cłowiek ten, który tak niewiele żądał od świata
nie miał nic, co mógłby nazwać własnym,
ujrzał naraz
złotą pagodę i srebrną pagodę,
stojące w zmierzchu obok tamtej.
Cud.
Czując, że widok go przerasta,
zawołał do ludzi,
co byli na dole:
„Chodźcie tu, chodźcie prędko!”,
i bez słowa wskazał im złotą i srebrną pagodę.
Tymczasem one
jak nagle się pojawiły,
tak nagle znikły.
Gdzie tu sens?

Gdy ldzie, gderając, odeszli,
a noc nabrała głębi,
złota pagoda i srebrna pagoda
znów się ukazały,
strzeliste, roześmiane w świetle księżyca.
- Patrz!

================================== =================================


Arirang

Pewnego dnia w 1937 roku Koreańczycy z Yonheju
zostali siłą załadowani na ciężarówki
a potem do wagonów kolei transsyberyjskiej,
jechali dziesięć dni, jechali dwa tygodnie
wzdłuż brzegów jeziora Bajkał, umierali jeden po drugim, pięć tysięcy osób,
ich ciała wyrzucano w biegu,
aż w końcu – „gdzie jesteśmy?” –
dotarli na pustkowia koło Ałma-Aty.
„Wy, Koriejcy, macie żyć tutaj”.
Ciężarówki, którymi ich dowieziono,
odjechały puste.

Daleko na południu masyw Tien-szan
pokryty śniegiem.
Przed nimi i za nimi zarośnięty ugór.
W ziemiankach zawiesili nad ogniem kociołki
i zaczęli żyć w środku śmierci.

Minęło sześćdziesiąt mozolnych lat,
dwa pokolenia, trzy.
Ich dzieci przybrały imiona w rodzaju
Natalia Kim albo Iljicz Pak.
Jeden chłopiec nazywał się Anatolij Kang
i w wieku jedenastu lat
biegle już grał na bałałajce.

Pewnego dnia dostał od kogoś nuty
koreańskiej pieśni Arirang.
Spojrzał na kartkę,
przegrał raz melodię
i zanucił: „Arirang, arirang, arariyo...”.

I stała się rzecz dziwna: kiedy zaczął śpiewać,
poczuł żal, jakiego nigdy wcześniej nie znał.
Oczy zaszły mu łzami.
Nigdy przedtem takiego żalu.

Pierwszy raz w życiu śpiewał Arirang,
a jednak w tej pieśni,
pełnej smutku wszystkich jego przodków,
było coś, z czym nigdy się nie rozłączył,
i stąd łzy.

Czy to krew, czy pieśń, czy co?
Arirang, arirang, arariyo...

=============================== ====================================


Jak dawniej księżyca ubywało


Jestem królem. Jak robię się chudy,
Świat robi się tłusty;
Jak robię się gruby,
Świat robi się szczupły.
Zawsześmy się gapili na
Znikający księżyc.

================================ ====================================


Po Himalajach


To nie był smutek.
Zdarzały się dni oślepiające
Tak mocno, że chciałem wyrwać sobie oczy
I zastąpić je innymi.
Wróciłem z Himalajów.
Dziecko dopytywało,
Jak tam było.
Tak strasznie chciałem być cienkim głosem dziecka.




Pijak


Nigdy nie byłem pojedynczym tworem.
Sześćdziesiąt bilionów komórek!
Jestem żywym zbiorem
o zygzakowatym chodzie.
Sześćdziesiąt bilionów komórek!
Wszystkie pijane!

=================================== =================================


Miejsce narodzin


Nie pytaj mnicha Chu Songa o jego mistrza,
Han Yong Una, znanego jako Manhae.
- Nigdy o nim nie słyszałem.
Nie pytaj mnicha Chu Songa, gdzie się urodził.
Zapytany, skąd pochodzi,
mówi:
- Z pizdy mojej matki.


W ceremonialnej szacie
ułożonej w fałdy na nagim ciele
siedzi w medytacji.
A to pod brzuchem
To kutas syna mojej matki.

Grecja i Rzym też się z tego śmieją.

============================== ========================================= ========================================= =======================

Słówko


Za szybko! Za szybko!
Nazwij chrust
Pożarem. O cholera.

===================================================================


Annapurna


Idę na Annapurnę.
Jeden ja, żyjący tam
pięćdziesiąt tysięcy lat temu,
gorąco wita
tego mnie,
który jest teraz w drodze.
Zderzamy się.
Oślepiający wybuch.
Żadne słowo
tego nie odda.
Czernieję z niewiedzy
pod Annapurną.
Wreszcie przestaję istnieć.
Zbyt długo byłem żebrakiem, klamstwem.

=============================================================

Na marginesie tego niezwykłego spotkania autorskiego wspomnę tylko, że niełatwo być tłumaczem Ko Un`a. W chwilach niepewności młodych tłumaczek co do słów poety, tenże uderzał je znienacka – stosując pewnie metodę swoich mistrzów zenu i zazenu, co wyglądało jak na nasze standardy towarzyskie nieco szokująco. Skutkowało! Tłumaczki szybko znajdowały odpowiednią frazeologię do wypowiedzi gościa, zawsze formułującego swoje myśli w ojczystym języku. Ale po spotkaniu kładł głowę na ramionach i nieco skonsternowanych tłumaczy i tych, którzy przyszli po autograf na zbiorku jego wierszy – ściskając dłonie lub robiąc niedźwiadka . Kto nie był, niech żałuje.

Ostatnie spotkanie w Synagodze Tempel z udziałem Ryszarda Krynickiego jako tłumacza jednego z gości wieczoru Hansa Magnusa Enzensbergera, Jiri Grusy i izraelskiego poety Aharona Shabtai`a zapamiętam jako prowokację Shabtai`a , który wygłosił zamiast wierszy coś w rodzaju manifestu proarabskiego, bo wiersze były polityczne, antynacjonalistyczne i pacyfistyczne wobec własnej ojczyzny. Jako liryk w jednym z wierszy czytanym przez młodą tłumaczkę zdumiał obecnych nonszalancją artystycznej postawy, zwłaszcza wobec – jakby nie było – świątynnego miejsca swoich wierzących ziomków. Wyglądało to tak, że w komentarzu przed odczytaniem wiersza opowiedział o swojej wielkiej miłości i tęsknocie do zmarłej żony, po czym młoda, bardzo młoda tłumaczka przeczytała wiersz w duchu (mniej więcej) takim, że peel idzie ulicą i obok widzi kołyszące biodra swojej ukochanej, a kiedy przychodzi do domu widzi, jak żona smaruje kromki chleba do kolacji, jak czesze swoje włosy. Ale, zwracając się do zmarłej, zapewnia ją, że ma jeszcze dobry wzrok, dobry apetyt i jeszcze „mu stoi”. W ustach młodej dziewczyny czytającej te poetyckie wynurzenia zabrzmiało jak zabrzmiało. A i w samym miejscu tego spotkania takie oświadczenie także wywołało dziwne echo nagłego wyciszenia sali. Za komentarz wystarczyłoby przeciągłe spojrzenie Ryszarda Krynickiego w jarmułce, zwrócone poprzez stoliki w kierunku Shabtai`a. Zarówno poeta niemiecki i czeski zaprezentowali się jako poeci mocno i żywo zaangażowani w zjawiska społeczne, polityczne i etyczne. Nie brakowało w tych wierszach poczucia humoru, dystansu i pilnych pytań o kierunek europejskiej cywilizacji.

Na zakończenie z ekranu sam patron – Czesław Miłosz przeczytał kilka swoich wierszy. Ostatni wiersz mówił o potrzebie sakralności, o konieczności uszanowania przekonań wierzących. Czyżby Miłosz ujrzał problem Europy? Pytanie, na jakich wartościach fundować przyszłość, domaga się odpowiedzi.

Opublikowano

Rozczarowałeś mnie Jacku niemożebnie. Czekasz teraz na komentarze, jakie by Ci pasowały?
Honorowo, byłoby lepiej usunąć cały post a nie tylko komentarze. Nie spodziewałem się Ciebie pod taką "poezją". Cóż, po raz kolejny okazuje się, że pozory mylą. To jest haniebne, ale pewnie ten wniosek i tak do Ciebie nie dotrze. Nie dziwię się. Po przeczytaniu takiej poezji można rzeczywiście sfiksować. Kogo Jowisz chce zgubić, temu odbiera rozum. Pozdrawiam Cię... i żegnaj.

Opublikowano

Masz rację z tym stosunkiem do kultury, tylko nie wiem, czy kiedykolwiek bywało lepiej. Brak zaangażowania nawet kadry wykładowczej tez jest znamienne.
Wybierałam się na to wydarzenie do Krakowa, ale rzeczywistość stanęła mi w poprzek, dlatego dzięki za tę wędrówkę po festiwalu i za przytoczone wiersze. W niedzielę trójka zdawała obszerne relacje, wywiady. Tyle dobrego.

Pozdrawiam
/b

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Krakoski givre m'enchante ─── „Ah ! Comme la neige m'a délaissé, Lavé mon cœur de sa pluie... Parmi les jours engivrés, Je m'enivre de mon ennui... Je m'engivre de mon destin..." [Hors d'] Nad moim półmiastem niebo mrozem zamarło, Jak ta na szybie łza, Nad moim niekrajem śnieg śnieży tak, Że świata okno mgłą szron skrył, jak moje ciało, Jak szybę życia, w mrozu ogród spopielił w białość... [Res medium] Nad moim niemiastem niebo tętni niczym czerwca odpust. Niebo delikatne jak najnowszy nów, A o zachodzie rzeka szara hymn śpiewa w słońca blues – Tam śpiewa „Alleluja” even bruk. A ja chwytam je szczytem serca… Szukaj spokoju tam, gdzie są ci ofiarowani: Ten czerwiec, Miłosz, Mrożek, Lem, i… To niebo ołowiane… Ono ci Ojcem, a synem samotrzecim – ty… O, niemiasto me! Sponiewierałem cię w rozterce... Jest tam na zachodzie – żelaznych ptaków port, Na północy – łuna Kombinatu Toksycznych Zórz. Na południu – aluminium płonący kort, Na wschodzie – matecznik, puszcza puszcz, A pod stopami, zwiędłycu map gorszy sort... A tu – północnych zorzy łuna łun, Tu – zachodniego wiatru arktyczny szkwał, O wschodzie, rzeki rzek szał – Na południu – jezior, jezior, jezior szum, A ponad mną ptaków powrotny klucz… Szukam podniety tu, gdzie śnią niemożliwy sen: Wciąż luty, Atwood, Cohen i Arcand… Śnieg, śnieg, w śniegu świat, po świata kres… Ona dobrą macochą mi, ma compagnonne, ma femme, Ta ćwierćojczyzna ma.   Ô mal adresse! Grzeszysz absencją co dzień, (Ja, je manque à l'appel)…, Tu, w inazylu mym, w abstraktu zastygły chłód: Fale, co w stalaktyty roztrzaskują się o Saint Laurent, Niebo ponuro zwisłe (comme chez Arcand), Tu, w nienowym Brest, słońca blask krwawy jak Cronenberg, Jak fleuve, co rozbija się o brzegu głód, Jak nadzieje na Saint-Jean, co rozbijają się o świtu brzeg… „Znajdziesz w końcu ujście”, szeleści mego serca prąd… "Gdziekolwiek jestem, na jakimkolwiek miejscu na ziemi, ukrywam przed ludźmi przekonanie, że n i e j e s t e m s t ą d.” Tam, w Laskach mych, lawą tryska żar: Wisły fal, co w czerwca skwar lgną do Ojcowskich skał, Nieba płonącego jak tańczący w Czar Par, Słońca, co zacina się jak album Lady Pank, Jak anioł stróż o Pod Aniołem budy bar, Jak Smok, co od wieków nie przestaje ziać, Jak ci, co pod Adasiem zimnym wzrokiem będą wciąż z bukiecikiem stać… [Ars carnae] "Nigdy nie znajdziesz spokoju”, mówi Pismo. A Słowo odpowie: „Nic się już nie zmieni”, Więc wybacz swym demonom, że im coś nie wyszło, Że twoje przywary są z tej tu ziemi, Że Omnia Tua – to duszy letniość, Bo dzwon Zygmunta zagrzmi w te tony: „Chwileczkę, proszę, będzie pochwalony… Nie wiś u diabła rękawa wciąż, dbaj o duszy higienę, Ta historia z szewczykiem poszła… w zapomnienie"... Masz tu port-aero na Zachodzie (na życia uciechy), Na Wschodzie – kołyskę (choć wątpliwego…), Na Północy – mumię tego (wiecznie żywego), Na Południu – góry z góry (to za grzechy…)! I choć niebo skwarne to jak u Chełmońskiego, W Mieście Krakuff wszystko jest tak niezmienne, Jak fale opływające Most Piłsudskiego… „Wszędzie znajdziesz jakąś miłość, niby ukojenie” – Tak szepce wzruszeniem nad sztuk sztuką Ułamek-Ławica, „Wracaj do źródeł”, krzyczy rozumu Labrador… "Jesteś, skąd jesteś, nie ma dla ciebie miejsca na tej zmieni;” I arktycznym prądem przeszywa cię jak matador Świadomość ta, dotąd skryta w dni cieniu: "N i e j e s t e m s t ą d.” - Kerouac z Księżyca. Tu, w szpitalnego korytarza półmrok wpadł lodowaty Iqualuut wwiew: Fali Saint Laurent, co w grudniową noc lasi się do bazaltów Ex Machina, Nieba zamarłego jak więźniarki w Unité 9, Słońca, co jest puste jak poczta głosowa Dédé Fortin'a, Jak bar przy boulevard Hamel, gdzie diabeł się sam upija, Jak wieloryby w Tadoussac, którym w płetwach zaparło śpiew, Jak Sacrilège'u ostatni zew… [Ars carnae] "Wciąż tylko wiatru niepełny niepokój”, mówi człowiek. A świat odpowiada: „Za późno”, Więc nie daj diabłu zapomnieć, że zrobił za dobrą robotę, Że twoje przedmioty stoją po złej oceanu stronie, Że your słowiańska krew – tutaj żebrze na próżno, A Notre Dame des Âmes Perdus ten tekst wydzwoni: „Proszę nie czekać, ten kraj jest zastrzeżony… Uprasza się nie wydzwaniać po Anioła Stróża, Ten numer z Winnetou się zajął, jak w lesie róża." Mam tu autoport na Zachodzie (po przebiegu), Na Wschodzie – Atlantyk (ten od Atlantydy…), Na Północy – las les Laurentides (wiecznie w śniegu), Na Południu – Stany (zastane w dyby)… I choć niebo tu twarde tel un Riopelle, W Citadelle wszystko wciąż płynie w kierunku, Jak fale, co Pierre Laporte wzięły na cel, Jak niestała stal Pont de Québec (ciągle w obstalunku)... „Niby znajdziesz miłostkę, pół-upojenie tu” – Tak dyszy pełną piersią chóru z Baru Fou ostatnie westchnienie… „Wracaj do źródeł”, wonieje morału swąd… "Gdziekolwiek byle nie tu, w każdym innym kącie ziemi, nie kryję, że nie mam do ciebie przekonania, nie rozumiesz, w y m i s t ą d!" [Pièce de résistance] „Religia to pokój Boży” – głosi Księga… chyba na Początek, Lecz czasopismo prawdę powie ci: „Nic się nie zmieni, Bo twoje pragnienia i cały tlen na ziemi, Wszystko, co nosisz – nie jest warte twej kieszeni”… A co ze spokojem? Pytia spokojnie odpowie… I ma rację ona, nie Kasandra: Czy tu czy tam, będziesz tracił zdrowie, To po co ci za każdym razem stłuczona filiżanka? Szukaj więc miejsca, gdzie uwierzysz chyba, Że ten luty to nie twoja Kasandra, Lecz wiecznie ci obiecywana Aleksandria, A tamten czerwiec – nie liczy się w rejestr, jak Atlantyda... Choć niebo i tu, i tam, i u Ubu, Jest jak diament ogniste, twarde niczym płomień, A o zachodzie, Popiół-Dni cię wita: „Zapraszamy do klubu!”, A zaschły atrament parkietu telegrafuje: „Wolny pokój tobie...”, I nawet twój pokój ci powie: „Daj pokój”, A coraz pustsze mieszkanie odrzeknie: „Tak z boku!” [Dés serres] Ach! Jak pada śnieg! Me okno w szronu sad rozkwitło... Ach! Wątek dni się rozsnuwa! Nad niemoim miastem niebo martwe jest, Jak ta łza, co uniknęła mego pokoju świetlikiem. Ach! Osnowa nocy światłu sztabę zasuwa... Ach! Ciemność widzę! Skąd przyjechałem? Dokąd jadę? Mróz ściął me nadzieje wszystkie: Jestem Południowym Krzyżem – Porzucony przez Polarną Gwiazdę... Ach! Gdzież smak poutine? Tak tęskno, tęskno mi... Ach! Jak śnieży śnieg! Wśród mrozem skutych dni, Ach! Ściął się życia ścieg... Nie tak.. A mad moim Uhr sierpień w śpiew jak w śnieg brnie, W śmiech, co strzaskał Hadesu drzwi! Ach! Wątek snów światło otworzyło mi! Ach! Widzę jasno: Skąd przybywam, gdzie gnam! Żar rozjaśnił duszę mą: Jestem jak lipca skwar – A tyś – moją ciemną Gwiazdą... Ach! Ten Cracovii smak! Ach! To mój gwiezdny czas... Wśród nocy, szalony bieg Ach! Spiął się życia ścieg... Ach! Jaki słońca blask! Tak.. [Ars carnae] I choć w Neverland „Wszystko, co masz, wciąż przekwita” (Tak mówi ci do ucha fala, która rozbija się po porcie Οὐτοπία)... To: „W Śródmorzu nie Mieć, lecz Być Różą zakwita”; Tak śpiewa ci rozbitek tysiąca nocy Acquae Vitae: "سقطت في هاوية التعاسة" ───  
    • Starzec i dziecko siedzieli na brzegu strumienia, gdzie woda cicho płynęła między kamieniami. Wokół nich rosły bujne trawy, a w powietrzu unosił się zapach ziemi i wilgoci. Dziecko patrzyło w wodę, a jego oczy błyszczały od ciekawości. Zauważyło coś na dnie strumienia – coś, co wyglądało jak mały, złoty przedmiot. Zapytało, wskazując palcem na wodę: – Co to jest? Starzec uśmiechnął się łagodnie, spoglądając na błyszczący punkt w wodzie. – To, co widzisz, jest tylko odbiciem. Ale to, co widać w odbiciu, może być czymś więcej, jeśli pozwolisz swojej wyobraźni popłynąć z nurtem. Wyobraźnia jest jak woda, która płynie w strumieniu – nie zatrzymuje się na jednej rzeczy, nie twardnieje w jednym obrazie. To nie jest świat, który musimy dosłownie zobaczyć, ale przestrzeń, w której wszystko może stać się możliwe. Wyobraźnia nie zna granic, bo to ona wyznacza, co jest realne. Tak jak woda w strumieniu nigdy nie jest tym samym nurtem, tak i my, gdy pozwalamy swojej wyobraźni płynąć, możemy przejść przez miejsca, które w rzeczywistości nigdy by się nie zdarzyły. Możemy być wszędzie, gdzie tylko zechcemy – w świecie, który kształtuje się w naszych myślach, w przestrzeni, którą sami tworzymy. W wyobraźni kryje się nasza wolność, nasza zdolność do bycia kimś innym, do spojrzenia na świat w inny sposób, do twórczego kształtowania rzeczywistości. To ona daje nam odwagę, by marzyć, by wierzyć, że to, co niemożliwe, może stać się możliwe. Bo w wyobraźni nie ma ograniczeń. Ona jest jak strumień – płynie, zmienia koryto, rozlewa się w nowych miejscach. A my, jak dziecko, możemy ją obserwować, pozwalając jej prowadzić nas do odkrywania nowych światów, nowych prawd.  
    • Meł to Kaziu: ta tu, i za kotłem.    
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...