-
Postów
2 810 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
3
Treść opublikowana przez Dekaos Dondi
-
Wesołe Dyrektywy Zmarłego Dziadka
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
WiechuJK↔Dzięki za zrymowaną w końcu odpowiedź. Tak powiem?:~) Pozdrawiam:)) -
Gosława↔Dzięki:)↔W jakiś innych sensach, to mnie czasami też?:)↔Pozdrawiam:)
-
chciały pognieść banany jabłka a z biednej gruszki zrobiły klapsa
-
2
-
Wesołe Dyrektywy Zmarłego Dziadka
Dekaos Dondi opublikował(a) utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
Dawny tekst, trochę zmieniony ------------------------------ W naszej wiosce umarł Dziadek. Ubaw był po pachy. Jestem jego ostatnim żyjącym wnukiem z całej naszej rodziny. Dziadek przeżył wszystkich, bo jak mawiał: „Postanowiłem długo żyć. A kto mi zabroni?” Miał wielkie poczucie humoru. Aż czasami: denerwujące. Nasza famuła była do tego przyzwyczajona, ale sąsiedzi to już niekoniecznie. Czasami tylko stali i kiwali głowami na boki. Bo gdyby w przód i w tył, to by oznaczało, że są temu radzi. Aczkolwiek Dziadek był ogólnie istotą na wskroś lubianą (bez względu na to, jak rozumieć słowo „wskroś”). Bardzo wszystkim pomagał. Nawet czasami tak nachalnie, że niektórzy przed nim uciekali, lecz nie złośliwie, tylko dla ogólnej wesołości i bezpieczeństwa ego. Z tym przeżyciem: wszystkich, to trochę przesadziłem. Mieszkam z rodzicami, a z nami mieszkał wspomniany tutaj. Wielu naszych rozjechało się po świecie. Szczerze mówiąc, to żeśmy ich nie zawiadomili o zejściu Dziadka, bo gdyby wszyscy przyjechali, to by mogło w wiosce miejsca zabraknąć. A gdyby jeszcze zaczęli wspominać co Dziadek wyprawiał, to ino wstyd przed nowymi naleciałościami, co w naszej wiosce mieszkają od niedawna i wszystkich dziadkowych wyczynów nie zaznali. Chociaż teraz po pogrzebie, trochę żałujemy. Mogli przyjechać. Byłoby jednak radośniej. Dziadek mimo że nawijał głupoty, stąpał twardo po ziemi. Od jakiegoś czasu, wydawał nam co jakiś czas dyrektywy, jak to ma być po jego śmierci. Ja, będąc skrupulatnym i kochającym dziadka wnukiem, skrzętnie ostatnie wole zapisywałem w małym zielonym notesiku. No i stało się. Dziadek kopnął w kalendarz, że aż spadł. Dosłownie, gdyż miał drgawkę przedśmiertną. Później, to już tylko plamy. Musiałem ponownie do notesika zajrzeć, ale nie po to niestety, żeby zapisać kolejne życzenie – bo dyktować nie miał kto – tylko żebyśmy mogli w miarę możności, wypełnić dziadkowe zalecenia. Szczerze przyznam, że wszystko skrzętnie zapisywałem, ale do tego za bardzo nie wracałem. Moim rodzice zresztą też. A zatem w pewnym sensie, byliśmy nie tyle zaskoczeni, co raczej… przerażeni wesoło. Dyrektywa nr – 1 Z całą stanowczością żądam, żeby mój doczesny wizerunek, został w połowie skremowany, a w połowie nie. I tu powstał problem. Jak z tego wybrnąć. Niby na wesoło, ale jednak… zagrycha. Rodzice podumali i kazali iść do wioskowej sąsiadki, która nie jest ciekawa świata, nikogo nie obserwuje, nie podsłuchuje, a wszystko przypadkowo, nie z własnej winy, rzecz jasna, wie. A zatem poszedłem. – Droga sąsiadko, widzisz co tu stoi? – Chyba nie… ano widzę. – Reszty nie czytaj, tylko skup się na jednym. – Skupiona jam. – No i… – Wolę zmarłego należy wypełnić, bo inaczej będzie kusił, jako żyw. – Jak to wypełnić!!! Sąsiadko! Czy ciebie do cna porąbało? Ok. Świetnie. Dajemy Dziadka na krajzegę, bzyt bzyt, krew siku sik, kości zgrzyt zgrzyt i wola spełniona. Połówkę palimy, a drugą cyk mlask, do trumienki na jaśka. Sąsiadko jesteś genialna. Że też o tym wcześniej nie pomyślałem. – Uspokój się. Są dwa wyjścia. Dziadek napisał: mój doczesny wizerunek. Nie napisał: ciało… rozumiesz? – Nie. – Czyli wystarczy jego zdjęcie przeciąć na pół, połowę spalić... a drugą nie. – Jest pewien problem. Nie mamy żadnej fotki Dziadka. Nie kazał i już. Nigdy!!! – Czyli zastosujemy drugie wyjście. Biegnij jak stoisz, kupić krem. Tylko dużo. Dziadek nie był cienkim fircykiem. Połowę się skremuje, a drugą nie. – A którą lepiej pokremować? – Też pytanie! Od pępka w górę rzecz jasna. Chyba nie chcecie Dziadkowi miętosić wszystkiego? Dyrektywa nr – 2 Z całą mocą żądam, żeby na moim pogrzebie śpiewały wszystkie ptaszki. Kolejny problem. Ptaszki w klatkach, czy wszystkie co będą fruwać lub siedzieć na cmentarzu w czasie pogrzebu. Tylko jak je zmusić żeby śpiewały… i właśnie o tym czasie? Ziarenkami? A może wołać: taś, taś, taś. To się kaczki durne zlecą. A po co? Skoro śpiewać nie potrafią, to tylko miejsca będą niepotrzebnie zajmować. Tu swoją pomoc okazała matka. Napadła ją nagła myśl, że w naszej wiosce mieszka znana nam rodzina o nazwisku, które nam pomoże rozwiązać śpiewający problem. Poszedłem tam. Dzwonię do drzwi. Otwiera mi stary Ptaszek. Pytam się grzecznie: – Kochani moi, zaśpiewacie na pogrzebie mojego Dziadka? – Że co? - odćwierknął – Pozwól sąsiedzie, że wytłumaczę. – Dobrze by było – nastroszył piórka. – O tuż mój świętej pamięci... – … doprawdy świętej? – … Dziadek, niech spoczywa w pokoju… – … byle nie w naszym. – Oczywiście... zażyczył sobie, żeby na jego pogrzebie zaśpiewały wszystkie ptaszki. Rozumie pan? – No… aha… coś mi świta. My ptaszki… a jak tu zmusić takie fruwające do śpiewu. Lepiej sąsiadom z wioski kupry zawracać! Tak?! – Nie! To znaczy: tak. Proszę nam pomóc. To ostatnia wola nieboszczyka. To znaczy jedna z wielu. – No dobra… i o czym mamy śpiewać. Chyba nie o jego... – Nie ważne. Możecie coś mruczeć pod dziobami… to znaczy: nosami. – Chyba na drzewach nie każesz nam siedzieć? – Tam nie ma drzew. – To mamy stać? Nasza babcia nie domaga. Może nie uśpiewać na stojąco. – Ojejku! Zrobicie z rąk gniazdko i babcia między wami usiądzie jak małe pisklątko. – Ładne pisklątko. Chyba pterodaktyla. Waży osiemdziesiąt kilogramów. – Poprzestaniecie na jednej zwrotce. Tyle podołacie. – Fakt. Nie pomyślałem. Tylko jest problem. Córka wyjechała. Nie będą śpiewać wszystkie ptaszki. A poza tym babcia jest przygłucha i może fałszować… chwila, znam jednego Orła. Mój kumpel. Powiem, żeby się przyłączył. –Przecież orły nie śpiewają. – Ten będzie musiał. Ma wobec mnie zobowiązania. Mam nadzieje, że babcia wszystkich nie wystraszy i nie uciekną. – Dziadek nie ucieknie. To najważniejsze. Wysłucha do końca. Dyrektywa nr – 3 Chyba w pełni władz umysłowych, bom samokrytyczny, oświadczam, iż pragnę być pochowany w żółtym ubraniu cicikowatym, z nutkami obrazu łąki. Bardzo romantyczny problem nam Dziadek zadał. Pierwsze co się nam nasunęło, to kupić żółty koc cicikowaty i nim Dziadka owinąć. Ale żeśmy wiedzieli, że nie o to tu biega. Dziadek miał artystyczną duszę. Nawet ze sztucznej szczęki babci wystrugał: słonika na szczęście, nie co innego. Myśleliśmy dość długo, o co z tą łąką chodzi. Tym razem ojciec okazał się pomocny, aczkolwiek nie z własnej winy. Przytargał na bucie żółtego mlecza. Jakby nas olśniło! Cały dzień żeśmy Dziadka obklejali. Kilka tubek kleju na to poszło. Co prawda pod spodem kwiatków nie było, bo nie chcieliśmy go z trumny wyciągać, ale ubranko wyglądało świetnie. Żółte, mięciutkie, takie cicikowate podczas głaskania i z nutkami obrazu łąki. Dyrektywa nr – 4 Tylko pamiętajcie! Z trumny ma wystawać kawałek mnie!! Z tym to już Dziadek przesadził. Niby zabawne, gdyby sobie wyobrazić jak nóżka lub rączka wystaje z niedomkniętej trumny… ale bardzo niepraktyczne i nie higieniczne. Ale cóż...musieliśmy jakoś temu podołać. Dumaliśmy dobrą godzinę, aż w końcu przyszło nam na myśl, że może Dziadek wykombinował sobie: przesłanie metaforyczne. Poeta też z niego był. Napisał nawet: sonet, ale zgubił kartkę na obejściu i koza poezje zjadła. Chodziła później jakby bardziej zamyślona, ale wydoić się już nie dała. To było dla niej zbyt przyziemne. Myślała o błękitnych barankach. Przepraszam, tup tup, odbiegłem od tematu. Z czym Dziadek był bardzo związany? To zapewne miał na myśli. Na pewno z babcią, którą kochał bardziej niż swoją fajkę. Nawet jak wlazła do dzwonu. To znaczy babcia, nie fajka. Ale ona już nie żyje dwadzieścia lat. Ojciec zasugerował, że może byśmy babcie odkopali i piszczel z jej ręki, wdusili w szparę między leżankę a wieko. Uznałem, że to głupi pomysł. Matka też mnie poparła. Niedomknięta trumna by głupio wyglądała z wystającą kością… i to jeszcze nie Dziadka. Mógłby ktoś pomyśleć, że to ręka kochanki, której mu ten cybuch trzymała, by zapłonął. Wtedy z kolei matka przypomniała sobie ... właśnie o fajce. Wywierciliśmy dziurkę w trumnie i żeśmy ją do połowy wcisnęli. Nie matkę, tylko fajkę. Trumna z wystającą fajką nikogo nie dziwiła, gdyż Dziadek i ów zacny dodatek, to byli jak papużki nierozłączki. Dyrektywa nr – 5 Cały mój majątek proszę rozdać biednym. No cóż. Biedni pozostali biednymi, bo jedynym majątkiem Dziadka była: fajka. A ona leżała w grobie. A poza tym i tak byłby problem, jak rozdzielić jedną fajkę pomiędzy wszystkich biednych. Mogli by się nawet pokłócić, kto dostanie zawartość cybucha, a kto resztę z możliwym namiętnym zapachem. Pocieszeniem dla nas był fakt, że Dziadek miał chociaż dobre chęci, którymi piekła nie wybrukowano. Było więcej dyrektyw, ale przytoczyłem jedynie te, co się nadawały do druku. Te normalne. * Spotkałem sąsiadkę. Rzecze do mnie: – No wiesz młodzieńcze, ja tam nikogo nie obserwuje i ciekawa nie jestem, ale jakoś nie często na cmentarz chodzicie. To oczywiście nie moja sprawa… – A wiesz sąsiadko co Dziadek napisał w trzynastej dyrektywie? – Nie jestem ciekawska, ale skoro mnie zmuszasz do wysłuchania. Dyrektywa nr – 13 Nie zawracajcie mi często dupy na cmentarzu. Jest moim życzeniem, żeby moje opakowanie spokojnie się rozkładało. Bez większych zakłóceń. Dbajcie o żywych. Ja już będę gdzie jestem. * Podobno sąsiadka wie, gdzie Dziadek jest, ale nie chce nam powiedzieć. Inna sąsiadka zdradziła nam w sekrecie, że naszą sąsiadkę Dziadek nawiedził we śnie. Powiedział jej, że jeżeli nam słówko piśnie na ten temat, to zupełnie straci zainteresowanie tym, co się dzieje w naszej wiosce, Nic dziwnego, że milczy jak grób. -
skakał bez uszczerbku ze szczebla najwyższego by laury spływały do niego aż kiedyś złamał nogę i przestał być... bogiem
-
Marek.zak1↔Dzięki:)↔No tak. Słusznie prawisz. Aczkolwiek o wysokości spadu, w tekście nie stoi?:))↔Pozdrawiam:)
-
Zgroza! Normalnie słów brakuje, na to wszystko!
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Zabawy
Dared↔Dzięki:)↔Czasami mnie takie jakieś coś, napadnie:))↔Pozdrawiam:) -
dzisiaj wciąż płoniesz w ciszy piosenko lecz jeszcze dźwięczą nutki popiołu zrodzisz się śpiewem w brzmienie zaklętą klucz wiolinowy w tę nockę ciemną zalśnił krzyżykiem pragnąc cię wspomóc choć ciągle płoniesz w ciszy piosenko skowronek wiosnę śpiewa ci piękną o pięciolinii o twoim domu kiedyś powrócisz w brzmienie zaklętą żółtą błękitną ścieżką choć ciężko pod niebem cieni lecz z wiarą znowu choć nadal płoniesz w ciszy piosenko słyszysz nie gaśnie śpiewną jutrzenką nuci o brzasku bo znów ma komu płaczesz ze szczęścia w brzmienie zaklętą kołysz świetliku tak wróżki szepczą kiedy spokojnie śni o muzyce ciepłe ognisko nie budź się prędko ze snu gdzie tańczysz w brzmienie zaklętą
-
2
-
W oknie widzę go. Coś wrzeszczy. Macha ręką. Przewiduję to. Skoczyć się wybiera. Dlatego puentą, jest materac.
-
Mówiono na nich: nasiona klonu, gdyż zrośnięci bokami głów, przypominali owe. Konserwatywna społeczność osady mająca ustalone poglądy, nie szczędziła im przykrości, zarówno psychicznych, jak i fizycznych. Kiedyś późnym popołudniem doznali przedziwnej wizji. Na tle nieba spostrzegli wirujący, żółtawy obiekt. Wystająca srebrzysta długość, odbijała pomarańczowe światło. Usłyszeli pytanie: –– Widzicie ten piękny klon? –– Tak. –– Pragnie być ścięty, żebym i was mogła rozdzielić. Chcecie tego? * Czują tylko lekkie łaskotanie miłosiernej piły mechanicznej, choć krew tryska obficie. Rany zabliźniają się momentalnie. –– Nie żal ci klonu? –– Żal? O kant dupy go rozbić. To tylko głupie drzewo. Ważne, że jesteśmy rozdzieleni. –– Niezupełnie. Raczej złączeni czymś innym.
-
1
-
GrumpyElf↔Dzięki:)↔Zatem miło mi, skoro jeno "napsocił" a nie np:↔poturbował?:) Pozdrawiam:))
-
–– ... –– ... –– ... –– ... –– ... –– ... –– ... –– ... –– ... –– ...
-
Zakochana Wierzba
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Waldemar_Talar_Talar↔Dzięki za→"Witam" i "jestem na tak"↔Pozdrawiam:)) -
Sekretna Kuźnia Autorytetu
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
Dared↔Dzięki:)↔Możliwe, że kładka by się zdała, ale bez niej, bardziej... niejednoznacznie, w pewnym sensie jest:))↔Jak kto zrozumie:)↔Pozdrawiam:) -
rulonik naleśnika nafaszerowany pożądaniem z domieszką żyletek miłością ostrą jak chili przecinasz głodnym wzrokiem smażone gałki oczne na skwierczącym tłuszczu wzajemnej fascynacji kolorowe baloniki niektóre mokre strzępki pogryzione zepsutymi zębami buszują w cierniach słonecznych zbóż wyobraźni muskanych tęsknotą drapieżnych kubków smakowych dozują chwile oczekiwania wycinają w mózgu krwawe bruzdy zawładną podniebieniem subtelnym aromatem kawy pulsującym masełkiem na skwierczącej skórce dłoni zamglone powiewem eterycznych skrzydełek baniek mydlanych na wrzących wilgotnych ustach
-
spadałem nadal spadam właśnie spadochron czy zdążę halo tu ziemia otwieram
-
2
-
Zakochana Wierzba
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Violetta↔Dzięki:)↔Skoro twierdzisz, że urocze jest, to wierzę też:))↔Pozdrawiam:) * Daredzie↔Dzięki za szczerość:)↔Hmm... gdyby nie było pierwszej, to by nie było drugiej. Jak to w życiu bywa. Różne kolejności bywają. Czasami trza przełknąć "gorzką pigułkę" by cieszyć się chcianą:))↔Pozdrawiam:) -
och ty mój rzepaku co tak żółcisz pola jam płaczącą wierzbą gdyż nie będę twoja ilość wszak przytłacza wszędzie szukam ciebie tym samym kolorem zacałuniasz ziemię tam na horyzoncie masz na łanach błękit barwy dwie malujesz aleś bardziej piękny ~ szła dzieweczka miedzą zajączek napomknął drzewo przygnębione chociaż świeci słonko pomyślała przeto do domku pobiegła w paluszki capnęła pomogę jest pewna miłość wytęskniona ciemnym wydrążeniem witki nadal wiszą lecz uschniętych wiele chlusnęła z rozmachem w wierzbową niedolę zamiast łez migocze rzepakowy olej
-
Właśnie w tej chwili dostałem: głupawki. W związku z tym, postanawiam pomaszerować na miasto, by zadawać ludziom głupie pytania i patrzeć, jak zareagują. Myślę sobie, kielcząc się do lustra, że to może być fajna zabawa. Taki swoisty: test psychologiczny. Tylko muszę być poważny a chichrać się w duchu. Stoję na chodniku. Idzie jakaś staruszka. Tak ledwo ledwo, z laski na nogę. Gdy przechodzi obok mnie, mówię wesoło: – Mam pytanie. Czy jest pani płodna? – Nie, nie, młodzieńcze. Nie jestem głodna. Ale bardzo dziękuję za troskę. Weź karmelka. Świeżo kupiłam. – Bardzo dziękuję, ale nie mogę. Stanie mi w gardle a pani mnie wsadzi do trumny. – Nie bądź taki dumny młodzieńcze. Mam dosyć. Ady weź. Muszę ją czymś zdenerwować. Zaczyna byś mniej radośnie. – Pani jest brzydka jak straszna noc. – Niepotrzebny mi koc. Jeszcze spać nie idę. Pójdę już, bo pan wariat, tak? Stara jestem, ale rozum mam nie tam, gdzie pan. Żegnam. Pierwsze koty za płoty Podchodzę do eleganckiego pana w garniturze. – Mogę o coś zapytać? – Owszem. – Dlaczego pan trzyma ręce w kieszeniach i gwiżdże na całą ulicę? – Pan choryś? Piątą zgubiłeś? Znikły fałdki pod kością czaszki? – Nie. Poważnie pytam. – Poważnie? Nie mam rąk w kieszeniach i nie gwiżdżę. A teraz żegnam. – To dlaczego ludzie zatykają uszy. Nie dosyć, że pan kulki w portkach głośno przerzucasz, to jeszcze dodatkowo hałasujesz po nocach. – Proszę mnie puścić i nie gadać głupot. – Niech pan nie odchodzi. Poczekajmy na następnych. Fajnie może być. Ojej. Idzie kolejny starszy pan. Na samych szanowanych trafiam. Spiesznie zagaduję, żeby mi ten pierwszy, z nudów nie zwiał. – Spójrz pan na tego. Jak świetnie ubrany. A pan co? Bieda z nędzą. Pan mu tego garnituru zazdrościsz. Widzę błysk w pana oczach. – Chce pan w pysk? Nie rozumiem, o co biega. To jakiś test? Wypuścili czuba, żeby się racjonalizował na ulicy. – Pan o mnie mówi? – Nie. O bałwanie ze śniegu. Też ma luzy między kryształkami. – Panie, ten pan wszystkich zaczepia i obraża. Trzeba mu przywalić zamrożoną Królewną Śnieżką. Podbiega mała dziewczynka i drze się wesoło: – Babciu! Chodź szybko. Jakieś dziadki się kłócą. – Nie jestem żaden dziadek. Mam dopiero czterdzieści lat. Chociaż teraz już jestem starszy... cholera... i znowu... i znowu... i Podchodzi następny facet. Taki zupełnie wesoły. – Co tu za zbiegowisko. Mogę się przyłączyć? – Chyba jak dupa do psiego ogona. – Nie jestem psem. Wypraszam sobie. – To czemu pan szczekasz jak kot w rui? – To czemu tamten się jąka. – On się nie jąka, tylko starzeje. Na chwilę mogę dojść do swoich słów: – Tamta pani co idzie, ma czułki na głowie. To chyba jakaś Ufolica. Podchodzi babcia dziewczynki. – Co tu się wyprawia. Za moich czasów, młodzież była spokojniejsza. – Jaka z nich młodzież? Stare dziady bisurmanią! – Nie jestem stary dziad. Jam kwitnący kwiat. Zaśpiewam wam piosenkę: mam trzydzieści lat i parę sięgam brodą ponad barek – Proszę nie pić wódy na ulicy. Jam władza tutejsza. – Spadaj pan. Nic złego nie robimy w tej chwili. – Zakłócacie porządek publiczny. Na dodatek w przypadkowym gronie. – A pan co? Winogrono pędzisz? Ciekawe na co? Nadchodzi kolejny. – Ojej. Ale siupy. Coś wam powiem. Gołe baby w cukierni widziałem. Takie pomalowane i wyrośnięte. Aż miałem apetyt. – Pan sobie stań pod iluminacją świąteczną, to pana oświeci. Jestem cukiernikiem. Wypraszam sobie. – Panie, pan se kup okna z widokiem na przyszłość. Coś marnie pan wyglądasz. Sytuacja mnie przerasta. To ja miałem zadawać, pełne kultury pytania, a tu co... targ na mieście. – A ja ostatnio otwarłem drzwi kluczem gęsi. Mówię wam, zamieszanie w klatce jak cholera. – Małpa pan? – Tylko bez takich. To pan ma w ręce banana. – Ty go nie wnerwiaj, bo skórką rzuci i bliźni wyrżnie w niewinny chodnik. – Panie! Gdzie pan idziesz z tym kajakiem? – Do wywiercenia dziur niosę. Będzie lżejszy na wodzie. Podchodzi kolejne dziecko. – Czy możecie mi naprawić hulajnogę. Chcę kolegę rozjechać, bo mi ukradł poprzednią. – Chłopcze. Tu rozmawiają dorośli. A sio! A kolegę możesz po prostu kopnąć. Podchodzi matka chłopca. – Dorośli, a tępi jak obuch cepa. Takie rzeczy małego uczyć. Przejść z wózkiem nie można. Tarasujecie chodnik. Nawet dziecko mi uciekło ze strachem. – Na hulajnodze? Z wózka? Na wróble? – Na jeździtku to nie moje. Przychodzą następni przypadkowi. Widząc, że tu radośnie, to zostają. Nie tak to sobie zaplanowałem. – Ale tu jaja. Ja nie mogę. – Proszę bez takich insynuacji. A w ogóle o moich jajkach, proszę publicznie nie gadać. Wykup pan licencję, to nawet pokażę jedno albo dwa. Odzywa się babcia: – Matkości świata. Nie dosyć, że w sejmie na okrągło same bezeceństwa, to jeszcze na oczach mojej wnuczki, gołe jądra będą tańcować. – Babciu. Przecież oni o dupach nie gadają. Tylko o zwykłych jajkach. – A temu co się stało? Pan w garniturze coraz bardziej nerwowy. Cała zgraja wokół, a jemu głupio odejść, bo reszta pomyśli, że się czegoś boi. Napomyka gustownie: – Czy nie czas na rozłąkę? Wezmą nas za wariatów. – Już wzięli, to co się przejmować. Pomału wycofuję swoje ciało z tego całego zamieszania. Nie tak to miało wyglądać, ale i tak było fajnie. Jestem głodny. Odchodzę. Babcia z karmelkami też odeszła. Dogonię ją. Może mnie poczęstuje. Albo dostanę cukierkiem po łbie. To nic. Mam żółtą czapkę. Zamortyzuje babciowe uderzenie. Ktoś mnie ciągnie z tyłu za podszewkę. Patrzę, a to Ufolica, uśmiecha się przez zielone zęby z czułkami. Słyszę jej nieziemski głosik: – Słyszałam, że pan głodnyś. Świetnie się składa. Z racji nabrzmiałych stosunków między Nami a Ziemianami, kładę igłę w balonik w celu spuszczenia wrogiego powietrza w przestrzeń kosmiczną i w ramach pojednawczego gestu, zapraszam serdecznie do talerza, w celu współżycia posiłku.
-
1
-
rosło na polu cholerstwo podłe kwiat który innym podbierał wodę aż wreszcie wyrósł pod same niebo lecz tam już miejsca nie było dla niego
-
1
-
Dołożyłem pierwszą zwrotkę i nieco zmieniłem ----------------------------------------------- we śnie ujrzałam świetlików korzec matki natury ciał roziskrzenie słowa zielone migoczą w trzewiach tym zalśnieniem myśli zaiste koło- -wrotkiem gdy do modlitwy odnóża składam choć w swym powabie diablicą jestem mój ty wybranku pospieszaj ku mnie przyjmę chętnie w to zakleszczenie czarcie słodkie tańczy gałązka aż kropla rosy ochładza rześko seks ten owadzi jam podniecona a przeto głodna trza zaradzić na pocieszenie zaraz cię cmoknę finał już blisko aż motyl umilkł ledwo ty zipiesz ja cię wspomogę z czułym uśmiechem właśnie odgryzłam twoją głowę jutro o świcie znów się pomodlę z większym zapałem amen
-
— Ty rano, Zaurus wstawaj. Nie w poludnie. Wszystkie obiady już dawno na nogach. A ty co. Wstań wielką, ciężką dupę, o Królu –– O Błaznozaur. Jak fajnie, żeś przy mnie i dziwnie prawisz. Aczkolwiek słyszę zatroskany wielce, iż mały żółty misiu, poprzeczkę od: ł→odgryzł ci. –– Misie będą później, o Panie, ale ten jest tu i teraz, nie wiadomo skąd i nic nie odgryzł, bo smutny. To ja się ugryzłem w język. –– Czemu smutny? Jak będziesz tak skakać do przyszłości, to cię w przeszłości zabraknie. –– W przeszlości, to mnie zawsze braknie. –– A mnie nie braknie. Gdy pomyślę… –– O rany, przez ciebie zadane pomniejszym. Umiesz? –– … że jutro jest jutro. –– No coś ty. Walnąleś mnie. Czemu? –– Pomyślałem, że warto. –– Spoko, Panie. Żartowalem tym razem… ale wróćmy do misia, o Jaśnie Wielki. Co ryczysz mi? –– Włącz myślossacza. –– Sracza? –– A fe. Myślo...ssacza. –– Do parkujurajskiego!! Nie pomyślalem. O boski ty masz łeb! –– A zatem podejdźmy do misia, tak cicho na paluszkach. –– Zwłaszcza ty o Królu, się staraj. –– Nie widzisz głupku, że mufki założyłem. –– Znowu mniej nas wokół. A co do Myślossacza, twierdzi, że to obiekt nieożywiony. Wypchany podglądaczem. –– Błaznozaur. Zdejm z niego tą okrągłą aureolę. Może blokuje. O cholera! –– Panie. Czemuś ryknąleś trwożnie? –– Nie trwożnie, durniu. * — Szefie. Klaskajmy w rączki. Eksperyment z czasem nam wypalił. Kamera holograficzna w Misiozerku działa. Widzisz Tyranozaura i jego małego? Bo my widzimy. –– Nie widzisz, że one gadają. Wysłaliśmy w obiekcie, więcej niż trzeba. –– To chyba przez pomyłkę, jeno? Przyznać się, co za dureń to wmontował? –– Jest jeszcze gorzej. On nas widzi. –– Kto? –– Jajco! Tyranozaur nas widzi. Na dodatek pokazuje środkowy pazur. –– Szefie. Co może oznaczać taki gest? –– Tylko jedno. Że to one staną się dominującym gatunkiem na Ziemi. –– Gady? –– Tak. A skąd wiesz? Co za głupie pytanie. * — Błazozaurusie. Widzisz, co im pokazuję? –– Chyba nie… to, bo patrzę na Misia. –– Nie. Nie to. Środkowy im pokazuje. –– Jacyś tacy niemrawi i wystraszeni są. –– No ba! * — Szefie. Czy to oznacza, że znikniemy. Wszystko się cofnie i rozpocznie era… no wiesz. Coś jakoś tak. –– Istnieje taka możliwość. * — O Królu. Jak sądzisz. Czemu tak ciemno wokól Misia? –– Ta ciemność nie dotyczy nas. Rozumiesz? –– Eee… no tak. Przemyślę to. * –– Szefie. Ja akurat milczałem, ale mam pomysł. Tylko jedno może nas uratować. –– Co niby? –– Wyślemy im żywego misia. Ostatniego, jakiego posiadamy. Musimy się pospieszyć, bo z czasem nie wiadomo jak może być. –– Po diabła? –– Rozmnoży się. Nowe, genialniejsze ssaki zapanują. I spoko będzie! Rajsko! — I to wszystko z jednego misia? Bez misiowej? Wątpię. –– Zmutowanego, by mógł jaja ssacze znosić. –– Chyba, że tak. –– A z ssaków powstanie człowiek, który się rozbiegnie po całym globie. Wszędzie zostawi swoje ślady. Jeszcze bardziej posiądzie ziemię. Z większym zaangażowaniem i siłą niedźwiedzia, zacznie wymyślać, cudować, ulepszać naturę. My na nowo powstaniemy, też bardziej muskularni, gdyby inni chcieli przeszkodzić i mieć inne zdanie... –– Chwila… tak sobie myślę... –– O! –– ... a może jednak lepiej, tego żywego misia, im nie wysyłajmy? –– Czyli... kryptonim: noski? * — O Królu. Spójrz. Misiowi wyrosly na glówce, takie dwa małe plucka jakby. –– Podobne do skrzydełek lub nosków. –– Wielki T. Słuszne skojarzenie. Tylko one coraz większe i coraz więcej ich. Klonują się i zaczynają stadnie wirować. Misia unosić. Chyba nam odleci w jasną cholerę. –– Czyli do przyszłości. –– Pacniesz go łapą, o Panie. –– Nie pacnę. Niech odfrunie. –– Czemu?
-
Powiedz tak szczerze, wierzysz w banana? Tylko w skórkę A w miąższ Ależ skąd A fajnie na drzewie ci Hmm... jakoś trza żyć.
-
Nad kuźnią ciężkie chmury, nasączone wilgotną ciemnością. Paszcza miecha rześkim jęzorem podsyca żar. Ojciec to dla mnie autorytet. Potrafi kuć żelazo póki gorące, a ponadto jest kowalem swojego losu. I nie tylko. Właśnie wykuwa lepsze dni, gdy nagle następuje metamorfoza kowadła. Spada na stopę, lekkie jak styropian. W tym momencie wchodzi część motyla. Duża. Biadoli, że zgubiła skrzydła, lecz nie wie, gdzie leżą samotne. – Wyklepię ci lepsze. Z kowadła. – Przepraszam… z czego? – słyszy przerażone pytanie. Po chwili jednak wyfruwa. Lecz na zewnątrz stare zasady pozostały. A zatem spada ociężale spod nieba. Miażdży kuźnię. Wiem, że dostanę porządne odszkodowanie. Odkuję się.
-
W otulonej przez drzewa krainie, tańczą luzem gałęzie, ubrane w suknie z puszystego mchu i czterolistnych koniczynek. Przegrubaśne poczciwe dęby, z wiszącymi zębami w rzeźbionych beretach, szumią w rytm pluskającego czasu, w płynnych zegarach napędzanych rybami. Z falującej zieloności szybują krople muzyki. Przysiadają na liściach. Przezroczyste oczy ciekawskich motyli. Zatopione w rozkołysanym wzroku, szypułki dzikich truskawek, jeszcze bardziej czerwienią swoje krągłe ciała. W naciągniętych włosach wirujących harf, poganiane wiatrem klonowe nosy, katarowym psikaniem, wygrywają zieloną, ciepłą melodię. Buszują w kwitnących nutach, na falach przypominania, o zmurszałych pniach i bolących sękach. Starą samotną dziuplę owiewają wspomnienia, w gęstych krzewach nieuniknionej przeszłości. Jeszcze tak niedawno gościła hałaśliwe cząstki życia. Wesoło trzepotały gołymi piórami, domagając się robaczywych sił. Marudzące korony drzew, z trudem kołyszą czubate, nieuczesane czubki. Taniec jeszcze trwa, pod batutą rozbudzonej szarym świtaniem jutrzenki. Rozłożyste górne czapy, ocierają konary o drgający obraz, rozgrzanego do niezłomności nieba. Potrącają mechate barany, czochrając skołtunione pierzyny, na poduchach z wiatru. Co niektóre, te bardziej wyrwane z zakątków snów, stukają kopytami o cumulusy, płosząc niewinne kłęby błękitu. Szybują ku ziemi, otwierając gęgającym kluczem, fruwające domy, z marzeń i kwiatów paproci. Na zielonej patelni z trawy, klopsy z mgły ugniata wiatr, okraszając białoszarość pozostałością ozonu, wyciśniętego z burzowej cytryny. Dużo drzew, jeszcze niedawno, rodziło wiele owocowych dzieci. Podłamane fałszywą muzyką grających pił, straciły wiele ożywczych soków. Wsiąkły w podłoże, dla następnych pokoleń tanecznych par. Niewielki lelek zupełnie nie wie, czy ma spać, czy fruwać tak... lelum polelum. Ruch już teraz kleisty, w cieniu zaplecionych w ciszę piosenek. Spoczywają na stoliku, przykryte supłami złotych liści, zapachem słodkiego poranka, oraz cierniowymi płatkami róży. Wiklinowe fotele lekko przegniłe, podtrzymywane siłą własnego skrzypienia, dźwigają na sobie zmartwychwstałą marzannę. W gustownym kapeluszu z wodorostów, łusek rybich i marchewek morskich bałwanów, uśmiecha się falującymi ustami, od przypływu do odpływu, po horyzont nieznanych rytmów przemijania i powrotów, chcianych i niechcianych plaż. Rozmyśla nad swoim i nie swoim losem. Przebłyski słonecznych promieni, tańczą w rozczochranych włosach, uplecionych z kryształków lodu i oddechów ech. A każdy w inną stronę się ustawia, wskazując kierunek ziarnom i różnorodnym glebom, bo w końcu babie lato, też potrzebne. Z ogrodu zasłanym koronkową ściółką tajemnicy, wiele już ptaków dawno odleciało, by wreszcie zrozumieć własne pieśni. Niektóre jeszcze dźwięczą cicho, zagubione w pustych ptasich piórach lecz ciepły, lekki podmuch, rozwiewa je w niewidoczną obecność. Milkną odgłosy trzepotu skrzydeł. Kropla ożywczej rosy przygniata do ziemi podskok pasikonika, lecz wszechobecne ślady, czekają na okręgu. Gdy czas zatoczy koło, pewnie znowu się wypełnią. °-O)»[]«(O-° O«[]»O °~[]~° [] []