Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Dekaos Dondi

Użytkownicy
  • Postów

    2 810
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    3

Treść opublikowana przez Dekaos Dondi

  1. na trumnie siedział dziad od siebie chciał coś dać lecz chwile trwonił czas przepierdolił samotny w końcu padł w grobie leży trup gdzie odór szepce mu tyś chwile trwonił czas przepierdolił co powie na to Bóg? a jeśli nawet tam nie czeka drugi świat toś chwile trwonił czas przepierdolił w pamięci żaden ślad
  2. Wersja skrócona. Po co więcej. rozmawiasz z kroplami deszczu może mrok rozwodnią do samego świtu na podeptanej ulicy gdzie z rozciętej żyły latarni przez żeliwną kratkę duszy ścieka martwe światło na brudne sierści szczurów a jednak skowronek szybuje nad nimi wysoko przez ścierwa ciemnych chmur przesącza śpiew koloru krwawego błękitu
  3. nie cierpiał muzyki choć zasłuchany udławił się ciszą między piosenkami
  4. Tekst jeno satyryczny! Bałwanek Bitóś, w imieniu zastosował ó zamknięte. I chwała mu za to! Po cóż ma być otwarte na jakieś inne badziewne śmieci, skoro kryje w sobie jedyne właściwe prawdy, upchane niczym prawe śledzie, w błyszczącej przykładem, puszce. W miejscu miotły, tkwi czysty kijek, o przekroju idealnego koła, a zamiast marchewkowego nosa, wystaje→ czerwona pogardliwka, super 500 plus turbo. Gdy tylko Bitóś widzi jakieś niewłaściwe bałfany – ze zwykłymi miotłami i czerwoną zwykłą marchwią – pogardliwką pogardliwie chrząka. A one wesołkują z niego pobłażliwie, wszystkimi trzema kulami. No jak mogą. Lumpy jedne. Bitóś to nie byle co. To jest ktoś. Ulepiony w jedną słuszną kulę, bielszą od dziewiczego śniegu, z symbolem słońca na śnieżnej piersi, robi wrażenie, jak nie wiadomo co! Pewnego razu, los postawił na jego drodze, rozpalony koksownik. Aż drzewce drgnęło, chociaż opieszale. W nim też drgnęła chęć naprowadzenia durnych bałfanuw, na właściwą ścieżkę, ostatecznie. Postanawia, że im pokaże, gdzie taki chłam, tarzający się w brudnym, obesranym śniegu, zimuje. Właściwą kaczką dziennikarską, zagaduje słodko do koksownika. Temu już dawno żar na blachę padł, więc na propozycje przystaje. Bałwanek Bitóś, wbrew pozorom, w mięśniach śnieżnych jest mocarny. Czy wewnątrz czubka swojej postury, w czym innym też, nie wiadomo. Wiadomo jednak, iż pogardliwka sprawia, że wyrastają mu dwie prawe ręce, o lodowatych szponach. Przeto podnosi gorący koksownik, aż zasyczało ostrzegawczo, na osmalonym drągu. Lecz chwilę przedtem, rzeźbi w lodzie surmy bojowe. Lub tak mu się jeno wydaje, kiedy to podziwia swój nieskazitelny kunszt. Po chwili zaczyna misję roztopieńczą, by roztopić niewłaściwe bałfany tójkulne, inne niż on. Pomimo, że jest ulepiony z lepszego, odporniejszego śniegu, to jednak ubywa go wodniście. On jednak, trąbiąc siarczyście, ma gorączkę umysłu i skwierczący zad, w rzyci i nie zauważa tego drobnego, lecz jakże ważnego, cieknącego szczegółu. Ma tylko jedno w czymś, na kształt głowy, obok zamrożonej empatii i takich różnych, tego tam. I oczywiści jeden cel. Dodatkowo, pogardliwka jest nieustająca w pomocy terapeutyczno – wzmacniającej, wiadomo co! * –– Ej. Zobacz. Jakieś bajoro na swoich bulgotkach, piecyk zimny i wygasły nam podrzuciło. Jesteśmy bardziej bezpieczni. –– O tak. Bo szło na upały. –– Nawet nie mamy komu podziękować, za organizację korzystnego dla nas transportu. –– A gdzie nasz kabaret Bitóś? –– Właśnie. To nie ładnie tak się zapodziać? Kolorowe śnieżynki nie ma komu rozbawiać –– I kto nas fajnie nazwie: bałfany. –– Spójrzcie! –– Gdzie? –– No tam. Z kałuży coś wystaje. –– Marchewka? –– Hmm… jakaś taka... niemarchewkowa. Badziewna! –– Normalnie, chłam jakiś! –– Dupa mokra sopla, z tym!
  5. Dziadku grafoman↔Dzięki:)↔Lubię tak różnorodnie. Trochę prozy, trochę wierszy, w sensie formy, treści itp. Masz racje z tą przemową pogrzebową:))↔Pozdrawiam:)
  6. Najdroższa ty moja, skarbie jedyny serca mego. Piszę do ciebie pospiesznie jeszcze ciepłą ręką, list za pewne ostatni, gdyż podupadłem nagle na zdrowiu i każda chwila, może być moją ostatnią na tym ziemskim padole, gdzie tak bardzo ciebie kochałem, a ty mnie i gdzież my tyle radości oraz smutków wspólnie przeżyli, lecz nie przeżyjemy już więcej. Nie mam na myśli rzecz jasna ciebie, ty moja malarko jedyna, co wiele dni i nocy, me serce miłością, od środka malowała, nie bacząc na wściekłe fale bulgoczącej krwi, co twój obraz deformowały. Przyznać jednak musisz, że i ja się starałem jak umiałem najlepiej, pędzelkiem żwawo władać, lecz czasami tylko ochlapałem płótno, chociaż bardzo się starałem, całym mną. No cóż. Moje ciało, już nie takie jak dawniej. Wychudło, zmarniało nieco i ogólnie liche jest, jak ten figowy listek zwiędły. Ten mały na środku, też leży, skapciały niczym zwłoki w trumnie, by już nigdy nie powstać. Biedny flaczek nieboraczek, Tak jak i ja już niedługo leżeć będę. Uroczo by było, gdybyś przyjechała złożyć ostatni pocałunek na prawie trupich ustach i gdzie tam byś jeszcze chciała, ale sądzę, że i tak nie zdążysz, więc raczej zaplanuj sobie jakąś nową przyszłość już beze mnie, gdyż zawsze jako żyw i potencjalny zezwłok, pragnąłem twojego szczęścia. Na mój pogrzeb, rzecz jasna przyjechać możesz, lecz nie rzucaj się w spazmach rozpaczy i udręki na urnę, by proch wygrzebać i przytulić lub obsypać powabne do szaleństwa, wdzięki. Nie ulepisz mnie powtórnie. A nawet gdyby, to tylko postawisz na półkę, a twój nowy przyszły, w końcu garnuszek roztrzaska o ścianę, widząc szaloną tęsknotę za mną, a nie twoją miłość do niego. Czasu i tak nie cofniesz i nie wskrzesisz tak nagle, przerwanych marzeń, więc po co to całe narzekanie. Opanuj się wreszcie. Przestań łzy ronić wielkie jak berety, bo tak silnej damie postępować nie przystoi. Usiądź, weź głęboki oddech i pomyśl, że nie masz w końcu kłopotu z wariatem. No nie, co ja piszę, że powtórzę, ty mój skarbie. Chyba jednak to jest bardziej choroba psychiczna, niż cielesnych członków moich. Chociaż i tak wiem, że za sekundy zejdę z tego świata, więcej piszę coraz szybciej, bo za chwilę, po jakimś czasie, dłoń stanie się zimna i sztywna. No masz ci los, muszę kończyć. Jeszce trochę mogę, więc pospiesznie słowa nanoszę. Widzę światełko w tunelu i ciebie, czekasz na mnie. Coś chyba z czasem nie tak. Kiwasz do mnie. To po co piszę ten list. Przecież ci za moment wszystko powiem. A momenty były, pamiętasz. Drugi raz widzę tunel. Już bez ciebie. To fajnie. Jednak żyjesz. Żyj jak najdłużej. Nie podupadaj na zdrowiu. Kocham cię i wybaczam wszystko, a ty wybacz mnie, jeżeli zechcesz. Odpływam w nicość lub w coś i spotkamy się lub nie, gdyż ty byłaś przyzwoitym człowiekiem, a ja to nie zawsze, więc ty może skończysz w raju szczęśliwości, a mnie kotły 666 pochłoną, ewentualnie będę czyszczony na wieki, ryżową szczotką, by zeskrobała wszelki brud, zarówno ten zaschnięty, jak i najnowszy, którym ostatnio obrosłem. Sam nie wiem, co i jak będzie. No dobra. Kończę. Oczy mi zachodzą powiekami wieczności, chyba? Trzymaj się cieplutko. Za co sobie chcesz i gdzie, beze mnie. No to pa.
  7. Sam↔ Filmik robi wrażenie... że za chwilę spadnie. Nie widziałem przed napisaniem tekstu!↔Zbieg okoliczności tylko↔Pozdrawiam:)
  8. Dekaos Dondi

    Wyliczanki

    raz dwa trzy głodni my cztery pięć sześć trza coś zjeść siedem osiem dziewięć zjemy ciebie *** raz dwa trzy chcesz o niebie śnić cztery pięć sześć zatem wyżej wejdź siedem osiem dziewięć bęc śniłeś na drzewie *** raz trzy dwa śliczne ciało masz cztery sześć pięć po czasie już mniej siedem dziewięć osiem a teraz proszek *** trzy dwa raz wędrówki czas sześć pięć cztery no to idziemy dziewięć osiem siedem lepiej przed siebie
  9. Z nosem przylepionym ciekawością do szyby, ogląda fruwającego ptaszka. Szybuje między gałęziami drzewa. Dziewczynka ma sześć lat i jedno marzenie. Latać tak jak on. Nawet macha śmiesznie rękami. * Matka ma dzisiaj sto spraw na głowie i szykuje się do wyjścia. Słucha córkę jednym uchem. — A wiesz mamo, że zostanę ptaszkiem i pofrunę? –– Taa… jesteś dzielną dziewczynką. Widziałaś gdzieś moją torebkę? –– A wiesz, że rączki będą skrzydełkami. –– Już znalazłam. Na stole masz śniadanko. A telefonu nie brałaś? –– Tylko że ptaszki mają piórka, a ja nie mam. E tam, to nic. –– O, jest. Oczywiście. No to buziaka i spadam. Wychodząc, zapomina zamknąć okno. ••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••• Inna wersja tekstu↔wrzucona↔ 2.9.2022 Bardziej dopowiedziana ------------------ Z nosem przylepionym ciekawością do szyby, ogląda fruwającego ptaszka. Szybuje zwiewnie między gałęziami drzewa. Dziewczynka ma jedno latające marzenie. By latać, tak jak on. Nawet raz po raz, macha śmiesznie rączkami. * Matka ma za to, sto spraw na głowie. Szykuje się pospiesznie do wyjścia. Słucha ją jednym uchem. — A wiesz mamo. Też będę ptaszkiem i pofrunę. –– Na pewno. Jesteś dzielną dziewczynką. Widziałaś gdzieś moją torebkę? –– Rączki co mam, są skrzydełkami. Też wiesz? –– Taa… już znalazłam. Na stole masz śniadanko. A telefonu nie brałaś? –– Nie… ale ptaszki mają fruwkowe piórka, a ja nie mam. E tam, to nic. –– Pewnie, że nic. O jest. Jak wrócę, pobawimy się w aniołki. –– Obiecujesz, że będziesz patrzeć, jak pofrunę. –– Tak. Oczywiście. A teraz buziaka i spadam. * Wychodząc, zapomina zamknąć odpowiednio okno, jak to zazwyczaj czyni. Będąc kawałek od domu, słyszy z góry wesołe wołanie. Córka siedzi na zewnętrznym parapecie. Dynda pociesznie zwisającymi nóżkami. Buzia radośnie uśmiechnięta, a rączki żwawo falują, roztrącając cząsteczki powietrza. — Mamo! Spójrz na mnie. Patrz jak obiecałaś. Jestem ptaszkiem. Za chwilę pofrunę!
  10. jako dziecko z niebieskiej bibułki wyczarowałaś niebo skrawki białych papierków robiły za baranki wyobrażałaś sobie że blat stołu jest nad tobą anioły były niewidoczne schowane głęboko w błękit słyszałaś tylko szeptane śpiewy aż kiedyś ich szef wystawił nogę złapałaś ją z całych sił by go ściągnąć na ziemię wydostać z domku przecież aż za bardzo czułaś że może pomóc uparcie wyplatałaś z kwiatów warkoczyki modlitw aż zraniłaś dłoń krawędzią zielonej trawy do dzisiaj masz ślad niewidoczny dla łąki
  11. Ciemniok właśnie beka tak sowicie, że aż na chwilę rozbłysło, włochatym odorem. Cuchnie mu paskudnie z otworu wciągającego. Leży na barłogu, w okrągłej trumnie. Tak nazywa to, na czym spoczywa. Nie jest bynajmniej wampirem. Ciało w fazie rozkładu – bo leciwy – wypycha mlaskające fałdy pomarszczonych zielonkawych wnętrzności. Zwisają poza obręb legowiska. Kapie z nich coś, na kształt nie wiadomo czego. Nie znaczy to jednak, że za chwilę wyzionie owłosionego ducha. To jedyne do tej pory utrapienie. Strasznie paskudy łaskoczą w bebechach, ale spełniają przydatną funkcję. Długimi, chwytliwymi włosami, potrafią wyłapywać i transportować do wewnątrz ciała. Ciemniok nie jest na tyle kumaty, by wiedzieć, po diabła ta profesja potrzebna, w szerszym znaczeniu. A jednak podświadomie wie, że zjadanie tego, to jego tożsamość. Ma niewątpliwie jasne wnętrze, co jakiś czas. Aż do dzisiaj. Zaczyna pokarm prześwitywać przez skórę, ze zdwojonym wzmocnieniem. I to go martwi. Przecież wokół powinna być ciemność. Widocznie jestem zachłannym dupkiem – myśli nawet. – Obżarstwo unicestwi moje: ego. Czarnokwasy nie nadążają przerabiać, bym wydalał kałomroczki. Produkują w jakąś inną, zafajdaną stronę. A może przesadnie skrajnie, pragnę wypełniać powierzoną misję. Ja pierdzielę. Znowu żrę. Chyba popadam w nałogowy paradoks. Mam nadzieje, że inne Ciemniochy, potrafią zajadać światło, odpowiednio dawkując. Nie ma zmiłuj. Szef przerobi mnie na świecącą latarnię. A fe!
  12. Zaobserwowałem u pacjenta, znaczną poprawę. Skorzystał z mojej sugestii. Gdy szczerze porozmawiał z kamieniem, ów spadł mu z serca. Ma co prawda zmiażdżone stopy, ale idzie ku dobremu.
  13. Królestwo, bogato mieszkańcami nasiąknięte, gdyż często ulewy mokre owe okolice nawiedzały, we wilgotnych posadach się zatrzęsło. Oczywiście największą posadę, król dzierżył we władaniu swoim. Wszak był władcą. Aczkolwiek małżonka jego, też coś do gadania miała. Król żonę umiłowaną, niewybredną miłością darzył, często prężne berło pokazując. Ona męża swego, na zarośnięte wzgórze z zamiarem zapraszała, by szczytami zachwycać przeróżne odczuwania. A że smakowe upodobania w zaułkach spełnień fikuśnych świtały, to bywało, że kubeczki z kawą, śmietanką towarzyską uzupełniali. A zatem szczęśliwie egzystencję królewską, na żywotnych pikantnych piknikach, zwieńczali. W międzyczasie, na ile się dało, sprawiedliwie rządząc. Mimo wszystko, córką jedyną poszczycić się mogli, co ich największym, przydatnym skarbem, okazać się miała. Lud swoich lamentów, z takich i owakich przyczyn, zbytnio nie okazywał, gdyż taka potrzeba, póki co, w umysłach tubylczych, zalęgnąć się nie musiała. Lecz pewnego razu, o świtaniu, kiedy to jutrzenka na niebie rozkosznie ziewnęła, z przyległych gęstych, cuchnących moczar, potwór wyłoniwszy oblicze swoje, w dalszym ciągu się wyłaniał, aż do obrzeży królestwa zawitał. A rycząc złowrogo, ludność i władze spłoszył tak dobitnie, że aż ze swoich domostw i zamku, z pośpiechem wyskoczywszy, w zgrozie wszechwładnej, drgali. Jednakowoż agresor moczarny, przerwę sobie zrobił, na wspomogliwe odsapnięcie, przeto poza obrzeże królestwa, nie spieszno mu wejść było. Jak to w tego sytuacjach bywa, król na balkonie zamkowej chałupy, objawił dostojeństwo swoje, by rzec trywialnie to, co zazwyczaj w takich okolicznościach, pierwszy raz wygłaszał. — Kto na śmierć zatłucze bestię, co nasze granice splugawiła zamiarem agresji, otrzyma rękę córki mej. A wspomniana, faktycznie urodą i powabem grzesząc, godną owej procedury była, zdaniem rodziców, którym dobro królestwa, też czasami na sercu leżało. Szczególnie, że owym rządzili i dobrze im było. Od razu dwóch jurnych w działaniach, wrzącą gotowość w boju zgłosiło, by realizację obietnicy pełnej wdzięków, w newralgicznych punktach zaznać. Jeden kopytem czarcim, śpiącego potwora w dupę przywaliwszy, rozbebeszył ją doszczętnie. Tak bardzo, że to co wyleź miało, już nigdy drogi ujścia, nie znalazło. Drugi, świętym kwasem żrącym, żółte ślepia bestii rozpuścił, aż płynne gałki klejące na mordę wypłynęły, wilgotno mlaskając. Pomimo tego, pokonany do swego domostwa, po omacku się doczłapał, jeno na tyłku siadać nie mógł, by odpocząć. Wtedy król i królowa rozkazali katu swemu, by ich córce, obydwie ręce toporem odrąbał. Jednakowoż po odpowiednim znieczuleniu, by cierpieć nie musiała. Tak też uczynił, uprzednio folię na zamkowej posadzce położywszy, bo co dopiero myta przez służbę, była. Smakowita czernina, niektórym nawet do gustu przypadła, gdyż marnotrawienie pokarmów, zemścić się mogło. A dwóch bohaterów, obietnicę dostawszy, nie wiadomo, czy ucieszonych było. Tego nie zapisano w księgach. Jednak zapisano, że córkę królewską, rodzice w wielkiej doniczce na stojąco zasadzili, gdyż nadworna czarownica, co na bestię sposobu nie miała, na taka okoliczność, owszem. Obiecała, że jak kwiatek umiłowany, roztworem jej produkcji, przez siedem kolejnych dni, nienaruszona dziewica z ludu, dokładnie o brzasku podlewać będzie, dodatkowo krwi swojej, z żyły nabrzmiałej stosowną ilość użyczając, to zasadzonej gałązki odrosną. I odrosły. Tak samo śliczne i młode, jak poprzednie. Rodzice radzi byli, bo przecież wiele bestii wokół królestwa, grasować mogło.
  14. Dziadek grafoman↔Dzięki:)↔Raczej na to wygląda:)↔Ja czasami sam nie wiem, do końca dokładnie, o czym piszę:))↔Pozdrawiam:)
  15. Dziadek grafoman↔Dzięki:)↔Na upartego, to prawie w każdym tekście, można:) Pozdrawiam:)
  16. Ana↔Dzięki:)↔Ano bywa:)↔Pozdrawiam:)
  17. Rafael Marius↔Dzięki:)↔To taki skrót myślowy:)↔Pozdrawiam:) Amber↔Dzięki:)↔To niby taki... koniec czasu. Jeno co zaś? ↔Pozdrawiam:)
  18. Wygnali ją z domu kiedy była nastolatką. Nawet nie zdążyli do końca powiedzieć, dlaczego. Inna sprawa, że ją to gówno obchodziło. Chciała być jak najszybciej... jak najdalej od nich. Od świata, którego zasad nie rozumiała. Pobiegła do lasu, pełnego śniegu. Nie czuła przemoknięcia, zimna i wiatru. Ulepiła dwa bałwany. Mamusię i tatusia. Zmrożoną gałęzią rozwaliła zimne kukły. Rodzice odczuwali ból. Nigdy się nie dowiedzieli, dlaczego. Biegła dalej. Spotkała dziwnego człowieka. –– Dziewczyno! Wyglądasz jakby ciebie z domu wygnali? –– Nie z domu. Nie wiem z czego. –– Przebaczysz im kiedyś? –– Może… gdy mnie ktoś nauczy, jak to się robi… a ja uwierzę.
  19. miał okrąg marzenie by kwadratem zostać chichot losu wszystko poplątał bok z geometrii sprzątnę równobocznym został trójkątem *** garncarz ulepił pomnik swój własny wspaniały cudny przeładny tylko jako garnek zupełnie nieprzydatny
  20. Nefretete↔Dzięki:)↔Aligator=dondi:))↔Pozdrawiam:)
  21. Nefretete↔Dzięki:)↔Ale bejsbole by je rozmnażały jeno:))↔Pozdrawiam:)
  22. Nefretete↔Dzięki za podobanie:)↔Też Pozdrawiam:)
  23. czasem lekceważysz zegar choć uzupełniasz wskazówki bursztynowym lśnieniem zastygłych chwil w horyzoncie zdarzeń to jednak wciąż uciekasz przed wirującym ostrzem sekundnika czujesz go na piętach Achillesa paskud rani twoje stopy szczególnie w poświacie przewężenia klepsydry zamiast deszczu słyszysz stukanie ziarenek tylko się nie potknij bo jeśli szczęśliwie dobiegniesz do godziny duchów wsączysz się w ciszę zdechłej kukułki
  24. Inna wersja dawnego tekstu Jak to bywa przed zachodem Słońca, cały ogród tonął w czerwonawej poświacie. Takie ciepłe kolory, były jakby odzwierciedleniem: gorącego, prawie minionego dnia. Wszechobecnej ciszy, nie zakłócało cokolwiek. Może jedynie cichy oddech gipsowego krasnalka. Oddech? No tak, oddech. Ale nie gipsowy, tylko żywy i zapewne nie z gipsu, tylko ze substancji, robiącej za gips z wyglądu. Prawdziwie gipsowy leżał w krzakach. Ani myślał oddychać. Martwy od zawsze na zawsze. A ten umiał. Jemu podobni też. Porozrzucani w tysiącach ogrodów na całym świecie, musieli się upodobnić do czegoś ziemskiego, by nie wzbudzać podejrzeń. Lecz i tak wzbudzali. Chociażby w tym ogrodzie, gdyż było ich dwóch. No chyba, że żywy sobowtór opuścił ogród, by atakować ludność. Albo raczej uprzykrzać życie, żeby sami zwali, robiąc im miejsce. Przybyli w niewidocznych dla ziemian, osłonach. Lądowali przede wszystkim w przydomowych ogródkach. Tubylcy wchodzili głęboko w podziw, skąd ten drugi, ten trzeci, czwarty i tysięczny. Mogli być kilkukrotną kopią, jednego osobnika. Wyglądali dokładnie tak samo, albo nawet podobnie. Albo i lepiej, bo oczami ruszali. Spokój na planecie został naruszony, ogólnoświatowym zaniepokojeniem. Całe chmary Gipsoludków, grasowało po ulicach, raz po raz, bekając. Niektóre osobniki umiały fruwać. I to bez ruszania skrzydłami, gdyż ich nie mieli. Atakowali bardzo różnie. Na przykład te małe, zaglądały dziewczynom pod spódnice. Guzik ich obchodziło, co tam zobaczą. Na ich planecie, wszystko było inaczej. Ale takim kukaniem, wprowadzali zamieszanie. Inne znowu szybowały nisko nad ziemią, porywając idącym czapki, w które następnie pluli pseudogipsem. To się wielu mieszkańcom nie podobało. Też na nich pluli, lecz nigdy nie trafili, bo tamci zdążyli odlecieć. Były też bardziej wredne. Wlatywały do marketów, robiąc zamęt przy kasach. Mieszały towary, by nikt w końcu nie wiedział, co jest kogo. Trzy latające sztuki, przeprowadziły szturm na kościelną wieżę. Nawet wleciały do środka. Obijały się o dzwony, robiąc spore zamieszanie na dole. Można powiedzieć, że bimbały na wszystko. Nawet na kościelnego. Z racji swej tuszy, ledwo dyszał, ale na czubek się wdrapał, by je stamtąd wygonić. Nic nie wskórał. Dzwoniły nadal. Jeden notorycznie był dzwonem rozbijany i momentalnie na nowo się składał. Kościelnego na ten widok zamurowało. Dopiero po kilku dniach go wypuszczono. Mówił, że widział anioły. Nie wszystkie jednak fruwały. Umiały za to szybko biegać. Wyprzedzały nawet samochody. Nie tylko stojące, ale też jadące. Skakały na nie, zarysowując lakier. Długo by można pisać, co te paskudy wyczyniały. Najgorsze było to, że byli niezniszczalni. Można było takiego złapać, potrzaskać na drobne kawałki, a one za chwile stanowiły całość. Jedyna różnica była taka, że w ten sposób, zwiększała się ich upierdliwość oraz chęć zemsty. Na całym świecie, pobrzmiewały podobne słowa w mediach: Podajemy obszerny komunikat, o aktualnej sytuacji inwazyjnej. Blokowanie informacji nie ma najmniejszego sensu. Już i tak wszyscy wiedzą. Gipsoludki zaatakowały świat. Nasz świat. Są wszędzie i jest ich dużo. Cholernie dużo. Wojsko dokłada wszelkich starań, żeby figlarnych agresorów zniszczyć, czymkolwiek są lub nie są. Naukowcy też prowadzą odpowiednie badania. Ale sytuacja jest piekielnie trudna. Wydają się niezniszczalne. Ich ciała mają wygląd gipsu, ale można przypuszczać, że raczej gipsem nie są. To jakiś nieznany nam materiał, nie z tej ziemi. W każdej chwili mogą ruszyć ze zdwojoną siłą. W wielu miastach panika jest ogromna. Szczególnie tam, gdzie ataki następują niespodzianie. Prosimy w miarę możności pozostawać w domu. Nie wychodzić na ulicę, nie wychylać ciekawskich głów z okien, a co najważniejsze, nie tłuc bejzbolami agresorów, bo to tylko zwiększa ich liczebność, gdyż z każdego kawałka, powstaje następny, dorosły kosmita. Oczywiście wiemy, że większość o tym wie, ale podajemy ów fakt, ku pokrzepieniu pamięci. Łatwo przewidzieć jaki może być koniec, jeżeli nie zdążymy wymyślić czegoś, co ich powstrzyma. Te durne figle, są gorsze od wody i ognia. Tym bardziej, że zachodzi obawa, iż może to być śmieszna zmyłka. Preludium, do czegoś gorszego. Tak jak to jest na filmach. Niestety. To nie jest film. To się dzieje naprawdę! Łączmy się ludzkość w każdym człowieku. Przeciw Gipsoludkom. * Wreszcie tubylcy Ziemi powiedzieli: dość. Postanowiono po swojemu wykombinować, jak wygnać intruzów tam, skąd przylecieli. Propozycji było wiele, z różnych stron globu. W końcu jedna z nich zaczęła przeważać: tak ich rozśmieszyć, żeby się rozlecieli i już nie poskładali. Łatwo powiedzieć, ale czym? Co ich ubawi, do upadłego na wieki? A poza tym, jest ich setki tysięcy. Gdyby z każdego z osobna chciano w ten sposób unicestwić, to śmiech by trzeba importować z innego państwa. Tylko, że w każdym to samo, i mogą nie dać. Fama głosiła, że gdzieś tam, w tajemniczym miejscu na świecie, stoi sobie ich słynny wódz: Don Alabaster i wszystkimi kieruje. Są z nim połączeni, w jakiś niewyobrażalny sposób. Domniemano, że zapewne wystarczy rozśmieszyć wodza, a wszystkie pozostałe padną ze śmiechu razem z nim. Dziw nad dziwy, ale szybko go znaleziono, ukrytego na polu, między stogami. Z obiektów otaczających jego figurę, można było wnioskować, że pędzi bimber. Cała reszta nie mogła nic pić, gdyż nie miała odpowiednich ust, ale telepatycznie już uchlać się mogła. Bo wódz miał i mógł, bezpośrednio, więc miał większą siłę przekazu. Na dodatek chciał. Nic dziwnego, że jego myślowi inwazjaci, tak dziczeli. Don Alabaster wlewał w siebie dość dużo. Miał około dużo metrów wzrosu. Ale jak go rozśmieszyć? W końcu postanowiono, że mu się pokaże, w czym u nas takie krasnalki, zgodnie z tradycją mieszkają. Zbudowano wielką ruinę koślawego grzyba, lecz mniejszą niż wódz. Dostarczono ją maszyną latającą, na zajęte pole. Postawiono, przed nim i mu oznajmiono, że w takim czymś, u nas tacy jak oni mieszkają. Przywódca obcych jako jedyny, potrafił wytwarzać nad swoją brodą, zdania w tubylczym języku. Zatem istniała szansa nici porozumienia. Czy akurat obustronnego, było rzeczą niewiadomą, z uwagi na stan, w jakim się znajdował. Lecz na starego grzyba spojrzał. Po chwili wyświetlił brodaty napis: – To to, co? – W takich domkach, krasnoludki u nas mieszkają. – Ja pierdzielę. No nie, za chwilę jasny gips mnie zasypie. W tym? – No w tym. – A to cienkie u dołu, to co? – To? – No to. – Lokator przez okienko sika. – A ta pierdoła u góry? – Kapeluszowy sufit, Don Alabaster. – Nawet po pijaku, w takim czymś, w żadnym kosmosie. – Śmieszny! Co? – Cholernie tak. Za chwilę pęknę ze śmiechu. – Oby. – Co oby? – Nic nic. Spoko. Pękaj paskudzie. Rzeczywiście pękł na drobne kawałeczki, rozganiając wokół tak silną woń alkoholu, że biedny zając nie wiedział, czy jest zającem, czy innym ptakiem. A niektórzy tubylcy wdychali. Wszyscy wojownicy jego też się rozpadli. Stracili kolory. Cząstki były białe. Każda odrobinka. Setki ton walało się na ulicach, polach i gdziekolwiek. Zrobiono z nich wielkie jaja. Poustawiano w parkach, ogrodach, przed marketami. Pomalowano pięknie i ślicznie. Pisanki zdobiły miasta i wsie. Spokojnie tkwiły w miejscu. Podziwiano je i kochano. Były obłym symbolem zwycięstwa. Przypominały o pokonaniu wroga. Lecz po jakimś czasie, tak się przyzwyczajono do ich widoku, że stanowiły prawie niedostrzegalne tło. Widziano ją tylko wtedy, gdy idący zamyślony, po prostu w nią walnął. * Po jakimś czasie: – Mamusiu. Pisanka w naszym ogrodzie. No wiesz która. – Co pisanka? – Przyłożyłem do niej ucho. – No, no, to rzeczywiście wydarzenie. Jestem pełna podziwu. – Ale ona jest dziwna. – Dziwna? Biega zapewne po ogródku. – Nie biega… oddycha.
  25. jestem z tobą w ogrodzie w powiewie wiatru śladach na trawie pamiętasz piłam ziołową herbatę ty niezgrabnie plotłeś wianek mówiąc pachniesz sokiem wiśniowym miałeś czubek nosa pobrudzony miodem wokół zakwitał czas w białych kwiatach jabłoni jeszcze tyle miał wydać owców trawa była śliska od rosy ozdobiłam kamień czerwonymi nitkami za wcześnie zerwane spływały ku ziemi tak wiem spojrzałeś wtedy w niebo kołyszę cię teraz w ciszy między światami tobie pewnie niewygodnie przepraszam kochanie nie mnie przeciąć sznur
×
×
  • Dodaj nową pozycję...