-
Postów
2 810 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
3
Treść opublikowana przez Dekaos Dondi
-
napisałem zdanie początek koniec lecz przyznaję w środku pustosłowie
-
Phuruchiko↔Dzięki:)↔Co racja, to racja. Jeno w tej sytuacji, nie żywnościowa:~) Pozdrawiam:)
-
Czerwona kokardka. Wspomnienie nasączone jakże rozkoszną, satysfakcją. Dostałam z okazji szóstych urodzin, szóstego czerwca. Przytulony prezent radosnym mrokiem, nieprzezroczystych ścianek różowego pudełka, z błękitnymi smugami, pośród obrazków kwitnienia jabłoni, tylko wzmagał tajemniczą ciekawość, co u diabła mi się skapnie. Wtedy jeszcze nie miałam bladego pojęcia, że jej kolor i forma, stanowić będą inspirację, do jakże przydatnej metafory. * Patrzył jak nadchodzę. Miękko, cicho, niczym powabna kotka. Ładniutka, młoda i fałszywie bezbronna. Chociaż muszę z przykrością stwierdzić, że miał biedaczek sflaczałego pecha. To zegarek mu stanął, blisko tej godziny, co miała zmienić postrzeganie świata, na jedyne i niepowtarzalne. Wierzchy dłoni muskała delikatność podwiniętej sukienki, sunącej w stronę nieba, zwiewnej niczym pajęczyna, z wyobrażeniem pająka i ścierwa muchy. Od spodu, na opuszkach palców, czuł gładkość spoconych ud. A jednak wskazówka drgnęła. Stracił palant czujność. Zgodnie z planem. Mam niespodziankę, usłyszał słodki głosik, tuż nad odstającym uszkiem. Wiem czego pragniesz, ty mój niegrzeczny misiaczku. Proszę, połóż się na plecach, spuść żaluzje na duet źrenic. Zrobię ci dobrze. Wiem, że tak lubisz. Dupek zamknął, bo nim był. Podeszłam od tyłu. Trzymałam błyszczącą podłużną strukturą, o zanikającej srebrzystej krawędzi. Po chwili czułam, jak rzeźbię jednym pociągnięciem ostrego pędzla, łukowaty kanion, o miękkich wilgotnych zboczeniach, na kolistym, pomarszczonym płótnie. Moją dłoń pieściło ciepło czerwieni, pulsującym wytryskiem zemsty. Wtedy wyszeptałam czułe słowa: Na pamiątkę naszego spotkania, zostawiłam na tobie prezent. Śliczną czerwoną kokardkę. Wybacz, że z lekka postrzępiona i trochę za ciasna, chociaż nie okala całości. Niestety. Nie zdołam już poluźnić. Jest mi niezmiernie przykro z tego powodu. Widzisz łezkę w moim oku? Zapewne tak. Ale wiesz co? W ramach rekompensaty, sprawiłam, iż graniczy z jabłuszkiem. Symbolem miłości. Cieszysz się? Co tam niewyraźnie mruczysz? No nie. Przepraszam. Nie musisz dziękować. Naprawdę. Przecież widzę, że masz trudności z mówieniem. Codziennie wplatam ją we włosy.
-
namaluj proszę na płótnie spojrzenie myśli pragnienia ściana zostanie dziś pusta mój obraz w ciszy zatrzymaj nie zakryj nocy strumieniem ni echem tęsknoty mrocznej zasnę u progu wystawy nasiąknę farbą odpocznę motyle na białych skrzydłach uniosą światło i barwy lecz tak się może przydarzyć błękit zawiedzie i zadrwi
-
5
-
gwoździ w ścianie gwóźdź czy obraz piękny czy jak z krzyża zdjęty tak samo dźwigać muszę ale cóż taki mój los i tak się nie wyjmę stąd
-
Czasozmierzch
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Jacek_K↔Dzięki:)↔Ano właśnie. Może z czasem bardziej zrozumiem, co wyśpiewałem w owych strofach:))↔Pozdrawiam:)) -
Zmieniłem tytuł, gdyż nasze życie, przeważnie jak zmierzch. Czymś pomiędzy mrokiem, a świtem, jest. ---------------------------------------- kolejny już raz sączysz kwitnienie przez otwór durszlaka tam po drugiej stronie oddechu ptaki słuchają piosenek zaklętych w owoce wydłubują z wnętrz nuty i krzyżyki próbują zrozumieć smak melodyczny sens miąższu niosą na skrzydłach szybują nad gdzie jesteś przykryta mrokiem ukwieconym a wiatr rozwiewa ciszę w nieskończoność
-
skoczył na główkę kosmita od tego czasu bez życia walnął głową o dno mózg wypłynął ryby martwe są
-
Prześwit
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Waldemar_Talar_Talar↔Dzięki:)↔Zatem, miło mi:)↔Pozdrawiam:) -
Tekst satyryczny ----------------- Ituś ucieszył się szczerze, niczym prawdziwe dziecko, kiedy to na wysypisku śmieci, znalazł magiczną, porzyganą ramkę. Możliwe, że ktoś ją wyrzucił, gdyż w końcu przemyślał sprawę ostatecznie, a nawet dalej i ocknął się zawczasu. Jednak dla Itusia, był to bezcenny dar z nieba. Trzeba uczciwie przyznać, że od razu pojął, do czego owe znalezisko służy. Widocznie miał wprawę. Niezwłocznie też zaczął używać. Na przykład na ulicy. Często wyjmował i kierował w stronę upatrzonego przechodnia. Wtedy fluidy umysłu obywatela, wpadały w obręb ramki. Dopóki nie wychodziły poza, obsługa nie naciskała spustu. Z chwilą jednak, gdy zaczęły się nie mieścić wewnątrz, z ramki wystrzeliwał skondensowany strumień pogardy. Takiej prawdziwej. Od serca na kamieniu. Aż biedny tubylec, zachwiał się niekiedy lub nawet upadł, na nie ten chodnik. Iituś codziennie dziękował, że może spełniać przydatną misję. Wierzył, że całe rzesze innych, poprzez ów bodziec zrozumie, że stoi na niewłaściwej ścieżce. Nie tej, gdzie ślady spustowego są. Niestety. Kiedyś w nocy, szczęśliwego znalazcę, nawiedziła ciemna zjawa. Usiadła na obrzeżu prawego łoża i obróciła w kierunku trwożnie zbudzonego, żółte oczka. Adresat zjawiskowego spojrzenia, posiusiał się ze strachu i wyzionął ducha, którego owa wciągnęła, z ironiczno proroczym, beknięciem. Już nie posiadacz, stanął przed Stwórcą. Ów wyjął za pazuchy swoją ramkę. Spojrzał w nią, zaś na Itusia.
-
1
-
rozlałeś myśli na taflę jeziora gdzie je teraz znajdziesz wszystko wymieszane twoje ja upływa szybciej niż zazwyczaj to co było znane woda w tajemnicy trzyma przed zgłębieniem szara mgła kolorem pragnie zwabić ciebie czas się krztusi łykiem twego ja płynnością wszystko co okryłeś zawiścią miłością tuli teraz całun cicho i spokojnie muska delikatnie ślady myśli twoich w kręgach się rozchodzą wciąż i nieprzerwanie migotliwe światło haczy się o trzciny ktoś rzucił kamieniem czyżby był bez winy
-
Jacek_K↔To ja nawet podziękuję:))↔Pozdrawiam:)
-
Konrad Koper↔Dzięki:)↔O!↔Pozdrawiam:)
-
Leszczym↔Dzięki:)↔Ja też myślę, że to tak, też może być:)!↔Pozdrawiam:)
-
–– Czy wiecie kochane dzieci, dlaczego ten but, ma taką twardą skórę? –– ... –– Ano dlatego, że dużo w życiu przeszedł. –– To czemu proszę pana, ten drugi ma taką mięciutką? –– Bo szedł obok.
-
Można czytać – całymi zdaniami – od początku lub od końca i jakoś w miarę sensownie brzmi? --------------------------------- Biegnę z wywalonym językiem, w głąb jasnej księżycowej nocy, do ukochanej suczki, znacząc drogę kroplami ludzkiej krwi. Pomogło zbawienne zamieszanie. Opatrzność pozwoliła, bym zatopił kły w miękkim gardle, a tym samym wykreował szansę ucieczki. Szczekałem wściekle, że nie chce być człowiekiem. Chcieli przeprowadzić badania, a później przywrócić do stanu pierwotnego. Mam świadomość, kim byłem, a kim jestem teraz. Szczerze mówiąc, nie mogę narzekać. Świat wokół nabrał sensu. Merdam pozytywnie. Dziś pokochałem od pierwszego spojrzenia. Wybrałem biorcę umysłu odruchowo, bo podobno najlepszy i tego typu frazesy. Pewnie dlatego, iż będąc świadkiem wielu niepokojących zachowań, zapragnąłem jak najszybciej uciec. Nie widzę żadnych przeciwwskazań, dotyczących eksperymentu.
-
Afirmacja
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Sowa↔Dzięki:)↔Bo ja nadal różnorodnym jest:)↔Pozdrawiam:) -
Na litość Boską...
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Fraszki i miniatury poetyckie
Jacek_K↔Dzięki:)↔To w sumie wszystko jedno, z strony spojrzeć:)↔Pozdrawiam:) -
T e k s t
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
[email protected]↔Dzięki za wersy:)↔Pozdrawiam:) * Duszka↔Dzięki:)↔To jam rad, skoro tak:)↔Pozdrawiam:) * Ilona Rutkowska↔Dzięki:)↔Jak najbardziej:)↔Pozdrawiam:) -
Cor-et-anima↔Dzięki:)↔Też tak sądzę raczej:)↔Pozdrawiam:) * Nefretete↔Dzięki za pozdrowienia:)↔Pzozdrawiam
-
Trzykrotka
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Vaanthil↔Dzięki z "półkę"↔Pozdrawiam:) * Phuruchiko↔Dzięki:)↔Rzecz wyboru:)↔Pozdrawiam:) * Waldemar_Talar_Talar↔Dzięki:)↔Miło mi:)↔Pozdrawiam -
nie wiesz czy drogę wybrać nieznaną tam nitki sensu wiatrem targane a przezroczystość zniekształca obraz kwiaty wciąż więdną gdyż kwitną same krople czasu stukają miarowo o tarczę czasu wciąż w jedną stronę tam cień kołuje barwę muzyki nutki bezdźwięczne ciszą zamglone złotym błękitem okryte drzewa koszyk osłania owoce słodkie na furtce wisi pajac z papieru umrze gdy ciało na deszczu zmoknie w strumieniu czystym żyletka tonie puls zatrzymuje krwawą kotwicą na kartce w kratkę literki żłobią łąkę zieloną kropką kołyszą gorzkie spojrzenia toną w słodyczy tarzając światy w gęstym syropie przyziemna gwiazda nagle rozbłysła inne przyprawy w chaosu splocie igły w źrenicach dławią spojrzenie każda ciemnością wnętrze nasącza pusta matryca tęskni w umyśle teraz docenia gdy brak jej słońca małe ziarenko na ciepłej plaży tkwi zatopione w żółtej dolinie samotnie błądzi w złotych promieniach choć wszędzie wokół piasku jest tyle przytulić smutek w cieniu uśmiechu powiewem wiatru oczyścić drogę zapomnieć ranę co tkwi w krysztale śnieżynki białe pocieszyć chłodem kolorem zdobić szare zwątpienia świtem malować mroki umysłu choć to kim jesteś myślisz i czynisz otacza czasem złudny cudzysłów ślady zwierciadła płoną obrazem na przezroczystej toni zamglonej niewielka łódka na przekór falom właśnie minęła podróży koniec
-
Człowieku! Na litość Boską. Idziesz cały czas krzywo, albo ja za prosto!
-
Jestem chorą Zuzią i leżę w chorym łóżeczku, bo strasznie skrzypi, gdy się w nim wiercę. Może coś boli kołderzynkę lub jasiek pod głową strasznie przeziębiony. Psikania nie słyszę, ale przecież może psikać wewnętrznie, gdyż nie ma chusteczki, owinięty jedynie skóroszewką. Mama chodzi trochę smutna i spogląda na mnie, jakby nie chciała z ust wypłoszyć słów, które kiedyś podsłyszałam. Chyba chce zagaić rozmowę. –– Wiesz co, Zuzia. Jak ci będzie nie za wesoło, to załóż płaszczyk wyobrażeniowy. Przeniesie cię do szczęśliwej krainy, gdzie wszystko jest możliwe. Nawet kopniaki w tyłek, najgorszym smutkom. –– O! Fajny pomysł, mamo. Teraz jestem trochę sama, to właśnie taki założyłam. Nie czuję go na sobie, ale chyba zaczyna działać. Spoglądam na murkowy przedziałek, co dzieli dwa pokoje. Rodziców i mój. Wisi tam malowanek, zaklęty w prostokątne otulinki. Mijam je i widzę przed sobą, długiego, szarego węża. Na szczęście tak się nie wierci, jak ja przed chwilą w łóżku. Chyba zasnął w tajemniczym tunelu. Idę w nim na nim. Trochę piaskuje pod zagięciami w papułazikach, bo jest poprzecinany kościewystępkami, co napędzają rośnięcie. Muszę uważać. A niech to. Bęc i leżę. Na szczęście w całości wstaję. Jak tu ładnie. Widzę wokół migotki słonecznikowe. Są uparte. Przełażą jakby nigdy nic, przez przeróżne gąszczaki. No nie, co ja słówkuje, jak pokręcona. Słoneczkowe przecież. Cicho, psyt, bo coś uszkuję. Skrzydełkolotek wirowanek, fruwa nade mną. Też cały zielony, tylko resztę, ma żółtą. Rusza dzióbostami i wymuzycznia świergonuty. Od razu w mojej głowie, obok smutkodołków, zakwitają: radośniaczki pocieszkowe. O matko! A to co. Dopiero teraz zauważam. Jakieś wysokie wieżewa. Takie i owakie. Mają pełno okienków. Widocznie w środku domowują Drzewoludki i cały czas, wystawiają na zewnątrz rękołęzie. Na jednym widzę Rudoskoczka. Wątpię, żeby kiedykolwiek schowały. Te na samym wierzchołku, tworzą poplątane wiejoszumy. Migotki też przez nie przełażą i kawałki wiatru. Coś na ziemi szeleści i chyba łezkuje. Idę w tamtym kierunku. Teraz nawet słyszę wnerwianki kapeluszkowe. Ojejciu. To biedny, tłusty, Grzyboludek. Związany zielonymi wstążkami, prawie ruszać się nie może. –– Grzybolutku. Kto z ciebie paczkę do wysłania zrobił. –– Jaką tam paczkę. Raczej przyszły obiad. Uwolnij mnie. Ale już. –– Co, ale już. Bądź grzeczny, to cię uwolnię. –– Przepraszam. Tylko się pospiesz, bo gdy wróci… –– Kto? –– Wilkowieczka. –– A co to za dziwo. To ono cię związało? –– Tak. Jedna część chciała mnie zjeść, a druga, nie. Jak się dogadają, to wróci. Odczuwam strachanki ciarkowe, gdyż chodzą po mnie, ubrane w ciarki na plecach. Nawet wiejoszumy, szumią groźnie. A może to nie one, gdyż jednocześnie jakby przez zamleczały horyzont, widzę jakieś strzępki zdarzeń. Czy w moim pokoju, tego nie wiem. Słów nie rozumiem, chociaż przed chwilą czułam, jakby mnie ktoś przytulił wilgotną twarzą. Może płaszczyk za bardzo na mnie działa i chcą, żebym wróciła. E tam… ale tu jest tak ładnie. A poza tym, muszę najpierw ratować Grzyboludka, żeby nie został obiadem. Coś podchodzi z tyłu i warczobeczy. Odwracam się gwałtownie. Nie jestem zaskoczona. To faktycznie Wilkowieczka. Wcale nie taka duża i stoi niepewnie. Może dlatego, że za nią, przykucnął o wiele większy: Lisając. Ale ja i tak jestem największa, więc tupię obiema nogami, aż sosnówki spadają. Wrzeszczę też złowieszczozjawnie, iż mają się pogodzić. Nie łatwo im idzie, gdyż same ze sobą, trudno się dogadują. W tym czasie uwalniam więźnia. Od razu smyrnął do jakiegoś grzbodomka. Nawet nie podziękował, lump jeden. E tam. Najważniejsze, że żyje. Ni stąd ni zowąd, słyszę pytanie: –– A ty kto? –– Ja? Dziewczynką w płaszczyku z wyobraźni. –– To ja jestem jej częścią? –– Jak najbardziej. –– A co będzie, jeżeli… no wiesz. –– Nie wiem, co wiem. –– A okaże się? –– Coś na pewno. –– Dzięki. Pięknie tu, ale od jakiegoś czasu, lub raczej bezczasu, dzieję się coś dziwnego. Nawet nie wiem, jak długo tu jestem. Wszystko zaczyna się trochę jakby zmieniać. Wokół jest mniej wyraźne, jednocześnie, widzę o wiele lepiej. Sama już nie wiem, w jaki sposób to określić. Właśnie wiejoszumy się rozsuwają na boki i robią wielką dziurę. Chyba mnie zapraszają, bym spojrzała w niebo. Widzę białe strzępki waty cukrowej, na błękitnym lukrze. Okalają swoją ładnością, wielką Trzykrotkę. Migocze ciepło, też zapraszająco. Nagle wychodzą z niej, światełkowe promienie. Szybują w dół, w moim kierunku. Przytulają mnie i… nagle jestem wewnątrz niej. I znowu jakby przez zamleczałą folię widzę przez chwilę, swój pokój i swoje łóżeczko. Nie potrafię określić wyglądu Trzykrotki, w której wnętrzu się znajduję oraz ilości czasu, który tu upłynął. Po prostu niesamowita frajda. Zwielokrotniony zbiór, najpiękniejszych bajkowych krain. Chyba wykracza poza możliwości płaszczyka. A może nie? Sama już nie wiem. Wiem natomiast, że jest mi tu naprawdę wspaniale. Nawet głupia choroba, wyszła ze mnie i zamieniła się w rześką wstążkę wodną, w której pływają szczęśliki. Nagle coś mi każe spojrzeć w dół. Pomimo wysokości, widzę całkiem dokładnie: Skrzydełkolotka, Grzybolutka, Wilkowieczkę, Rudoskoczkę i wszystkie inne stworki, które spotkałam. Unoszą kciuki do góry. Skąd u niektórych takich, takie coś? Ale wiem, że ów gest, bardzo mnie cieszy. Dziękuję im w myślopsikach, bo akurat psiknęłam. Patrzę w innym kierunku. A jednak wszystkiego zrozumieć nie mogę lub nie pamiętam. Może specjalnie jest mi coś zaoszczędzone. Skąd w dzieckowym łebku, takie dorosłe myśli? Obraz jest lekko zamazany. Dostrzegam jakby park i grupkę ludzi. Otaczają biały, niewielki prostokącik. Widzę, że jest coraz mniejszy. Jakiś ludzik nasypał na niego kakao, a inny kwiatkiem przyozdobił. Kakao i kwiatek? Kto zje takie pomieszanie? W tej samej chwili, odczuwam czyjąś obecność za sobą. Muszę się natychmiast odwrócić, bo jestem strasznie ciekawa, kto to może być.
-
uparcie próbowałaś rzeźbić obrazy na krawędzi kartki ja usiłowałem namalować wiatrem skrzydła wiatraka w międzyczasie nasze ślady dawno wydeptały równoległe ścieżki spójrz jednak na niebie skrzyżowanie białych smug a łąka wchłonęła raniące słowa może poczekajmy aż wyrosną nowe zdania będziemy znowu tekstem który chociaż... da się jakoś czytać