-
Postów
2 810 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
3
Treść opublikowana przez Dekaos Dondi
-
Wyskrobane Dziecko... i inne skrawki tekstowe
Dekaos Dondi opublikował(a) utwór w Fraszki i miniatury poetyckie
–– Mamo, dlaczego musiałaś mnie wyskrobać? –– … –– Nie musisz odpowiadać. Zapytam Boga. On tu nie człowiek. Wie wszystko o tobie. Może odpowie. –– … –– Powiedział, że przeszłaś dolinę ciemną. Kiedyś będziesz ze mną. –– … –– Bo wiesz… wybaczył tobie. Ja też. *** Ptaki srają na twój pomnik. Wspomnij. Gdy będziesz patrzeć poprzez ziemię, jak kochały ciebie. *** Nie chciał przemoczyć. Grać prawdziwie, z rozmachem. Dlatego był skrzypkiem, pod dachem. *** Tak – się - spieszył, że aż – się – spóźnił. *** Wyznać muszę, że nie bardzo lubiany, nasz Tomcio Paluszek. A przecież skądinąd w naszej bajce, to stworzenie całkiem fajne. Hmm… wyjaśnię tymi słowy. To paluszek środkowy. *** –– Najdroższa. Jak dobrze, że teraz jest wczoraj. –– Tak kochanie. I spotykamy się jutro. –– Słusznie prawicie. Dzisiaj mogłoby zniszczyć waszą miłość. Wiem co mówię –– przytaknął amorek. * Ktoś cię nie lubi? No cóż… e tam… spoko luz. Nie wyrywaj z rozpaczy kłaki. Skocz do naszej kloaki. Popływasz, zanurkujesz. By radować się. Nie płakać. A zaś wypłyniesz, na szerokie, luźne rozwolnienie. Sprostasz. Powdychasz, powciągasz do noska. Zapomnisz o troskach. * Nie czytaj książki ostatnią stronę. Tam dla ciebie koniec. Spojrzałeś na okładkę? A gdzie tam. Siedzisz w klatce. Wygodnie, bez trudu. Nie znasz tytułu. *** Z gruszką w sadzie, sprawa była niełatwa. Aż w końcu spadła. Dostała klapsa. *** Nie narzekały jabłka, gdy w koszyczku do kuchni je niósł. Jak mus to mus. *** –– Mrówko! Ja pierdzielę! Siedzisz oparta o nogę słonia. Nie boisz się? –– Nogę słonia? Dobre sobie. Co za durnowatą nazwę wymyślono dla szarej ściany. *** — Ja zawsze kłamię. –– Skoro to prawda, to nie zawsze. Wiesz? A jeżeli to kłamstwo, to nie zawsze, też. *** Na starym, samotnym kamieniu, przysiadł wiatr ciepłym powiewem. Kamień został w bezruchu, lecz był bardzo poruszony. *** –– Podobno mówią na ciebie Mędrzec. –– Tak. –– Od dawna nurtuje mnie pewne pytanie. Odpowiesz? –– Nie. –– Dlaczego? –– Bo tylko na mnie mówią. -
w spowitym mgłą kanionie marzenia skryte wśród skał wariat szybuje nad nimi lot zakłóca bliskość ścian uwalniam woń z kwiatów co kolor zgubiły zdrada bólem nie waży ogród jest niebem w snach wszystko co ziemi obrazem nieustannie ogrzewa słońce krwawe łzy tną zwątpienie strzępki sumień białe ślady nie parzy płomień w lustrze ciało ranią kawałki srebrzyste zwęglony zeszyt z nutami i czasie strumieniu w szklanych ścianach duszy sprzecznych doznań widzę światło złudnych cząstek w zaułku myśli tonie kryształ umysłu rozbity w pył nucę muzykę stęsknionych pustych trumien
-
na styku wędrówki i śladów przysiadł wiatr na starym kamieniu swoim ciepłym powiewem kamień został w bezruchu lecz czuł się poruszony
-
1
-
Migotanie Szans
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Grzegorz-kot672o2.pl↔Dzięki:)↔Zapewne masz racje. Ale cóż na to poradzić. Czasami sam siebie nie poznaję, w swoim własny pisaniu:)↔Pozdrawiam:) -
Milknie przesypywanie okiennic, w zamkach wyśpiewanych z milionów ziarenek. Na plaży zasypiają strudzone okruszki dnia. Zrobione na szaro zmierzchem, śnią o wirującej klepsydrze, spowalnianej czasem. A jeszcze tyle w nich niedokończoności. Niewielkie łódki wyrzeźbione w pomarańczowym lśnieniu, migoczą na utopionym niebie, swoje zbłąkane dna. Wpatrzone w skrzyżowany horyzont, poprzez przezroczyste zwierciadła, cicho pluskają modlitwy niemych ryb, pośród pływających otwartych brzytew. Może ktoś niebawem, zaciśnie w dłoni, okrwawioną ostatnią chwilę. Wyrzeźbi bruzdy, poprzez miękką płytkość pytań, gdzie umarły odpowiedzi. A jeśli przywoła świt, co opatrzy ranę pierwszym wypłynięciem. Brzeg opustoszał. Zniknęły pozostawione ślady. Lecz na falach serfują niezatapialne dusze.
-
poniżane kostki brukowe spocone od deszczu w nieustannym przytuleniu światłem zardzewiałych latarni zwątpiły w zmianę przeznaczenia na chociaż trochę znośniejsze niskie budynki kamienne koty z żółtymi plamkami przyczajone po obu stronach płynnego lustra utopione obrazy prostokątnych oczu miauczą skrzypiącymi okiennicami szeleszcząca ciemność kradnie światu jaskrawe światło dnia sączy się poprzez szpary zmęczonych ścian z wolna przenika pod powieki tajemnicą snu przymglone światło przytula poświatą strzępki odpadającej farby źródło ukryte za narożnikiem domu skryte w kulistej przezroczystości niewidocznej latarni lśni z obawą o wymuszonym brzasku cztery ślady z nadstawką bezszelestnie przebiegają drogę mokre futro błyszczy srebrzyście iskierkami drapieżcy księżyc zdejmuje płaszcz upleciony z ciężkiej chmury wiesza na rzeźbie wyciosanej w przestrzeni płynie z niej krew ścieka na dachy budynków stamtąd w powolnym konaniu wolno kapie na chodnik budząc skrzyżowane echa wsiąka w kwadraturę chropowatych płytek z zielonym porostem na horyzoncie kratka ściekowa coś zlizuje z żeliwnych przęseł czarne lepkie krople od czasu do czasu gorzkie chwile miodu
-
2
-
Rozalkowy Dziwny Świat
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
Leszczym↔Dzięki:)↔No cóż. Rozalka Tobie nie wybaczy. Musisz się przejmować:)) Pozdrawiam:) -
Konrad Koper↔Ano. Jakaś tam myśl, czasami mnie się ulęgnie, acz nie zawsze mądra. Różnie to bywa. Ważne, by mieć dystans do samego siebie. To bardzo wzmacnia:)) Pozdrawiam:))
-
Baba Jagusia, bisurmaniąc oddechem ustnym, kłębek mechatych kłaków w nosie, gdera rozżalona na czym świat stoi. No właśnie. Na czym? Na pewno nie na świetlanej przyszłości, wspomnianej dawno temu, na początku. Żaby jęczące w wywarze zaklętym we wrzątku, wtórowały by żałosnym, bąbelkowym skrzekiem ostatniej chwili, lecz nie dziś. To już dawno zjedzona historia. Przeto poczciwa staruszka, głodna niesamowicie. Kłębowisko jelitowych węży brzusznych, mruczy spoconego krwią marsza żałobnego, tudzież rozpycha mlaskająco miękkie obiekty, szukając pokarmu pośród wnętrzności, pod kościaną klatką z pompką, –– Rada Pypciowych, Acz Znaczących Wiedźm, wygnała biedną starowinkę na poniewierkę do mrocznego lasu, pomiędzy rosochate szkielety konarów i zdechłe wysuszone wiewiórki na suchy wiór, dając jeno mysią dupkę z ogonkiem do zaspokojenia głodu. – marudzę sama do siebie i plamy z krasnoludka spoza tematu, którego przez nieuwagę bucikiem zmiażdżyłam, aż flaczki wyszły poza granicę podeszwy. Cóż poradzić. Udam się po prośbie do Jachacha i Małgochachy. Podobno mają wypasioną chatę w lesie, którą dokarmiają fauną. Gniotą i tłuką zwierzynę gniotami literackimi, bebeszą i wciskają bzdurną papkę pomieszaną z kłakami, w elewacje i kwaśne pierniki. To może i ja coś ze ścian uszczknę lub mi chociaż nacieknie w stęskniony przełyk, jeżeli przyjmę po temu odpowiednią pozycję i rozdziawię twarz. Przecież robaczywego truchła krasnala jeść nie będę. Co innego jakieś ekologiczne podroby lub treści żołądkowe tekstu. Przynajmniej tak wrednie szumiały o tej chacie, zzieleniałe z zazdrości strączki, brzemienne w grochy. Coś jeszcze smęciły, szumem pełnym zawiści, że tylko jeden z nich będzie wybrańcem, pod wielką, miękką górą. Akurat. Nie w takiej głupawej durnej baśni, gdzie poprzez otchłań runa, słyszę morza śpiew, szum plaży, a wzrok bałamuci złota poświata o kształcie ryby i nagich golasów, którzy biegli przed chwilą – bo ją wyprzedzili – poprzez polanę, świecąc zadkami niczym sarny. Chyba do pobliskiego królestwa. Na domiar złego jakieś białe ptaszyska, krążą mi wysoko nad włosem, wystającym z zęba. Coś tu nie równo pod sufitem, z tą bają. Baba Jagusia wam to mówi. Wspomnicie słowa me. * Ogromna Złota Rybcia, na pięćdziesiąt łokietków wysokości, siedzi na brzegu morza, przygniatając podwiniętym ogonem piaskowe zamki, które już zamkami nie są. W bocznych płetwach trzyma po jednej wędce. Na końce żyłek doczepiła: Babcie i Dziadka herbu Puste Koryto, których wywlekła z chałupy, a zaś sprzed owego mebla. Porwani wiercą ciała złorzecząc pociesznie, gdyż zahaczeni za boże poszycie, robią za spławiki. Póki co nieokrwawione, dlatego rekin ludojad, jeno się o duet ociera. –– Jak długo mam czekać –– biadoli Rybcia. –– Mam serdecznie dosyć pospolitego bogactwa, tudzież obwieszonego złota na barkach mych. To przytłacza moją tożsamość. Pragnę być biedną, lecz nie schorowaną, brzydką, ale bez przesady, by dało się patrzeć. Mam trzy życzenia. 1. Chce być zwykłym karpiem. 2. Chce być zwykłym karpiem. 3. Chce być zwykłym karpiem. Jeżeli spełnicie, puszczę was samopas. –– O! –– dziwią się powieszeni. –– To ryby mówią? –– Jak muszą, to mówią. Nawet płynnie. –– Głupia rybo. My nie spełniamy życzeń. –– Akurat. Zaraz wam dodam trochę maggi. Po czym chlusnęła na nich z dala, z zielonego flakonika. Dziadek od razu wyciągnął sztywną różdżkę, Babcia nią pomachała i nagle z Rybci, zaczęło odpadać złoto, jeno samotny karp na plaży się ostał, aczkolwiek dorodny i dychający powietrzem, poprzez najnowszą wersji skrzeli. Małżonkowie chlupnęli do odmętów, lecz rekin nimi pogardził z racji żylastego mięcha, więc wyszli na brzeg i w te pędy pobiegli do Okazałego Domku: ĄĘ, gdzie się miało okazać, czy sprosta, czy nie sprosta wymaganiom. Platynowe koryto oraz chatę o diamentowym balkonie z monitoringiem i widokiem na morze – bo gdzieś by indziej – przepisali do więzienia na cele charytatywne. Pragnęli jednak zarobić nieco, łuskając groch, być mieć czym wiązać koniec z końcem. Niestety. Nie tej głupawej baśni. * Jestem królem i szukam smutno zaginionych dzieci. Gdzie one biedne, gdzie? Na dodatek jakieś łabędzie fruwają mi nad głową. A jeden nawet zrobił bezczelną kupę na kamień szlachetny w guziku od zapięcia portek. –– A sio. Nie przeszkadzać wredne ptaszyska –– wrzeszczę rozżalony. –– Nie dosyć mam zmartwienia, to jeszcze wy potrzebne, jak sroka w gnat. No nie, coś chyba pomieszałem od tej zgryzoty. A może to jednak kaczki? * Nieopodal w królestwie, cały tłum golasów musi wiwatować na cześć innego króla, gdyż monarcha ma chyba coś nierówno pod koroną. Taki opatulony szatą wszelaką, że jeno czubek różowego berła wystaje całkiem sztywny. Trudno rzec, czy z racji zimna, czy innych czynników okalających. Podobno nieuczciwi krawce, wzięli kasę i zrobili go w konia. Dobrze chociaż, że nie dosłownie, bo jeszcze by siebie samego, w karocy powoził. Rozszalała gawiedź ma ubranka przezroczyste, lecz do cna przewiewne. Nawet nie czują, że na sobie mają. Ich oszuści nie oszukali. Trza by z tłumu króla ogłosić, bo tu wszyscy mądrzy jak jeden mąż. Tylko chłodno jak diabli. Podobno jakaś siostra panienka, co to tradycyjnie zagryza potomstwo, odgryzając główkę, aż sika z karku czerwienią, szyje dla nich ubranka już wiele lat. Chyba proroczka jakaś. Skąd wiedziała, że będą potrzebne zmarzluchom. * To znowu ja, Baba Jagusia. Strasznie dysząc ostatkiem sił, stoję wreszcie przed chałupą Jachacha i Małgochachy. Pieprzone strączki. Tak myślałem, że kłamią do upadłego. Za chwilę ja upadnę z wrażenia. Co za szubrawcy jedne, owi domownicy niewychowani. Licencję chaty na kurzej łapie schorowanej staruszce podwędzili. Chociaż przyznać muszę, że owa nóżka, bardzo wypasiona. Może dlatego, że ma szpony, oblepione jakąś zielonkawo czerwoną mazią, obleczone w parujące szczątki biologiczne, skrawki kości i rozszarpane arterie żylne. O drabinka. No to wchodzę po niej. Sznurek do dzwonka, to chyba ogon Zdechłoucha. Przepraszam, to nie ta bajka i nie ten lokator i w ogóle nie drzewo. Pociągam. Bim bam. Bim bam. Czekam. * Babcia i Dziadek Od Koryta, cali spoceni. Tak to my, właśnie. Nie ma co się dziwić. Całą kupę grochu my wydłubali. Właśnie przyszedł Książek chyba. Dał zapłatę i w ogóle nie patrzy, czy jesteśmy, czy nie. Kładzie swoją Księżnisię, na ten cały bajzel, po czym on się kładzie na niej i każe jej mówić, czy coś czuje. A ona po wszystkim, zasypia. Gdy się budzi, to my też. Akurat wtedy, gdy Książek wrzeszczy wniebowzięty: –– A niech mnie pochodzenie kopnie. Tyś miła mięśniom mym, w tym trochę sercowemu. Dziewoja twarda jak stal. Nic tobie najdroższa nie zawadza. Żadna twardość. Dorodna, silna o byczej skórze. Takiej mi trzeba. Do bitki zdolna, by wroga tłuc, jeno trza jakąś wojnę zorganizować. Spójrz matko. Lecz matka nie spojrzała i czegokolwiek nie rzekła, gdyż zemdlała. Nie wiedzieć czemu. * –– O! Babcia Jagusia –– zagęgała kaczka, otwierając drzwi. –– J&M zostawili nam chałupę, gdyż pobiegli nad morze, szukać złota. –– Jak to nam –– dziwi się ledwo stojąca. –– Przecie jednego ptaka widzę. –– Słusznie prawisz. Fruwaliśmy trochę to tu, to tam, szukając siostry, ale żeśmy nieco poza granicę wylecieli i obce czary musnęły skrzydełka. Teraz nas pięciu, w jednej. –– Zamiana na kaczkę, nie jest dobrą zmianą, tyle wam powiem. Jak to pięciu? Z tego co wiem, to powinno być sześciu. –– Jeden z braci został zamieniony w Złotą Wielką Rybcię, a zaś w karpia. –– Czyli dziadkowa różdżka nie magiczna. Zbieg okoliczności. –– Chyba. A może coś tam czarownych mocy zostało. –– Balonika pękłem –– wrzasnął smutno Puchajtek. –– Puchatku, spadaj stąd –– wrzasnęły kaczka. –– Jesteś tematem, którego nie ma. –– Jak to mnie nie ma, skoro jestem. Lecz po chwili misiu znikł. — Babo Jagusio. Posil się strawą ku pokrzepieniu mięśni, obgryzając nóżkę i biegniemy na plażę. * Na plaży zawrzało. Wszyscy przybiegli z pięciu tematów, bez ładu i składu, nie wiadomo czemu. Jak to nie wiadomo czemu? Bo w takiej baśni, takowe sformułowanie, jest jak najbardziej na miejscu. I wszelkie inne hece i brak zakończenia, co łączy wątki w sensowną całość, co jeno wzmacnia sens tytułu. Na przykład zjedzono karpia, lecz kaczka i tak się zamieniła w sześciu braci. Tylko nie tej siostry. Przeto zupełnie innej, nieznanej i obcej, przybyło nagle rodzeństwa. Króle też się pojawiły. Jeden zupełnie goły przytulił odzyskane dzieci, a córka co wyszła za mąż, za jeszcze innego króla, nie musiała wreszcie zarzynać potomstwa, bardzo paskudnych szczuroleniwców, których wyłapanie, to była bułka z podwójnym masłem. Nowożeńcy z posiadłości ĄĘ, też przybiegli, mając wiele okrągłych tyci sińców. Jachach i Małgochacha zrezygnowali ze złota. Tak jak Babcia i Dziadek, przekazali na charytatywne cele. Tylko Baba Jagusia popłakiwała smutno na łachu, gdyż nieznośna wnuczka rekina, wylazła na brzeg i odgryzła jej sentymentalną brodawkę, z wizerunkiem męża, na którego pypciu, była fotka żony. Dużo jeszcze zdarzeń zaistniało, których spisać było nie sposób. Lecz o jednym zajściu wspomnieć należy. Znowu zaistniał Puchajtek jako przedstawiciel bajki, z której wyszedł razem z napotkaną Kopciuwdzianką. Byli rozżaleni, że nie wystąpili w tej kupie głupot. Wtem usłyszeli chór dwugłosowy, Wielce Czcigodnych Pomysłodawczyń↔’’Krainy WiBów’’ –– Wypad mi stąd, zarazy jedne! I to zaraz! Nie jesteście z tematów. Zamęt jeno stwarzacie, bisurmaniąc poza konkursem na stronie. No jak tak można. Niegrzeczni wy oba. Takich to normalnie świat nie widział. –– Jak to. Przecież nas widać. Jednak pomimo ostrej riposty, goście zaczęli markotnie zanikać. Lecz gdy byli w połowie przezroczyści, ponownie usłyszeli. –– No co wy. Spoko luz. To był żart. Może w następnej edycji wystąpicie. –– O dupa osła! Fajnie –– rzekł misiu za dwóch. –– Matkości świata. Pusiu! Wstydzisz się, prawda? –– napomniała jedna z czcigodnych. –– Skąd w pluszowym pysiu, takie brzydkie słowo. To dzieci czytają. –– Ta baśń jest za głupia dla dzieci –– rzekł autorytatywnie Puchajtek. –– Dla dorosłych, to może się nada, jeżeli przed czytaniem, zjedzą małe „co nie co.” –– A osiołek nie jest brzydkim wyrażeniem, proszę chóru. –– dodała z naciskiem werbalnym zgubionego kopytka, Kopciuwdzianka.
-
zakrztusiłeś się ego swoim człowieku to nie przystoi wypluj co uwiera nie czekaj teraz
-
Kromka Nieba
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Waldemar_Talar_Talar↔Dzięki:)↔Zatem mnie też miło:))→Lubię różne formy tekstów próbować:)↔Jeno palindromów nie potrafię. No chyba, że kajak itp:(↔Pozdrawiam:) -
można w cofnięciu do przodu błądzić w krainie zabawek budować słowa z drzewa pod kloszem owoce zrywać a te na zewnątrz wciąż ignorować kolce różane okupić czerwienią pokochać ogień co sponiewiera tęsknotę uśpić tym co przeminie dźwiękom dać ciszę za przyjaciela na co wszak kwiatom zapach uśpiony a stół nakryty obrusem z marzeń wyśniłeś drogę prostą lecz krętą nadzieja pełznie twej myśli śladem czy tylko wiedzy sens jest ostoją gdy kostka lodu widzi ocean a wiatr rozwiewa światło i ciemność tam chleb spleśniały ma kromkę nieba
-
Utrapienie Smoczego Królestwa
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
Jacek_K↔Dzięki:)↔O!↔Fajne wyłapanie:)↔Zaiste, nie znam się na tego typu zawiłościach smoków, w rzeczonym zakresie:))↔Pozdrawiam: * Nefretete↔Dzięki:)↔No faktycznie. Tak by można rzec też:)↔Pozdrawiam:) -
Trochę inna wersja Za trzynastoma górami i tyleż samo morzami, Królestwo Smoków Poczciwych istniało. Stworzenia owe były nadzwyczaj łagodne chociaż rozumne, skore do niesienia pomocy wszystkim potrzebującym gadom. A że świadomi posiadania Króla, Królowej oraz ich Córki byli, egzystowali radośnie, a nawet szczęśliwie. Uprawiali głównie rolę oraz ziajanie ogniem. Przeto wypalanie cegieł, największe profity w handlu przynosiło. Życie upływało w błogiej sielance, gdyż powodów do narzekania, nawet w najdziwniejszych kątach, jakoś znaleźć nie mogli. Chociaż trzeba uczciwie przyznać, że wcale nie szukali. A nawet gdyby coś znaleźli, to milczeli jak płyta nagrobna, by przykrości rodakom nie sprawić, a co gorsza, do płaczu zachęcić. Aż pewnego razu, wielka skaza na firmamencie rajskiego życia, objawiła swoją mroczną obecność, niczym ciemna zakrwawiona jutrzenka. Niebawem pochowała z dziada pradziada, od wieków ustalony porządek. Ogromny Szewczyk, na jeszcze większym baranie wypełnionym siarką, do Królestwa wjechał i zaczął nie tylko domostwa pustoszyć, lecz także niektóre smoki, a szczególnie smoczyce, swawolnie poniewierać. Ponadto wielu tubylcom kawałki skóry wycinał ostrym narzędziem, rechocząc przy tym radośnie, prosto w zatrwożone dziury ogniowe. Krzyczał bezczelnie, że buciki będzie miał z czego robić, które z wielkim zyskiem na jarmarkach sprzeda, a przez to fortunę zyska i poważanie wśród innych szewców z okolic wszelakich, lub z jakichkolwiek się napatoczą. Biedne smoki – mimo że wykazywały przemożną chęć – ziajać ogniem na barbarzyńce nie postanowiły, gdyż mógłby jego wierzchowiec w powietrze wylecieć, rozpizdrzając wszystko wokół, na cztery i pół strony królestwa. Gdyby jeno członki Szewczyka, to pies mu mordę lizał. Zjadło by się. Lecz zapewne owe monstrum na którym spoczywał, zmieniłoby swoją konstrukcję w elementy destrukcyjne. Dzień w dzień nawiedzał i nękał, chciwością napędzając ludzkie serce. Wiele smoczych matek, w obawie o to, żeby skóra z ich dzieci nie została doszczętnie wyszarpnięta jako budulec do sandałków, błagała na styranych życiem łuskach kolanowych, o całkowite najazdów zaprzestanie. On jednak swoją podłość na starym baranie dźwigając, nic sobie z owych błagań zatroskanych tubylców nie robił, jeno jeszcze bardziej ze skór obdzierał, chociaż przyznać trzeba, że żadnego do golasa zupełnie, żeby nie dostał zapalenia płuc lub kataru. Smoczy Król, widząc co się święci, wielu śmiałków zwołać postanowił. Obiecał każdemu, że jak bestie pokona, to tchnienie ognia królewskiej córki oraz jej rękę i całą resztę otrzyma. Przybiegły od razu różne napalone smoki, młode, stare, z umiejętnościami i bez, te co jeszcze mogły lub tylko im się wydawało, lecz żaden wojak nachalnego do przesady Szewczyka pokonać nie zdołał. Aż pewnego razu, stanął przed królem smok: mizerny, koślawy, prawie bez skóry i ognistego oddechu. Król ujrzawszy takie indywiduum, z powrotem do rodziny postanowił odesłać, albowiem nie chciał go mieć na królewskim sumieniu siedzącego, jak gdyby był gadającą papugą. Jednak ochotnik ów, był uparty jak stado osłów i odprawić się tak łatwo nie dał, myśląc zapewne o napalonym oddechu królewskiej córki i nie tylko o tym. W końcu król machnął ogonem, dając do zrozumienia, że zezwala Mizernemu... Jadącego na Baranie pokonać. Szewczyk, gdy takiego rycerza obaczył, zarechotał w głos z pobłażaniem szyderczym, aż sztuczna szczęka wyleciała i miarkując drogę do rzeki, na wieki utonęła. Poszkodowany ujrzawszy ostanie pluśnięcie, popadł w zatrwożenie nieujarzmione, gdyż przyszło mu do głowy, czym będzie gryźć jadło wszelkie, żuć smoczą skórę, lub chrupać zardzewiałe gwoździe, gdyż takim kaprysem, też się przed innymi szewcami chwalić raczył. Nie myślał długo. Do rzeki skoczył i już nigdy nie wypłynął. Może jakiś konik morski, walnął go w łeb z kopyta. Od tego czasu, spokój zapanował w Smoczym Królestwie. Mizerny, koślawy smok, dyplomatycznie zrezygnował z córki króla, gdyż okazała się wcale nie ładniejsza od bohatera, a nawet w niektórych szczegółach nieszczególnych, prześcignęła swym wizerunkiem, jego wizerunek, jeszcze bardziej nieszczególny. Może to i dobrze, bo ów bohater w swojej przyszłości, aż takim do rany przyłóż się nie okazał. Nawet budowę pomnika na jego cześć zaprzestano, gdy usłyszano jak mu dekiel zaczyna odbijać. Widocznie sława umysł czochrając, wygładziła fałdy na tyle, że zaoszczędzono parę groszy, budując w tym miejscu Wesołe Miasteczko, w którym to małe smoczki, pluły ogniem na figurkę Złego Pana na Baranie. Po jakimś czasie w owej krainie, zaczęła krążyć z paszczy do paszczy legenda, o wyłaniającej się z rzeki gałęzi, co powieszonego Szewczyka na smoczej skórze unosi, a któremu z gardła zardzewiałe gwoździe wystają, a na jednym z nich, sztuczna szczęka ukojenie w dyndaniu znajduje, pogryziona przez piranie. Podobno, gdy jakiś smok za długo spoziera na owe zjawisko, to zamienia się w ludzia, który od razu zostaje upieczony i pożarty, gdyż nie spoczywa na ogromnym baranie, którego latające wnętrzności, mogłyby posiać pożogę, zniszczenie, zmieniając wygląd Królestwa, na gorszy. Oprócz Córki Króla.
-
Alf↔Dzięki:)↔A juści. Oksymoron? Całkiem możebne, chociaż trochę... innego rodzaju. To by było fajnie, żeby jeno oxymoron umożliwiał wyjście z piekła. Muszę ćwiczyć na wszelki wypadek:))↔Pozdrawiam:) * Marek.zak1↔Dzięki:)↔ Jam rad wielce, że super wyszło, w subiektywnej ocenie. Czasami – lepiej – jest, gdy to co wyszło, już nie wraca, a czasami przeciwnie. Jak to w życiu bywa:))↔Pozdrawiam:)
-
pewien polityk na takim świecie obiecał ludkom że będzie lepiej tak jak powiedział dotrzymał słowa gdy go wybrano wkrótce zapodał lepiej wyborcom obiecać lepieja niż w głowach mącić jak jasna cholera
-
Wiem z pewnych źródeł, iż dziadkowi kochanie babci, szło zawsze jak po maśle. Często ją odwijał z papierka. Babcia też nie była dłużna, tylko czasami zawadzała jej fajka, która wystawała z dziadka, nawet w czasie. Często uprawiali miłość w ulubionym miejscu leśnym, w cieni białej brzozy. Jednakowoż, kiedy doszli do swoich lat, ów proceder nieco się umniejszył, a nawet pewnego dnia, zakończył. Jednak babcia przed śmiercią, zdążyła męża zobowiązać, do dotrzymania przyrzeczenia. Grono nas, słyszało do jakiego. I właśnie ów moment (już nie jeden z bardzo wielu, co kiedyś) uruchomił ów niefortunny bieg zdarzeń. Tym bardziej, że dziadek jako posunięty w wiosnach, zaczął mieć problemy ze słuchem. Możliwie, iż przyczyną była pewna sztuczka, którą ostatnio namiętnie prezentował w czasie spotkań rodzinnych. Potrafił w czasie pykania fajki, wciągać dym lewym uchem, a wypuszczać prawym (chociaż to akurat zależało, od punktu widzenia). Z tej to zapewne przyczyny, okopcił doszczętnie biedne ślimaczki, bębenki i co tam jeszcze posiadał. Dlatego nie działały biedne jak trzeba, czemu trudno się dziwić. Jakiś czas po pogrzebie babci, dziadek zaginął. Jakby zapadł się pod ziemię. Nie zgłosiliśmy organom poszukującym, będąc przekonanym, iż raczej jakiś postanowienie go dopadło i niebawem wróci. Nie wracał. Łopata i folia też, gdyż ją głabnął z antrejki. * Znikały z półek sklepowych, stadami. Sprzedawcy zachodzili w głowę, na co aż tyle. * Nagle jakby nas oświeciło. Przecież przysiągł babci, że będzie. Jednocześnie nastąpiło skojarzenie, z owym ulubionym miejscem leśnym. * Duet: zwłoki dziadka i fajka, prześwitywał w wykopanym dole, wyściełanym folią i przykryty swego rodzaju całunem. Dziura była prostokąta, niezbyt głęboka, lecz do realizacji ostatniej woli, wystarczyła. Wtem nad mazią, uniósł się niebieskawy dymek, szybując przez koronę brzozy, jeszcze wyżej. To chyba dziadkowa dusza, rzekł ktoś. Z trudem przebrnęła przez lepkość i poszybowała do… chcieliśmy wierzyć, że do nieba. No może… niezupełnie, jeżeli usłyszy, reprymendę. „Tyś już na stare lata, zdurniał zupełni” — Dziadku! –– wrzasnęłam ze łzami w oczach. –– Przecież babcia powiedziała wyraźnie: „Żebyś jeno po mojej śmierci, był pogrążony w żalu. W żalu, dziadku! W żalu. Nie w żelu!
-
nie płacz wierzbo kiedyś na tobie gruszki wyrosną błękitno żółtą wiosną
-
1
-
Drugi tekst jest powtórkowy. Tak jakoś mi przypasował, do pierwszego ------------------------------------------ piasek ziarenka liczy wciąż w listowiu muzyki koloru nut na falach światła klanów śpiew z milionów minut kapią sekundy tworząc jezioro godzin i lat cień przeznaczenia szeleści tu ~ nie mieszaj łez w krwi rozlanie choć płatki kwiatów uschnięte już szary kamień myśl przygniata szybuje motyl więziony w ciszy migocze czasem w plecionkach dni lecz białe lśnienie w kłosach zbóż ~ na górze niebem marzeń dotykasz choć księżyc sączy ciemną krainę sople błękitu skały jednoczą sterują klepsydrą na próżno więc pytać gdy jedno ubywa drugie przybywa a wiatr przesiewa ostatnie chwile Wybór wietrze co szumem mnie zwodzisz gdy leżę spragniony strumieniem popiołem z krwią pomieszanym nadziei odbierasz wytchnienie w pryzmacie lustrzane cierpienia blask światła zwabia ich dusze raj otchłań niepewność pytanie wyzwala pogodzić się muszę poranku mgły tajemnicą zakrywasz co niepojęte rosy łzy kryształowe to bajka albo święte
-
Ɗoҍɾყ Տɑʍɑɾყեɑղíղ
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
Gosława↔Dzięki:)↔Raczej od moich tekstów, wszystko jest lepsze:) Chyba tak, jak już↔Cierpię na syndrom przesadnej skromności-xd?:)) Pozdrawiam:)? -
Po co trwonić spojrzenia, na to wszystko wokół, co już nie powróci? By wzrok szybował samotnie po pustej sali? Przecież dawno temu zatraciła wystające części. Wszelkie uczucia, doznania i te dobre i te złe, zostały spiłowane do równej powierzchni. Zatraciły odmienność. Utonęły w bezsensowne kałużach wylanych łez. Zauważam dopiero teraz w całej pełni, jak wiele spraw było ważnych. Za późno. Czas jest bezlitosnym, nieczułym mordercą. Nie wybacza zmarnotrawionych chwil. Nie ma w nim uczuć. Radości i smutków. On tylko przemija. A my razem z nim. Dokąd nas prowadzi to przemijanie w ostatecznym rozrachunku. Do absolutnego zniknięcia, czy też do krótkiej przerwy na śmierć. Podobno wszystko ma swój sens, swoją prawdę i wytłumaczenie. Może jesteśmy nadmiernie zachłanni. Pragniemy wiedzieć wszystko, lecz nasze mózgi za bardzo sfajczałe od takiego myślenia. Kapią z nich gorące krople wielu wątpliwości. Skwierczą z nich oczywiste prawdy. Są kupą gówna lub najpiękniejszym z brylantów. Czy potrafimy zadawać właściwe pytania? Wszak bez nich nie ma szans na właściwą odpowiedź. A może niektórych pytań nigdy nie zadamy, gdyż brak takowych w menu naszej świadomości i pojmowaniu świata. Wszak komputer, nie zna pojęć: radość, smutek, lęk lub odwaga. Nie ma tego w swoim programie. A sam ze siebie, nie może zadać pytań w tym temacie, bo nie ma ''siebie'' w ''sobie''. Nie może wyjść… poza. Jakże ograniczeni jesteśmy, idąc drogą takich myśli. Nieprzekraczalna granica dla ludzkiego umysłu. Poza nią, wszyscy mogą mieć racje lub nikt, jeżeli kiedyś dane nam będzie, ją przekroczyć. A jeżeli nie, to i tak nie będziemy nic wiedzieć. Przecież jesteśmy pyłkami w wszechświecie. Tak na dobrą sprawę tak małymi, że prawie nas w ogóle nie ma. A rzucamy się jak wszy na grzebieniu z galaktyk. Można mieć jedynie nadzieję, że w jakimś stopniu pyłkami ważnymi. Nie tylko strzępkami materii, ale czegoś więcej. Dużo więcej. Bo inaczej po co byśmy mieli istnieć? Chyba jedynie jako wyciory do nieskończenie małych: czarnych dup Wszechświata, który bez tzw: wielkości człowieka, może doskonale egzystować. A zatem musi istnieć jakiś nieznany sens, tego wszystkiego co: kochamy, nienawidzimy, boimy się i pragniemy. I rzecz jasna: cierpienia. Tak przynajmniej nakazuje: logiczne myślenie. Tylko, że świat nie jest logiczny. Nasze życie to chaos plus przewidywalne działania. Jednego zawsze musi być więcej. Gdyż w przeciwnym wypadku, obydwa ''światy'' by się wzajemnie ''wygłuszyły'' i by nastała stagnacja. Destrukcyjny ''bezruch''. Tak czy inaczej: co ma być, to będzie. A nawet gdybyśmy zmienili przyczynę, to widocznie taki miał być skutek. Plany co do przyszłości, można zmienić, ale nie samą przyszłość. Bo jeszcze jej nie ma. Istnieje tylko: teraźniejszość i linia czasu, po której wszystko przemija w jedną stronę. Tak dokładnie, wszystko się zdarza: tylko raz. Powtórzenia mogą być jedynie: podobne. Tak samo jak każdy człowiek, jest niepowtarzalny i jedyny w swoim rodzaju. Są sytuacje, w których nie ma nas akurat w tym miejscu co trzeba. Jest to zazwyczaj spowodowane naszym zaniedbaniem, lub czynnikami zewnętrznymi, na które nie mamy wpływu. Np: złośliwością losu. Z drugiej strony, w perspektywie dalszego życia, nie wszystko co cieszy, jest dobre i nie wszystko co złe, jest złe, gdyż uczymy się na błędach. Biorąc pod uwagę nasze krótkie bytowanie na tym świecie, pewne wartości powinniśmy pielęgnować. Błędy można naprawić, ale ich skutki bywają nieodwracalne. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że często kogoś krzywdzimy, nie zdając sobie z tego sprawy. Przecież w naszym mniemaniu, chcemy jak najlepiej. A tak na prawdę, uszczęśliwiamy kogoś na siłę, porównując innych do siebie samych, pragnąc dla nich, tego, co nas cieszy i dodaje otuchy. Lecz każdy człowiek, to niezbadany świat. Reaguje inaczej, na rzucone koło ratunkowe. Niektórzy nawet wolą się utopić, lecz mieć możliwość: wyboru. Nie istnieje jakiś złoty środek, który zlikwiduje u wszystkich, każdy psychiczny ból. Zdarzają się chwilę zwątpienia, gdy nagle człowiek zdaję sobie sprawę, że jest półfabrykatem, częścią, która w maszynie: zgrzyta lub zgrzytają nim inni. Bywa tak, że do końca życia nie wiemy, czy ktoś rzucał piasek między tryby, czy tak po prostu miało być. A największym plugastwem, jest ludzka pycha, zawiść, pogarda wobec innych, niż ja. Zgnilizna tego świata. Nieustannie cuchnący trup. Pelerynka z rozkładu, założona na Ziemię. Niestety, wszystko jest kosztem czegoś. Nie ma nic za darmo. Żeby coś mieć, trzeba coś stracić. Nieważne jak to nazwiemy. Jeżeli biegniemy, tracimy możliwość jednoczesnego fruwania, gdybyśmy posiadali takową zdolność. Póki co, możemy fruwać w obłokach i myśleć o niebieskich migdałach. Granice wyobraźni, zależą od ludzkiego mózgu, charakteru człowieka, oraz od różnych czynników, obrazów, które działają na niego z zewnątrz. Lecz zarazem ta umiejętność, może być przekleństwem dla człowieka. Wszystko zależy od jej siły i rozrostu, która wbijając się klinem w naszą świadomość, może doprowadzić do rozdwojenia dróg. Każdy się różni od pozostałych. W przeciwnym wypadku, byśmy pomarli z nudów. Nawet pogrzeby, byłyby nudne. Podobieństwa są przydatne, ale mogą też działać destrukcyjnie. Zaczyna brakować ''iskier'', które rozniecają ''ogień''. Nie ma "co" o "co" się ocierać. Można by pomyśleć: po co to wszystko? To co tworzymy na tym świecie: muzykę, obrazy, książki, wspaniałe budowle i tym podobne sprawy? Skoro ma to przeminąć i już nigdy nie powrócić. Jaki to ma sens? Owszem, można pomyśleć: raz się żyję na tym świecie i po co rozmyślać, o tym co będzie. Czerpać garściami uciechy z życia, a całą resztę, mieć w dupie, łącznie z ta całą filozofią, myśląc sobie: i tak mnie robaki wtranżolą lub spłonę w gorącym ogniu. Każdy ma inne spojrzenie na świat. Przyczyny mogą być różne i mieć swoje odzwierciedlenie w takich, a nie innych zdarzeniach z przeszłości, lub też nie mieć żadnych powodów. Bywa tak, że człowiek lubi się wyróżniać. Jedni tym, drudzy owym. Byle tylko zostać zauważonym. I to już wystarczy do lepszego samopoczucia. Duża część naszego życia, to nieustanne wsiadanie do jadącego pociągu. Jedni wpadają pod koła, a inni po chwili siedzą w ciepłym przedziale. A już na pewno na torach jest miażdżona sprawiedliwość tego świata. Jej nigdy nie ma w wagonie.
-
––?/–– wielka to mądrość dostrzec swe wady nie dla oklasków medali złotych tylko by umysł w swym zadufaniu nie zaczął wielbić ramki ciasnoty to niebezpiecznie gdy łeb zakuty w swą nieomylność komórek szarych co może sfajczyć w samospaleniu inne spojrzenie odmienne stany w granicach jesteś swoich zabawek gdzie tylko cieszy mały żołnierzyk który zastrzeli pluszaki poza byś w swoją mądrość nadal mógł wierzyć ty masz kochany mózg już wyprany w jedynym proszku swego koloru otwórz okienko wpuść świeży powiew inne spojrzenie dostanie wzwodu istnieje wszakże możliwość taka pójdziesz ulicą dumnie i wzniośle bliźniego belkę sobą zahaczysz zmiażdży ci dupę wtedy się ockniesz
-
1
-
Być może ów tekst, już tu jest? Dudniące dźwięki dzwonów słychać z wierzchołka wysokiej góry. Po zboczu zjeżdżają tętniące zjawy karawanów, zaprzężone do tysiąca galopujących nut. Ogromny, bogato zdobiony w czarno srebrne wstęgi klucz wiolinowy, szybuje przed nimi, otwierając niewidzialne drzwi do rozwścieczonych w swym pędzie, fałszywych dźwięków. Spod kopyt w kształcie odwróconych krzyży, wylatują błyszczące skrawki złotej rzeźby, będące zwiastunem tego, co ma niebawem nastąpić. Niektóre przeobrażają zieloną trawę, w połyskującą ciemność innej prawdy. Donośnie echo krąży po okolicznych wzniesieniach, a nieboskłon drga nieustannie, pulsując nerwami przeznaczenia. Błękitno krwawa skóra bestii, przyczajona do ataku. A słońce krwisto czerwone. Średnio wypieczony befsztyk o kształcie gorącego serca, wiruje nieustannie, przepompowując wszystkie ludzkie poczynania. Zarówno te dobre jak i złe. Wrzące krople kapią na ziemie. Palą, niszczą, burzą i dzielą cokolwiek połączone. Zwęglone, parujące ciała ptaków leżą na umęczonej ziemi. Nie zawiniły czemukolwiek, lecz ich lot został niespodziewanie przerwany, by zostać wmanewrowanym w cudze winy drapieżników. Skrzydła zawładnęły cząsteczkami powietrza w ostatnim pożegnaniu, by już nigdy nie powrócić. Wiele otwartych okopconych dziobków, zastygło w niemym ćwierknięciu, a setki martwych oczu, z zachowanym obrazem nieba, wypływa wrzącym strumyczkiem. Zwęglone pierzaste ciała, przypominają rozłożysto-cuchnący kubeł na biologiczne odpadki. A ludzie muszą patrzeć w wielkie lustra, które nagle przed sobą zobaczyli i każdy bez wyjątku jest zdziwiony. Zakrwawione dzwony płoną na szczycie góry, a dźwięki rozcinają przestrzeń ostrymi nożami zwątpienia i bezsilności. Zalatują spalenizną przypalonych bemoli, na ruszcie zwęglonej pięciolinii. Ludzie stoją póki co nienaruszeni, lecz sytuacja ulega radykalnej zmianie. Część nieba zasłania w zastraszającym tempie, ogromna podwieszona pajęczyna. Po chwili ruch ustaje. Zwisa ciężko w kierunku ziemi, przygnieciona ciężarem much. Niektóre jeszcze żywe, lecz z większości pozostały puste parodie ciał lub nawet tego nie ma. Złowieszcze chwaszczenie, spotęgowane echem w pustej skorupie przestrzeni, przygnębia beznadzieją. Właśnie jeden owad pragnie uciec. Nic z tego. Oderwane ciężkie skrzydło koloru ołowiu, przygniata płaczącą dziewczynkę. Słychać urwany jęk i donośny trzask miażdżonych kości. Poprzez chmury prześwituje cień nieruchomego pająka. Póki co jest najedzony. Żadna i tak nie ucieknie. Może spokojnie odpoczywać i czekać aż zgłodnieje. Nisko nad ziemią szybują bardzo wytrzymałe pajęcze sieci. Migoczą połyskiem srebra w złudnych promieniach brudnego światła. Wielu ludzi przeciętych na pół, zwiększa liczebność wilgotnych kawałków. Nie zdążyli zajrzeć na stronę szaleństwa. Wiedzą, co by tam zobaczyli. Swoją przyszłość. Bardzo bliską i niekoniecznie miłą. Jest na wyciągnięcie ręki, lecz te pozostają puste. Szczególnie samotne, odcięte z krwawych korpusów. Wtem ziemia drży w posadach, aż jedni na drugich wpadają i już nie wiadomo, kto pod kim dołki kopał lub pod nim kopano. Góra unosi ociężałe cielsko. Między podłożem a dnem widać kleiste kolumny. Nie chce je wypuścić ze swoich szponów. W końcu pękają, a z wnętrza wylatują: obleśne owłosione robaki: białe, czarne i szare. A pod teraz lżejszym kopcem wielka kałuża wrzącej krwi, tworzy rozlaną czerwień, jakby olbrzymowi z palca popuściło, powiedzmy na oko: bulgocząca zerówa. Na płynnym szkarłacie w cieniu spodu góry, wyjące parodie bałwanów ze wściekłej piany, szarpią małe statki wystrugane z białych zgrzytających zębów, obleczone w udrękę niedowierzania. Niewielkie łódki utkane z ludzkich łez, wpływają do oczodołów czaszek, zanurzonych w lepkiej, falującej kipieli. Malutkie martwe źrenice zasłaniają powiekami rozkład. A ludzie stoją i nie mają gdzie uciec, albowiem na złudzeniu horyzontu czeluść nagle wytworzona, gdzie dno można dostrzec jedynie wtedy, gdy człowiek w skafandrze pełniejszej świadomości spada w otchłań, lecz możliwość odbicia minęła raz na zawsze. Ni stąd ni zowąd, szalejąca wichura roznosi porywy na prawo i lewo. Tudzież grzmoty słychać zewsząd, a i deszcz rzęsisty z gorejących popiołów pokrapia zamaszyście, robiąc ludzi ostatecznie na szaro. Błyskawice na wierzchołku góry przepalają zygzakami ziemię, z której zielona posoka spływa po zboczu. Szare, postrzępione kości, płaty skóry i mlaskające części trupów, tworzą pełzające ciało węża, doświetlone falującym blaskiem doskonałej czerni. U podnóża wyrastają ciernie. Rosną bardzo szybko w stronę płonących dzwonów. Oplatają pnączami, niczym czułe ramiona matki, czyniąc na drżącym żelazie, głębokie niewygodne bruzdy. Te jęcząc i zawodząc zakłócają jakość dźwięków. Fałszują tak bardzo, że niektóre uszy od głów odpadają, a biedne ślimaki, złorzeczą, zawodzą i marudzą, wnerwione w wnętrzu głowy. Niewinne ofiary winnych. Z nieba zwisają strzępy błękitu. Farba niespełnionych marzeń i ukrytych pragnień. Parodia białych płatków śniegu, brudzi kolor nienawistnym roztopieniem. Po zboczu suną ogniste kamienie. Smażą boleśnie ciała na patelni przeznaczenia. Wyganiają na poniewierkę skwierczące ścierwa uszkodzonych jaźni. One zaś, szybują w kierunku dzwonów i płoną we wrzącym pulsującym dudnieniu. Ludzie mogą tylko patrzeć. Nic poza tym. To zostało bezpowrotnie zaprzepaszczone, kiedy jeszcze można było coś; zmienić, naprawić, wybaczyć. Na tle czerwonego słońca powstaje symbol rozwidlenia dróg, bez żadnych drogowskazów. Przeminął czas dokonywania wyborów. Z ciemnych rosochatych pni, niczym mokre jelita z rozciętego brzucha lasu, wypływa wrząca lawa. Płynie wolno, niespieszno, bulgocząc i mlaskając. Gorące bąble pykają fajkę śmierci. A z ciemnych zakamarkach konarów, wypełzają zawsze nienasycone: stada duszojadów. Czekają na sygnał, by zaatakować. Wypełnić misję. Nie wszystkie dusze poszybowały w zbawcze płomienie, by pocierpieć i zacząć na nowo. Te spotka gorszy los. Gdy znikną w czeluściach owych bestii, to już nigdy stamtąd nie powrócą. Chociaż tutaj nic nie jest pewne, lecz wszystko nastąpi. Wtem nieboskłon z lekka jaśnieje i dostrzec można, wielką świetlistą dłoń. Wyłapuje niektórych ludzi, wznosząc wysoko, poza granicę cierpienia i pojmowania. Każdy chce tam być, ale chcenie nie ma tu nic do rzeczy. Trzeba było pomyśleć o windzie wcześniej. W obecnej sytuacji można tylko czekać. Wielu szybuje w kierunku: białych pierzastych baranków. Na śnieżnobiałych ciałach, widoczne ślady krwi i drewniane drzazgi. A tam w dole: pożoga, zniszczenie i wiecznie głodne: duszojady. Coraz większe i większe. Dokładnie wiedzą co czynią. Z góry mają wygląd, czarnych, niekształtnych plam. Tylko gdy zerkają szyderczo w kierunku nieba, można dostrzec dwa punkty, koloru brudnej żółci. Małe dziecko rozpaczliwie płacząc, jest samotnie unoszone w bezkres nieba. Rodzice zdecydowali kiedyś o jego śmierci. Nie zna wszystkich docelowych planów oraz prawdziwych motywacji, jakie nimi kierowały. Nie osądza. Tutaj nie ma kamieni. Zadaje jedynie pytanie: czy mamusia i tatuś zostali na zawsze wyskrobani ze zbawienia? Nie słyszy odpowiedzi, lecz wierzy, że będąc tu, w białej dłoni, jest gotowe na ponowne spotkanie i przebaczenie. *** Nagle wszelkie dźwięki milkną. Cisza jak śpiącym makiem zasiał. Jasno, miło i przyjemnie. Z wielkiego megafonu na szczycie góry słychać głos: –– Bardzo dziękujemy za udział w ćwiczeniach na wypadek: końca świata. Dołożyliśmy wszelkich starań, żeby halucynacje: wzrokowo - czuciowe, były jak najlepszej jakości i sprostały państwa oczekiwaniom. Pragniemy też nadmienić, że wszystko co państwo przeżyli, to jedynie nasza wersja wydarzeń, opracowana i przygotowana przez najlepszych specjalistów w tej niezbadanej do końca dziedzinie. Jeżeli ktoś mimo wszystko miał za mało wrażeń, a pragnął mieć więcej lub jego światopogląd został niezgodnie z wolą naruszony, to z góry najmocniej przepraszamy. Także za ewentualne: prawdziwe, aczkolwiek niegroźne rany, które niestety miały miejsce. Bardzo nad tym ubolewamy i jest nam z tego powodu, niezmiernie przykro. Do karetek z łatwością można dojść, zgodnie ze wskazaniami drogowskazów. Hologramy ze stosownymi strzałkami, właśnie wyrastają jak grzyby po burzy. Opatrunki są gratis. Być może niektórzy z państwa, po tego typu przeżyciach, nie pamiętają, że podpisali stosowne umowy i każdy miał czas, by spokojnie wszystko poczytać i podjąć decyzję. Opiewają one na określone kwoty do zapłacenia: gotówką, przelewem lub obojętnie jak. Ale spoko luz! Proszę nie szarpać nerwów. Każdy otrzyma fakturę z terminem płatności: czternastu dni. Za przekroczenie wspomnianego czasu, zostaną naliczone odsetki lub inne doznania, a za wcześniejszą wpłatę, zostanie wręczony upominek. Do wyboru w zależności od upodobań, każdy otrzyma: lizaka w kształcie płonącego dzwonu lub maskotkę: pluszowego duszojada przytulankę. No cóż. Wierzymy, że wielu te ćwiczenia czegoś nauczyły, lecz żałujemy, że zapewne nie wszystkich. Tak czy inaczej, było nam niezmiernie miło, gościć państwa na naszym skromnym pokazie. Dziękujemy za uwagę i życzymy miłego dnia. Kolekcja niepowtarzalnej biżuterii: „Apokalipsa”, dostępna u podnóża góry po cenach promocyjnych. *** –– Zadzwoń, że byliśmy na imprezie i możemy wrócić później. –– Jest pewien problem. Nie ma zasięgu.
-
Do własnej melodyjki idźmy idźmy idźmy idźmy naszą ścieżką choć nie łatwą bo przeważnie bardzo krętą a przeszkodom co nas gnębią cały czas dajmy wycisk by znów śpiewać i szaleńczo całą gębą wrzeszczeć tak idźmy...
-
Śmierć była dla niego kulminacją życia, w którym większość szła jak po grudzie. Obok ścieżki wykopał grób. Poukładał estetycznie narzędzia ułatwiające: sznur, łopatę, siekierę. Wielu zacnych w sławie, bogactwie i rozumie, przechodziło obok, lecz każdy w obojętności na jego prośby zostawszy, nie chciał go zabić. Samobójstwem gardził. Nie był egoistą. Jako ostatni nawinął się biedny w szacie, acz bogaty w miłosierdzie. Rzekł: — Rozumiem. Też mi cholernie trudno. W czym mogę pomóc, smutny człowieku? Wtedy nagle radosny człowiek, rozbił mu siekierą głowę. Ciało wrzucił w dołek i zakopał. Spełnił dobry uczynek. Zaczął misję dobroczynną. Życie nabrało sensu. Nie pragnął już umrzeć.