-
Postów
2 822 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
3
Treść opublikowana przez Dekaos Dondi
-
Sekretna Kuźnia Autorytetu
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
Dared↔Dzięki:)↔Możliwe, że kładka by się zdała, ale bez niej, bardziej... niejednoznacznie, w pewnym sensie jest:))↔Jak kto zrozumie:)↔Pozdrawiam:) -
rulonik naleśnika nafaszerowany pożądaniem z domieszką żyletek miłością ostrą jak chili przecinasz głodnym wzrokiem smażone gałki oczne na skwierczącym tłuszczu wzajemnej fascynacji kolorowe baloniki niektóre mokre strzępki pogryzione zepsutymi zębami buszują w cierniach słonecznych zbóż wyobraźni muskanych tęsknotą drapieżnych kubków smakowych dozują chwile oczekiwania wycinają w mózgu krwawe bruzdy zawładną podniebieniem subtelnym aromatem kawy pulsującym masełkiem na skwierczącej skórce dłoni zamglone powiewem eterycznych skrzydełek baniek mydlanych na wrzących wilgotnych ustach
-
spadałem nadal spadam właśnie spadochron czy zdążę halo tu ziemia otwieram
-
2
-
Zakochana Wierzba
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Violetta↔Dzięki:)↔Skoro twierdzisz, że urocze jest, to wierzę też:))↔Pozdrawiam:) * Daredzie↔Dzięki za szczerość:)↔Hmm... gdyby nie było pierwszej, to by nie było drugiej. Jak to w życiu bywa. Różne kolejności bywają. Czasami trza przełknąć "gorzką pigułkę" by cieszyć się chcianą:))↔Pozdrawiam:) -
och ty mój rzepaku co tak żółcisz pola jam płaczącą wierzbą gdyż nie będę twoja ilość wszak przytłacza wszędzie szukam ciebie tym samym kolorem zacałuniasz ziemię tam na horyzoncie masz na łanach błękit barwy dwie malujesz aleś bardziej piękny ~ szła dzieweczka miedzą zajączek napomknął drzewo przygnębione chociaż świeci słonko pomyślała przeto do domku pobiegła w paluszki capnęła pomogę jest pewna miłość wytęskniona ciemnym wydrążeniem witki nadal wiszą lecz uschniętych wiele chlusnęła z rozmachem w wierzbową niedolę zamiast łez migocze rzepakowy olej
-
Właśnie w tej chwili dostałem: głupawki. W związku z tym, postanawiam pomaszerować na miasto, by zadawać ludziom głupie pytania i patrzeć, jak zareagują. Myślę sobie, kielcząc się do lustra, że to może być fajna zabawa. Taki swoisty: test psychologiczny. Tylko muszę być poważny a chichrać się w duchu. Stoję na chodniku. Idzie jakaś staruszka. Tak ledwo ledwo, z laski na nogę. Gdy przechodzi obok mnie, mówię wesoło: – Mam pytanie. Czy jest pani płodna? – Nie, nie, młodzieńcze. Nie jestem głodna. Ale bardzo dziękuję za troskę. Weź karmelka. Świeżo kupiłam. – Bardzo dziękuję, ale nie mogę. Stanie mi w gardle a pani mnie wsadzi do trumny. – Nie bądź taki dumny młodzieńcze. Mam dosyć. Ady weź. Muszę ją czymś zdenerwować. Zaczyna byś mniej radośnie. – Pani jest brzydka jak straszna noc. – Niepotrzebny mi koc. Jeszcze spać nie idę. Pójdę już, bo pan wariat, tak? Stara jestem, ale rozum mam nie tam, gdzie pan. Żegnam. Pierwsze koty za płoty Podchodzę do eleganckiego pana w garniturze. – Mogę o coś zapytać? – Owszem. – Dlaczego pan trzyma ręce w kieszeniach i gwiżdże na całą ulicę? – Pan choryś? Piątą zgubiłeś? Znikły fałdki pod kością czaszki? – Nie. Poważnie pytam. – Poważnie? Nie mam rąk w kieszeniach i nie gwiżdżę. A teraz żegnam. – To dlaczego ludzie zatykają uszy. Nie dosyć, że pan kulki w portkach głośno przerzucasz, to jeszcze dodatkowo hałasujesz po nocach. – Proszę mnie puścić i nie gadać głupot. – Niech pan nie odchodzi. Poczekajmy na następnych. Fajnie może być. Ojej. Idzie kolejny starszy pan. Na samych szanowanych trafiam. Spiesznie zagaduję, żeby mi ten pierwszy, z nudów nie zwiał. – Spójrz pan na tego. Jak świetnie ubrany. A pan co? Bieda z nędzą. Pan mu tego garnituru zazdrościsz. Widzę błysk w pana oczach. – Chce pan w pysk? Nie rozumiem, o co biega. To jakiś test? Wypuścili czuba, żeby się racjonalizował na ulicy. – Pan o mnie mówi? – Nie. O bałwanie ze śniegu. Też ma luzy między kryształkami. – Panie, ten pan wszystkich zaczepia i obraża. Trzeba mu przywalić zamrożoną Królewną Śnieżką. Podbiega mała dziewczynka i drze się wesoło: – Babciu! Chodź szybko. Jakieś dziadki się kłócą. – Nie jestem żaden dziadek. Mam dopiero czterdzieści lat. Chociaż teraz już jestem starszy... cholera... i znowu... i znowu... i Podchodzi następny facet. Taki zupełnie wesoły. – Co tu za zbiegowisko. Mogę się przyłączyć? – Chyba jak dupa do psiego ogona. – Nie jestem psem. Wypraszam sobie. – To czemu pan szczekasz jak kot w rui? – To czemu tamten się jąka. – On się nie jąka, tylko starzeje. Na chwilę mogę dojść do swoich słów: – Tamta pani co idzie, ma czułki na głowie. To chyba jakaś Ufolica. Podchodzi babcia dziewczynki. – Co tu się wyprawia. Za moich czasów, młodzież była spokojniejsza. – Jaka z nich młodzież? Stare dziady bisurmanią! – Nie jestem stary dziad. Jam kwitnący kwiat. Zaśpiewam wam piosenkę: mam trzydzieści lat i parę sięgam brodą ponad barek – Proszę nie pić wódy na ulicy. Jam władza tutejsza. – Spadaj pan. Nic złego nie robimy w tej chwili. – Zakłócacie porządek publiczny. Na dodatek w przypadkowym gronie. – A pan co? Winogrono pędzisz? Ciekawe na co? Nadchodzi kolejny. – Ojej. Ale siupy. Coś wam powiem. Gołe baby w cukierni widziałem. Takie pomalowane i wyrośnięte. Aż miałem apetyt. – Pan sobie stań pod iluminacją świąteczną, to pana oświeci. Jestem cukiernikiem. Wypraszam sobie. – Panie, pan se kup okna z widokiem na przyszłość. Coś marnie pan wyglądasz. Sytuacja mnie przerasta. To ja miałem zadawać, pełne kultury pytania, a tu co... targ na mieście. – A ja ostatnio otwarłem drzwi kluczem gęsi. Mówię wam, zamieszanie w klatce jak cholera. – Małpa pan? – Tylko bez takich. To pan ma w ręce banana. – Ty go nie wnerwiaj, bo skórką rzuci i bliźni wyrżnie w niewinny chodnik. – Panie! Gdzie pan idziesz z tym kajakiem? – Do wywiercenia dziur niosę. Będzie lżejszy na wodzie. Podchodzi kolejne dziecko. – Czy możecie mi naprawić hulajnogę. Chcę kolegę rozjechać, bo mi ukradł poprzednią. – Chłopcze. Tu rozmawiają dorośli. A sio! A kolegę możesz po prostu kopnąć. Podchodzi matka chłopca. – Dorośli, a tępi jak obuch cepa. Takie rzeczy małego uczyć. Przejść z wózkiem nie można. Tarasujecie chodnik. Nawet dziecko mi uciekło ze strachem. – Na hulajnodze? Z wózka? Na wróble? – Na jeździtku to nie moje. Przychodzą następni przypadkowi. Widząc, że tu radośnie, to zostają. Nie tak to sobie zaplanowałem. – Ale tu jaja. Ja nie mogę. – Proszę bez takich insynuacji. A w ogóle o moich jajkach, proszę publicznie nie gadać. Wykup pan licencję, to nawet pokażę jedno albo dwa. Odzywa się babcia: – Matkości świata. Nie dosyć, że w sejmie na okrągło same bezeceństwa, to jeszcze na oczach mojej wnuczki, gołe jądra będą tańcować. – Babciu. Przecież oni o dupach nie gadają. Tylko o zwykłych jajkach. – A temu co się stało? Pan w garniturze coraz bardziej nerwowy. Cała zgraja wokół, a jemu głupio odejść, bo reszta pomyśli, że się czegoś boi. Napomyka gustownie: – Czy nie czas na rozłąkę? Wezmą nas za wariatów. – Już wzięli, to co się przejmować. Pomału wycofuję swoje ciało z tego całego zamieszania. Nie tak to miało wyglądać, ale i tak było fajnie. Jestem głodny. Odchodzę. Babcia z karmelkami też odeszła. Dogonię ją. Może mnie poczęstuje. Albo dostanę cukierkiem po łbie. To nic. Mam żółtą czapkę. Zamortyzuje babciowe uderzenie. Ktoś mnie ciągnie z tyłu za podszewkę. Patrzę, a to Ufolica, uśmiecha się przez zielone zęby z czułkami. Słyszę jej nieziemski głosik: – Słyszałam, że pan głodnyś. Świetnie się składa. Z racji nabrzmiałych stosunków między Nami a Ziemianami, kładę igłę w balonik w celu spuszczenia wrogiego powietrza w przestrzeń kosmiczną i w ramach pojednawczego gestu, zapraszam serdecznie do talerza, w celu współżycia posiłku.
-
1
-
rosło na polu cholerstwo podłe kwiat który innym podbierał wodę aż wreszcie wyrósł pod same niebo lecz tam już miejsca nie było dla niego
-
1
-
Dołożyłem pierwszą zwrotkę i nieco zmieniłem ----------------------------------------------- we śnie ujrzałam świetlików korzec matki natury ciał roziskrzenie słowa zielone migoczą w trzewiach tym zalśnieniem myśli zaiste koło- -wrotkiem gdy do modlitwy odnóża składam choć w swym powabie diablicą jestem mój ty wybranku pospieszaj ku mnie przyjmę chętnie w to zakleszczenie czarcie słodkie tańczy gałązka aż kropla rosy ochładza rześko seks ten owadzi jam podniecona a przeto głodna trza zaradzić na pocieszenie zaraz cię cmoknę finał już blisko aż motyl umilkł ledwo ty zipiesz ja cię wspomogę z czułym uśmiechem właśnie odgryzłam twoją głowę jutro o świcie znów się pomodlę z większym zapałem amen
-
— Ty rano, Zaurus wstawaj. Nie w poludnie. Wszystkie obiady już dawno na nogach. A ty co. Wstań wielką, ciężką dupę, o Królu –– O Błaznozaur. Jak fajnie, żeś przy mnie i dziwnie prawisz. Aczkolwiek słyszę zatroskany wielce, iż mały żółty misiu, poprzeczkę od: ł→odgryzł ci. –– Misie będą później, o Panie, ale ten jest tu i teraz, nie wiadomo skąd i nic nie odgryzł, bo smutny. To ja się ugryzłem w język. –– Czemu smutny? Jak będziesz tak skakać do przyszłości, to cię w przeszłości zabraknie. –– W przeszlości, to mnie zawsze braknie. –– A mnie nie braknie. Gdy pomyślę… –– O rany, przez ciebie zadane pomniejszym. Umiesz? –– … że jutro jest jutro. –– No coś ty. Walnąleś mnie. Czemu? –– Pomyślałem, że warto. –– Spoko, Panie. Żartowalem tym razem… ale wróćmy do misia, o Jaśnie Wielki. Co ryczysz mi? –– Włącz myślossacza. –– Sracza? –– A fe. Myślo...ssacza. –– Do parkujurajskiego!! Nie pomyślalem. O boski ty masz łeb! –– A zatem podejdźmy do misia, tak cicho na paluszkach. –– Zwłaszcza ty o Królu, się staraj. –– Nie widzisz głupku, że mufki założyłem. –– Znowu mniej nas wokół. A co do Myślossacza, twierdzi, że to obiekt nieożywiony. Wypchany podglądaczem. –– Błaznozaur. Zdejm z niego tą okrągłą aureolę. Może blokuje. O cholera! –– Panie. Czemuś ryknąleś trwożnie? –– Nie trwożnie, durniu. * — Szefie. Klaskajmy w rączki. Eksperyment z czasem nam wypalił. Kamera holograficzna w Misiozerku działa. Widzisz Tyranozaura i jego małego? Bo my widzimy. –– Nie widzisz, że one gadają. Wysłaliśmy w obiekcie, więcej niż trzeba. –– To chyba przez pomyłkę, jeno? Przyznać się, co za dureń to wmontował? –– Jest jeszcze gorzej. On nas widzi. –– Kto? –– Jajco! Tyranozaur nas widzi. Na dodatek pokazuje środkowy pazur. –– Szefie. Co może oznaczać taki gest? –– Tylko jedno. Że to one staną się dominującym gatunkiem na Ziemi. –– Gady? –– Tak. A skąd wiesz? Co za głupie pytanie. * — Błazozaurusie. Widzisz, co im pokazuję? –– Chyba nie… to, bo patrzę na Misia. –– Nie. Nie to. Środkowy im pokazuje. –– Jacyś tacy niemrawi i wystraszeni są. –– No ba! * — Szefie. Czy to oznacza, że znikniemy. Wszystko się cofnie i rozpocznie era… no wiesz. Coś jakoś tak. –– Istnieje taka możliwość. * — O Królu. Jak sądzisz. Czemu tak ciemno wokól Misia? –– Ta ciemność nie dotyczy nas. Rozumiesz? –– Eee… no tak. Przemyślę to. * –– Szefie. Ja akurat milczałem, ale mam pomysł. Tylko jedno może nas uratować. –– Co niby? –– Wyślemy im żywego misia. Ostatniego, jakiego posiadamy. Musimy się pospieszyć, bo z czasem nie wiadomo jak może być. –– Po diabła? –– Rozmnoży się. Nowe, genialniejsze ssaki zapanują. I spoko będzie! Rajsko! — I to wszystko z jednego misia? Bez misiowej? Wątpię. –– Zmutowanego, by mógł jaja ssacze znosić. –– Chyba, że tak. –– A z ssaków powstanie człowiek, który się rozbiegnie po całym globie. Wszędzie zostawi swoje ślady. Jeszcze bardziej posiądzie ziemię. Z większym zaangażowaniem i siłą niedźwiedzia, zacznie wymyślać, cudować, ulepszać naturę. My na nowo powstaniemy, też bardziej muskularni, gdyby inni chcieli przeszkodzić i mieć inne zdanie... –– Chwila… tak sobie myślę... –– O! –– ... a może jednak lepiej, tego żywego misia, im nie wysyłajmy? –– Czyli... kryptonim: noski? * — O Królu. Spójrz. Misiowi wyrosly na glówce, takie dwa małe plucka jakby. –– Podobne do skrzydełek lub nosków. –– Wielki T. Słuszne skojarzenie. Tylko one coraz większe i coraz więcej ich. Klonują się i zaczynają stadnie wirować. Misia unosić. Chyba nam odleci w jasną cholerę. –– Czyli do przyszłości. –– Pacniesz go łapą, o Panie. –– Nie pacnę. Niech odfrunie. –– Czemu?
-
Powiedz tak szczerze, wierzysz w banana? Tylko w skórkę A w miąższ Ależ skąd A fajnie na drzewie ci Hmm... jakoś trza żyć.
-
Nad kuźnią ciężkie chmury, nasączone wilgotną ciemnością. Paszcza miecha rześkim jęzorem podsyca żar. Ojciec to dla mnie autorytet. Potrafi kuć żelazo póki gorące, a ponadto jest kowalem swojego losu. I nie tylko. Właśnie wykuwa lepsze dni, gdy nagle następuje metamorfoza kowadła. Spada na stopę, lekkie jak styropian. W tym momencie wchodzi część motyla. Duża. Biadoli, że zgubiła skrzydła, lecz nie wie, gdzie leżą samotne. – Wyklepię ci lepsze. Z kowadła. – Przepraszam… z czego? – słyszy przerażone pytanie. Po chwili jednak wyfruwa. Lecz na zewnątrz stare zasady pozostały. A zatem spada ociężale spod nieba. Miażdży kuźnię. Wiem, że dostanę porządne odszkodowanie. Odkuję się.
-
W otulonej przez drzewa krainie, tańczą luzem gałęzie, ubrane w suknie z puszystego mchu i czterolistnych koniczynek. Przegrubaśne poczciwe dęby, z wiszącymi zębami w rzeźbionych beretach, szumią w rytm pluskającego czasu, w płynnych zegarach napędzanych rybami. Z falującej zieloności szybują krople muzyki. Przysiadają na liściach. Przezroczyste oczy ciekawskich motyli. Zatopione w rozkołysanym wzroku, szypułki dzikich truskawek, jeszcze bardziej czerwienią swoje krągłe ciała. W naciągniętych włosach wirujących harf, poganiane wiatrem klonowe nosy, katarowym psikaniem, wygrywają zieloną, ciepłą melodię. Buszują w kwitnących nutach, na falach przypominania, o zmurszałych pniach i bolących sękach. Starą samotną dziuplę owiewają wspomnienia, w gęstych krzewach nieuniknionej przeszłości. Jeszcze tak niedawno gościła hałaśliwe cząstki życia. Wesoło trzepotały gołymi piórami, domagając się robaczywych sił. Marudzące korony drzew, z trudem kołyszą czubate, nieuczesane czubki. Taniec jeszcze trwa, pod batutą rozbudzonej szarym świtaniem jutrzenki. Rozłożyste górne czapy, ocierają konary o drgający obraz, rozgrzanego do niezłomności nieba. Potrącają mechate barany, czochrając skołtunione pierzyny, na poduchach z wiatru. Co niektóre, te bardziej wyrwane z zakątków snów, stukają kopytami o cumulusy, płosząc niewinne kłęby błękitu. Szybują ku ziemi, otwierając gęgającym kluczem, fruwające domy, z marzeń i kwiatów paproci. Na zielonej patelni z trawy, klopsy z mgły ugniata wiatr, okraszając białoszarość pozostałością ozonu, wyciśniętego z burzowej cytryny. Dużo drzew, jeszcze niedawno, rodziło wiele owocowych dzieci. Podłamane fałszywą muzyką grających pił, straciły wiele ożywczych soków. Wsiąkły w podłoże, dla następnych pokoleń tanecznych par. Niewielki lelek zupełnie nie wie, czy ma spać, czy fruwać tak... lelum polelum. Ruch już teraz kleisty, w cieniu zaplecionych w ciszę piosenek. Spoczywają na stoliku, przykryte supłami złotych liści, zapachem słodkiego poranka, oraz cierniowymi płatkami róży. Wiklinowe fotele lekko przegniłe, podtrzymywane siłą własnego skrzypienia, dźwigają na sobie zmartwychwstałą marzannę. W gustownym kapeluszu z wodorostów, łusek rybich i marchewek morskich bałwanów, uśmiecha się falującymi ustami, od przypływu do odpływu, po horyzont nieznanych rytmów przemijania i powrotów, chcianych i niechcianych plaż. Rozmyśla nad swoim i nie swoim losem. Przebłyski słonecznych promieni, tańczą w rozczochranych włosach, uplecionych z kryształków lodu i oddechów ech. A każdy w inną stronę się ustawia, wskazując kierunek ziarnom i różnorodnym glebom, bo w końcu babie lato, też potrzebne. Z ogrodu zasłanym koronkową ściółką tajemnicy, wiele już ptaków dawno odleciało, by wreszcie zrozumieć własne pieśni. Niektóre jeszcze dźwięczą cicho, zagubione w pustych ptasich piórach lecz ciepły, lekki podmuch, rozwiewa je w niewidoczną obecność. Milkną odgłosy trzepotu skrzydeł. Kropla ożywczej rosy przygniata do ziemi podskok pasikonika, lecz wszechobecne ślady, czekają na okręgu. Gdy czas zatoczy koło, pewnie znowu się wypełnią. °-O)»[]«(O-° O«[]»O °~[]~° [] []
-
Gdy wariat śpiewał: jestem Ty
Dekaos Dondi opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Na kanwie linii melodycznej: "Brain Damage"↔Pink Floyd. ~~~~~~~?/–––––––– Na łące leżysz pośród traw, wariat jesteś swoje grasz. W stokrotkach błądzisz skrawkami głupich snów, chcesz pobiec tam, lecz ciągle jesteś tu. Śpiewają ślady nagich stóp, nie wracaj do nas nigdy znów, a ty szaleństwem swym czytasz księgę wspak, choć kartki jej już dawno zakrył piach. Lecz gdy zakwitnie w tobie magia zwykłych dni, choć wariat śpiewał: jestem ty Pofruniesz skrzydeł swych nie kryjąc nigdy już odsłoni księżyc słońce lśnieniem snu Na łące leżysz pośród traw, obłoki tulisz jak co dnia. Zwierciadła szukasz jest na dnie, chcesz twarz zobaczyć nie ma jej. Czy jesteś tu może jesteś tam, a skąd to wiedzieć skoro nie wiesz sam. Lecz gdy zakwitnie w tobie magia zwykłych dni, choć wariat śpiewał : jestem ty Pofruniesz skrzydeł swych nie kryjąc nigdy już odsłoni księżyc słońce lśnieniem snu -
Oczekiwanie
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Albina↔Dzięki:)↔Po zastanowieniu, zlikwidowałem przerwę:) Aczkolwiek i tak i siak, różnie zrozumieć można:)↔Pozdrawiam:) -
Zuzia I Kotki Dwa
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
Ana↔Dzięki:)↔To tak trochę o ludzkiej psychice, która taką bywa. No ale ogólnie, imię Zuzia, to ulubione me:)↔Pozdrawiam:) Joann↔Dzięki:)↔W sumie masz rację. Lubię czasami pisać dziwnie:)↔Pozdrawiam:) -
Wte i wewte czytane
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Sylwester Lasota↔Dzięki:)↔Ano nie sztymuje:)) Takie to pisanie me:))↔i nie tylko↔Pozdrawiam:)) * Ana↔Dzięki za↔:)↔Pozdrawiam:) -
— Cześć Zuzia. –– Cześć. –– Dokąd w rączce białą myszkę niesiesz, z przetrąconym grzbietem. Powiedz mi proszę. — Na grób kotka niosę, którego kochałam najbardziej na świecie. Głodny na pewno. Szkoda, że mam dla niego, tylko jedną. –– Położysz ją na grobku? –– Tak. I zawołam, wyjdź kochany kotku. Zjedz myszkę przed drogą. Nie miałam okazji pożegnać się z tobą. Widzisz moje łzy? Szkoda, że nie możesz ze mną być. –– Rozumiem, Zuzia. A jeżeli przyjdzie inny głodny i będzie chcieć myszkę zjeść. –– No wiesz! Walnę złodzieja kamieniem w łeb! –– Na Boga dziecko, dlaczego? Nie będziesz żałować go potem? –– Żałować? Przecież to nie będzie mój kotek.
-
biała poświata wokół żółto nam bezpiecznie wilgotno w zamknięciu nie ma co białkolić mroczne puchowe ciepło przydusi delikatnym mrokiem przeobrażenia niebezpieczne stukanie za wcześnie na sklepieniu pęknięcie światła błysk rozpołowiony świat skwierczymy nie tak miało być
-
––?/–– Nie do wiary. Ujrzałem diament drewniany. W zardzewiałym sumieniu zamknąłem blask. Bez skazy dar zmieszałem z błotem. Spoko. Pamiętam o tym. Kiedyś umyję, mam jeszcze czas. Hmm. W naszyjniku masz dla mnie miejsce? Ja pierdzielę! Po czorta, skoro mięknę. No nie. Kolejny już raz przyrzekam, że wrócę. I co? I pstro. Wiem. Lecz teraz odejdź. Daj mój, a nie twój kolejny dzień. Dlaczego? Ano dlatego, że kazałeś cierpieć. Innym też. No więc sam wiesz. Teraz na wszystko co z tobą jarzę patrzę niechętnie. W porządku. Luzik. Sorry. To moja opcja zła. Jam czasem cham. Co? Że nie znam godziny ani dnia? No to faktycznie problem mam Teraz akurat nie cierpię. Na twoją pomoc patrzę niechętnie. Jak kiedyś będzie źle… to kto wie? O.K. Nie ma sprawy. Tylko wiele spraw załatwię. Co? Spoko. Mam jeszcze czas. Może powrócę w chwili ostatniej. * No jasne. Rozumiem. Na podobieństwo. Miałeś misję potrzebną. Zmieniłeś diament w szkarłatne drewno. Mówisz, że za mnie też? No wiesz... … rozum postradałeś? Za taką istotę marną? Pomyśl tylko... … czy było warto?
-
1
-
obrzeże mięsistej galaretkowej orbity zaróżowionej wilgocią przebite zwałkowanym srebrnym sierpowym ze szpikulcem ogona przelatującej dyskokrąglaki wirują spiesznym zgrzytaniem prostokątnych karłów zakorzenionych za nimi otchłań ciemnej materii wciągający tunel czasem przestrzenny lub zatkany spłaszczone błyszczące dwie dziurawe doliny na przestrzał przylepione czasem horyzontem zdarzeń w oddali wysoko obserwatorium kurtyny kpią z grawitacji podwójny monitoring poniżej duet czarnych dziur przedzielone zapachem czują co się święci guzicjanki guzicjanie zerkają wokół na wlatujące obiekty mroczny niemy zimny milczący zajęty przeżuwaniem zlęknieni chociaż wiatr słonkowy nawiewa daleki odgłos chluśnięcia burzowych ciepłych lśnień a może to tylko guzik z pętelką jest wężowaty wilgotny różowy stwór wychynął z czeluści oblizuje ich świat
-
Poszczególne króciaki, można czytać od początku i od końca. Całymi wyrazami. ---------------- polka to była śliczna i skoczna rytmicznie władał batutą interes miał koncertowy * ład nie chaos czeka nas taki jest stan * żabki do sąsiadki kumkają że śpiewa jeż fajnie mi jest też * mądrość moja nie głupota oślepia i błyszczy tak rzekł idiota * kić kici kić kotka zjadła mysz dziś wyszło jakoś tak odgryzła najpierw rzyć * twój nie kochanek mój on zdrowy bogaty jurny młodziutki rzekło się babci do wnuczki * panienki śpiewająco bzykają panowie im wtórują małe i duże ptaszki żwawo podskakują * konia porwać musiał nie sprzedał jałówki za małe prosięta oraz domu połówkę * młoda nie stara jesteś piękna nie brzydka szczupła nie gruba jesteś mądra nie głupia * jest psychiatrą nie czubkiem chyba więc wciska mu głupot ciąg siedzi jak mądry wszystko niby wie pożal się boże dziwny chłop * chcemy świata pięknego nie brzydkiej kloaki potrzebujemy pokoju bez serc krwawienia przebaczenia z miłości nie zła i rozpaczy zrozumienia szacunku bez szyderstwa i poniżenia pragniemy zobaczyć interes bliźniego nie tylko swój
-
Pracowite pszczółki, tylko z najlepszych wnętrz wciągały nektar. Dzisiaj, zawsze, jutro! Resztę omijały szerokim łukiem. Dla pana sadownika, miłośnika soku cytrynowego, ów słodki produkt był znakomity. Większość podzielała ową opinię, co do smaku i wartości odżywczych, owianych nieskazitelnym aromatem. Dzień w dzień, zapraszano zdominowanych, na coroczny zlot zauroczonych. Lepkie ślady achów i ochów, zdobiły wniebowzięte usta, przyklejonym uwielbieniem. Ślimaczek kolejny już raz, nie pobiegł na poczęstunek. Nie ze względu na wrodzone predyspozycje. Konsumował najzwyklejszy serek, cuchnąco dojrzewający. Od pamiętnego dnia, kiedy to zwymiotował kwaśny na umór miod, a domek pokryły skwierczące bąbelki, jakoś tak nie miał apetytu, na zachwalany specyfik.
-
2
-
wrócą do ciebie nuty zgubione co z pięciolinii zabrały cienie klucz wiolinowy rytmy otworzy błękitno żółtym muzyki śpiewem szybujesz w ciszy dźwięki uśpione kwiaty płatkami kołyszą wciąż sny lecz na twej łące wiosny nie koniec jeszcze na niebie przebudzi się świt
-
Był sobie wyraz↔utracjuszka, lecz żaden prorok nie przypuszczał, nie przewidział nawet w snach, że skończy ów wyraz właśnie tak. A wszystko przez to, że był przydługi Zajmował teren. Terenu wiele. Zaczęto go skracać coraz śmielej * najpierw urwano jemu→u bo po co początek taki tu zaś oderwano chyże↔te choć wcale urwane nie chciał mieć następnie wzięto się za↔er które pogryzło ich nawet gdzieś później odcięto biedne↔a choć↔ce nie chciało kumpla dać więc oderwano je razem z↔a –– Nie wszystko bierzmy. Zostawmy mu chociaż tyle. –– Durnyś! Chcemy więcej. Zjemy chętnie. Zajarz chwilę. –– Rację masz wodzu. Niewątpliwie. –– To nie abstrakcja. I słuszna. Zaspokoi nas juszka. * Jednak juszki nie zdołali zjeść. Sparzyli się bardzo i poszli precz. Wróciło→u oraz→te za chwilę→er a także→a, razem z→ce
-
Inna wersja ----------- Nagle niebo kłębiasto soczysto błękitne, nad falującym rozwichrzonym morzem, białych nieznośnych bałwanów, naocznie ujrzałem. Rozbijały marchewkowe sumiaste nosy, o szary bok ogromnego zająca, z nacią zamiast słuchów, schowanego w kształcie horyzontu o strukturze kapusty ze śpiewającymi bielikami. Bum bum! Tra la la. One same pozostawały całe. Miały głęboko w węgielkach, taką lichą stratę. Wtem zupełnie znienacka, zielony księżyc ze zwisającym kogucikiem na patyku, wychynął zza chmur. Najpierw trochę, jakby nieśmiało czubkiem sierpa ze zdechłym młotkiem, przestworza przedziurawił, by po chwili okazać cały majestat pięknego skrzywienia. Słyszałem wyraźny odgłos rozdarcia, o sile grzmotów, co zawyły nieposkromione. Chryyyyyyy. Eyyyyyy. A wtedy największy bałwan w czapce z cumulusa, wziął do drzewiastych rąk ów sierp i zaczął kosić wystające tu i ówdzie, promienie słońca. Kosi kosi łapki, pojedziemy do babki. Po chwilach wnerwionego czasu, same przypalone pieńki zostały, na białych wełnach rozczochranych baranków. Rzucał je wesoło na ziemię, a gdziekolwiek rzucił, tam już były. Gorące rozczochrane oszczepy, spadały na cokolwiek, ewentualnie w inne miejsca przeznaczenia. Nie barany, tylko promienie. Patrząc spłoszony zachwytem na te dziwy, uchylić się musiałem, gdyż jeden z nich leciał wprost na mnie, z jadącym na oklep ptaku. A miał on skrzydła z podmuchu wiatru zrobione, ślimaków z tylżyckim na rogach i szeleszczących w trawie motyli. Szu szu szu. Szu szu szu Spojrzałem znowu w nieposkromione niebo. Ujrzałem jak sklepienie się rozdziera, że aż uszy zakryć musiałem stoperami z mchu uciamcianymi. A w tym rozdarciu, galaktyka spiralna się ukazała, niewielkich jednakowoż rozmiarów. Wirowała bardzo szybko, klekocząc. Podobne dziwo widziałem kiedyś i słyszałem, w mojej pralce Frani. Kling kling, klang klang. Wirowała coraz szybciej i jeszcze szybciej. A wtedy ze ściany horyzontu i gęstej mgły, istota ogromna się zrodziła. Miała sześć nóg, sześć słonych, smacznych paluszków i na szczęście pięć i pół głowy. Wyglądała straszliwie, lecz obiecująco. Z pyska zwisały niedojedzone resztki satelitów. Wisiała nade mną niczym całun. Pulsujący ożywiony baldachim, wystrugany ze wściekłego pluszu. Nagle jedną z rąk, galaktyczkę spiralną od matki bezczelnie wyrwała i w jasny gwint butelki zamaszyście wkręciła. A butelka były duża, a apetyt na toast jeszcze większy, co dopiero wyciągnięty ze szuflady wszelkich emocji tańcujących zawzięcie. Mniam mniam. Na zdrowie ci. Patrzyłem do góry, a moje myśli wylatywały ze mnie, niczym stado gęsi o siedmiu skrzydłach. Na końcu każdego skrzydła, doczepiony był silnik bioelektryczny. Lecz nie brzęczały wcale. Były cichutkie. Trzech wisielców na pobliskim drzewie też. Może zdjęły z nich rozkład przykładów. Szybowały z wolna do góry i wlatywały do butelki, gdyż ogromny korek już dawno wystrzelił i poleciał do czarnej dziury, poza horyzont zdarzeń, widząc plecy samego siebie. A niech to. Faktycznie łukowate i koślawe. To moje. Wtem z chmur dwie wielkie dłonie się zrodziły, a w nich dwa kielichy. Nalały z butelki i wypiły za zdrowie, a ciała ich nasiąkały jak gąbka, a niektóre z nich przeciekały obficie w zatrzymanym beknięciu, niestabilnego czasu. Tik tak. Tik… spadaj sekundnik w pieprzone minuty. Nagle jeszcze bardziej ogromnego bałwana ujrzałem, co nadgryzioną marchewką wszystkim rozpaczliwie groził. Zawył puszyście wicher i tu na dole i tam na górze. A przy mnie naczynie złote się ukazało. Rój kryształków wszechświata, leciał w nie jak ćmy do rozpalonego namiętnością, łona lampy. Słyszałem rytmiczne, żarzące stukanie: Puk puk. Cześć dno. Dochodzimy następne. A dno nie było jedno. Nieskończenie wiele. Uniosłem głowę do góry na wyciągniętych rękach. Rzuciłem okiem w kierunku wzroku. Ujrzałem cząstki kilku światów. Na tle błękitnego nieba, miniaturowe anioły, ewentualnie wróżki, bzykały pośród gimnastykujących świerszczyków. Aż nagle słońce wyjrzało lub jakaś inna rozpalona gwiazda. Roztopiła część bałwana i wyparowała zawartość butelki, a horyzont skrzywił się od rauszu żaru, spływając do resztek morza. Plum plum. Obłoczki pary syczały gorącem. Pieczone ryby, odruchowo płynęły w kierunku obiadu, którego nie miał kto zjeść. Ja też się spociłem od tej ciepłoty, a na głowie co wróciłem na swoje miejsce, miałem nać od marchewek i wspomnienie ostrej krawędzi księżycowego sierpa, na kształt biało czarnej blizny. Wtem słońce przygasło i zrobiło się prawie ciemno. Uuuuuuu hu hu. Jest tu ten czubek? Na szczęście z naczynia przy mnie unosił się świetlisty blask. Znowu spojrzałem przed siebie pionowo. Przeraziłem się powabnie, gdyż nieboskłon obniżony był. Wisiał metr nade mną, a wszystko się jakby zmniejszyło. Moja klaustrofobia była ogromna, chociaż niebo małe. Dusić się zacząłem wielce, każdym niedopowiedzianym oddechem. Wstałem z wolna na całą swoją wysokość. I nagle niebo przebiłem, złapałem haust powietrza i ujrzałem co nad nim jest. Dostrzegłem samego siebie, rozmiarów ogromnych, stukającego w klawiaturę. Ja pierdzielę – podrapałem głowę zdziwieniem. Siedziałem przy stoliku, a za mną horyzontu nawet nie widziałem. Odgłosy stukania były ogłuszające. Uzmysłowiłem sobie, że to co tam piszę, staje się rzeczywistością pode mną. Nagle wielka twarz zwróciła się ku mnie. Nie miałem wątpliwości, czyja. A ku kuk. To ja. Niestety taką masz./ Aż nagle owa istota, wzięła do ręki klapę na muchy i mnie nią walnęła. Stałem się osobą piszącą. Jego umysłem. Jedynym albo tym drugim. Widziałem wielką klawiaturę przed sobą i ogromne dłonie. Niebo pode mną zaczęło falować. Coraz mocniej i głośniej. Zacząłem tonąć w przestworzach, z trudem łapiąc wydech za ogonek wdechu. Wleciałem pod nieboskłon. Przestałem pisać, lecz ktoś nadal stukał. Pewnie gdzieś tam wysoko liczył, co nabroiłem. Słyszałem ciche niewyraźne odgłosy. A ti ti ti. Bum bum. Niegrzeczny. A masz. Leciałem pod niebem, ocierając raz po raz, plecy o błękit. Szybciej i szybciej. Uniosło trochę wyżej jedwabisto szorstkie cielsko, jakby chciało pomóc, lub przynajmniej nie przeszkadzać. Szybowałem plackiem na kawałku klawiatury. Nagle znalazłem się na skraju dziwnej przepaści. Stanąłem w miejscu. Nawet czułem lekki powiew wiatru. Wszystko wyglądało tak jak dawniej. Zobaczyłem kładkę nad otchłanią. Sięgała do połowy drogi. Postanowiłem po niej biec. Wiedziałem, że na końcu nie spadnę. Na przykład tak: AAAAAAaaaaaaaaa…………..ałaj! Prosto z kładki, wleciałem do obszernego ogrodu. Był bardzo piękny. Aż za piękny dla takiego. Nie wiedziałem, czy biegnę, czy też fruwam. Na końcu, przy ogrodzeniu, ujrzałem stół i krzesła. Siedzieli na nich moi bliscy. Kiwali do mnie. Znowu ujrzałem wśród nich samego siebie. Nieopodal stał niewielki horyzont zdarzeń i białe baranki, a obok nich złote naczynie, ze srebrnymi kryształkami. Wśród nich ujrzałem i usłyszałem, silniczek bioelektryczny. Brrrrrry Nadal leciałem. To wszystko zobaczyłem w ułamku sekundy. Nie mogłem się zatrzymać. Przebiłem ogrodzenie, uplecione z pomarańczowych skórek jabłkowych, wylatując poza ogród. Przez chwilę nie wiedziałem, gdzie jestem. Nagle zaczęło przyjemnie kołysać. Poczułem się bezpieczny jak nigdy dotąd. Nad sobą ujrzałem malutkiego, ślicznego bałwanka. Miał kota na tle błękitu i kwadratowego, żółtego słońca, którego pole było równe polu koła, kiedy jeszcze owa gwiazdka, okrągła była. Kiedy go trącam niewielką rączką, to przez chwilę śpiewa mi kołysankę.