-
Postów
2 811 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
3
Treść opublikowana przez Dekaos Dondi
-
uparcie próbowałaś rzeźbić obrazy na krawędzi kartki ja usiłowałem namalować wiatrem skrzydła wiatraka w międzyczasie nasze ślady dawno wydeptały równoległe ścieżki spójrz jednak na niebie skrzyżowanie białych smug a łąka wchłonęła raniące słowa może poczekajmy aż wyrosną nowe zdania będziemy znowu tekstem który chociaż... da się jakoś czytać
-
usiadł poeta usiadł nie wie czy pisać czy siusiać bo jednak gdy pęcherz dusi na rymach trudno się skupić albo na jakiś przerzutniach średniówkach czy nie za krótka wtem wizje ma głowa struta to wena pragnie dziś siusiać poeta więc myśli cwanie na muszlę ją wnet posadzę nie sprawdził jednak rozmiaru płacze on teraz pomału gdyż wenę otchłań zakryła wciągnęła ją kanaliza nieznośny dalej chce siusiać do wiersza daleko mu tam poeto znasz bajki morał powtórka gafy od wczoraj uszanuj nie kładź tam wenę bo znowu porzuci ciebie
-
Ścieżka Niedomówień
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
Jacek_K↔Dzięki:)↔ Że tak dyplomatycznie rzeknę, nawet wszystko może być piękne, czy tu, czy niekoniecznie :)))↔Pozdrawiam:)) -
tak porzygałem się widząc swoje słowa może czas zacząć wszystko od nowa
-
Szeroką ścieżką wydeptaną przez, idzie. Trzyma w górnej, chociaż zawinięte finały dolnych, ma poranione od ostrych. Wędruje niespiesznie, cicho, sadzonkami mózgu patrząc na. Wokół pełzają cienie oraz nieznane. Źrenice smutne, brzuch burczy pieśń o. Kroki są coraz. Doskwiera mu. Wreszcie klęka i traci. Ścieżką wydeptaną, idzie. Ubrany owszem, w łapie nie trzyma, Oko szczęśliwe. Drugie niekonieczne, gdyż podbite przez. Żołądek jest. Wydeptaną kroczy ciężko. Towarzyszą mu ciemne cienie oraz. Oczy są szczęśliwe, ale zachowanie równowagi, już. Ogromne, pada na. Nigdzie o własnych. Wielka drzewna drzazga, zajęta. Czerwone bajoro. Kończy żywot, ale za to bez. Strasznie wydeptana. Tu przed chwilą. Leżą sterty pogryzionych.
-
tajemnice nie wiedzą wszystkiego o blaskach cieniach rozdrożach ścieżkach zwierciadła opływa złudny strumyk a koszyk cierniowy przecieka zranioną chwilą łąko trzykrotna powiedz kwiatom szarym wiankom z popiołu zakwitną drogowskazem wskaże horyzont tam błądzą pytania w odpowiedziach mgłą spowite drzewem na którym zawisło życie
-
Gdzieś na odludziu, człowiek A, napotkał zwiewną chudzinę, człowieka B. B – pomimo przeszkadzającej niedyspozycji – raczył A, jedynie słusznymi racjami. A, też chciał go uraczyć, ale B, ani myślał umożliwić mu miłosierny proceder. W końcu A, uszanowawszy wolę nauczającego, poszedł sobie. Po niedługim czasie, B zmarł, gdyż A, miał racje żywnościowe.
-
* Alf↔Dzięki:)↔Hmm... w sumie racja. Nie wiadomo, kto tęskni. A zatem w chatce, mogły mieszkać przeróżni mieszkańcy:) Odczuć nie można odbierać, komukolwiek:)↔Pozdrawiam:))
-
Jacek_K↔Dzięki:)↔To jest pytanie retoryczne. Odpowiedź niemożliwa. A przynajmniej... na tym świecie:)↔Pozdrawiam:)) Waldemar_Talar_Talar↔Dzięki:)↔ Może gdybym się skupił na jakiejś jednej formie, poezji lub prozy, to bym pisał lepiej?? ↔Ale cóż. Wolę być różnorodnym:) Pozdrawiam:))
-
po uśmiechniętej smutku stronie gdzie mniej już bólu pytań i łez a zresztą kiedyś będzie koniec albo początek któż to wie na skraju lasu chatka samotna co domem była czasami niebem teraz to tylko wiatr wierny został nie wleci oknem zamknięte wspomnieniem a jednak jak wariat pytam się zmysłom czy gdzieś tam jesteś czy echo tylko
-
Tekst satyryczny... albo raczej... autosatyra -------------------------------------------- Trochę sobie poluźnię i opowiem wam historią. Jest tak prosta i nieskomplikowana, że gdyby zawiązać na niej supełek, to byłaby jeszcze bardziej prosta. Otóż od małego, widziałem możliwość realizacji przepowiedni w naszej społeczności. Tak mi wtedy wmówiła rada starszych. A dlaczego? Bo jak się miało po latach okazać, akurat na mnie padło. Zresztą wszyscy na tym skorzystali. Oprócz owej rady, co już dawno kopnęła w kalendarze. Widocznie była jeszcze starsza, niż przypuszczałem. Meritum proroctwa, zwieńczyła: Wielka Biała Sowa, tudzież zapewnienie, że ten komu owy ptak, około północy, przy pełni księżyca, wrzuci przez okno zdechłą lub rozszarpaną przez dziób mysz, to ów obdarowany, po krótkim czasie, poczuje się szczęśliwy, jak nigdy dotąd. Tego pamiętnego dnia, leżałem przy otwartym oknie, a że spać nie mogłem, gdyż liczone barany strasznie hałasowały, popatrywałem w księżyc. W pełni go widziałem, gdyż była pełnia. Wtem usłyszałem donośny szum białych skrzydeł i na parapecie, usiadła ona. Przyczyna tego, co miało wkrótce nastąpić. Śnieżno biały ptak, lśnił widokiem na tle okrągłej facjaty luny, pobrużdżonej kawałkami kosmosu. Tylko jedno mnie deczko zaniepokoiło. Kiwała się na boki w żółtym fartuszku, miała mętne oczy, kręciła głową dosłownie w kółko, zamiast: hu hu, robiła: huj huj, a na wielkim skrzydle, zauważyłem doczepiony wielki kosz, z którego całkiem nagle, wysypała całe stado zdechłych i nagryzionych, stworzeń z proroctwa, wprost na podłogę. Część wylądowała na mnie, aż mi jeden ogonek do gardła wszedł i zaczął piszczeć. Do dzisiaj mam dźwięczny ślad przy przełykaniu. I już jej nie było. Miała niesamowity odlot. Za chwilę proroctwo miało dojść do skutku. Kiedy zgarnąłem wszystkie myszy do obszernego wiaderka i wyrzuciłem zawartość na wycieraczkę, przed drzwi, za którymi mieszkała wredna sąsiadka, połknąłem fluid szczęścia, jakiego nigdy dotąd. Zarówno z uwagi na dostrzeżenie porządku w mieszkaniu, jak i na docelowe miejsce transportu. Sąsiadka też wyćpnęła innemu sąsiadowi, bo też była szczęśliwa, jak nigdy dotąd. I tak, jedni drugim, przechodnie ścierwa myszy, niczym sztandar, w całej miasteczku podrzucali. Uśmiechnięci nadawcy i adresaci, tak samo jak ja, z dwóch przyczyn. Widocznie przepowiednia nie zakładała, by podrzucić temu, co mi podrzucił, tylko następnemu, by umożliwić bliźniemu, bycie radosnym, bez żadnej zemsty zwrotnej, na wypadek, gdyby został zaobserwowany przez potencjalnego, szczęśliwca. A nie mówiłem. Historia prosta, jak mysi ogon. Też mam odlot. Muszę podziękować Wielkiej Białej Sowie, w imieniu tubylców i zapytać, czy się dołoży na swój pomnik lub chociaż na dziób pośmiertny, gdy kiedyś pofrunie i spadnie prosto w ostatnią chwilę. Tylko się czuję dziwnie skrępowany. Cholera! Więcej sów tutaj krąży. Nie wiem, która ta prorocza. Wszystkie robią żółte: huj huj. Łapy przy sobie, durne ptaszyska. Chyba nie wiecie, kim jestem. A jestem znamienitym autorem, jeszcze bardziej znamienitego tekstu. Teraz już wiecie, kim jestem. Skrywam w sobie, śliczny, gładki mózg, niczym dwie półkule, pupci niemowlęcia. Bo wam pióra z dupy powyrywam, a z dziobów świdry zrobię. Za grosz szacunku, dla dla takiej osobistości. Co tak spozieracie z niedowierzaniem. Czas uwierzyć. Siebie mam na myśli. Popaprani bylejakością. I przestańcie się glapić sokolim wzrokiem. Wstydu nie macie. Jesteście w końcu sowami, czy durniami bez tożsamości? * Tak. Oczywiście. Masz racje. Wszystko będzie dobrze. –– sumitują się skruszone, głaszcząc mnie po białych piórkach.
-
1
-
L u d z i o c h
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
Jacek_K↔Dzięki:)↔No fakt. Lubię dziwności. Nie komentuję tu kogokolwiek, bo nie chcę się rozkminiać, na portale i robić wyjątków. Ale chociaż staram się odpowiadać, na komety. I tak się dziwię, że jakieś są i polubienia, skoro jest jak rzekłem wyżej:)) Pozdrawiam:)) * Echo↔Dzięki:)↔No w sumie masz rację:))↔Można tak rzec. Nie zaprzeczam:) Pozdrawiam:)) -
L凵刀乙工口匚H W lesie nieopodal osady, mieszkał Ludzioch. Wygnany w knieje, gdyż faktycznie pokraczny, brudny, z gębą jak z magla wyciągniętą, mógł zniechęcić większość, nieobyczajną strukturą. Także chropowatą psychiką, niczym papier ścierny lub świder durnie pokręcony. Krótko przed banicją, tak go nazwano. Miał to w śmierdzącej dupie, co oznaczało, że nie ma nic przeciwko, zatem tak się do siebie zwracał. Współżył z przyrodą. Dobrze mu robiła, tym wszystkim, co dawała najlepszego. Z posiłkami jakoś nie miał problemu. To one miały. Popijał ze strumienia, czasami zagryzał rybką, słuchając świergotu, tajemnych bzyczeń i szumu wiatru. Spoglądał w niebo, ale tylko wtedy, gdy miał wrażenie, że myśli. Głaskał liście i radośniej jakoś było, widząc na dokładkę, wystającego z dziupli ptaszka. Nawet czasami obejmował drzewa. Przytulał policzek do pnia, spozierał w prześwity korony i pukał sympatycznie pięścią w pień, by wyświstać przez szparę międzyzębną, niezbyt rześkim oddechem, trzy słowa: –– Jak tam sosna? –– Spoko. Można sprostać. –– słyszał zwyczajową odpowiedź. * Pewnego razu, osadę napadli nieznośni zbóje, co mogli wszystkich wytłuc w pień, z motywem przewodnim na ustach. Wódz wyłuszczył sprawę: –– Jeżeli zobaczę w waszej osadzie, chociaż jednego pokracznego popaprańca, dziwoląga nie z tej ziemi, z umysłem oropiałym durnotą, to po obejrzeniu, odjedziemy nie czyniąc wam krzywdy. Rzecz jasna, nikt nie pomyślał o sobie. Nawet ci pochowani po kątach, tacy pół na pół, dlatego póki co, nie wygnani. Aż nagle ktoś wrzasnął: Ludzioch. Po niespełna długim czasie, dostarczono dziwo. Ów nie chciał iść, ale cóż. Barbarzyńcy obejrzeli, cmoknęli z zachwytu i wyjechali, a Ludziocha, kopnięto w dupę i z powrotem do lasu wygnano, bo śmierdział jak nieboskie stworzenie i wyglądał jeszcze gorzej, niż mógł. Na dodatek obito dokładnie, by w razie następnego najazdu, był jeszcze bardziej przydatny. Minął rok. Ludzioch cholernie się zmienił. Powędrował z lasu do nowoczesności. Tam mu zrobiono prekursorką operacje plastyczną i w ogóle człowieka oraz nauczono, by nie był popychadłem, gdyby co. Tym bardziej, że krzepę miał, co się miało okazać przydatne. Przecież mimo wszystko, tubylców w osadzie, kochał i miłował. Mściwy nie był, lecz miał już teraz, jeden metaforyczny policzek. Ponadto okazał się prorokiem, przytulając sosnę. Druga wersja barbarzyńców, napadła rodaków popaprańca, ale z taką samą wymuszoną prośbą. Wódz i cała reszta, też chcieli, tak jak poprzednicy, zobaczyć dziwoląga, za obietnicę odstąpienia. Mieszkańcy nauczeni poprzednim wydarzeniem, byli już do cna cwani. Wysłano dwóch osiłków, by przyprowadzili odmieńca do obejrzenia. Owi posmutnieli jednak, gdy zobaczyli, do jakiego stanu się Ludzioch doprowadził, co do wyglądu i mowy obytej. Umyty, ostrzyżony, pachnący tudzież w modną szatę przyodziany. Zaczęli złorzeczyć, że czemu im zrobił na złość. Że przez niego, będą ograbieni, a może wymordowani, bo palant zechciał być ładnym. Wtedy Ludzioch, jako że był miłosierny, wziął w swoje dłonie, grubsze gałęzie i takowymi im mordy sprał, tudzież inne części ciała, żeby wyglądali, tak jak on kiedyś. Po czym ich zaprowadził. Osadę ograbiono, bo miał być jeden dziwoląg, a nie nadmiar. Jednak mieszkańców nie wymordowano, gdyż mimo wszystko, mogli wybrać, na kogo patrzeć.
-
Na kanwie pewnego wiersza. To nie mój pomysł. biblioteko ja znowu dziś w tobie tęskno spozieram wśród łanów książek samotnej duszy jest to podpowiedź że w głowie myśli są różnorodne o tym że pragnę zwyczajnie prosto czytać wolumin gdzie myśl zaklęta cieszyć się wspólnie kolejną wiosną nawet leniwie coś nie pamiętać pływać w literkach zwiewnie leciutko chociaż wykrzyknik nie szczędzi bólu bo w bibliotece czasami cuchną spleśniałe kartki i brak tytułu a zatem śnie wciąż w tych słów krainie o dwuosobowym książki klubie lecz jak ten wariat na krawędź płynę pomoże wstążka odwaga tudzież przeto oplatam swoje marzenia wszak nie za mocno na luźną nutę może się spełnią naiwnie mniemam zapętlam zdania nie wiem czy wrócę
-
1
-
Niby mówią, że jestem niezłym człowiekiem. Dobrym nawet. Niby wiem. Lecz często bywa, że ów, niby stoi obok mnie.
-
1
-
Jacek_K↔Dzięki:)↔Otóż to. Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. Czasem rów, kawałkiem nieba↔Pozdrawiam:)) * Jan_komułzykant↔Dzięki:)↔Nie w każdym rowie równo, ale też nie nudno:) Pozdrawiam:)) Nefretete↔Dzięki:)↔Czasami poprzestajemy, na↔za mało danych, by zrozumieć "istotę rowu"↔Pozdrawiam:))
-
Usiadłeś w przydrożnym rowie. I co powiesz? Rów na lewo, rów na prawo. Pomyśl. To stanowczo za mało.
-
Jakżem Zbłąkanym w Mej Duszy Splocie
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Ana↔Dzięki:)↔No właśnie, o to mi też chodziło:)↔Pozdrawiam:) * Wilga↔Dzięki za zrymowany komentarz↔DeDe-Pięknie:)↔Pozdrawiam:) -
♞...%⃠%⃠%⃠%⃠%⃠%⃠%⃠%⃠%⃠%⃠%⃠%⃠%⃠%⃠..... ❀ – Dzień dobry. Jest tu kto? – A jestem, jestem. Ale po co pan pyta skoro pan widzi, że jestem? – Kiedy pytałem, pan jeszcze nie stał na dziejach progu. – Doprawdy? A rzeczywiście. Nie widziałem pana. – Nie szkodzi. Ja też. – Proszę stać bez krępacji. U mnie z krzesełkami jak na lekarstwo. – Pomagają? – Nie bardzo. A pan w jakiej sprawie, że zapytam? – Podobno sprzedajesz pan zwierzęta a ja nie wiem, co się do bryczki przywiązuje, by ją ciągnęło razem z moją żoną. – To pan żonę do dyszla chcesz przywiązać? A może też batem smagać po tyłku? Co z pana za mąż. Wstydź się pan okrutnie. Toż to niesłychane! Oburzające! A idź pan sobie, zboczeńcu jeden! – Jaką znowu żonę?! – No pańską! – Jeno zwierzak ma bryczkę ciągnąć. Nic poza tym. – Czyli pustą? – Niezupełnie. My na niej będziemy. – To czemu pan tak od razu nie gadałeś? Koń!!! – Co koń? – Kup pan konia! Ale tylko na raty sprzedaję. Po kawałku. – No dobra. Co mi tam, może być… chwila… na raty… po kawałku? Dobrze zrozumiałem? – Ależ oczywiście. Jak najbardziej. No co? Kupuje pan? Mocarny koń! – Do rzeźni trafiłem… tak? – No co pan. Pragniesz mnie obrazić? Jaka rzeźnia? Aczkolwiek przyznam, że tak to może wyglądać. – Nic nie rozumiem. To chyba od sterczenia mózg mi staje. – Mnie też jak trzeba, to staje. Niektórzy nie stoją i mają to samo. Po co te nerwy. Głowa do góry… no nie. Bez przesady. Proszę nie brać moich słów dosłownie. Puść pan wreszcie. Przestań szarpać. Bo sobie urwiesz i podłogę krwią zachlapiesz. Już i tak mam nierówno pod sufitem. Deski faliste z lekka. – Aaa… no tak. Przepraszam. Zamyśliłem się. Teraz wiem, czemu jedną nogę mam zgiętą w kolanie. No co z tym koniem? – Jak już powiedziałem na wstępie naszej konwersacji, sprzedaje wyłącznie na raty. Ależ proszę się nie martwić. Jestem porządną firmą i wszystkie części są jak najbardziej żywe. Wystarczy po zgromadzeniu fragmentów, całość złożyć do kupy. Wszystko jasne? – Nie. – A wie pan... nie jestem zaskoczony pańskim stwierdzeniem. – Ja też nie jestem: swoim. – Coś panu pokażę. Takie małe. Tylko wyciągnę. Też żwawe. – Dziękuję. Nie trzeba. Dosyć mam atrakcji. A konia owszem, kupię. – Miło mi to słyszeć. Jest pan dopiero drugim klientem. – To prawie pierwszym. – Nie ważne. Radzę najpierw dla wprawy, tylną nogę. Mniejsza szansa, że pana kopnie, gdy pójdzie pan przodem. Dam panu smycz. Jest trochę narowista. – Smycz? – Z nogą owszem. Tak czy inaczej, nie radzę iść z tyłu. – A ludzie normalni nie będą się dziwić. – Normalni? A kto w okolicy jest normalny? Chyba tylko koń. – Ale jednak... – Żaden problem. Powie pan, że to nieznana rasa psa. – Aaa… świetny pomysł. Maszeruję polną ścieżka, prowadząc końską nogę za sobą. Faktycznie. Siłę psiajucha ma. Szczególnie gdy staje słupka uparta jak cały osioł i nie chce iść. Podczas odpoczynku powiedziałem: siad, ale jakaś nieusłuchana. Nic z tego. Sprzedawca rzekł, że mam przyjść na drugi dzień po następną część, bo koniecznie na raty musi być. Mam ją trzymać na uwięzi, by nie uciekła. Chociaż po prawdzie, płot domostwo okala, to kłopot z głowy. Tylko co tubylcy powiedzą. – Sąsiedzie kochany. A cóż to biega za twoim płotem? – Psa kupiłem. – Nie znam takiej rasy. A gdzie ma pysk? – Pysk… potrafi chować w ciało, jak nie musi szczekać. – A ogon? Czym się cieszy na twój widok. – Ogon też może schować. Merda wewnętrznie. – No to ja już pójdę, sąsiedzie. Jakby co, to nic nie widziałem. Wracaj do zdrowia. Widzicie sami, że sąsiedzi mnie lubią i szanują. Dzisiaj nowy dzień. Za chwilę pójdę po następną część. Jak już całego konia złożę, to powiem, że psa sprzedałem, gdyż nie mogłem go głaskać, bo wciąż głowę w ciało chował. – Dzień dobry. To znowu ja. Chciałbym kupić kolejną część. – Właśnie widzę. Jak tam kopytko... pieska? Biega? – Nie narzekam. Co radzi pan kupić jako następne. – Zostały jeszcze: trzy nogi, cztery części tułowia, głowa, ogon, grzywa i to małe coś… no wie pan. – Mniejsza o szczegóły. – Ależ panie. To istotne. Jeżeli to ma być klacz, to wyjdzie trochę taniej, a jeżeli rozpłodowy koń… – Panie. Co pan mi tu gada. Jeno do bryczki potrzebny. A nie może być koń bez… tego. – Głupio będzie wyglądał. – Powiem sąsiadom, że to klacz. – Jak pan sobie chce. Klient nasz pan. Tym razem prowadzę przednią nogę. Jest to o tyle bezpieczne, że raczej mnie nie kopnie. W jakimkolwiek będę położeniu, względem prowadzonej. Dochodzę do swojego domku. Tylna skacze z radości, ale nie merda widocznie. Zaczynają biegać razem. * Została jeszcze głowa do przeniesienia, ale będę cwany. Pojadę rowerem. Włożę ją do koszyczka. Takiego z przodu, żeby nie czuła się markotna w czasie podróży. Części tułowia, dwie nogi i grzywę, przywiozłem taczką. Obróciłem wiele razy. Ale cóż. Niedługo złożę całego konia. Tylko muszę spytać jak to się robi, żeby łba do tyłka nie przyłożyć, gdyby doszło do tego, żebym się nieopatrznie zamyślił. – Życzy pan sobie, żebym zapakował główkę, w kolorowy papier w kucyki? – Ależ nie! Tak miłosiernie patrzy. – Okulary można założyć. – Proszę nie gadać głupot! Mam pytanie: jak się składa całość? – Nic prostszego. Nogi jak zobaczą tułów, to nie będą uciekać na boki. Wystarczy przyłożyć w odpowiednie miejsce i chwile poczekać, by doszły. Ogon, głowa, grzywa, to raczej nie zwieją. Bo niby jak? No sam pan powiedz. Zresztą otrzyma pan gratis: Instrukcję Składania Konia. – Bo słyszałem, że taki jeden głupek, biednej śwince, kacze łapki przyprawił. Wyobraża pan sobie takie coś. – No wie pan… ludzie bywają okrutni. – Jeszcze jedno. Czy te wszystkie części na pewno nie ulegną zepsuciu, przed złożeniem. Nie mam takiej dużej lodówki. – Zepsuciu! Jak pan śmie wątpić w solidność mojej firmy. Ja wszystko przemyślałem. Zapobiegłem innowacją dławiącą wszelkie przeciwności. Rozkładowi może jeno ulec koń, do końca złożony, który zdechnie jako całościowa jednostka żyjąca. – To on mi zaraz kopytami w kalendarz walnie? Tak od razu po złożeniu zdechnie? Jeszcze się nie znamy jak łyse konie, to nie wiem co pan kombinuje. – Nie wiem, kiedy zdechnie. Tak samo nie wiem, kiedy pan albo ja. Daję tylko gwarancję na osobne części. Wszystko jasne? Może żyć jeszcze sto lat. Pana przeżyć. Pocieszyłem choć trochę? – No… niby tak. No to płacę, pakuję głowę i dzięki za wszystko. Jakby co to przedzwonię. – Nie ma sprawy. Jestem do usług. Polecam się na przyszłość. Koniowi też. Dopóki na gwarancji. – Dzięki. Wbrew pozorom wszystko poszło sprawnie. Mam konia, który ciągnie bryczkę, razem z nami. Jeździmy sobie z żoną do lasu, by krążyć na polance. Od tego czasu, jak inna żona powiedziała swojemu mężowi: ’’Ty znowu swoje! W kółko Macieju” a on zamiast na karuzelę, wskoczył do studni, żadne wesołe miasteczko do nas nie przyjeżdża. Bo jeszcze trochę żywych Maciejów zostało. Po jakimś czasie. – Halo! Tu sprzedawca zwierząt. To pan przy telefonie? – Aaa… to pan. No ja. A o co chodzi? – Zapomniałem wtedy dać dodatek gratis, jako podziękowanie za kupno tak dużego zwierza. A właśnie. Jak się czuję? – My z żoną? W porządku. – Koń? – A… koń. Nogi mu odpadły, ale co tam. I tak długo wytrzymały. Teraz to i tak po gwarancji. Doczepiliśmy mu koła od bryczki. Wnuki mają radochę, jeżdżąc na takim koniu. Okoliczne dzieci też. Tylko popychać trzeba. – O!! To nawet nie wiedziałem, że jest końpatybilny z naturą nieożywioną. Dobrze wiedzieć. No tak, o podarunku bym zapomniał. – A co to? Przyda się chociaż? – Oczywiście. Pragnę panu podarować nogę służącego. Jak pan na wierzchołku, obszerną tacę zamontuje i balustradą ochroni, to nawet będzie przynosiła śniadanie do łóżka. – To ona ma ręce? – Takie trochę. – Nie dziękuję. Koń nam wystarczy. – Koń? Na kółkach? Po schodach? – Panie! Czy masz aby wszystkie części na swoim miejscu? – Szczerze mówiąc, nie wiem kto mnie składał. Ṿ̸゚̟͍̙᷇᷅̔߳҅̒ͤ́ͣͤͅ҉̟̤҄҉̨̛̪̰̰᷇᷇̀߫͊͢⃢̘͇ͪͤͨ̕ͅ҉̗̊͛ͭ̕҈͖̥͓̭̱̫̟͙̝͉ͥͮ̑҇᷇҄́߭߱̅̏̆͑҃͝҉̭ͬͥ̋߫̅҆⃢̫̭͛͛߮ͪ̈́ͦ͠҉̧̛͙͙͚͊ͭ̔̑̅͘҉̖̙̙̾̈͗́ͨ̒̈́͘҉̸ͪͩ͆҉̸̢̝̦߮᷈̒̓߭͋̊߬̏⃢̛͈͖̜߭̉߰ͭ᷄҉̮̹̺̳̦߲̪᷆ͮ̒͐᷆ͥ͛᷄̽᷅ͣ͛͌͗ͯ߮߱͂͞҉゙̢̫̠͓̟̬̐᷉҇߳̐̏ͤ⃢̣҆̐/ ɗ *ﻉ*ᛕ*ค*ѻ*ร #̠҉̠̠ͅ҉̠̠᷄҉̠̠̃҉̠̠᷇҉̠̠ͭ҉̠̠߭҉̠̹̠҉̠̠̏҉̠̗̠҉̠̠҅҉̠̠̾҉̠̠ͤ҉̠̠͝҉̠̠͘҉̠̠͟҉̠̠̇҉̠̠̈́҉̠̠ͮ҉̠#̠҉̠̠̒҉̠̠҆҉̠̳̠҉̠͔̠҉̠̠ͯ҉̶̠̠҉̠̗̠҉̧̠̠҉̠̠̀҉゚̠̠҉̠̠̄҉̠̠͗҉̠̦̠҉̠̦̠҉̠̠́҉̠̖̠҉̠̠ͤ҉̠̠̄҉̠̻̠҉̠̫̠҉̠#̠҉̠͇̠҉̠̠̆҉̠̠̏҉̠͚̠҉̠̠̑҉̠̠̅҉̠̠ͮ҉̠̘̠҉̠̠߯҉̠̠߫҉̠#̠҉̠̠ͮ҉̠̠߬҉̠̠̾҉̠҈̠҉̠̠̈҉̠̠ͮ҉̠̠͑҉̠͚̠҉̠͔̠҉̠̠̀҉̠͈̠҉̠̯̠҉̠̠͟҉̧̠̠҉̠̠̅҉̠̠߯҉̠̠͑҉̠̠͡҉̠̠᷁҉̠͏̠҉̠̠̽҉̠̠̋҉̠̭̠҉̠#̠҉̠̠̐҉̠̟̠҉̠̠᷇҉̠̠߮҉̷̠̠҉̨̠̠҉̠
-
Jakżem Zbłąkanym w Mej Duszy Splocie
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Waldemar_Talar_Talar↔Dzięki:)↔Ano. Jeno zmieniłem wciąż→na↔tam, bo powtórka była:)↔Pozdrawiam:) -
Muzyka Łąki
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Dominik↔Dzięki:)↔Miło mi skoro tak:)↔Pozdrawiam:) * Waldemar_Talar_Talar↔Dzięki:)↔Tak jakoś podołałem melodyjności:)↔Pozdrawiam:) -
Jakżem Zbłąkanym w Mej Duszy Splocie
Dekaos Dondi opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
jakżem zbłąkanym w mej duszy splocie zgniłych owoców spleśniałych lśnieniach pośród stokrotek gdzie cienie złotem tam promień ciemność próbuje zdzierać lecz w strofach inne uśpione słowa na horyzoncie mgłą tam spowite wciąż w tajemnicy muszę je chować do chwil ostatnich gdy skończę życie -
---?/–– w kołysce z pięciolinii na łące gdzie okno świtu budzi źrenicą rosy nuty uśpione jutrzenką leciutko zaspane krzyżyki bemole płyną w komnacie ze snu łódką kołysane muzyki powiewem gdzie klucz wiolinowy drzwi do kwitnienia brzmień otwiera czas wstawać maluchy kochane założę wam kubraczki z dźwięków delikatne przeplatane cierniem i niebem już na każdym kwiatku inny instrument rozkwita dźwięków przebudzonych płyną niczym strumień drzewa wokół szumią ton nadają wysoko w białych chmurach rytm pulsuje na horyzoncie pan dyrygent ma w opiece łąkowy koncert tylko dzwonków nagle nie słychać są nadal w muzyce lecz tuli je cisza
-
Nie dam sobie głowy zdjąć, że tego tekstu mego, nie ma już na tym portalu. --------------------------------------- Błękitne skalpele spowiły horyzont. Szkarłatne kryształki krwi, wchłonęły orbity, wiecznie niestabilnych planet. Jednokierunkowy uścisk czasu, nałożył pętle, w cieniu przezroczystych szubienic. Wówczas w lustrzanej przestrzeni, ujrzało siebie. Obraz będący nim. Wiedziało co zrobić. Podniosło kamień. Usłyszano uderzenia. Trwały na tyle długo, by móc zwątpić. Wskrzesiły ogień. Odwrotna strona mroku poczęła poranki, wskrzeszając cienie. Zakryły brzask światłem fałszywej jutrzenki, lecz w ożywczej dłoni słońca, rozkwitły stokrotki, zroszone płaczem spalonych wierzb. Zadrgała galaktyczna pajęczyna. Poczuła we wnętrzu nowe rozdanie, wielu możliwości. ~ Lud kolejny już raz, rozporządza nimi według uznania. Na szachownicy wszechświata, skupione na grze, szare istoty spraw. W nieustannym ruchu, przeczesują nieskończoną przestrzeń. Z urodzinowego tortu, dziecko wydłubuje, lśnienie cukrowych łez.
-
Rymowanka satyryczna lewak pragnął go ratować ale prawak się nie dał on w przepaści wylądował złamał dupę że aż strach lewak chociaż nie jest świętym trochę człeka w sobie ma złazi w przepaść z trudem wielkim nagle słyszy kurwa mać aż przeżegnał się biedaczek chociaż temu nie był rad widzi prawak klnie i płacze na tęczowy zleciał głaz sypie szarą ziemię zatem gdzie leżący koi rzyć ma nadzieje że gagatek z jego wsparciem zechce wyjść myśli sobie że ofiara przy okazji spłaci dług bo przysługa wszak nie mała podziękuje mu za cud nagle z góry schodzi chętnie potwór co ich pragnie mieć więc się łapią wnet za ręce by bojową wzniecić pieśń wnet agresor rży rechocze tak go zdziwił widok ten aż mu serce staje potem zatem martwy chyba jest bez puenty koniec bajki przez potwora owszem też gdy ze śmiechu sikał w majtki cały morał zdążył zjeść
-
1