-
Postów
2 810 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
3
Treść opublikowana przez Dekaos Dondi
-
Moje Dziecko
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
A-typowa-b↔Dzięki:)↔Coś mi czasami wyjdzie. Problem mam zawsze z utrzymaniem na 102% powagi:)↔Np↔zwrotki 6→nie było pierwotnie. No ale... Pozdrawiam:) -
gaworz dziecię gaworz mama pragnie słyszeć czemuś ty uparty schowałeś się w ciszę pozwól że przytulę słodkie śliczne słonko może choć poruszysz małą pulchną rączką spójrz tam złote gwiazdki za oknem migoczą dla mojego synka by przyświecać nocą widzisz to świtanie lecz nie śmiejesz pysia chyba masz przeczucie że cię skradną dzisiaj właśnie wchodzą oni chociaż tego nie chcę wygnają cię w dołek bo się ciut ześmiergłeś ja tam nic nie czułam mogłam siedzieć wiecznie skąd mam nagle ciasną na nosie klamerkę byłeś moim sensem ukochanym skarbem cóż życie bez ciebie będzie dla mnie warte siedzę znowu sama przy pustej kołysce myśli mi się plączą i wspomnienia wszystkie stoję tu i tęsknię z dłoni zwisa bilet dzięki niemu dzisiaj odjadę za chwilę patrzę w błękit nieba cóż ja biedna mogę chyba kilka pytań gdy się spotkam z Bogiem
-
Na kanwie linii melodycznej: "Blowin In The Wind"↔Bob Dylan ---------------------------------- spójrz w niebo tam błękit kolor ma swój obłok słońce i czas choć w książce są zdania szukasz tych słów by nazwać niepełny twój świat układasz wciąż puzzle obraz nie ten tęsknisz zbłąkana lecz wiesz że jeśli dziś wiatr co zabrał znów dał pofruniesz by wrócić w swoich snach * szybujesz na skrzydłach światło jest tam gdzie chwile znajome i sens więc machasz tym bardziej ktoś daje ci znak być może podróży to kres wirujesz zdyszana bo cieszysz się tak lecz nagle znów wątpisz w co grasz a jeśli wśród łez wiatr zdmuchnął co złe pofruniesz nie tylko w swoim śnie
-
2
-
można i tak dzielenie i odejmowanie taki sam wynik da dwóch liczb tożsamych par nieskończenie wersji też tak jak w życiu jest 18.0625 : 1.0625 = 17 18.0625 – 1.0625 = 17
-
1
-
Płomienno Mroźny Mix
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Leszczym↔Dzięki:)↔Mnie też ciężko wyłapać sens. Przy pierwszym pisaniu, było łatwiej. Człek się zmienia, w pewnym sensie. Ważne, by trzpień( tożsamość)pozostała prawie niezmienna:))↔Ja nie mogę. Filozofią trącę:))↔Pozdrawiam -
Kwiateczka, Rzodkiewka i Reszta
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Grzegorz–[email protected]↔Namęczyłem się przy Twoim nicku↔ale być może, słusznie prawisz. Nie przeczę:))↔Pozdrawiam:) -
przezroczystość w klaustrofobii granic duet przedzielony podtrzymką ma nosa do symetrii strony ukrytego meritum gładkie gałązki zakręceniem w dół między banią a radarem budzą ślimaka ~ z tyłu za filtrem spojrzeń dwa horyzonty zdarzeń inne bez zniewolenia klepsydry ruch obustronny cząsteczkowych fal miękkie daszki na krawędziach wianuszek antenek nieustający rytm ~ zagubione tranzyty obrazów nęcą żółtą optykę chitynowa plandeka biegnące ślady szeleszczą na skrzypiących suchotnikach spadły z wysokich kolumn ~ skupiony w jasnym punkcie chaotyczne chwile szybującej szarości rozerwane ściany lęgną się czerwono złote żar–łoczne poczwarki skwierczą apetytem * koniec nocy odcina plasterki świtu kładzie na kromkę dnia
-
Jestem rezolutną małą Rozalią. Mam siedem lat i brata Ignaca. Wcale nie lubię tego imienia. Jest takie… kanciaste. No już dobrze. Dosyć nagadałam o bracie. Teraz powiem o bułce. Tylko nie o całej, bo już połowę zjadłam z apetytem, który jest niewidoczny ale sobie wyobrażam , że siedzi na poważnie obok mnie. A w środku bułki leży gryziony ser. Bardzo lubię te żółte plastry. Jakbym płaskie słoneczka wcinała. Najbardziej uwielbiam jeść dziury. Są bardzo smaczne i wygodne. Nie trzeba gryźć i nie owijają się wokół zębów. Za chwilę powinni przyjść rodzice. Oni się tak fajnie kłócą. Chyba na wesoło. Słyszałam kiedyś jak babcia mówiła do sąsiadki, że tak muszą, bo są przez to szczęśliwsi. Z moim bratem też się umiem kłócić, ale akurat wyszedł. Przez jedenaście piłek będzie kopany. Ogólnie jest wesołym bratem. Nie mogę narzekać. Ale teraz siedzę sama. Przecież z bułką kłócić się nie będę, bo jest na pół zjedzona. Gdyby była cała, to może by ze mną pogadała. Chyba się psuje pogoda na wewnątrz. No tak. Zgadłam. Szyby uderzają o krople deszczu a dach siedzi zmoknięty pod gołębiem. Ogólnie fajny jest świat. Lubię patrzeć jak białe jajko zesuwa ze siebie kurę. Nie mamy dużo, bo resztę zjadł lis. Płot umie przez niego przejść. A był tyle razy naprawiany. Jak mój dziadek. Za dużo skrzypi, gdy chodzi. Nawet gdy się naoliwi. Babcię tym bardzo denerwuje. Fajka też ma z nim problem, bo jest ciągle do niej doczepiony. Mało kiedy może sobie na spokojnie z cybuchem pofiglować, w komnacie szuflady otulonej stołem. No nie! Nie czytajcie na głos tego opowiadania, gdzie jestem główną bohaterką. Zagłuszacie odgłosy, które dobiegają do mnie i łaszą się do moich odstających uszów. Drą się do ślimaka, że chyba rodzice wrócili. To prawda. Właśnie słyszę jak przekręcają drzwi w kluczu. Za chwilę podłoga przesunie się pod ich butami. Teraz siedzę cicho i słucham co nie mówią. – Kochanie! Zdejm Rozalkę z bułki. Ona się w końcu przemieni w pieczywo. – Ależ kochanie! Za chwilę. Właśnie kapcie zakładają moje stopy. Kurczę niedopieczone. Nawet mnie nie słyszą. A przecież siedzę i nic nie mówię. Tylko głośno myślę. Ale tego nie słychać. Jak bardzo mam być cicho, żeby mnie usłyszeli? Już bardziej nie mogę. Stanę przed nimi. To może mnie nie zauważą. Nie ma dobrego, co by na złe nie wyszło. Nawet przysłowia znam. No cóż. Jak sobie wspomnę czasy dzieciństwa. Kiedy byłam stara i zmarszczona życiem, jak może morze falami. Słyszę rodziców: – Rozalko. Nie odzywaj się. Chcemy cię usłyszeć. – Jednak się odezwę, bo chcę mieć chwilę spokoju. Nie dokończyłam dziury w serze. – Rozalko! To twój tatuś tak głośno nic nie mówi. Słyszysz? – Proszę cię tatusiu. Nie krzycz tak. Drzwi uciekają przez apetyt. A na zewnątrz gorący śnieg. – Kochanie! To ja, twoja żona. Tykanie bimba zegarem. – Czy musisz tak głośno być cicho? A może by ciebie ziemniaczki obrały? Głód nami przymiera. – Mamo, tato! Bo będę milczeć na całego. Aż ogłuchniecie. Chwili spokoju mieć nie mogę. – To ja Ignacy. Głośno myślę. Przyszedłem. Ojeju. Mój brat się nawinął jak łyżeczka na makaron. Powiem mu, żeby wszystkie domy pozamykał w oknie, bo zimno, że aż gorąco. Rodzice nie mają tego gdzieś. Kłócą się na całego. Cisza jak maki polem zasiane. Ten nasz świat jest trochę dziwny. Gdy fajka przyjdzie z dziadkiem i druty co robią na babci sweter, to dopiero będzie mało zamieszania. A niech to. Dziura złamała mój ząb. Co oni do tego sera kładą. Takie jakieś wybrakowane. No nic. Brat człapie tyłem. On tak zawsze. Żeby wiedział od czego odchodzi, by się nie potknąć. Krzesło pod nim siada, aż skrzypi jak dziadek. Mówi, że piłka go kopała i trafił w szybę. Tak zawsze wymyśla. Nie wiem, czy prawdę mówi że kłamię czy kłamię mówiąc że mówi prawdę trochę kłamiąc lub nie. Znowu jesteśmy bardzo cicho głośno hałasując w myślach. A zatem ty człowieku co nas czytasz, nie będziesz wiedział o czym śpiewamy, bo jesteś nie z tego świata. A w ogóle, po co czytasz te bzdury? Jesteśmy zwykłą rodziną. Miłujemy się do upadłego. Ojej. Z rodziców wyszedł pokój. Są bardzo spokojni. Coś ich niepokoi. Nawet włosy czeszą mamowy grzebień. A cygaro zaciąga się ojcem. – Kochanie! Skarbie ty nie moje. Zgaś wreszcie to światło, żeby było jasno! – Żarówka jest przepalona. Ciągle świeci. – To ja już nie wiem co wiem o tym co nie wiem że wiem. – Nie przejmuj się kochanie. Ze mną jest to samo, ale czytane od końca. – Czyli będziemy istnieć po ciemku. Ignacy! Co tak siedzisz na stojąco? Wymyśl coś. – Ależ mamo. Właśnie myślę o tym co wymyślić, jeżeli nie wymyślę tego, co chciałbym wymyślić dodatkowo, myśląc zupełnie inaczej niż na początku chciałem nie myśleć. – Aha. Nie rozumiem. – Nie mam pomysłu. Przykład może zaświecić babcią i dziadkiem! – Mówię wam. Dziury to pychotka. Ale wokół musi być ser, żeby się nie rozlazły w nieskończoność. – Słyszeliście wzrokiem? – Oczywiście. Widzę uszami. – Mysz zmiażdżyła myszołapkę. – Kto ocuci? – Myszołapkę? – Nie! Tego człowieka, co doczytał te głupoty do końca. Brodą sobie pluje, że nie zmarnował czasu. – Ale zegar w kukułce zdechł. – Fuj! Ale pachnie! – Kto otworzy dom w oknie? – Podlejcie wreszcie wazon kwiatami, bo stolik zwiędnie!
-
Kwiateczka, Rzodkiewka i Reszta
Dekaos Dondi opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
w pewnym ogrodzie kwiateczka wciąż tu rosła jak chciała po skosie i w przód pękata rzodkiew gładka i ostra takie wszak dziwy ogarnąć nie mogła w kółko warczała słów wianek prosty koszmarem zasad ty jesteś wiosny kiedyś jej rzekła pietruszki psia nać kwiateczce proszę ty spokój już daj a nawet wrzasnął wnerwiony seler tego doprawdy jest już za wiele kulnęła słowa też wielka dynia ty znowu swoje rzodkiew zaczynasz razu pewnego do tego ogródka przyszła dziewczynka spłakana smutna wtem gdy ujrzała kwiatkowe dziwo to aż pisnęła wesoło chyżo wypada bajkę zakończyć rzewnie z owej radości zjadła rzodkiewkę teraz by mogło tak już zostać... lecz biedna poczuła roztrój żołądka -
lecą kryształy srebrzysto złote wewnątrz kokonu sopli komnacie potem zaś tajfun sączy iskrami taniec w diamencie tchnieniem częstuje w sali zmrożonej zamieci splocie w szumie płomieni pląsów nie mało wewnątrz ogniska królestwa ognia fruwają ciepłe wciąż karmazynki pulsuje czerwień z powabnym szumem ognik z ogienką w miłości się palą na chłodnych taflach obrazy piękne skrzypiącym wiatrem namalowane pędzle zmrożone śnieżowym puchem tkają sukienki wpół przezroczyste każda zaklęta szronionym srebrem żaropiruety na deskach scala chuć napalonych krągłych węgielków oszalał kurem szkarłat czerwienią język płomienia liże pulsuje tudzież kołysze miesza rozpala gorąca muza syczy w piosence choć owinięta chłodem śnieżynki zaklęta w chmarę ptaków wlatuje skrzydła splecione są koronkowo z błyszczących sopli gładkich przepięknie piosenka skwierczy w gorących splotach ruszt z pięciolinii podsyca rytmy omotał klucze co żar łykają dziurki zlepione nutową skórką na środku sztabka z płynnego złota ------------------------------ prześwitujący sufit wskazuje iskry wśród świerków złotozielonych w lśnieniu mgły strzępki puszysto szare śnią na gałęziach zwiewne pompony prześwitujący całun obłoków w odświętnej szacie nie gaśnie wcale tuli przytula małe świetliki chichoczą śpiewnie chłodem i żarem słońce wyzwala gorące śnieżki płyną po chłodnych lodowych ściankach słychać strumyczek wesoło smutny koniec imprezy ścieka sielanka plus minus wiele stopni na balu szron i popiołek dyszą w zakątku słychać skrzypienie tanecznych śladów w tej zamarzniętej wodzie w gorącu
-
stoisz w nocy gęstej nogi uwięzione w mroku zaklęte ugrzązłeś odczuwasz lęk spoko nie martw się o świcie nogi wyciągniesz
-
Tekst satyryczny gdy wroga zgromił facjatą chytrą to aż się natręt zakrztusił chyżo ponadto dźwięcznie dygotał krzywo usłyszał mowę patriotyczną mojej ojczyzny pragniesz haniebnie lecz nasz potężny wasze malusie teraz odmieńcu ja ciebie zmuszę szturmówki prawdy ty mi nie weźmiesz dusza ma złota ojczyznę kocham będę łomotać zlewiałe syny rymem też wartkim słusznie jedynym no i co powiesz jeszcze zaszlochasz wróg nie przestawał oddechu brakło niczym rażony pocieszną chwilą a gdy pomyślał czy było warto to padł na ziemię w spazmach upojnych by wciąż rechotać wesołą miną nie mógł ze śmiechu więc bez chorągwi
-
4
-
To nie jest wiersz, jeno zrymowana opowiastka, o kształcie wiersz. ------------------ Tam na ławce Misio przysiadł, choć uśmiecha pysia dzisiaj, to tak trochę smutku w nim. Ktoś mnie pokocha, myśli miś. W kałuży ujrzał odbicie księżyca więc go z troską wnet zapytał: Chcesz? Bo jak chcesz to cię przytulę, tak samotnie w kosmosie wirujesz. Wnet we wodzie zanurzył łapkę, dotknął księżyca chociaż niezgrabnie, spojrzał w niebo, co prawda niespiesznie, zobaczył jak głaszcze luny powierzchnię. Drzewko klonu, rosło przy ławce tu. Nagle przyszedł nieznośny ciul. Zaczął wbijać młotkiem gwóźdź, później następne wbijał też, paskudnie ranił cały pień. Nie zastanawiał się Misio wcale. Odgryzł ciulowi tyłka kawałek. Nicpoń oddalił się pospiesznie, widocznie nie chciał, by odgryzł coś jeszcze. Niedźwiadek na ławkę znowu usiadł, zmęczony trochę, dychając mruczał. Dwa noski spadły na niego z klonu i zanuciły piosenkę o domu. Przywarły do pleców, zwiększyły rozmiar, tak że by ich nawet nikt nie poznał. Misio coś poczuł na plecach w tyle, wstał i skrzydłami ruszał za chwilę. Pofrunął jak ptaszek, pofrunął stąd, aż wleciał przez okno, znalazł tam dom, a w nim chłopczyka, takiego Krzysia, który to bardzo pokochał Misia. Poznał tam wielu przyjaciół ciekawych, też wyśmienitych do myślozabawy. Nawet ktoś o nich napisał książkę, lecz to już inny przygód początek.
-
1
-
Villanella ↔ Lody w Czekoladzie
Dekaos Dondi opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
? skosztuj dziś loda jest w czekoladzie smakiem pomarańcz pulsuje rześko chrupnęło nieco do ust go kładziesz wilgoć bąbelków w poślizgach taniec oczy i zmysły w długość zaklętą ślinisz wciąż loda jest w czekoladzie pulsuje wewnątrz szaleństwo całe w miękkości różu rozkoszną chęcią chrupnęła skórka wyjmujesz kładziesz mórz południowych smakujesz pamięć pragniesz by soczek fontanną piękną wytrysnął z loda co w czekoladzie hawaje plaża czujesz ekstazę ocieka słodycz choć usta tęsknią jest go niewiele więc go nie kładziesz dziś proponuję znów eskapadę wśród palm wędrować plażą tą krętą gdzie podaruję ci w w czekoladzie to co tak lubisz loda co pragniesz ?-
1
-
W pewnej szkole, pani nauczycielka, potknęła się o genialny pomysł. Zapragnęła obeznać dzieci z niechybną kwestią śmierci. Dla ich dobra oczywiście. Tak z głębi serca zrobić ostatecznie, dobry uczynek. Zgodnie z postanowieniem, na lekcji wychowania obywatelskiego, rzekła co następuje: –– Drogie dzieci. Chyba wiecie, co to znaczy być martwym. –– Proszę pani, proszę pani. Jasiu już wie, bo się nie rusza! –– Jasiu nie wie. Jasiu śpi jak zwykle. Po tych słowach, pani nauczycielka stuknęła jasia w ucho, które wystawało między pochyloną ku ławce głową, a ramieniem. A łaj! – dało się słyszeć. –– Widzicie dzieci kochane. Wasz kolega żyje. –– Niekoniecznie, proszę pani. Może tylko ucho. –– No tak… racja… zadanie które dla was przygotowałam, nie dotyczy Jasia… –– Jasia wszystko dotyczy. On już taki jest. Pani chwilę krąży po klasie, niczym grabarz na cmentarzu i wreszcie mówi: –– Chciałabym, aby każde z was, na następną taką lekcję, która odbędzie się za tydzień, zrobiło makietę kostnicy. –– Co to jest makieta? –– Takie małe coś, dużego czegoś. O czym to ja mówiłam? –– O makiecie. –– Właśnie. Może być z czegokolwiek. Z kartonu, włóczki i co tam w domu macie. Tylko pamiętajcie. W środku musi być trumna, z odpowiednim wypełnieniem wnętrza. W klasie daje się słyszeć odgłos szacunku. –– Proszę pani, ale pani mądrze mówi. Fajowo. –– Szkielet może być, taki bez skóry i mięsa? –– A jak wygląda kostnica? Na wspomnianej pani, uwidoczniają się pewne symptomy zniecierpliwienia. –– Drogie dzieci. Pytajcie, popatrujcie, idźcie na cmentarz, guglajcie… no sami wiecie. Od czego macie rozumki? –– Od myślenia? –– Tak dziecko. Tak. –– Proszę pani. A Jasiu powiedział, że wszystkie rozumy pojadł. Nasze też? Bo jak co, to mu przywalę. –– Co wy za głupoty opowiadacie. W tej właśnie chwili, zabrzęczał dzwonek na przerwę. –– A zatem wiecie, co macie przynieść za tydzień? Jaki to domek z wkładką, macie przygotować. Żebym nie musiała wam codziennie przypominać. Po tygodniu. — Ależ Zuzia. Spójrz na makiety, które zrobiły inne dzieci. Nawet Jasiu coś zmajstrował. A wszystkie wewnątrz mają co? No pytam się? –– Trupka, proszę pani. –– Właśnie. A w twoim nic. Pusto w trumience. Tylko jakieś czerwonawe kłaczki… skrawek parówki… czy czegoś tam… mazidło jakieś. Naprawdę nie mogłaś powiedzieć rodzicom, zęby ci leguminę kupili, żebyś mogła z niej ulepić… –– Modelinę jak już, proszę pani. — Ty się Jasiu nie wtrącaj przez sen. No tak… mniejsza z tym. Gdzie jest trupek, pytam się. Gdzie on jest? Może uciekł, co? –– Nie uciekł, ale chociaż malutki, cały się nie zmieścił. A pani zamiast docenić moje zaangażowanie, to jeszcze na mnie krzyczy. –– Nie zmieścił? Mogłaś zrobić mniejszego. Dopasować do warunków mieszkaniowych M1. I nie krzyczę, tylko mówię podniesionym głosem. Chyba zdajesz sobie sprawę, że będę musiała ocenę obniżyć. Nie jest ci wstyd? Tak na ciebie liczyłam. Twój mały braciszek, by się bardziej wywiązał. –– Ja nie mam braciszka, proszę pani. –– Jak to nie masz. A rodziców pytałaś? –– Rodzice jeszcze nie wiedzą, że nie mam. –– Dziecko. Co ty pleciesz. No cóż. Zmusiłaś mnie do wpisania uwagi w dzienniczku.
-
Mamo, jesteś tam? Stoję tutaj w sukience, którą mi uszyłaś, z takim śmiesznym kołnierzykiem. Masz fajny kwiatkowy grobek i fajnie wygląda w słoneczku. Przyznaję, niektóre są sztuczne i oślinione przeze mnie i głupio pogniecione, ale sama zrobiłam z kolorowych papierków, najlepiej jak umiałam. Teraz też mnie widzisz. Wiem, że tak. Co za głupie chmury. Zaczęły zasłaniać niebo. Nie będę mogła myśleć, że mnie widzisz. Chętnie bym je kopnęła w baranka. Ojej! Chyba przemoknę. Zaczyna padać. Hura! Już wiem. W nim się kryją twoje łzy szczęścia… tylko przepraszam mamusiu. Nie rozpoznam ich w tym deszczu, żebym się mogła do nich przytulić.
-
...wyplatam wiersz gęsto dziergany cieplutki też warkoczy wersów sensowna pieśń czytaj namiętnie zachwycaj się najbardziej cudne dla siebie bierz pogięło cię spadaj na ziemię ja w stresie drżę i zimno mi jest o! co o? bęc już wiem! załóż go prędko chociaż będzie ci ciepło
-
czasami łatwiej nad ścieżką szybować niż zostawiać ślady których nikt nie szuka * na pewno nastąpi mówi się trudno chwila ostatnia co zablokuje jutro
-
1
-
tam o zmierzchu szepce bagno wyżłobione z poezji gęstym dławiącym powabem wierszem w szarości kąsanej lśnieniem księżyca twarz sierścią mgły zakryta postrzępionym świtem nie ostygł z jutrzenki jeszcze * zanurz się we mnie o nic nie pytaj * doznań cud... gul gul mdlący słodkawy śmiech brak tchu za bardzo wciągnął wiersz ów
-
1
-
lepiej lepić klepki od nowa niżby miało piątej brakować
-
Wersja wydłużona ------------------ rozetnij mnie ostrym nożem zaś powieś dokończ na haku nadziej by włożyć na rożen dopraw papryczką do smaku przetkany zębatą rureczką by ciało nie mogło się smykać nad ogniem będę wirować w tłuszczyku pysia pyk pykać )`~`( gorące twe pożądanie wnętrzności ogniem rozpala skwierczę w skórce chrupiącej płaszczyk miłości mnie scala mięsko się z lekka rumieni a kłaki płoną perliście żar z oczu na ciebie płynie rozpalasz mnie oczywiście oglądam twoje powaby nadziewasz się też szykujesz warzywka tkasz w każdą dziurkę za chwilę ślicznie wirujesz przyprawy sypiesz na wdzięki powab pragniesz polepszyć ale jeszcze… rozumiesz przydało by się popieprzyć rozkosznie tak razem dymić podroby są nasze gorące ozdobił nas kwiatuszkami wiosenną łąką pachnące słyszymy śpiewy skowronka te delikatne wszak dzwony aż nagle pieśń się urywa nurkuje ptaszek pieczony spada rozgrzany na rożen aż zaskwierczała ma kuśka odbił się jeszcze rozkosznie dziurawiąc twego cycuszka syczę ci skwarem komplement w bąbelkach jesteś cukierkiem ty mnie za to z czułością pieścisz spieczonym żeberkiem kapie tłuszczyk oj kapie nakapie więcej niż deczko oj duli duli śmigamy jak w tańcu miła dzieweczko w oddali krówka coś muczy spoziera tęsknie na byka chociaż ma oczy maślane nie czuje nawet płomyka raptownie jestem zdziwiony stałaś się mało widoczna cholera czegoś brakuje wyciekła mi gałka oczna z rozpaczy pot cię zalewa zwęglone serduszko ci trzaska zerkłem i wiem już dlaczego odpadła mi kiełbaska zaiste to problem palący wrócimy znowu w tygodniu gdyż dwie pieczenie jest taniej usmażyć na jednym ogniu gospodarz cierpliwie obracał takie są prawdy faktyczne fajnie w urlopie odwiedzić gospodarstwo agroturystyczne
-
jestem klatką wyjść warto szanse marne chociaż drzwi otwarte
-
1
-
Powiedz mi… długo mam jeszcze błądzić po rozdrożach dróg, szukając tej jednej, ponad wszystko właściwej, prowadzącej do kryształowej komnaty. A może pofrunąć pod nieboskłon nieba. Wtopić w bezchmurne szaleństwo. Przeistoczyć ciało w błękitną cząstką farby. Rzucić na wiecznie drgający obraz kwadratowych kół. Przecież już tyle razy szukałem najsłabszego ogniwa. Stalowy łańcuch, cały czas wisi na mojej szyi. Otula zimnym gładkim ściskaniem. Jak mam zatem odnaleźć to najbardziej słabe, skoro jestem istotną cząstką całego zamieszania, a zwierciadło już dawno rozbite. A gdyby tak poszybować w głąb umysłu. Poznać kwitnące kwiaty własnych myśli. Postarać się wzlecieć pod samo sklepienie sensu istnienia. Doznań i odczuć. Pojąć nazwy wszystkich różnorodnych drzew. Wyodrębnić gatunki. Poznać sens wyrastania ku niebu. Aż w końcu zgłębić i zrozumieć: tajemnicę lasu. O nie. To nie takie proste. Ogrodzenie jest piekielnie wysokie. Zbudowane ze skalpeli i brzytew. Sięga poza horyzont postrzegania i wytęsknionych zdarzeń. Na krawędziach przeistoczenia płoną tajemnice. Widzę pomarańczową łunę. Zaprasza do siebie. Boję się podchodzić bliżej. Nie potrafię zgłębić aż takiego żaru. Macki lęku zagradzają drogę. Suną w moją stronę. Otaczają i zamykają w uścisku, który dławi i wyciska odwagę. A nawet gdyby zaryzykować, to w końcu zawładną mną moje blizny. To już nie będę ja. Stanę się jedną wielką raną. Co z tego, że wiele zrozumiem, skoro ciało będzie zgliszczami opakowania lub kupką gorącego popiołu, nieprzydatne dla innych ludzi. A gdyby zostać strumyczkiem. Początkiem rzeki. Póki co błądzę po suchych zwiędłych liściach. Skrzypią i trzeszczą pod stopami, jak wyschnięte kokony zasuszonych, aczkolwiek zimnych jak lód, poczwarek. Cały czas podążam w kierunku urwiska oblodzonego płaskowyżu. Widzę krawędź, lecz jeszcze nie wiem, co jest poza. Czy będę spadać, stukając o wystające skały, czy pofrunę na drugą stronę uśpionego snu. A może dotrwam do dna. Jeżeli nie będzie wystających szpikulców, to dostanę ostatnią możliwość odbicia. W przeciwnym wypadku, utknę jak ten motyl w gablocie, nadziany na szansę, którą kiedyś przegapił. Dostrzegam wokół dziwne zjawisko. Drzewa zawiązują supełki. Ale tylko niektóre. Mają prawdziwy problem ze swoją koroną. Im większa, tym gorzej. Nie mogą jej przecisnąć przez mały otwór, wytworzony przez kółeczko stworzone przez pień. Mam nieodparte wrażenie, że te co nie podołają, zmarnieją i umrą, mimo dostatku potrzebnej wody. Przytłacza mnie czubek własnej korony i cała reszta. Bardzo. Właśnie zaczyna padać. Wiele liści przygniata stado spadających cząstek. Jedne dziurawią żyłkową powierzchnie, a po innych wilgotność orzeźwiająco spływa. Mała biedronka startuje z zielonego pasemka, rozbryzgując skrzydełkami kropelkę wody. Ma jednak pecha. Płonie w oślepiających promieniach słońca. Myślała, że tam gdzie jasność to musi być szczęście. A tu figa z makiem albo nawet tego nie ma. Żadnych reguł. Jaskrawe światło bywa gorsze niż mrok. Przebija powieki, gdy zupełnie niespodziewanie, człowieka dopada jak płonąca bestia z wrzącą krwią. Wlatuje do gardła świadomości, podświadomości, wypalając wiele na swojej drodze. Gdyby można było wypluć chociaż trochę: lepkiej gorącej mazi. Dławiącego skrawka własnego: ego. Pozbyć się kolczastych ziarenek przeistoczonej opacznie egzystencji. Szybuję nad morzem. Gładkim, nienaruszonym. Nagle w niektórych miejscach woda zamarza. Tworzą się kwadraty i koła o równych polach. Wiem, że to niemożliwe. Z nieba zwisa wstęga liczba: Pi. Jej koniec omiata mi twarz. Spoglądam w dół. Dostrzegam drugą stronę planety i podeszwy chodzących ludzi. Z zielonkawej toni wyrastają grube łodygi morskich kwiatów. A na każdym z nich przyczajony rekin. Ludzkie szczątki wystają mu z pyska. To nawet ciekawie by wyglądało, gdyby nie to, że nie mogę wzlecieć wyżej ani się zatrzymać. Kawałek po kawałku podgryzają moje fruwające niby ciało. Siedzą przyczajone między białymi płatkami ogromnych kwiatów. Jak jakieś zmutowane szare pszczoły. Coraz bardziej mnie ubywa. Nie czuję już bólu. Został czysty umysł. Tego mi nie zjedzą. Nigdy! Przenigdy! Za mało krwisty i pożywny. Nawet dla takich bestii. Nagle morze znika. Idę po zielonym promieniu nad głęboką przepaścią. Widzę ogromną kołyskę. Słyszę głośne chlupotanie i szum. To krew przelewa się przez brzegi. Cienkie pasemka czerwoności, znikają na dole we mgle. Z wnętrza łóżeczka wystaje czarny sztylet, z postrzępionymi kawałkami początków kwiatów. Są różowe. Kolor stanowi wypadkową dwóch istotnych barw. Przylepione do ostrza, mimo wszystko pragną uciec, by dalej rosnąć. Nic z tego. Ostrze jest przeszkodą nie do przejścia. Nie zaglądam do środka. Pod prześwitującą drogą przelatuje zielonkawa kukułka. Płynę nad pustynią. Widzę w dole własne ślady. Czyżbym kiedyś tu był? Na tym prawie pustkowiu, gdzie tylko piasek jest panem i władcą samego siebie. No… może nie do końca. Kolce kaktusa wciskają swe ostrza do czeluści brzucha. Żeby chociaż miały tępe końcówki. Albo lepiej nie. Wchodziły by wolno i dłużej by trwała ułuda cierpienia. A właściwie jaka to różnica? Rzeczywistość czy halucynacja. Tak samo boli. Piasek wlatuje w oczy pod sklepienie powiek. Rani przy zamykaniu i otwieraniu. Małe kuleczki skrzypią boleśnie, między okiem a skórą. Och, żeby tak nie mieć tych zasłonek na wiercących się gałkach. Co za głupoty przychodzą mi do głowy. To chyba od słońca. Pot zalewa oczy. Dostrzegam drgające powietrze. Widzę jezioro, ale tylko widzę. Tak naprawdę go nie ma. Jest owszem, ale w moim umyślę. A stamtąd się nie napiję. Dostrzegam szklankę pełną wody. Biorę do ręki. Dokładam do spieczonych ust. Przechylam. Powstająca dziura otwiera dno. Ożywcza ciecz płynie pod górę w odwrotnym kierunku. Wylatuje na zewnątrz i wsiąka w piasek. Stoję na powierzchni nieokreślonej. Podchodzi do mnie stwór, o tożsamym wyglądzie. Czyli nijakim. Jest duży i ma wiele zębów. Mówi do mnie proste, lecz znamienne słowa: – Człowieku! Ty pomyśl… – Cały czas myślę… – … że za chwilę ciebie zjem. – A czemu? – Żebyś zrozumiał. Nie zdążyłem cokolwiek powiedzieć. Jestem między wielkimi zębami. Reszta wystaje z tyłu. Coraz bardziej mnie połyka. Kości trzeszczą i cały trzeszczę. Nie odczuwam bólu, ale mam wrażenie zgniatania. I słusznie! Wsuwa mnie głębiej i głębiej. Widzę po bokach różnorodną krainę wnętrzności. Czuję ich pulsowanie. Przesuwają się po mnie, jak oślizgłe pijawki. Jestem rozdrabniany na różnorodne cząstki. Nagle jestem na zewnątrz. Mój umysł stoi na czymś w rodzaju pola. Wokół jak okiem sięgnąć biegają tysiące mnie. Tyle że: małych. Mniejszych od krasnoludków. Niczym bliźniacze obrazki, w kawałeczkach potrzaskanego lustra, które sam kiedyś rozbiłem. Słyszę głos z tyłu. Obracam się. Widzę tego samego stwora. Słowa znowu są dziwne. – Jeden z nich, to ty. Musisz go znaleźć. Wtedy się powiększy. W takie małe ciało, nie pomieścisz wszystkich: radości, smutków, wspomnień, cierpień i tym podobne. A nawet gdyby, to przebiją skórę, by wystawać po bokach. – Przecież one są dokładnie takie same. Skąd będę wiedział, że to: ja. Durnia ze mnie robisz? – Raczej pragnę ocalić. Popatruj dokładnie. Będziesz wiedział. Po tych słowach po prostu znika. Nagle widzę jednego z nich. Stoi oparty o drzewo. Pod spodem trójkątny prześwit. A zatem sztywny. Podpływam bliżej. Także zimny. Wiem, że kiedyś muszę umrzeć. A zatem to jestem ja. Zwiększa swoją wielkość. Gdy ma rozmiar człowieka, wlatuję w jego ciało. Jakieś inne, obce ale z pewnością: moje. Leżę w ożywczej trumnie. Takie mam odczucie. Czuję zapach lasu. Krawędzie umykają do góry. Słyszę szelest poduszki. Ociera się o świeże drewno ścian. Coraz głębiej i głębiej. Szybciej i szybciej. Nie odczuwam lęku. Raczej ciekawość. Teraz leżę plecami do góry. To co widzę na dole, nie da się określić słowami. Wtem pode mną dostrzegam cień. Do uszu dobiega: dziwny głuchy odgłos. Jakaś siła zamyka nade mną wieko. Ciemność zapada bardzo szybko. Nagle jestem gdzie indziej. Zdążyłem uciec, lub raczej: to coś mi pozwoliło. Widzę znowu ten sam cień. Ale jego źródło, zostawiłem w tamtym świecie. Skrawki ciemności krążą jakiś czas między drzewami, by po chwili zniknąć. Co za piękny sad. Powietrze pachnie słodkimi owocami. Pomarańcze, śliwki, jabłka i banany tańcują przed oczami, niczym tancerki na łąkowej scenie. Upleciona z porannej mgły, oświetlonej poświatą w kształcie pięciolinii i dźwięcznych nut, sama w sobie jest dziełem sztuki. Pszczoły w kolorowych sukienkach, nakładają łyżeczkami wyrzeźbionymi z wosku, odrobinki miodu, do kryształowych kubeczków wyżłobionych w mroźnych sopelkach. Jak to możliwe, że tak tu piękne. Na gałązkach kwitną kolibry. Malutkie i różnokolorowe. Dopiero są małymi pąkami. Wiatraczki wirują na ich maciupeńkich grzbietach. Niektóre już teraz startują z gałązek i wzlatują jak miniaturowe helikoptery. Strumyczek przezroczysty tak bardzo, że widać przez niego myśli ryb, unosi swoją rześką wstęgę, ukośnie do zielonej falującej trawy. Jak srebrzysty wąż wije się na wszystkie strony, opłukując drzewa i mnie z niepotrzebnego brudu. Koi rany. Owija migoczącym światem. Bystre rybki ocierają się o ciało. Jestem wewnątrz, lecz mogę oddychać. Nawet lepiej niż powietrzem. Słyszę skowronka. Siedzi na wysokiej wzniesionej fali. Dosięga śpiewem błękitu nieba. Kapią stamtąd: odrobinki słodkiego do nieprzytomności: piołunu. Za następną stroną horyzontu, widzę kolejną. Pod sklepieniem umysłu, szybują przezroczyste ćmy, pytań i zwątpień. Żeby tylko nie przylgnęły wygodnie do światła, zapominając o zgłębiania istoty i sensu, działania lampy.
-
klucz pewny swego świętość w sobie mam i czas czeka mnie życie cudne przekręcił się w czarnej dziurce * polerował drewno zostały drzazgi z nazwy był ścierny naprawdę gładki * ściana ma dylemat tynkiem trwożna wiecznie miłować gwóźdź czy młotka w obrazka kontekście
-
Trochę inna wersja dawnego tekstu. Była owiązana białą kokardką, a na ozdobnym kartoniku, widniało słowo: przepraszam. Po wejściu do mieszkania, oprócz ciała w dwóch częściach, zauważono na stole porozrywaną doszczętnie piłkę. * ~ Aż tak by się zmienił? ~ Albo nie chce nam przeszkadzać. ~ Coś go nie słuchać ostatnio. Może wyjechał. ~ Wiesz... my to już starzy. Nie mamy zbyt wiele czasu na poprawę. Ale on. ~ Było by miło. Nawet placek dzisiaj kupiłam. Miałam przeczucie, że coś się wydarzy ważnego. ~ Mówisz? Tylko patrzeć, jak zapuka do drzwi. ~ Nigdy nie wiadomo. Jest młody. Wiele życia przed nim. ~ Jakoś w to nie wierzę. ~ No tak. Może teraz się zmieni. Na lepsze. ~ Sam wiesz, ile razy żeśmy go błagali, żeby chociaż w nocy, nie walił piłką o podłogę. ~ Tylko raz, czy dwa. ~ Słyszałeś? Coś stuknęło o sufit. * Obudził się tylko po to, żeby umrzeć. Gdy go wyrwał ze snu dźwięk dzwonka, zepchnął budzik ze stołu i spał dalej. Niestety. Planował właśnie dziś, zejść do nich, by im coś powiedzieć. Położył na stole i nastawił budzenie. Sąsiedzi, mieszkający piętro niżej, mieli wrócić o tej godzinie z miasta. Czas minął. Ślizgnęła się na kałuży i znieruchomiała przy ścianie, obok nietykającego zegarka. Obraz ten kołował w mózgu, gdy jego odcięta głowa leciała na podłogę, w kojącym szumie czerwonej fontanny. Ostatnim widokiem, który ujrzał w swoim życiu, był oślepiający, wcale nie łagodny, blask srebrnego ostrza. ~ Wiem, wiem, ale... ~ Obejrzyj po raz ostatni swój pokój. Pomyśl o przeszłości, że nie znałeś dnia, ani godziny. ~ Przecież próbowałem. ~ Drzwi do tego świata, zostaną zamknięte za tobą, a ty zostaniesz na zewnątrz zupełnie sam. Nie ma żadnego: ale. Bez możliwości powrotu. Twoje gdybanie, co mogłem lepiej, inaczej, już nic nie pomoże. Co dalej będzie... no cóż. Tego nie wiem. Stamtąd już nie naprawisz tego, co tu nabroiłeś. ~ Ale… ~ Ja tu tylko sprzątam. Nic więcej nie wiem. Tak na mój rozum, coś mi się widzi, że układałeś te twoje szczęśliwe puzzle, nie bacząc na to, jaki obraz tworzysz dla innych, po drugiej stronie układanki. ~ Ale dlaczego? ~ Nic nie masz przed sobą. Tylko mnie! ~ Wiem kim jesteś. Banalnym widokiem. Mam jeszcze tyle życia przed sobą! To niesprawiedliwe. Nie masz prawa tego robić. To nie może spotkać właśnie mnie. Dlaczego kogoś innego nie zabierzesz? Nie wierzę, że tu stoisz. ~ Właśnie! Zgodnie z twoim. Po trupach do celu. ~ Jak to czas umierać? Czy ciebie normalnie pogięło? Właśnie teraz, kiedy jestem taki szczęśliwy i taki młody? Gdy wszystko przebiega zgodnie z moim planem. Oczywiście chciał wstać, ale nie mógł. ~ Może trochę przesadziłam, ale cóż... czas umierać. Wyniosą ciebie dopiero wtedy, gdy zwłoki zaczną cuchnąć, a twój smród, który wlókł się za tobą i był zakałą dla innym, zacznie gęsto wyciekać przez szpary na korytarz. Nawet nie próbuj. Tyle razy miałeś szanse w życiu, żeby wstać i spojrzeć na to co wyprawiasz, z tak zwanej: szerszej perspektywy. Już nigdy nie wstaniesz z tego krzesła. Sytuacja uległa gwałtownej zmianie, gdy zwidy przemówiły. Tym bardziej, że był człowiekiem myślącym przeważnie o sobie, a zatem jakiekolwiek: poza, nie przykuwało specjalnie jego uwagi. Aczkolwiek przypuszczał, że to tylko halucynki niezupełnie rozbudzonego umysłu. Może jedynie nieco zdenerwowały swoją banalnością. Widok, który ujrzał po podniesieniu żaluzji szeleszczących na gałkach ocznych, nie wyprowadził aż tak bardzo z równowagi, zapętlonego umysłu. Zdrzemnął się w swoim pokoju na własnym krześle. Jak codziennie zazwyczaj bywa, znowu kolejny wieczór. A po nim słoneczko zaświeci wesoło. Czy nie dla wszystkich?