Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Dekaos Dondi

Użytkownicy
  • Postów

    2 878
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    3

Treść opublikowana przez Dekaos Dondi

  1. dzisiaj wciąż płoniesz w ciszy piosenko lecz jeszcze dźwięczą nutki popiołu zrodzisz się śpiewem w brzmienie zaklętą klucz wiolinowy w tę nockę ciemną zalśnił krzyżykiem pragnąc cię wspomóc choć ciągle płoniesz w ciszy piosenko skowronek wiosnę śpiewa ci piękną o pięciolinii o twoim domu kiedyś powrócisz w brzmienie zaklętą żółtą błękitną ścieżką choć ciężko pod niebem cieni lecz z wiarą znowu choć nadal płoniesz w ciszy piosenko słyszysz nie gaśnie śpiewną jutrzenką nuci o brzasku bo znów ma komu płaczesz ze szczęścia w brzmienie zaklętą kołysz świetliku tak wróżki szepczą kiedy spokojnie śni o muzyce ciepłe ognisko nie budź się prędko ze snu gdzie tańczysz w brzmienie zaklętą
  2. Dekaos Dondi

    Decyzja

    W oknie widzę go. Coś wrzeszczy. Macha ręką. Przewiduję to. Skoczyć się wybiera. Dlatego puentą, jest materac.
  3. Mówiono na nich: nasiona klonu, gdyż zrośnięci bokami głów, przypominali owe. Konserwatywna społeczność osady mająca ustalone poglądy, nie szczędziła im przykrości, zarówno psychicznych, jak i fizycznych. Kiedyś późnym popołudniem doznali przedziwnej wizji. Na tle nieba spostrzegli wirujący, żółtawy obiekt. Wystająca srebrzysta długość, odbijała pomarańczowe światło. Usłyszeli pytanie: –– Widzicie ten piękny klon? –– Tak. –– Pragnie być ścięty, żebym i was mogła rozdzielić. Chcecie tego? * Czują tylko lekkie łaskotanie miłosiernej piły mechanicznej, choć krew tryska obficie. Rany zabliźniają się momentalnie. –– Nie żal ci klonu? –– Żal? O kant dupy go rozbić. To tylko głupie drzewo. Ważne, że jesteśmy rozdzieleni. –– Niezupełnie. Raczej złączeni czymś innym.
  4. GrumpyElf↔Dzięki:)↔Zatem miło mi, skoro jeno "napsocił" a nie np:↔poturbował?:) Pozdrawiam:))
  5. –– ... –– ... –– ... –– ... –– ... –– ... –– ... –– ... –– ... –– ...
  6. Waldemar_Talar_Talar↔Dzięki za→"Witam" i "jestem na tak"↔Pozdrawiam:))
  7. Dared↔Dzięki:)↔Możliwe, że kładka by się zdała, ale bez niej, bardziej... niejednoznacznie, w pewnym sensie jest:))↔Jak kto zrozumie:)↔Pozdrawiam:)
  8. rulonik naleśnika nafaszerowany pożądaniem z domieszką żyletek miłością ostrą jak chili przecinasz głodnym wzrokiem smażone gałki oczne na skwierczącym tłuszczu wzajemnej fascynacji kolorowe baloniki niektóre mokre strzępki pogryzione zepsutymi zębami buszują w cierniach słonecznych zbóż wyobraźni muskanych tęsknotą drapieżnych kubków smakowych dozują chwile oczekiwania wycinają w mózgu krwawe bruzdy zawładną podniebieniem subtelnym aromatem kawy pulsującym masełkiem na skwierczącej skórce dłoni zamglone powiewem eterycznych skrzydełek baniek mydlanych na wrzących wilgotnych ustach
  9. spadałem nadal spadam właśnie spadochron czy zdążę halo tu ziemia otwieram
  10. Violetta↔Dzięki:)↔Skoro twierdzisz, że urocze jest, to wierzę też:))↔Pozdrawiam:) * Daredzie↔Dzięki za szczerość:)↔Hmm... gdyby nie było pierwszej, to by nie było drugiej. Jak to w życiu bywa. Różne kolejności bywają. Czasami trza przełknąć "gorzką pigułkę" by cieszyć się chcianą:))↔Pozdrawiam:)
  11. och ty mój rzepaku co tak żółcisz pola jam płaczącą wierzbą gdyż nie będę twoja ilość wszak przytłacza wszędzie szukam ciebie tym samym kolorem zacałuniasz ziemię tam na horyzoncie masz na łanach błękit barwy dwie malujesz aleś bardziej piękny ~ szła dzieweczka miedzą zajączek napomknął drzewo przygnębione chociaż świeci słonko pomyślała przeto do domku pobiegła w paluszki capnęła pomogę jest pewna miłość wytęskniona ciemnym wydrążeniem witki nadal wiszą lecz uschniętych wiele chlusnęła z rozmachem w wierzbową niedolę zamiast łez migocze rzepakowy olej
  12. Właśnie w tej chwili dostałem: głupawki. W związku z tym, postanawiam pomaszerować na miasto, by zadawać ludziom głupie pytania i patrzeć, jak zareagują. Myślę sobie, kielcząc się do lustra, że to może być fajna zabawa. Taki swoisty: test psychologiczny. Tylko muszę być poważny a chichrać się w duchu. Stoję na chodniku. Idzie jakaś staruszka. Tak ledwo ledwo, z laski na nogę. Gdy przechodzi obok mnie, mówię wesoło: – Mam pytanie. Czy jest pani płodna? – Nie, nie, młodzieńcze. Nie jestem głodna. Ale bardzo dziękuję za troskę. Weź karmelka. Świeżo kupiłam. – Bardzo dziękuję, ale nie mogę. Stanie mi w gardle a pani mnie wsadzi do trumny. – Nie bądź taki dumny młodzieńcze. Mam dosyć. Ady weź. Muszę ją czymś zdenerwować. Zaczyna byś mniej radośnie. – Pani jest brzydka jak straszna noc. – Niepotrzebny mi koc. Jeszcze spać nie idę. Pójdę już, bo pan wariat, tak? Stara jestem, ale rozum mam nie tam, gdzie pan. Żegnam. Pierwsze koty za płoty Podchodzę do eleganckiego pana w garniturze. – Mogę o coś zapytać? – Owszem. – Dlaczego pan trzyma ręce w kieszeniach i gwiżdże na całą ulicę? – Pan choryś? Piątą zgubiłeś? Znikły fałdki pod kością czaszki? – Nie. Poważnie pytam. – Poważnie? Nie mam rąk w kieszeniach i nie gwiżdżę. A teraz żegnam. – To dlaczego ludzie zatykają uszy. Nie dosyć, że pan kulki w portkach głośno przerzucasz, to jeszcze dodatkowo hałasujesz po nocach. – Proszę mnie puścić i nie gadać głupot. – Niech pan nie odchodzi. Poczekajmy na następnych. Fajnie może być. Ojej. Idzie kolejny starszy pan. Na samych szanowanych trafiam. Spiesznie zagaduję, żeby mi ten pierwszy, z nudów nie zwiał. – Spójrz pan na tego. Jak świetnie ubrany. A pan co? Bieda z nędzą. Pan mu tego garnituru zazdrościsz. Widzę błysk w pana oczach. – Chce pan w pysk? Nie rozumiem, o co biega. To jakiś test? Wypuścili czuba, żeby się racjonalizował na ulicy. – Pan o mnie mówi? – Nie. O bałwanie ze śniegu. Też ma luzy między kryształkami. – Panie, ten pan wszystkich zaczepia i obraża. Trzeba mu przywalić zamrożoną Królewną Śnieżką. Podbiega mała dziewczynka i drze się wesoło: – Babciu! Chodź szybko. Jakieś dziadki się kłócą. – Nie jestem żaden dziadek. Mam dopiero czterdzieści lat. Chociaż teraz już jestem starszy... cholera... i znowu... i znowu... i Podchodzi następny facet. Taki zupełnie wesoły. – Co tu za zbiegowisko. Mogę się przyłączyć? – Chyba jak dupa do psiego ogona. – Nie jestem psem. Wypraszam sobie. – To czemu pan szczekasz jak kot w rui? – To czemu tamten się jąka. – On się nie jąka, tylko starzeje. Na chwilę mogę dojść do swoich słów: – Tamta pani co idzie, ma czułki na głowie. To chyba jakaś Ufolica. Podchodzi babcia dziewczynki. – Co tu się wyprawia. Za moich czasów, młodzież była spokojniejsza. – Jaka z nich młodzież? Stare dziady bisurmanią! – Nie jestem stary dziad. Jam kwitnący kwiat. Zaśpiewam wam piosenkę: mam trzydzieści lat i parę sięgam brodą ponad barek – Proszę nie pić wódy na ulicy. Jam władza tutejsza. – Spadaj pan. Nic złego nie robimy w tej chwili. – Zakłócacie porządek publiczny. Na dodatek w przypadkowym gronie. – A pan co? Winogrono pędzisz? Ciekawe na co? Nadchodzi kolejny. – Ojej. Ale siupy. Coś wam powiem. Gołe baby w cukierni widziałem. Takie pomalowane i wyrośnięte. Aż miałem apetyt. – Pan sobie stań pod iluminacją świąteczną, to pana oświeci. Jestem cukiernikiem. Wypraszam sobie. – Panie, pan se kup okna z widokiem na przyszłość. Coś marnie pan wyglądasz. Sytuacja mnie przerasta. To ja miałem zadawać, pełne kultury pytania, a tu co... targ na mieście. – A ja ostatnio otwarłem drzwi kluczem gęsi. Mówię wam, zamieszanie w klatce jak cholera. – Małpa pan? – Tylko bez takich. To pan ma w ręce banana. – Ty go nie wnerwiaj, bo skórką rzuci i bliźni wyrżnie w niewinny chodnik. – Panie! Gdzie pan idziesz z tym kajakiem? – Do wywiercenia dziur niosę. Będzie lżejszy na wodzie. Podchodzi kolejne dziecko. – Czy możecie mi naprawić hulajnogę. Chcę kolegę rozjechać, bo mi ukradł poprzednią. – Chłopcze. Tu rozmawiają dorośli. A sio! A kolegę możesz po prostu kopnąć. Podchodzi matka chłopca. – Dorośli, a tępi jak obuch cepa. Takie rzeczy małego uczyć. Przejść z wózkiem nie można. Tarasujecie chodnik. Nawet dziecko mi uciekło ze strachem. – Na hulajnodze? Z wózka? Na wróble? – Na jeździtku to nie moje. Przychodzą następni przypadkowi. Widząc, że tu radośnie, to zostają. Nie tak to sobie zaplanowałem. – Ale tu jaja. Ja nie mogę. – Proszę bez takich insynuacji. A w ogóle o moich jajkach, proszę publicznie nie gadać. Wykup pan licencję, to nawet pokażę jedno albo dwa. Odzywa się babcia: – Matkości świata. Nie dosyć, że w sejmie na okrągło same bezeceństwa, to jeszcze na oczach mojej wnuczki, gołe jądra będą tańcować. – Babciu. Przecież oni o dupach nie gadają. Tylko o zwykłych jajkach. – A temu co się stało? Pan w garniturze coraz bardziej nerwowy. Cała zgraja wokół, a jemu głupio odejść, bo reszta pomyśli, że się czegoś boi. Napomyka gustownie: – Czy nie czas na rozłąkę? Wezmą nas za wariatów. – Już wzięli, to co się przejmować. Pomału wycofuję swoje ciało z tego całego zamieszania. Nie tak to miało wyglądać, ale i tak było fajnie. Jestem głodny. Odchodzę. Babcia z karmelkami też odeszła. Dogonię ją. Może mnie poczęstuje. Albo dostanę cukierkiem po łbie. To nic. Mam żółtą czapkę. Zamortyzuje babciowe uderzenie. Ktoś mnie ciągnie z tyłu za podszewkę. Patrzę, a to Ufolica, uśmiecha się przez zielone zęby z czułkami. Słyszę jej nieziemski głosik: – Słyszałam, że pan głodnyś. Świetnie się składa. Z racji nabrzmiałych stosunków między Nami a Ziemianami, kładę igłę w balonik w celu spuszczenia wrogiego powietrza w przestrzeń kosmiczną i w ramach pojednawczego gestu, zapraszam serdecznie do talerza, w celu współżycia posiłku.
  13. rosło na polu cholerstwo podłe kwiat który innym podbierał wodę aż wreszcie wyrósł pod same niebo lecz tam już miejsca nie było dla niego
  14. Dołożyłem pierwszą zwrotkę i nieco zmieniłem ----------------------------------------------- we śnie ujrzałam świetlików korzec matki natury ciał roziskrzenie słowa zielone migoczą w trzewiach tym zalśnieniem myśli zaiste koło- -wrotkiem gdy do modlitwy odnóża składam choć w swym powabie diablicą jestem mój ty wybranku pospieszaj ku mnie przyjmę chętnie w to zakleszczenie czarcie słodkie tańczy gałązka aż kropla rosy ochładza rześko seks ten owadzi jam podniecona a przeto głodna trza zaradzić na pocieszenie zaraz cię cmoknę finał już blisko aż motyl umilkł ledwo ty zipiesz ja cię wspomogę z czułym uśmiechem właśnie odgryzłam twoją głowę jutro o świcie znów się pomodlę z większym zapałem amen
  15. — Ty rano, Zaurus wstawaj. Nie w poludnie. Wszystkie obiady już dawno na nogach. A ty co. Wstań wielką, ciężką dupę, o Królu –– O Błaznozaur. Jak fajnie, żeś przy mnie i dziwnie prawisz. Aczkolwiek słyszę zatroskany wielce, iż mały żółty misiu, poprzeczkę od: ł→odgryzł ci. –– Misie będą później, o Panie, ale ten jest tu i teraz, nie wiadomo skąd i nic nie odgryzł, bo smutny. To ja się ugryzłem w język. –– Czemu smutny? Jak będziesz tak skakać do przyszłości, to cię w przeszłości zabraknie. –– W przeszlości, to mnie zawsze braknie. –– A mnie nie braknie. Gdy pomyślę… –– O rany, przez ciebie zadane pomniejszym. Umiesz? –– … że jutro jest jutro. –– No coś ty. Walnąleś mnie. Czemu? –– Pomyślałem, że warto. –– Spoko, Panie. Żartowalem tym razem… ale wróćmy do misia, o Jaśnie Wielki. Co ryczysz mi? –– Włącz myślossacza. –– Sracza? –– A fe. Myślo...ssacza. –– Do parkujurajskiego!! Nie pomyślalem. O boski ty masz łeb! –– A zatem podejdźmy do misia, tak cicho na paluszkach. –– Zwłaszcza ty o Królu, się staraj. –– Nie widzisz głupku, że mufki założyłem. –– Znowu mniej nas wokół. A co do Myślossacza, twierdzi, że to obiekt nieożywiony. Wypchany podglądaczem. –– Błaznozaur. Zdejm z niego tą okrągłą aureolę. Może blokuje. O cholera! –– Panie. Czemuś ryknąleś trwożnie? –– Nie trwożnie, durniu. * — Szefie. Klaskajmy w rączki. Eksperyment z czasem nam wypalił. Kamera holograficzna w Misiozerku działa. Widzisz Tyranozaura i jego małego? Bo my widzimy. –– Nie widzisz, że one gadają. Wysłaliśmy w obiekcie, więcej niż trzeba. –– To chyba przez pomyłkę, jeno? Przyznać się, co za dureń to wmontował? –– Jest jeszcze gorzej. On nas widzi. –– Kto? –– Jajco! Tyranozaur nas widzi. Na dodatek pokazuje środkowy pazur. –– Szefie. Co może oznaczać taki gest? –– Tylko jedno. Że to one staną się dominującym gatunkiem na Ziemi. –– Gady? –– Tak. A skąd wiesz? Co za głupie pytanie. * — Błazozaurusie. Widzisz, co im pokazuję? –– Chyba nie… to, bo patrzę na Misia. –– Nie. Nie to. Środkowy im pokazuje. –– Jacyś tacy niemrawi i wystraszeni są. –– No ba! * — Szefie. Czy to oznacza, że znikniemy. Wszystko się cofnie i rozpocznie era… no wiesz. Coś jakoś tak. –– Istnieje taka możliwość. * — O Królu. Jak sądzisz. Czemu tak ciemno wokól Misia? –– Ta ciemność nie dotyczy nas. Rozumiesz? –– Eee… no tak. Przemyślę to. * –– Szefie. Ja akurat milczałem, ale mam pomysł. Tylko jedno może nas uratować. –– Co niby? –– Wyślemy im żywego misia. Ostatniego, jakiego posiadamy. Musimy się pospieszyć, bo z czasem nie wiadomo jak może być. –– Po diabła? –– Rozmnoży się. Nowe, genialniejsze ssaki zapanują. I spoko będzie! Rajsko! — I to wszystko z jednego misia? Bez misiowej? Wątpię. –– Zmutowanego, by mógł jaja ssacze znosić. –– Chyba, że tak. –– A z ssaków powstanie człowiek, który się rozbiegnie po całym globie. Wszędzie zostawi swoje ślady. Jeszcze bardziej posiądzie ziemię. Z większym zaangażowaniem i siłą niedźwiedzia, zacznie wymyślać, cudować, ulepszać naturę. My na nowo powstaniemy, też bardziej muskularni, gdyby inni chcieli przeszkodzić i mieć inne zdanie... –– Chwila… tak sobie myślę... –– O! –– ... a może jednak lepiej, tego żywego misia, im nie wysyłajmy? –– Czyli... kryptonim: noski? * — O Królu. Spójrz. Misiowi wyrosly na glówce, takie dwa małe plucka jakby. –– Podobne do skrzydełek lub nosków. –– Wielki T. Słuszne skojarzenie. Tylko one coraz większe i coraz więcej ich. Klonują się i zaczynają stadnie wirować. Misia unosić. Chyba nam odleci w jasną cholerę. –– Czyli do przyszłości. –– Pacniesz go łapą, o Panie. –– Nie pacnę. Niech odfrunie. –– Czemu?
  16. Powiedz tak szczerze, wierzysz w banana? Tylko w skórkę A w miąższ Ależ skąd A fajnie na drzewie ci Hmm... jakoś trza żyć.
  17. Nad kuźnią ciężkie chmury, nasączone wilgotną ciemnością. Paszcza miecha rześkim jęzorem podsyca żar. Ojciec to dla mnie autorytet. Potrafi kuć żelazo póki gorące, a ponadto jest kowalem swojego losu. I nie tylko. Właśnie wykuwa lepsze dni, gdy nagle następuje metamorfoza kowadła. Spada na stopę, lekkie jak styropian. W tym momencie wchodzi część motyla. Duża. Biadoli, że zgubiła skrzydła, lecz nie wie, gdzie leżą samotne. – Wyklepię ci lepsze. Z kowadła. – Przepraszam… z czego? – słyszy przerażone pytanie. Po chwili jednak wyfruwa. Lecz na zewnątrz stare zasady pozostały. A zatem spada ociężale spod nieba. Miażdży kuźnię. Wiem, że dostanę porządne odszkodowanie. Odkuję się.
  18. W otulonej przez drzewa krainie, tańczą luzem gałęzie, ubrane w suknie z puszystego mchu i czterolistnych koniczynek. Przegrubaśne poczciwe dęby, z wiszącymi zębami w rzeźbionych beretach, szumią w rytm pluskającego czasu, w płynnych zegarach napędzanych rybami. Z falującej zieloności szybują krople muzyki. Przysiadają na liściach. Przezroczyste oczy ciekawskich motyli. Zatopione w rozkołysanym wzroku, szypułki dzikich truskawek, jeszcze bardziej czerwienią swoje krągłe ciała. W naciągniętych włosach wirujących harf, poganiane wiatrem klonowe nosy, katarowym psikaniem, wygrywają zieloną, ciepłą melodię. Buszują w kwitnących nutach, na falach przypominania, o zmurszałych pniach i bolących sękach. Starą samotną dziuplę owiewają wspomnienia, w gęstych krzewach nieuniknionej przeszłości. Jeszcze tak niedawno gościła hałaśliwe cząstki życia. Wesoło trzepotały gołymi piórami, domagając się robaczywych sił. Marudzące korony drzew, z trudem kołyszą czubate, nieuczesane czubki. Taniec jeszcze trwa, pod batutą rozbudzonej szarym świtaniem jutrzenki. Rozłożyste górne czapy, ocierają konary o drgający obraz, rozgrzanego do niezłomności nieba. Potrącają mechate barany, czochrając skołtunione pierzyny, na poduchach z wiatru. Co niektóre, te bardziej wyrwane z zakątków snów, stukają kopytami o cumulusy, płosząc niewinne kłęby błękitu. Szybują ku ziemi, otwierając gęgającym kluczem, fruwające domy, z marzeń i kwiatów paproci. Na zielonej patelni z trawy, klopsy z mgły ugniata wiatr, okraszając białoszarość pozostałością ozonu, wyciśniętego z burzowej cytryny. Dużo drzew, jeszcze niedawno, rodziło wiele owocowych dzieci. Podłamane fałszywą muzyką grających pił, straciły wiele ożywczych soków. Wsiąkły w podłoże, dla następnych pokoleń tanecznych par. Niewielki lelek zupełnie nie wie, czy ma spać, czy fruwać tak... lelum polelum. Ruch już teraz kleisty, w cieniu zaplecionych w ciszę piosenek. Spoczywają na stoliku, przykryte supłami złotych liści, zapachem słodkiego poranka, oraz cierniowymi płatkami róży. Wiklinowe fotele lekko przegniłe, podtrzymywane siłą własnego skrzypienia, dźwigają na sobie zmartwychwstałą marzannę. W gustownym kapeluszu z wodorostów, łusek rybich i marchewek morskich bałwanów, uśmiecha się falującymi ustami, od przypływu do odpływu, po horyzont nieznanych rytmów przemijania i powrotów, chcianych i niechcianych plaż. Rozmyśla nad swoim i nie swoim losem. Przebłyski słonecznych promieni, tańczą w rozczochranych włosach, uplecionych z kryształków lodu i oddechów ech. A każdy w inną stronę się ustawia, wskazując kierunek ziarnom i różnorodnym glebom, bo w końcu babie lato, też potrzebne. Z ogrodu zasłanym koronkową ściółką tajemnicy, wiele już ptaków dawno odleciało, by wreszcie zrozumieć własne pieśni. Niektóre jeszcze dźwięczą cicho, zagubione w pustych ptasich piórach lecz ciepły, lekki podmuch, rozwiewa je w niewidoczną obecność. Milkną odgłosy trzepotu skrzydeł. Kropla ożywczej rosy przygniata do ziemi podskok pasikonika, lecz wszechobecne ślady, czekają na okręgu. Gdy czas zatoczy koło, pewnie znowu się wypełnią. °-O)»[]«(O-° O«[]»O °~[]~° [] []
  19. Na kanwie linii melodycznej: "Brain Damage"↔Pink Floyd. ~~~~~~~?/–––––––– Na łące leżysz pośród traw, wariat jesteś swoje grasz. W stokrotkach błądzisz skrawkami głupich snów, chcesz pobiec tam, lecz ciągle jesteś tu. Śpiewają ślady nagich stóp, nie wracaj do nas nigdy znów, a ty szaleństwem swym czytasz księgę wspak, choć kartki jej już dawno zakrył piach. Lecz gdy zakwitnie w tobie magia zwykłych dni, choć wariat śpiewał: jestem ty Pofruniesz skrzydeł swych nie kryjąc nigdy już odsłoni księżyc słońce lśnieniem snu Na łące leżysz pośród traw, obłoki tulisz jak co dnia. Zwierciadła szukasz jest na dnie, chcesz twarz zobaczyć nie ma jej. Czy jesteś tu może jesteś tam, a skąd to wiedzieć skoro nie wiesz sam. Lecz gdy zakwitnie w tobie magia zwykłych dni, choć wariat śpiewał : jestem ty Pofruniesz skrzydeł swych nie kryjąc nigdy już odsłoni księżyc słońce lśnieniem snu
  20. Albina↔Dzięki:)↔Po zastanowieniu, zlikwidowałem przerwę:) Aczkolwiek i tak i siak, różnie zrozumieć można:)↔Pozdrawiam:)
  21. Ana↔Dzięki:)↔To tak trochę o ludzkiej psychice, która taką bywa. No ale ogólnie, imię Zuzia, to ulubione me:)↔Pozdrawiam:) Joann↔Dzięki:)↔W sumie masz rację. Lubię czasami pisać dziwnie:)↔Pozdrawiam:)
  22. Sylwester Lasota↔Dzięki:)↔Ano nie sztymuje:)) Takie to pisanie me:))↔i nie tylko↔Pozdrawiam:)) * Ana↔Dzięki za↔:)↔Pozdrawiam:)
  23. — Cześć Zuzia. –– Cześć. –– Dokąd w rączce białą myszkę niesiesz, z przetrąconym grzbietem. Powiedz mi proszę. — Na grób kotka niosę, którego kochałam najbardziej na świecie. Głodny na pewno. Szkoda, że mam dla niego, tylko jedną. –– Położysz ją na grobku? –– Tak. I zawołam, wyjdź kochany kotku. Zjedz myszkę przed drogą. Nie miałam okazji pożegnać się z tobą. Widzisz moje łzy? Szkoda, że nie możesz ze mną być. –– Rozumiem, Zuzia. A jeżeli przyjdzie inny głodny i będzie chcieć myszkę zjeść. –– No wiesz! Walnę złodzieja kamieniem w łeb! –– Na Boga dziecko, dlaczego? Nie będziesz żałować go potem? –– Żałować? Przecież to nie będzie mój kotek.
  24. biała poświata wokół żółto nam bezpiecznie wilgotno w zamknięciu nie ma co białkolić mroczne puchowe ciepło przydusi delikatnym mrokiem przeobrażenia niebezpieczne stukanie za wcześnie na sklepieniu pęknięcie światła błysk rozpołowiony świat skwierczymy nie tak miało być
  25. ––?/–– Nie do wiary. Ujrzałem diament drewniany. W zardzewiałym sumieniu zamknąłem blask. Bez skazy dar zmieszałem z błotem. Spoko. Pamiętam o tym. Kiedyś umyję, mam jeszcze czas. Hmm. W naszyjniku masz dla mnie miejsce? Ja pierdzielę! Po czorta, skoro mięknę. No nie. Kolejny już raz przyrzekam, że wrócę. I co? I pstro. Wiem. Lecz teraz odejdź. Daj mój, a nie twój kolejny dzień. Dlaczego? Ano dlatego, że kazałeś cierpieć. Innym też. No więc sam wiesz. Teraz na wszystko co z tobą jarzę patrzę niechętnie. W porządku. Luzik. Sorry. To moja opcja zła. Jam czasem cham. Co? Że nie znam godziny ani dnia? No to faktycznie problem mam Teraz akurat nie cierpię. Na twoją pomoc patrzę niechętnie. Jak kiedyś będzie źle… to kto wie? O.K. Nie ma sprawy. Tylko wiele spraw załatwię. Co? Spoko. Mam jeszcze czas. Może powrócę w chwili ostatniej. * No jasne. Rozumiem. Na podobieństwo. Miałeś misję potrzebną. Zmieniłeś diament w szkarłatne drewno. Mówisz, że za mnie też? No wiesz... … rozum postradałeś? Za taką istotę marną? Pomyśl tylko... … czy było warto?
×
×
  • Dodaj nową pozycję...