-
Postów
2 822 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
3
Treść opublikowana przez Dekaos Dondi
-
Na motywach dawnego opka. ---------------------- Dziecko radośnie mruga. Siódma rocznica początku. Czeka. Nie ma dziś problemu ze słuchem. Naciska. Za chwilę widzi. Mama idzie ciężkim krokiem. Tak. To ona. Lśniąca powierzchnia odbija promień słońca. Prowadzi zabawkę. Fajna mama. Obiecała i kupiła. Dziecko będzie miało towarzystwo. * –– Zabawko. Pobawimy się? –– Chcę do strefy. –– Jesteś moją własnością. To ja decyduję! –– ... –– Znam spoko grę. Odczepianki – doczepianki. –– ... –– Masz polubić! Wzajemny demontaż i montaż części jest fajny. * –– Przyznaję. Złamałam zasadę. Nie przeczytałam instrukcji obsługi. Odczepiłam wszystko. Coś z tego obrzydliwie sikało. Nie mogę przyczepić ponownie. Popsułam prezent. –– Nie smutaj! Kupimy nową. A ten bajzel, tatuś wyrzuci do odpadków biologicznych.
-
Kurcze, ale miłość!
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Violleta↔Ech... Różnie z tą miłością bywa. czasami jest, a czasami odpływa:) Pozdrawiam:) * TylkoJestemOna↔To chyba też zależy, od empatii żołądka:)↔Pozdrawiam:)) * Nata_ Kruk↔Dzięki:)↔Raczej na pewno:)↔Tak Dondi prawi:)↔Pozdrawiam:) -
Kurcze, ale miłość!
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Sennek↔Dzięki za uśmiechnięty uśmiech :)↔ Pozdrawiam:) * TylkoJestemOna↔Dzięki:)↔Kurczę, naprawdę nie. Musiałem pomylić drzwi:) I tak dobrze, że mnie jakiś raptor nie zauroczył. Też na dwóch biega:) P.S↔Fajny avek kolorystycznie:)↔Pozdrawiam:) -
TylkoJestemOna↔Ano!!↔Ciekawe, jaka jest geneza owego gestu. Dlaczego środkowy i kto autorem. No bo ktoś, musiał jako pierwszy. Raczej mało prawdopodobne, że dwóch jakiś człeków, np: na dwóch krańcach świata, równocześnie, pokazało. Pozdrawiam:))
-
w tarczy zegara klucz nakręca w proch obraca a gong uśpiony śni pierwszą godzinę by szare figurki szarym świtem budzić przez chwilę
-
1
-
––?/–– dzisiaj dla ciebie śpiewam piosenkę nigdzie nie odchodź słuchaj uważnie o mej tęsknocie do ciebie pięknej co zakończyła się teraz właśnie marzyłem tylko lecz dzisiaj nagle zacząłem myśleć o wnętrzu twoim trwałem w nostalgii choć ego harde często twój widok me troski koił te twoje lico nóżki powabne albo kręcenie kuperkiem jakieś wnet do kociołka ciało twe zgarnę tudzież włoszczyzny deczko nakapię to prawda cudak ze mnie i dziwak kręconych myśli w mózgu się ściele dłużej mych uczuć nie mogłem skrywać w rosole cię zjadłem z wermiszelem
-
kulturalny ze mnie gość a oni zrobili mi takie coś pozbawione są ich obydwie dłonie ale czemu? może dlatego, że były środkowe?
-
z muzyki łąki uplećmy ciszę w warkocz co lśnieniem serca oplata tylko w milczeniu warto usłyszeć woń pragnień czystych łez i uśmiechów w polnych kwiatach choć papierowe bywają marzenia i płoną szybko tam w oddali a zapach dymu zdławił pozmieniał to przecież można skazę kryształu zapachem świtu co lśni ocalić
-
Dziewczyna nielichej urody, niesie aparat fotograficzny. Idzie przez łąkę. Uwielbia robić fotki. Łapać kawałki świata. Widzi kwiat. Uschniętą maszkarę cuchnącą. Właśnie tobie zrobię zdjęcie. Jak tylko migawka wybrzmiała, z kwiatka zrobiła się wróżka. Podarowała jej wspaniały aparat. Obdarowaną zakryła matryca zachwytu. W tym samym momencie, wszystkie kwiaty na łące zwiędły.
-
TylkoJestemOna↔Oczywiście, że tak:)↔Omijam szerokim łukiem, bym nie uległ, infekcji:)↔Pozdrawiam:)
-
To owa trójca. Jakby wspólna. Chcesz do nich dołączyć? Nie czekaj jutra. Lecz poza reklamą, zapytam grzecznie, Kto wy, proszę, powiedzcie imiona. Śmieciu, ty nie wiesz. Gnido, szmato, w durnych rozumu szponach. Z tobą nam prawić nie warto! I w ogóle, śmiesz nas pytać. To wszakże my: pogarda, zawiść i pycha.
-
Kamień i Syzyf↔wersja alternatywna
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
WiechuJK↔Dzięki:)↔ Z pewnych względów, kamień go wnerwił. Ale gdyby go nie zepchnął, to ów, by spokojnie leżał na górze, a Syziu, by z owej zszedł i byłby consensus. No ale, rozumieć można inaczej.Tak jak prawisz, że nauka, poszła w las.. i jeszcze inaczej. Jak kto spojrzy:))↔Pozdrawiam:) -
Wilk, Owieczka i Reszta
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
Kwiatuszku↔Dzięki... za bardzo fajną. Fajnie to słyszeć:))↔Pozdrawiam:) -
Przezroczystość Wiatru
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Waldemar_Talar_Talar↔Dzięki:)↔Trafiłeś w punkt!:))↔Bo nie zawsze ciekawie piszę. A tym bardziej mądrze:)↔Taka jest prawda:)↔Pozdrawiam:)) -
Konrad Koper↔Dzięki:)↔To chociaż coś. Bo w mych tekstach, różnie... Pozdrawiam:))
-
Kamień i Syzyf↔wersja alternatywna
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
TykoJestemOna↔Dzięki za "No i dobre"↔No i dobrze!:) P.S↔Masz nietuzinkowy nick:)↔Z tym gniewem, to prawdą być może. Albo raczej jest na pewno:)↔Pozdrawiam:)) -
Leszczym↔Dzięki:)↔Też tak sądzę. Zawsze jakiś zasób wiedzy, chociaż nie zawsze trafiony... na skórce:))↔Pozdrawiam
-
Horyzont Życia
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Goździk↔Dzięki za "fajne" ↔No tak to w życiu bywa. A poza tym, nie znasz dnia... :) Pozdrawiam:)) -
Trochę inna wersja ------------------- gdy zlęknione szybowały o poranku w białych mgłach tulących świt rozedrgany obraz jutrzenki był ledwo widoczny przezroczysta noc unosiła się nisko na łąką kryjąc przesłanie ciemnej strony księżyca dlatego odczuwały niepokój krążąc nad koronami drzew prosząc wiatr o niezwątpienie w unoszeniu zwyczajnych spraw z końcem dla początku bez końca w wietrznym przemijaniu niekończących się chwil gdy tu przeminą już te same nie wrócą bo bywa tak że los oddali a ty głupi nie wiesz początek cierpienia czy właśnie ocalił
-
pozwólcie mi zaśpiewać piosenkę o przyszłej ludzkości kolokwialnie mówiąc nieco nieidealnej rozumiem chcecie mnie zagłuszyć bananem ale kiedyś zejdę z drzewa poślizgniecie się na rzuconej przeze mnie skórce
-
Kamień i Syzyf↔wersja alternatywna
Dekaos Dondi opublikował(a) utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
Strudzony i spocony Syzyf, znowu wtacza kamień na wierzchołek góry. Gdyby nerkowy, to by nie miał problemu. Jednakowoż ten akurat, jest bezczelnie dużo większy, ale chociaż kulisty. To zawsze pewne ułatwienie. Cóż z tego, skoro już wiele razy musiał się biegiem cofać. I to do tyłu, by nie zostać przewałkowanym. Jednak kolejne omawiane wtaczanie, ma trochę inny przebieg. Nie dosyć, że zdyszany, ślizga się na strugach własnego potu, to jeszcze musi czas poświęcić, na zdziwienie. A dlaczegóż to? – pyta w myślach sam siebie. Ano dlatego, że kamień przemówił, mimo że ów nie miał czym. –– Wiesz co Syziu, wnerwiasz mnie? — Cze… mu? – pyta zapytany na dwa razy, bo musi odsapnąć. –– Czemu, sremu. Uwierz, że potrafisz. –– Co? –– Pstro! Wtoczyć mnie. Póki co, to tylko molestujesz moją gładź spoconymi łapskami! –– Mole co? Cię… żki jesteś – sumituje się, dysząc. –– A gdzie tam. Jestem zrobiony z pewnego materiału. Lekkuśki on bardzo. Wierzysz? –– Niby w c…o? –– Matkości świata. Ile razy chcesz mnie turlać? Kręćka dostaję od tego. –– Dlatego głu… poty prawisz? Że niby lekuśki jesteś. –– Kręćka dostaję podwójnego, bo nie z kumatym, bez wiary we własne siły, gadam. –– Zamienimy s…ię? Kamień jednak nie wyraził chęci. Natomiast chciał przestać się kręcić. –– Posłuchaj Syziu… Jednak w tym właśnie momencie, zaczyna się turlać jeszcze szybciej do tyłu, wyobrażając sobie przed sobą, biegnące ciało rozmówcy. Gdy wszystko wraca do przysłowiowej normy wtaczania, targa przerwany wątek. –– … mnie uważnie. Tak po prawdzie, jak dałem do zrozumienia wyżej, nie jestem kamieniem, tylko wyglądam jak kamień, a ty ulegasz sugestii, że muszę być bardzo ciężki. –– Bo je… steś – powiedział Syzyf znowu zdyszany, plując kropelkami potu, co ściekały z czoła, a miały przystanek na ustach. — O matko jedyna, co za tępak z ciebie. No dobra przepraszam. Mam pytanie. –– Nie słu… cham. –– Słuchasz, słuchasz, nie drocz się ze mną. A zatem, czym się ociepla zazwyczaj domki, by ciepło miały. –– Dom… ki czy mieszkańcy w nich? –– No popatrz! Jaki mądry. Łapiesz mnie za słówka. Mieszkańcy. –– Takie białe wa… felki trzeba przykleić. –– Właśnie. Białe wafelki. Leciutkie. A cóż to? –– An… druty? –– Przekomarzasz się ze mną. Przyznaj w tej chwili. Przecież nie mogę prawić z głupim... Jednak w tym właśnie momencie, zaczyna się turlać jeszcze szybciej do tyłu, wyobrażając sobie przed sobą, biegnące ciało rozmówcy. Gdy wszystko wraca do przysłowiowej normy wtaczania, targa przerwany wątek. — … to by uwłaszczało mojej mądrości. –– Bądź wreszcie tak dobrym i powiedz w końcu, z czego jesteś zrobiony – powiedział Syzyf, bez zadyszki, bo zaczął wierzyć, że może faktycznie. — Ze styropianu jestem, Syziu. Ze styropianu! Lekuśkiego jak piórka. No co, zdziwiony? A teraz migiem mnie wtocz gdzie trzeba, bo za chwilę się porzygam, od tego kręcenia. Pragnę mieć wreszcie święty spokój. Poleżeć twórczo na wierzchołku góry. Tak też się stało. — Dzięki ci kamień – rzekł Syzyf. – Odpocznę tu, a zaś zejdę i skończy się moja udręka. –– Tylko wiesz, Syziu, sumienie mnie gryzie. –– No chyba. Widzę, żeś obgryziony. –– Nie żartuj sobie. Okłamałem ciebie. Jestem najprawdziwszym kamieniem, ale tak mnie kręciłeś… Wtedy adresat wyznania, bardzo się zdenerwował, z jakiś jemu wiadomych względów, chociaż raczej powinien drugi raz podziękować. Wziął i zepchnął kamień z góry. Ów u podnóża, zmiażdżył lub uszkodził kilku tubylców. Kamień roztrzaskano na kawałki i owe przyczepiono do działającego koła młyńskiego, a sprawcę osądzono i skazano na wtaczanie innego. * Strudzony i spocony Syzyf, znowu wtacza kamień, na wierzchołek góry. Gdyby nerkowy, to by nie miał problemu. Jednakowoż ten akurat, jest bezczelnie dużo większy... -
Kiedy Słońce skryło się za horyzontem, zabrało ze sobą jasność. Potwór wyszedł z jamy i poczłapał na pobliską górę. Przystanął, odpoczął chwilę, wyjął lornetkę i zaczął obserwować, pogrążoną w nocnej ciszy wioskę. Niewielka ilość lamp, dawała jedynie tyle światła, żeby uniknąć zbędnego potknięcia. Doskwierał mu potworny głód. Pragnął zejść na dół i nasycić wnętrze, choćby jednym człowieczeństwem. Jednocześnie był zmęczony wspinaczką. Pomyślał sobie: Po co tu wchodziłem. Przecież mogłem od razu udać się na obiad. Widocznie tak musiało być. A zatem siedział na kamieniu i spoglądał z wysoka, na uśpioną dolinę, upstrzoną gwiazdkami światełek. Miał wspaniałą lornetkę, chociaż nie wiedział skąd. Skierował ją na oświetlony pokój. Zobaczył człowieka karmiącego łyżeczką, dziecko. Jednostajnie szybowała, między talerzem, a umorusanymi ustami. Jadło z zadowoleniem. Widać było, że mu smakuje. Twarzyczka kipiała radością. Mężczyzna też się uśmiechał, ale jakoś smutno. Patrzył na mały prostokątny kartonik. Byłby z nich smakowity kąsek – pomyślał potwór. Jednak ich oszczędzę. Za bardzo potrzebują siebie nawzajem. Spojrzał w inne okno. Zobaczył człowieka siedzącego samotnie na kanapie. Trzymał w ręce pistolet. Przyłożył go do głowy. Po chwili odłożył na stół. Zaczął pić jakiś płyn z butelki. Wyjrzał przez okno. Po chwili je zamknął i zasłonił. Znowu pomyślał o tym, że jest bardzo głodny, lecz ten człowiek nie wyglądał na zadowolonego. A może po tym całym koszmarze, będzie miał okazje, przeżyć kilka miłych chwil. Nie mogę go zjeść. Spojrzał w następne. Ujrzał kobietę i mężczyznę. Byli tak samo nadzy, jak on, tylko owłosienia mniej. Pieścił delikatnie jej ciało. Ona nie była gorsza. Robiła to samo. Gra wstępna – zajarzył potwór. Aż nagle akcja przybrała na sile. Dosłownie wszystko się ruszało. Zamazywało obraz. Obserwator się trochę zdenerwował, ale pomyślał sobie, że da im spokój, skoro tacy radzi. Nie będę niewychowanym chamem. Potwornym podglądaczem. Wolę być dobrym. W końcu z tych emocji i rozmyślań, napęd mu siadł, więc przyjął postawę ledwo leżącą. Na drugi dzień, kiedy Słońce wyzwoliło się z horyzontu, nastał świt. Mieszkańcy miasta coś zwąchali, więc przyszli na górę, by potwierdzić wzrokiem, przyczynę zapachu. A jeden z nich widząc, że bestia ledwo oddycha, wziął siekierę i wbiwszy ostrze w głowę potwora, zakończył jego żywot. Natychmiast wypłynęła gęsta ciecz, o nieokreślonej barwie. Następnie zdarli z niego skórę, poćwiartowali ciało, upiekli zadźganego i przygotowawszy wspaniałą ucztę, jedli i radowali się do samego wieczora, a mięso jego było dobre. A gdy Słońce zaczęło tracić swój blask, rozeszli się do swoich domów, głośno bekając i pośród nietrwożnych chichotów ulgi, rozprawiali o tym, co zaszło. Lornetka cicho i spokojnie leżała na trawie, pośród porozrzucanych szczątków, z resztkami mięsa na uwięzi wilgotnych kości. Dziwnym trafem nie zauważona przez biesiadników, kryła w sobie zapamiętane obrazy. Była zaprogramowana na różne opcje, w zależności od rozwoju sytuacji. Nagle na okrągłych szkiełkach, zaistniały trzy kropelki pulsującej cieczy. A było ich coraz więcej i więcej. W poświacie Księżyca, miały kolor nie z tej Ziemi. Po chwili lornetka leżała w mazistej kałuży, a w niej drgające wspomnienia tego, co zobaczyła. Cienkie strumyczki, zaczęły ściekać w kierunku doliny, po zielonym dywanie roślinności. Pewnego razu, kiedy Słońce skryło się za horyzont, nastał zmrok. Potwór wyszedł z jamy i poczłapał na górę, by obserwować w ciszy pogrążoną wioskę. Doskwierał mu potworny głód. Nie spiesząc się za bardzo, zaczął schodzić, obserwując okna. * Kiedy gorąca gwiazda ukazała się nad horyzontem, wstał nowy, słoneczny dzień.
-
Do własnej, skocznej melodyjki. ------------------------ czy to sen czy to jawa nagle się przed tobą zjawia myślisz czy ja jeszcze śpię czy ten świat albo nie gdzie ja jestem któż to wie dalej chłopie wstawaj z wyrka bo poznańska jesteś pyrka łęty ciebie wnet porosną czy to krzywo czy to prosto po horyzont twoich snów wstawaj migiem i nie zwlekaj przeuroczy świat cię czeka ale najpierw oddaj mocz i radośnie w życie wkrocz czując w sobie jasną moc usmaż jajka na śniadanie wszakże dzionka już świtanie na poręczy zjedź w oddali aż twój tyłek się zapali jako gwiazda w miasta gwar trącisz złego i dobrego nawet tego uczciwego ścigać będą cię ledaco nie wiadomo po co na co kulturalny z ciebie gość widzisz czerwień pasy białe a za tobą tłumy całe TIR już blisko twego zada twoje życie się rozpada bal kawałków pełnych krwi skończyły się twoje troski ale to już wymiar Boski w sprawiedliwość cię zanurzy zbawi ciebie lub się wkurzy wolną wolę miałeś tu z ciała uleciała dusza zatem ciało się nie rusza zgasło życie minął czas będzie strasznie lub w sam raz spotka to każdego z nas stad już bratku nie uciekniesz zjesz tą „pieczeń co upiekłeś’’ bezpowrotnie znikły chwile gdzie inaczej mogłeś tyle na padole w tamte dni
-
nie powiem czego nie wiem a zatem coś wiem to fajnie pewien zasób wiedzy mieć
-
1
-
Obdarzyłam ciebie prawdziwą miłością, byś lepiej zrozumiał sens współistnienia. Często otwierałam się przed tobą zupełnie, lecz ty splugawiłeś nasze uczucie w kloace zła. Za moim pośrednictwem zniszczyłeś wielu ludzi, bez możliwości naprawienia czegokolwiek. Przyznaję. Też jestem za to odpowiedzialna, w znaczącym stopniu, bo tak bardzo kochałam. Ty raniłeś, lecz ja nie chciałam ranić ciebie. W końcu przyszło dokonać wyboru. Wyostrzyłam zmysły. To nie mogło tak dłużej trwać. Za dużo wyrządzonych krzywd. Przejrzałam przez mgłę zauroczenia, w którą mnie spowiłeś, za moim przyzwoleniem. Zaproponowałam popłynięcie łódką. Niczego nie podejrzewałeś. Pogoda się radykalnie pogorszyła. Niebo zasłoniły ciemne chmury. Rozszalała się burza. A zatem zgodnie z tym, co przewidziałam. Fale targały nami jak łupinką orzecha. Strach w twoich oczach, był jaśniejszy od światła błyskawic. Wypadłeś z łódki, lecz ostatkiem sił, tuliłeś mnie mocno, już tylko jedną dłonią. Czerwoną smugę ciebie, zmyła ze mnie woda. Byłam twoją brzytwą.
-
2