Ranking
Popularna zawartość
Treść z najwyższą reputacją w 28.04.2026 w Odpowiedzi
-
Czwarta nad ranem. Zegar się nie spieszy. Lubi blues. Sen wyszedł bez słowa, jak ktoś, kto wie, że przeszkadza. To chyba najlepsza pora na wiersz. Papierowe kule znów mijają kosz. Zgniecione słowa ścielą pokój jak śnieg. Ulepię bałwana z zamarzniętych myśli - wreszcie jakiś cel. Nikogo nie poruszy załamany papier. Cieszy się tylko śmietnik w kącie. Znów otrzymał wnętrze.18 punktów
-
Jestem tym o czym myślę tęsknoty mają to do siebie gdy je omijam wchodzą w głowę niby dla żartu się panoszą szukam ratunku w gramofonie zlewam muzykę w każdą dziurkę to znaczy sama się przelewa z ucha do ucha za poduszkę dla Marków nocnych są okruszki ma się rozumieć strzępy nutek albo pół_nuty - księżyc nadgryzł - chciałam pozlepiać lecz zbyt trudne no i klej zeschły - nie na żarty a gdy już spijam senne muzy z mocą narkozy pełni nocy zwykłym pociągiem znów podążam do blasków świtu - zauroczeń kwiecień, 2026 @Jacek_Suchowicz... Jacku... Twój rymowany komentarz pod poprzednim moim wierszem, stał się przyczynkiem do napisania tego powyżej. Dzięki Ci.. po raz któryś... :) Dobrej nocy. po cóż zalewać zmierzch muzyką ubarwi blaskiem nieba błękit i się zapadnie w ciemną nicość aby pokazać świtu piękno (...)15 punktów
-
wylazły z moich kątów dwadzieścia cztery smutki do pierwszej lepszej knajpy poszły się napić wódki wróciły gdzieś nad ranem na nóżkach flanelowych z przytrzeszczem przyjęzycznym i strasznym bólem głowy od tamtej pory za nic gdy chciałam tę czeredę na chwilę wyprowadzić nie wyszedł ani jeden14 punktów
-
Są ludzie w grzechu tak zakorzenieni, że już nie czują i nie widzą tego, a choćbyś im oczy siłą chciał odmienić ciebie oskarżą o czynienie złego. Oni wydają owoce zepsute sami się karmią i innych częstują, w głowach czart śpiewa na fałszywą nutę tak pogubieni nie wiedzą, że trują. Nie wszystkich da się ocalić, ratować nawet gdy kochasz miłością najszczerszą czasem wypada uciec i się schować ochronić siebie jak rzecz najcenniejszą. Lecz nigdy modlić się nie zapominaj westchnieniem w niebo pozmieniasz kierunek, tak właśnie złemu możesz się sprzeciwiać szczerą modlitwą przynieść im ratunek.13 punktów
-
Spieniona kropla spływa z rozchylonych kącików ust. Chrupkość kruszeje pod językiem. Nie jestem cukrem prostym. Tylko Ty potrafisz.! mnie rozgryźć.10 punktów
-
"Kłótnia z kotem" Kotek złapał mi wróbelka, jeszcze żył ten biedak trochę, pochowałem go w ogródku i się pokłóciłem z kotem... Taka była sobie „ściana” między panem oraz kotem, ale dobra żona pana pogodziła nas z powrotem.8 punktów
-
niepojęty ranek w cukierence croissant, café au lait patrzę z nadzieją przez szybę jestem w środku szkolenie z wiązek prądu – szot energii waham się między latte a espresso płacę zaraz otworzą przybytek patrzeć przez szybę pokrytą po francusku piegami? czy na ażurową kelnerkę, która niechętnie mawia bonjour biały kruk powiada o kelnerce: ona jest przezroczysta jak tu nie reagować na drugiego człowieka? zagwozdka – nie potrafię skupiam się na skupieniu światła na przybrudzonej szybie, którą czyści szyld patisserie zaraz szkolenie – myślę alternatywnie o paradokumencie: o mnie, o nich stoję i czekam. właśnie otwarto nie kawiarnię – miejsce szkoleń co mnie jednak cieszy7 punktów
-
Znów spadł deszcz piór na grzbiety gór ramion otwartych bombowych dni, Zza Zagros krzyk, czyż to tylko sny? Cienie chmur mają ażurowy wzór. Kobietę widać, z pod scherza tiul, w nikabie jak z belle époque. za nią dziecka szklistość aż po mrok " Regina Coeli" antyfony chór. "Bockscar"- jest bardzo nieprzytomne czy Bóg bywa wśród absolutu ciszy, bijące brawa, wiwaty też słyszy? Szpital Ghandi- drzewa są bezbronne, Na wschód idą od zachodu księżyca, morom miłość tu Shazdeh przemyca.6 punktów
-
plaża była pusta rozciągnięta jak język sucha od słońca i wiatru ona miała sól na ustach i oczy zbyt jasne jakby widziały więcej niż trzeba on niósł w sobie noc ciężką jeszcze nie do końca przeżytą piasek parzył stopy wchodził między zęby zgrzytał w środku szli za daleko tam gdzie nie było już śladów tylko wiatr i własny oddech dotknął jej nagle jakby coś w nim pękło bez ostrzeżenia odpowiedziała od razu jak ogień który nie ma już powrotu ich ciała nie były delikatne ścierały się jak kamienie mielone w gardle rzeki sól wchodziła w skórę w oczy w usta wszystko szczypało wszystko było za bardzo on wbijał dłonie w jej plecy jakby chciał się utrzymać przy czymś żywym jakby pod skórą było coś co mogło go ocalić ona ciągnęła go niżej w piasek w siebie w ciemniejsze miejsce nie było rytmu tylko uderzenia nierówne głodne krew przyspieszała szarpała się jak zwierzę zamknięte w za małym ciele morze obok uderzało i cofało się jakby coś pamiętało ale nie chciało powiedzieć krzyknęła raz krótko jak przecięcie potem już tylko oddechy ciężkie rozbite leżeli długo lepcy od soli i piasku jak po walce słońce wypalało z nich resztki myśli nie patrzyli na siebie bo było za blisko fala doszła wyżej dotknęła ich stóp zimna obca jakby coś sprawdzało czy jeszcze żyją i kiedy wstali nie byli już tacy sami jakby morze coś z nich zabrało i zostawiło miejsce które nie chciało się zamknąć6 punktów
-
zbawiciel światła z krzyżem szelek na plecach i fajką w ustach zwarło się we mnie spięcie a on otworzy mi tylko skrzynkę z bezpiecznikiem jak przypowieść biblijną zanuci lat doświadczeniem snutą "kto panu to tak spierdolił?" bez napięcia mi mówi o Baśce co za granicą i żonie z którą nie iskrzy z oddaniem sanitariusza topi swe ręce w plątaninie kabli jakby świat zbawiał a taśmą zakleja przyglądam się temu nie mając oporów by obieg zamknięty pozostał otwarty przecieram oczy nie z dymu ani ze zdumienia uziemia mnie tym, co po nim zostało na świstku papieru "500zł + materiały, dostępny za tydzień"5 punktów
-
nie wiem kto to powiedział że wszyscy jesteśmy sami ale coś w tym jest bo nawet kiedy ktoś śpi obok jego oddech nie zawsze jest dla ciebie masz kogoś wiesz gdzie się cofa wiesz czego nie mówi wiesz kiedy się odwróci kiedy coś przemilczy ale nie wiesz czy to jeszcze jest to może to był tylko moment w którym łatwiej się oddychało czy jeszcze zdążysz żyć inaczej nie wybierasz? czas wybiera i nagle zostajesz5 punktów
-
trasa rowerowa pobocza ubrane jak na majówkę mlecze niczym wojsko rozsiadło się na zboczach pagórkach żółte dywany ścigam się z nimi wszędzie wyprzedzają wspinają się aby mnie dojrzeć podziwiam piękne kobierce nie straszne im nocne mroziki nie widać przeziębienia nie kichają buzie uśmiechnięte małe słońca odwzajemniam się tym samym koniec wyścigu przemieszczamy się w zgodzie jest miło niby takie zwykłe a niezwykłe będą jeszcze fruwać krajobraz pieści duszę 4.2026 andrew5 punktów
-
między ziemią a niebem otulone mgłą i echem błądzą marzenia i sny między ziemią a niebem miłość uśmiecha się do nadziei między ziemią a niebem smutki i łzy czekają na lepsze dni między ziemią a niebem człowieczy los szuka prawdy o życiu między ziemią a niebem szumi dostojnie las nasłuchuje go czas między ziemią a niebem ktoś na harfie gra o przemijaniu5 punktów
-
Za zasłoną Z muślinowych powiek Się skryłam Muskałam wonią igliwia Sekretny dotyk twego spojrzenia Na szlaku moich perfum Zagubiłeś się W marzeniu sennych sosen Pod stopami miałeś mnie Zapach nagości Wczesnej wiosny5 punktów
-
To ból To słowa Wymażą nas Z twojej pamięci To chłód To głód Sprawi, że odejdziesz Tak samo jak my I nie zaświeci już słońce W tej okrutnej bajce5 punktów
-
Otworzyłem obitą i zdartą szufladę, dębowego, zabytkowego biurka. Narobiła hałasu jak zawsze, gdy potrzebowałem jej nieocenionej pomocy w ukryciu kolejnej mojej ofiary. To jest, maszynopisu zaczętego ledwie rozdziału książki, która kuła nie tylko moje, przekrwione i wypełnione obawą oczy autora. Ale szczególnie zainteresowałaby tych z góry. Recenzentów, wydawców, edytorów a w szczególności cenzorów. Oni najchętniej cisnęliby ją w ogień a mnie do celi na Kriestach a potem kula do nogi lub do głowy. Droga na Kołymę lub do ziemnej dziupli grobu. Poeta-śpiewak wśród ludu. Pomazaniec boży między szarakami. Król Lir, siedzący jednak na tronie ze szpilek i gwoździ, zamiast na kremlowskim tronie czerwonego terroru. Mimo środka, krótkiego styczniowego dnia, w pokoju panował półmrok. Wszędzie tylko szare kontury mebli, czarne zagłębienia i zaułki, ciemne dusze postaci na ścianach, które słuchają każdego osobnego oddechu i raportują o nim dalej. Dzień i noc. Drzwi były liche, miękkie, prześwitujące. Nie spełniały się w roli zachowania intymności. Zamek nie był w pozycji zamkniętej. Każdy mógł sobie wejść i przeszukać pokój, moje ciało i duszę. Nie miałem nic do ukrycia. To maszyna wypluwała z siebie litery i całe zdania. To szuflada kolaborowała z zachodem. Ich zesłać do łagrów a poetę zostawić w spokoju. I tak zdechnie. Bo jaką może mieć inną rolę w teatrze czerwonych kukiełek? Sięgnąłem po butelkę samogonu, czekającą cierpliwie na swą kolej. Pociągnąłem zdrowy łyk. Duży i łapczywie. Jak dziecko, przywarte do piersi matki. Wreszcie odetchnąłem. Nie z powodu mocy alkoholu a ulgi. Pomoże uciec mi w sen. Nie spokojny i głęboki oraz nie ten kolorowy. Czarno biała projekcja umysłu. Wszystko rozmyte w szarości. Ludzie, drzewa, budynki, place… i serca ludu. Wszyscy wokół solidarnie, umyli ręce. Przemyli swe twarze. I zrozumieli, że jednak można tu żyć. Bez głębi potrzeb. Bez uczuć wyższych. Bez cudownie ocalonych wybawicieli. Ich jedynym prawem była niewola. Złożyłem zbyt mocne okulary i wsadziłem je do kieszeni. Znów straciłem dzień. A może wygrałem kolejny. Wszystko tutaj jest nieoczywiste i stoi na głowie. Nic nie wydaje się zbyt groteskowe. Zbyt fantastyczne. Zbyt niedorzeczne. A jednak świat potrafi płatać dziwne figle. Ktoś zapukał do otwartych drzwi. A więc to już czas. Przyszli i tutaj. Po mnie i mój maszynopis. Cudownie. Otwarte, rzuciłem zbyt srogo i odważniej niż zamierzałem. Drzwi ustąpiły lekko. Klamka zapadła się pod ciężarem czyjejś dłoni. Na granicy progu, stały dwie postaci. Mężczyzna około pięćdziesiątki oraz jego towarzysz… bezsprzecznie był to duży, dorodny, czarny kocur, stojący niczym człowiek na tylnych łapach. Mężczyzna ubrany był w płaszcz podbity futrem, grube walonki i czapę z gronostaja. W ręku dzierżył srebrną, elegancką laseczkę zakończoną głową węża. O dziwo kot nie był jedynie w swym naturalnym futrze. Narzucił na nie całkiem szykowny, z pewnością drogi i dobry gatunkowo smoking. W butonierce spoczywała, żywa, czerwona róża. Nie miał na łapkach butów, lecz na łebku spoczywał mu, skórzany, wąski cylinder, przepasany białą, jedwabną wstęgą. Dopełnieniem stroju był biały długi szal oraz tożsama lecz krótsza laska, tak jak w przypadku mężczyzny. Pierwej patrząc na nich pomyślałem o trupie cyrkowej lub jakimś niesmacznym żarcie biura politycznego towarzystwa literatów. Mężczyzna miał wzrok ostry i nie lubiący sprzeciwu ani walki. Objął nim najpierw pokój a potem mnie. Wstałem jak uczniak do odpowiedzi, bo i spodziewałem się od niego pytań. Wy obywatelu jesteście Paweł Fiodorowicz Żerebcow? Tak, odpowiedziałem pewnie jak na apelu. Chciałem dodać jeszcze a wy, ale jakoś język ugrzązł mi na zębach. Mężczyzna i kot weszli śmiało jak do siebie. Wystawili prawicę na przywitanie a ja uścisnąłem je, może trochę zbyt mocno. - Nazywają mnie Mistrzem, obywatelu Żerebcow a to mój przyjaciel … ekhmm … - kot chrząknął tak jak gdyby chciał dać znać Mistrzowi by ten się nie zagalopował i nie powiedział zbyt wiele na wstępie - No tak… ma imię lecz nie lubi się nim dzielić. Jest bardzo znane, jak i on sam. Lecz nad wyraz stronnicze i nie wiedzieć czemu pejoratywne w odbiorze przez ludzi. Kot uśmiechnął się tajemniczo lecz miał przez chwilę dziwnie zły błysk w oku. - Rozumiem, że jest pan oficerem i Mistrz to jedynie przykrywka. To oczywiste. A kolega kot. Kamuflaż doskonały. Zapewne mój kat a może zbawca. Ale obiecuję iść dobrowolnie, nie róbmy niepotrzebnej hucpy. Aha… przeszukanie jest zbyteczne. Maszynopis jest w szufladzie biurka. Drżyjcie, palcie, depczcie. Wszystko jedno. Kula i tak czeka. Mistrz udał się do wskazanej szuflady i wyjął bezsprzeczny dowód zbrodni, ale i powód do kary. - Ten maszynopis macie na myśli obywatelu Żerebcow? My w tej sprawie właśnie. Nie sądziliśmy, że pójdzie jak z płatka. Zamiast jednak kuli w skroń czy potylicę mamy dla Was coś lepszego i nie mam na myśli carskich wczasów na Kołymie. Kot przejął maszynopis, poślinił łapkę i przekartkował całość strona po stronie. - Wspaniała robota Żerebcow. Macie talent i nie boicie się wsadzać kija w mrowisko lub szybciej w ul pełen wściekłych os. Za to jest wyrok śmierci. - podsunął mi książkę pod nos - Ale ja mam dla Was umowę. Wy podpiszecie a mój szef to wyda. Mało tego, nie wyda Was Żerebcow. Będziecie wolni, będziecie mistrzem jak ten tutaj - wskazał na Mistrza z uznaniem i szacunkiem - Podpiszę choćby i wyrok własnej śmierci. Nie boję się niczego. Kot wyjął zza klapy smokingu staromodny pergamin z dwiema pieczęciami u spodu. - Oto kontrakt. Jest trwały… wieczny i jego postanowienia nie podlegają żadnym późniejszym zmianom ani modyfikacjom. Wy mistrzem a mój szef panem i władcą waszej … ekhmm Tym razem Mistrz uciszył Kota. Ten zrozumiał rychło swój błąd i dokończył - Twórczości i talentu … bo przecież nie duszy - uśmiechnął się pod długim wąsem. - To co podpisujecie obywatelu Żerebcow? Wziąłem pióro ze stołu i już chciałem nachylić się do złożenia podpisu, gdy Kot chwycił mnie za przegub. - Jeśli można to wolimy podpis krwawym atramentem. To nie boli. - Mistrz wyszedł przede mnie. Trzymał w ręku lekko zakrzywiony nóż. Naciął nim skórę na moim serdecznym palcu i przyłożył go do pergaminu. Krew się zagotowała i zostawiła trwałe odbicie linii papilarnych. Kot podpisał piórem obok znaku. Podpis brzmiał, Behemot. Diabeł czy nie Diabeł było mi wszystko jedno. - Teraz czekajcie na decyzję Towarzystwa Literatów. Dobrego dnia. Zwinęli cyrograf, zabrali maszynopis. Ukłonili się serdecznie i zniknęli za progiem. A ja wiedziałem, że Diabeł nie tkwi w szczegółach, nie w sztuce a w duszy każdego z nas.4 punkty
-
jej kot leży na parapecie jak rozlany naleśnik po rozwodzie z grawitacją patrzy na gołębie z miną urzędnika który od trzydziestu lat odrzuca ten sam wniosek o godność czasem siedzi pod stołem i udaje że nie istnieje mimo że wystaje mu ogon jak porzucony sznur od żelazka którym ktoś próbował udusić nudę w nocy zaczyna swoje pielgrzymki od kuchni do przedpokoju od przedpokoju do łazienki od łazienki do jej twarzy bo o trzeciej siedemnaście musi koniecznie stanąć jej na gardle jak pięć kilo puszystego wyroku i wbija wzrok w jej gardło jakby sprawdzał czy tętno pozwala już na konsumpcję jakby chciał powiedzieć: "wstawaj w misce widać dno czy ty chcesz żebym zdechł jak jakiś amator” nagle dostaje ataku istnienia pruje przez przedpokój jak rykoszet wystrzelony z pistoletu który sam przeładował i wbija się w dywan z gracją fortepianu zrzuconego z czwartego piętra na prośbę aniołów potem biegnie przez mieszkanie jak opętany parówką ślizga się po panelach wpada bokiem w szafę obraża się na fizykę i nagle zastyga w połowie skoku jak porzucony przecinek w zdaniu którego Bóg zapomniał dokończyć przez dwie godziny siedząc tyłem do świata obok kaloryfera który uważa za swojego adwokata jej kot ma w sobie coś z emerytowanego generała który stracił armię ale dalej codziennie robi obchód po mieszkaniu sprawdza okna sprawdza doniczki sprawdza czy przypadkiem nie zostawiła otwartej szafki z kabanosami bo wtedy włącza mu się instynkt szabrownika mruczy jak opętany ona idzie tam zgrabna i bosa jakby niosła w sobie cały spokój świata zapala światło... a on siedzi na środku podłogi obok przewróconego kwiatka obok rozbitego kubka obok własnego sumienia i patrzy na nią jakby to ona przyszła do jego domu i rozwaliła mu paprotkę z czystej zemsty czasem siada przy ścianie i patrzy w jeden punkt przez pół godziny jakby właśnie nawiązał łączność z planetą na której tuńczyk sam otwiera puszki i wtedy ona milczy bo wiadomo że kot widzi rzeczy których człowiek nie powinien widzieć jej kot kradnie gumki do włosów te które jeszcze rano pachniały jej snem i perfumami wynosi je pod lodówkę jak jakiś mały mafioso który prowadzi nielegalny handel w piwnicy pod osiedlowym warzywniakiem a potem siedzi dumny na stosie swoich łupów jak smok który zamiast złota zbierał przez całe życie plastikowe nakrętki i dwa paragony z Biedronki czasem wskakuje na szafę choć sam nie wie po co potem stoi tam przerażony własnym sukcesem i drze mordę jak tenor który utknął w zsypie bo wejść było łatwo ale zejść teraz już nie bardzo wtedy ona bierze go na ręce stawia na ziemi a on otrzepuje łapy z obrzydzeniem jakby właśnie został uratowany przez najgorszy sort amatora i natychmiast odchodzi bez słowa bez dziękuję bez niczego jak hydraulik który skasował cztery stówy za spojrzenie na rurę czasem siedzi przy misce patrzy na karmę jakby była listem z urzędu skarbowego wącha odchodzi wraca patrzy jeszcze raz jakby czekał aż zmieni się skład albo smak albo sens życia ale wystarczy że otworzy lodówkę i nagle wyrasta obok niej jak demon powołany do życia szelestem szynki wtedy ociera się o jej nogi i mruczy udaje biednego sierotę który od ośmiu lat nie jadł nic poza kablem od ładowarki i jej monsterą która płacze liśćmi bo on traktuje ją jak darmowy bar sałatkowy w którym jedyną przyprawą jest wizja rychłego rzygania na dywan jej kot toczy też inne bitwy najkrwawsze tam gdzie nie ma nikogo walczy z przeciągiem o prawo do ciszy i z własnym cieniem który oskarża go o współpracę z grawitacją kiedy ona wchodzi do pokoju on patrzy na nią jak świadek koronny który właśnie przypomniał sobie że ona też widziała jak lizał się po łokciu tracąc na moment cały swój mroczny prestiż wtedy zastyga w bezruchu jak pomnik wystawiony ku czci wszystkich zmarnowanych okazji by nie być kochanym czasem śpi tak mocno że wygląda jak stara skarpeta wypełniona futrem i pretensją a ona wtedy patrzy na niego i myśli że to niesamowite że takie małe futrzaste bydle potrafi jednocześnie być królem mieszkania klaunem terrorystą bezrobotnym filozofem oraz kawałkiem dywanu kiedy w końcu kładzie się na jej piersi robi to z subtelnością betonowej płyty mruczy jej prosto w ucho tonem który mówi 'kocham cię ale pamiętaj, że gdybyś była mniejsza już dawno leżałabyś pod lodówką obok gumek do włosów i kurzu" bo jej kot niczego się nie wstydzi ani brzucha ani porażek ani tego że spadł z parapetu bo za bardzo chciał ugryźć muchę po prostu wstaje udaje że to było specjalnie patrzy na nią z taką wyższością jakby właśnie darował jej życie i kładzie się spać z miną boga który po stworzeniu świata stwierdził że wyszedł mu średnio więc postanowił go po prostu zignorować4 punkty
-
miasto znowu pachniało tanim piwem i czymś, co miało być nadzieją, ale zgubiło się gdzieś między chodnikiem a porannym kacem. kobieta na przystanku paliła papierosa jakby każdy dym był ostatnim słowem, którego nigdy nie powiedziała nikomu. ja stałem obok z rękami w kieszeniach pełnych niczego i kilku starych powodów, żeby jeszcze nie zniknąć. autobus spóźniał się jak zwykle, ludzie patrzyli w ziemię jakby tam była odpowiedź, albo przynajmniej coś bardziej sensownego niż niebo. i wtedy, cholera, ktoś się zaśmiał. tak zwyczajnie, bez powodu. i przez sekundę to brzmiało jak coś prawdziwego. więc pomyślałem, że może to wszystko ten brud, zmęczenie, samotność — to tylko tło dla tych krótkich momentów, które nie proszą o nic i zostają trochę dłużej, niż powinny. autobus w końcu przyjechał, drzwi się otworzyły, a ja wszedłem do środka jak ktoś, kto jeszcze nie przegrał do końca.4 punkty
-
Paw upierzony rafą koralową Płynie przez sen gubi pióra Z głębi motylich jaskiń wypłynął Rozpostarła się barwna chmura Płynie przez sen gubi pióra Ławicą rybek tęczowych na ogonie Rozpostarła się barwna chmura Myśli wieczornych ukrytych w kokonie Ławicą rybek tęczowych na ogonie Wabi nieodkrytą dotąd wyobraźnię Myśli wieczornych ukrytych w kokonie Czekających aż rozum wreszcie zaśnie Wabi nieodkrytą dotąd wyobraźnię Sennych nielogicznych stworzeń Czekających aż rozum wreszcie zaśnie Przykryty falą cichą nocnych marzeń Sennych nielogicznych stworzeń Z głębi motylich jaskiń wypłynął Przykryty falą cichą nocnych marzeń Paw upierzony rafą koralową4 punkty
-
„Kiedy płakała” Płakała. Głos nie mieścił się w ciele. Przepona zaciskała dłonie na szyi słów. Rozpacz rozdzierała powietrze. Oczy patrzyły do środka. Przypominały sobie nieszczęście, które weszło w pole. „Kiedy kopała” Schyliła się. Plecy pokłoniły się ziemi. Twarz napełniła się pracą, a skupienie wodziło po zagonach. Palce, nieruchome w ścisku, zrastały się z grudą. W oczach podniesionych do nieba rodziła się ulga i uśmiech. „Kiedy siedziała” Siedziała. Jej ciało miarowo zlewało się z cieniem. Westchnieniem przecinała bezruch. Zamykała osę w szklance bez drżenia. Jaśmin zostawał w powietrzu. „Kiedy wybierała” Wybrała ją. Dzień wcześniej upatrzyła sobie jej krągłe ciało i szybkie nogi. Rankiem otworzyła drzwi, by ta ostatni raz dotknęła zielonego poranka. W objęciach nieczułych ułożyła głowę jej na boku. W miodowych oczach zatrzymał się promień. Krew przytuliła policzek do wilgotnej ziemi. Miodowe oczy dalej patrzyły na słońce.4 punkty
-
Jestem wierszem spragnionym woni przyjemnej niczym prymulki odurzonych metaforą jakby mnie czytały pachnącymi płatkami każda zostawia ślad w powietrzu niepowtarzalny dla mnie cenny twoimi perfumami pachną wersy zamknięte we flakoniku słów rozkwitam już nie tylko pisany muśnięty barwną Weną intensywnym twoim czytaniem jakbym był znów wonny powoli się ulatniam jeszcze ostatni cichy wdech odchodzisz przestajesz czytać zostaję sam ze śladem zapachu na wieczność już skropiony duszy perfumami4 punkty
-
Lubię Tych moich ludzi bezdomnych Tych co o szóstej rano Kręcą się pod blokiem Zbierając kupy Z włochatym kolegą przy nodze w wyciągniętych dresach W czapkach kapturach lub Artystycznym piorunem na głowie nie próbują się ukryć tylko jakoś przetrwać ten pierwszy w dniu spacerniak zresztą znamy się A jakże po ksywkach jak więźniowie w pierdlu my ludzie bezdomni z wyboru Na powitanie macham ręką Idąc dalej bo czas jak zwykle nagli4 punkty
-
majowy poranek słońce leniwie wstawało odganiając zimne powietrze nikt o niczym nie wiedział niczego nie podejrzewał wyszłam jak zawsze Ty zapewne też nie budząc wątpliwości że to będzie najpiękniejszy wieczór drewniane domki w gęstym lesie mój las był dla Ciebie łąką zbawienia delikatne igiełki muskały zmęczone usta a skowronki ćwierkały niczego nie świadome a może właśnie one wszystko wiedziały widziały nasz spacer po opuszczonym moście nad Wisłą kiedy zachód słońca sięgał zenitu pożółkłe kłosy niedbale tańczyły podobnie po tym jak zamknąłeś drewniane okiennice biały wilk przywitał księżyc cały blady od wzruszeń ucichł na długo przed nami tylko świerki znają prawdę rasowe skowronki i ten feralny księżyc który zainicjował majową noc pieczęcią wilka stojącego na kamieniu z głową ku górze niczym samiec alfa o Twoim imieniu Klaudia Gasztold4 punkty
-
@Berenika97 - 😄 - bardzo trafne, dziękuję 💋 @Jacek_Suchowicz serdecznie dziękuję:) @Migrena jeszcze raz dziękuję! @andrew jeszcze raz dziękuję! @Lenore Grey ❤️ @Posem dziękuję dziękuję dziękuję:)4 punkty
-
71. Pancerz cieńszy od lnu (narrator: hypaspista) 1. Wróżba to pancerz. Cieńszy od lnianego, lecz uśmierza strach. 2. Arystandrze*, obiecaj życie. Skłam mi prosto w oczy, bym uniósł tarczę. 3. Wzór w rozlanej krwi. Czytamy go, by nie oszaleć od ciszy bogów. 4. Szukamy linii. Bo chaos rozrywa ręce. 5. Wierzyć to przetrwać, nawet jeśli wiara pusta. 6. Dobrze zna ludzi — bez nadziei nie pójdą w ogień. 7. Może rzeczywiście niektórzy rodzą się bliżej nieba. 8. Kiedyś i jemu przyśni się zły omen — nie powie nikomu. Arystander* - nadworny wróżbita Filipa i Aleksandra. cdn.3 punkty
-
Od tłumacza: Lovecraft czasem bywa subtelny, ale nie tu. Tylko dla czytelników o mocnych nerwach... To miasto było mi już wcześniej dobrze znane; Stare, trędowate, gdzie tłumy upodlone Dla dziwnych bogów biły w gongi splugawione W kryptach wrytych pod portu uliczki szemrane. Stęchłe, rybiookie domy ślepiły wszędzie Za mną, pochylone, wpół-żywe i pijane, Jak przedzierając się przez brud przeszedłem bramę Na czarny dziedziniec, gdzie ten człowiek będzie. Zakląłem w głos, gdy mroczne ściany mnie zamknęły, Żem kiedykolwiek do takiej meliny przyjść miał, Gdy liczne okna niespodziewanie buchnęły Dzikim światłem i rojami roztańczonych ciał: Wściekły, bezgłośnie pląsający nieżywych krąg— A żaden z tych trupów nie miał głowy ani rąk! I Howard (Fungi from Yuggoth, sonet IX): It was the city I had known before; The ancient, leprous town where mongrel throngs Chant to strange gods, and beat unhallowed gongs In crypts beneath foul alleys near the shore. The rotting, fish-eyed houses leered at me From where they leaned, drunk and half-animate, As edging through the filth I passed the gate To the black courtyard where the man would be. The dark walls closed me in, and loud I cursed That ever I had come to such a den, When suddenly a score of windows burst Into wild light, and swarmed with dancing men: Mad, soundless revels of the dragging dead— And not a corpse had either hands or head!3 punkty
-
wszystko jest tak dziecinnie proste i tylko się śmiać z chmur z ich twarzy i mojego cienia powietrze jest ważne i czyste mówię sakramentalne – być może nie wszystko musi być logiczne jak wiersz zawieszony na niebie3 punkty
-
Link do piosenki: Ona myśli wciąż, ma nadzieję Lecz ja wiem, że to sucha woda A to co się wokół mnie dzieje To zło – taka już ma uroda Więc rzuciłem słowo jedno, dwa A w jej sercu wciąż trwa Padnie niejeden mur, niejeden sen O miłości sen – nic więcej Dużo dziś rozumiem, mniej wiem I nie wiem czy gorzej to, czy lepiej Życie niepoznane i trudne Roiłem kiedyś – więcej nawet Dla mnie te słabości nudne Teraz mam – tajemny wet za wet I wkrada się miłość, wkrada zło Taki jestem – to moje dno Padnie niejeden mur, niejeden sen O miłości sen – nic więcej Dużo dziś rozumiem, mniej wiem I nie wiem czy gorzej to, czy lepiej O sercu marzę – szukam jednego Ufam, że będzie czekać – nie zgaśnie Zbyt dużą mam siłę – co z tego? Wszystko przez te sny, te baśnie One nocą śnią się i śnią Zraniłem siebie, bardziej ją Padnie niejeden mur, niejeden sen O miłości sen – nic więcej Dużo dziś rozumiem, mniej wiem I nie wiem czy gorzej to, czy lepiej3 punkty
-
to twoje dzieło wielopoziomowy wieżowiec zwykle wchodzisz nim do siebie po to go budujesz unowocześniasz przez lata żeby wjeżdżać windą do siebie po drodze mijając każdą wersję poznanego wcześniej samego siebie i dalej eksplorować wzwyż nieznaną całkiem nową wersję siebie3 punkty
-
@Alicja_Wysocka jak możesz tak zniechęcić wszystkie dwadzieścia cztery by smutki lufką wódki poić - co za maniery pierwej daj im słodyczy trochę tortu lub ciasta spróbują i poczują apetyt będzie wzrastał przybędzie waga troszeczkę i będą te wigorki wariować i żartować ze smutków są humorki :))3 punkty
-
@Migrena Och Jacku, 24 - to godziny, one poszły do knajpy się napić - nie ja. Ja się im tylko przyglądałam i opisałam jak wyglądały. One nie były moje. Pozdrawiam i dziękuję :)3 punkty
-
@Alicja_Wysocka Bardzo dziękuję! Serdecznie pozdrawiam. :) Bo na tym cmentarzu papieru i kurzu, gdzieś między „nie wyszło” a „blisko”, buduje się spokój po wielkiej burzy - karmiąc śmietnik, ocalam wszystko. :))) @Jacek_Suchowicz Bardzo dziękuję! Serdecznie pozdrawiam. :) Prawda! Te słowa w rannej piżamie czasem się potkną o własne nogi, lecz zanim papier się załamie, szukają pięknej, jasnej drogi. @Poet Ka @Simon Tracy Bardzo dziękuję! Serdecznie pozdrawiam. :)3 punkty
-
@Berenika97 czasem się słowa rano chcą składać może niezgrabie ciut ociężale więc trzeba wstać kształt im nadać subtelność lekkość ułożyć w miarę a śmietnik w kącie to inny wymiar zniknie wchłonięty w czeluść materii słowa zostają ktoś je zatrzyma z nich coś się dowie może coś zmieni :)))3 punkty
-
@Charismafilos Bracie, ależ tylko na słabości, na kruchości... Przecież dlatego tu jesteśmy.3 punkty
-
A drapacz chmur czy zabrzmi lepiej by zmierzać do słońca nie parząc się przy tym? :) Również pozdrawiam Jakimś dziwnym trafem sąsiadów bierzemy, jacy są. Potrafimy ich sobie jakoś wytłumaczyć. Dlaczego nie robimy tak z wersjami siebie z innego okresu życia, niż ten w którym się znajdujemy? Miło, że zaintrygował Pozdrawiam :) I budowanie na coraz większej wysokości... z pięknym widokiem, ptakami i chmurami. Wiem, trochę popłynęłam, ale co mi tam :)) Pozdrawiam3 punkty
-
A ja tęsknię.! I w lepkiej ślinie rozpuszczam prażone ziarenka tęsknoty, w spękanych ustach. A ja tęsknię.! Odwodnione ciało i dreszcze. Nienasycona jak ziemia, spragniona deszczem.2 punkty
-
Słońce zagląda w okno nieśmiało, Kątem ze wschodu, jakby się wahało. Doń jabłoń różem swych pąków kołysze. Cisza, – ech cywilizacji nie słyszę. Wstaję, – dwieście tulipanów: Dzień dobry!” Mówi, na różne sposoby – kolory: Czerwony, żółty, biały i różowy, (Tego roku z tej strony wyjątkowy – ) „Rodzynek”. – Migdał go kwieciem całuje. Wiśnia nawałem bieli prorokuje Dostatek owoców w ciepłym lecie, Niżej pigwowce też „łososiem” przecie. A tam wysoko niebiańskie błękity Bez chmur, wczorajszy nawał wichrem zmyty… „Za chwilę przyjdą, przyniosą problemy. Za chwilę, niechże cię ukołyszemy…” Jakby mówiły te duchy – anioły, Co tulą tą Ziemię we władz swych poły… Ilustrował „Perchance”, pod dyktando Marcina Tarnowskiego grafiką „Róż pączków jabłoni o wschodzie”.2 punkty
-
Turystka jeździła po Tunisie na gazeli, hienie, też na lisie, a w Nigerze na panterze. (Nie ‘na’, lecz ‘w’ - pomyliło mi się)2 punkty
-
pojedziemy na łów na łów towarzyszu mój na łów na łów na łowy do zielonej dąbrowy towarzyszu mój... zdobędziemy jądro galaktyki i czasoprzestrzeń będzie nasza kolapsy grawitacyjne złapiemy we wnyki sunąc grawilotami od Annasza Do Kajfasza\ towarzysz Birkut co 300% normy założy barchanowe gacie lub różowe reformy... Astat. Bizmut. Wanad. tak.... tak hartowała się stal... według różowych i złotych dal wszechświata...2 punkty
-
@Alicja_Wysocka czas realizacji może ulec zmianie ;) Dzięki, że wpadłaś się tu zatrzymać na chwilę!2 punkty
-
Piosenka na pory deszczowe Brakuje w niej słodkich słów Słowa niezbyt kolorowe Słychać w nich męczący trud Dźwięki na chwile mroźne Tak niezbyt wygodne są Nuty nie za bardzo proste Nie układają się w piękny głos Ołówek łamie się w pół Od marnych, bolesnych zapisów Autor musi wierzyć w cud By od myśli nie umarł w zaciszu Kartki lęgną się na Ziemi Nikt nie liczy na czyste niebo Jeśli ten stan się nie zmieni Wnet popadnie się w ciemność Rękawy są zakasane mocno Choć na nich są widoczne plamy Twórca nie pójdzie drogą prostą Gdy wciąż potyka się o skały Autor chce mieć doskonałość Choć sam na grochu klęczy Poddaje nurtowi swe ciało I czuje się w tym wszystkim piękny2 punkty
-
@Marek.zak1 Bardzo dziękuję! Serdecznie pozdrawiam. :) Ciekawa jestem Twojego komentarza. :) @Poet Ka Bardzo dziękuję! To prawie esej! Dziękuję za taki świetny komentarz! Szczególnie za zdanie, że to, co wykreślamy, waży najwięcej. Myślę, że właśnie dlatego trudno wyrzucić te kartki od razu. Zostają na podłodze trochę za długo. Jakby odrzucenie wymagało pożegnania. :))) Serdecznie pozdrawiam. :) @andrew Bardzo dziękuję! Piękny wiersz! "Dzień bez pytania przytula" - wzięłam to ze sobą na dzisiaj. Dziękuję i pozdrawiam równie serdecznie. :) @Na liniach czasu Bardzo dziękuję! Ulepmy! Ja ze swoimi próbami - bałwana, ale Ty ... ?! Może będziesz moją Weną? Serdecznie pozdrawiam. :))) @Lenore Grey @Robert Witold Gorzkowski @MIROSŁAW C. Bardzo dziękuję! Pozdrawiam. :))2 punkty
-
2 punkty
-
@Alicja_Wysocka Alu. gdybym był idiotą to w pierwszych słowach mego listu napisałbym tak: no to masz problem dziewczyno!!! ale możliwe że jestem normalny, czyli jeden z Was to napiszę tak: oswojony smutek traci apetyt na świat i staje się meblem. to niebezpieczna forma domatorstwa, w której gospodarz zaczyna przypominać swoje kąty. bardzo celny wiersz Alu.2 punkty
-
@Migrena Intensywność tego opisu zrobiła na mnie wrażenie. Nie uciekasz się do zastępczych subtelności, nie tworzysz naiwnych hologramów, lecz analizujesz prawdę, z wyczuciem smaku, jednakże i umiejętnością wykreowania obrazów dalekich przecież od obsceny. To erotyka nieokiełznana i gorąca, lecz umiejscowiona w perspektywie kosmicznej, a nie tylko cielesnej. Zapamiętam. Oddajesz tu istotę miłości fizycznej, w której znikają granice lęku. Akt seksualny jako droga do wyjścia z izolacji i pełnej integracji wszystkich aspektów osobowości, poprzez bezgranicznie ufne połączenie z drugim człowiekiem. Również do zapamiętania. Aspekt gnostyczny. Seks prowadzi do obopólnego poznania, wtajemniczenia. Energia fizyczna przekształca się w duchową, a przekroczenie granic materii daje wgląd w istotę bytu. Owe olśnienie już zostaje na zawsze, bo nie da się wrócić do stanu pierwotnej nieświadomości. Żywioł morza, nie tylko świadka, ale współuczestnika wydarzeń (efekt osiągnięty poprzez konsekwentne nawiązania do jego dynamiki) idealnie podkreśla przekaz poetycki. To nie proste tło, lecz chór w tragedii antycznej (podobna funkcja w przestrzeni wiersza). AH2 punkty
-
@Natuskaa bardzo dobry oj ten wieżowiec męczy od wczoraj jest podpatrzony życiowy temat każdy go wznosi dojrzewa oraz dostrzega więcej świat wokół zmienia :))2 punkty
-
@Berenika97 przykleił mi się Twój wiersz - te papierowe kule są bardzo sugestywne. Działasz na wyobraźnię :) kosz jest trochę jak cmentarz może nawet jak grzebień - bo coś się w nim chowa, grzebie zanim zdąży stać się słowem2 punkty
-
@Berenika97 pustka ma to do siebie, że jest najbardziej chłonnym materiałem świata!!!!!! fascynuje mnie ta transakcja. Berenika oddaje "wnętrze”, żeby śmietnik mógł je odzyskac i przestać być pustym przedmiotem. to czysta ontologia braku - niby nic nie wychodzi, a jednak pokój wyścielony zgniecionymi słowami staje się bezpiecznym białym azylem . piękna, surowa lekcja o tym, że te wszystkie odrzucone próby nie są odpadem, ale jedynym możliwym budulcem dla Twojego " bałwana myśli”. paradoksalnie, im więcej kul mija kosz, tym cel jest bliżej. bardzo bliskie mi to Twoje nocne "dzianie się” niczego. dziękuję za ten chłód , który grzeje. szczególnie mnie. szczególnie teraz.2 punkty
-
Tekst powtórkowy wyrzeźbiłeś mnie w skrzepłej krwi z cierniowych krwinek mam cierpienie a z białych jego brak na wysokiej górze stać mi każesz bym zrozumiał świat lecz sił zaczyna brakować mi którymi dźwigam ciężar ten pozwól że pójdę sobie stąd wiem że to podłe i nieludzkie zmęczony jestem grą marzę by z góry nagle zejść zostawić bliskość złotych gwiazd jak mi wygodnie życie śnić lecz błękit powtarza słowa te remis nie może być a rzeźbij nadal z czego już chcesz jesteś o niebo mądrzejszy ode mnie ta góra zniknie nie będzie tu gdy czas ominie ślady zegara bez horyzontu dla każdej z dróg ∞2 punkty
-
z szerokich ulic wychodzących na morze zroszony deszczami z rogu obfitości frontu atmosferycznego z blaskiem na wodzie od wybrzeża do wybrzeża bije o brzegi z namiętnością wzburzona piana kołysze się na kotwicy łódź ponętna i piękna tam gdzie muszelka zaklęta w piasku piorunem rażony okryty rubinowym rumieńcem jak bursztyn z najczystszej wody na pełnych żaglach dotykasz głową nieba2 punkty
Ten Ranking jest ustawiony na Warszawa/GMT+02:00
-
Ostatnio dodane
-
Wiersze znanych
-
Najpopularniejsze utwory
-
Najpopularniejsze zbiory
-
Inne