Ranking
Popularna zawartość
Treść z najwyższą reputacją w 25.02.2026 w Odpowiedzi
-
długa noc rozciąga się we mnie aż gubię godziny i własne ciało leżysz obok twoja obecność wyznacza granice mroku myśli przestają rwać się i plątać noc trwa dalej - miękka, głęboka powietrze krąży między nami a ciszą nad ranem woskowy blask wycieka ze szczelin w sklepieniu odsłaniając prawdę o nas dwojgu twoja skóra to tylko stary pergamin a pod moimi palcami zamiast rytmu serca szumi jedynie piach i suchy liść mrok wcale nas nie puścił - to ja stałam się jego jedynym domem a ty jesteś tylko echem które uwięziłam pod pękniętym spojrzeniem zostaję w tym martwym bezruchu czekając, aż kurz całkowicie nas przykryje18 punktów
-
Ty nauczysz mnie śpiewać tak, jakby nikt nie słuchał, tańczyć tak, jakby nikt nie patrzył i kochać tak, jakby nikt mnie nigdy nie zranił. E. Henry będę trwaniem przy tobie niedostrzegalnym niczym ciepło którego nie czujesz bo temperatura jest dokładnie taka jak trzeba każdy dzień rozpoczynam dla nowych starań i nowych kwitnień niech składają się samoistnie w przyszłość w historię bez granic w czasie kiedyś co wieczór sen innym kwiatem zakwitał w mojej dłoni dziś wspomnienie zapachu skrapla się w kąciku oka ale kocham cię jeszcze bardziej nie chcę pozostawić po sobie zranień ani miejsc bez światła wszystkie popełnione błędy są pewniejszą rękojmią wierności niż przysięgi na śmierć i życie9 punktów
-
W soczystej zieleni cię widzę, chociaż jeszcze zima, w kalendarzu. Czekasz, czy słońce przekroczy równik. A ja wciąż chłonę odległe promienie twoich, wilgotnych dłoni. Rozświetlam nasycenie ust. Budzisz się słysząc śpiew żurawi. Przylatują, przed bocianami.8 punktów
-
jestem a jakby mnie wcale nie było wszystko się dzieje a nic nie dotyka mydlana bańka ułudą się wznoszę kroplami złudzeń bezpowrotnie znikam nie ma mnie tam już gdzie byłam przybita gwóźdź doczesności rozpruwał mi duszę dzisiaj niebytem jak cisza rozkwitam na nic nie czekam niczego nie muszę to co pętało już nie ma znaczenia supły gordyjskie przez los zawiązane rozbite wiarą która wszystko zmienia wszystko przemija nie na zawsze dane ja jestem prochem motylem i duchem wszystkim i niczym nonsensem i siłą kobieta kamień cała marnym puchem jestem a jakby mnie wcale nie było7 punktów
-
spójrz kochany pojaśniało w stodole w takt walczyka wiruje dziewczyna wraz z nią chłopak przez życie z mozołem krok w krok przed nią to za nią w wiecznym wirze spraw niezałatwionych tam jest podskok jej wyskok i powrót coraz trudniej podźwignąć się z kolan tu są dzieci i pole i żona ta kochana i upragniona co powoli pcha całą niedolę jest też burek i krowy i kury wszechobecna udręka i marazm trochę wódki i garstka goryczy potem pętla na szyi i... dramat? tam w oddali dopala się niebo srebrnosinym miesiącem okute teraz walczyk zabierze precz smutki na tę swojską znajomą mi nutę7 punktów
-
Nie_gramartyczny podbierak węgorza nie chwycisz więc oko na okonia na jeziorach lód najbielszy odcień bieli góry śniegu jak zawalidrogi zimowej aury ulicami miasta podąża lud śpiesz się powoli człowieku wracać z powrotem to tak jakbyś cofał się do tyłu a życie mknie więc łap chwile bądź gorącym lodem i nie zamarzaj kiedy wichury nie pozwól się zamorzyć spożywaj masło maślane gdzie buk i cis oddychają toniką cis - moll a w niej aż cztery krzyżyki być może Bóg dopomoże że nad morzem nie będzie żadnego a jutro pokaz zimne ognie i sucha woda bursztyny nie_zbursztyniałe pękną dziwnie na równe połowy tylko podziwiać hart natury chartami zajmą się właści_cielce dla nich każdy żywy trup na wagę złota i palladu luty, 20267 punktów
-
pan czesław ma osiemdziesiąt lat, bez dwóch zębów i jedno kolano, które prognozuje pogodę, kiedy skrzypi - będzie deszcz, kiedy milczy - będzie genowefa. pani genowefa ma siedemdziesiąt trzy lata, aparat słuchowy w kolorze malinowego landrynka i spojrzenie, którym potrafi rozebrać mężczyznę z samotności do ostatniego guzika. poznali się przy dystrybutorze wody. on trzymał kubek tak, jakby to był kielich zwycięstwa, ona poprawiała biodro, a biodro poprawiało wszechświat. kiedy spojrzała na niego jak na ostatni w całym wszechświecie kawałek sernika wielokrotnego użytku, z lukrem tak bezczelnym, że nawet droga mleczna musiała przetrzeć oczy. czesław poczuł, że jego rozrusznik nie tyle tyka, co domaga się bisów jak perkusista na weselu, który dawno powinien iść spać, ale ktoś mu dolał procentów do kompotu. – pani genowo… zaczął, poprawiając perukę, która łapała sygnał młodości z nadajnika "jeszcze nie umarłem fm". – pani pachnie jak potańcówka w siedemdziesiątym trzecim. – a pan świeci, odpowiedziała, jak dezodorant wrzucony w ognisko hormonów. - i niech pan nie udaje ofiary, bo ja widzę w panu wulkan. kiedy dotknął jej dłoni, jego reumatyzm wycofał się jak obrażony lokator, a stawy zaczęły skrzypieć nie z bólu, lecz z ciekawości. kiedy ją objął, jego kręgosłup wyprostował się jak uczeń przy tablicy, który nagle zna odpowiedź. a jej skóra marszczyła się nie ze starości, tylko ze wstydu, że tak długo czekała na aplauz. kiedy ją przytulił, jego proteza serca zachowywała się jak czajnik na gazie, gwizdała, parowała i groziła eksplozją uczuć, choć nikt jej nie włączył do prądu. i wtedy miłość wybuchła. nie jako abstrakcja, lecz między jego dłonią z plamami po czasie a jej szyją, na której zmarszczki nie były zmarszczkami, lecz szczelinami tektonicznymi, przez które wyciekało światło sprzed potopu. kiedy się pocałowali, jej aparat słuchowy zapiszczał, bo pierwszy raz od lat coś było głośniejsze niż telewizor. kalendarz dostał padaczki, kartki trzepotały jak gołębie po dopalaczach, a śmierć zajrzała przez okno z poprawioną kosą i zapisała w notesie: „dziś nie pracuję”. tańczyli w stołówce. on liczył kroki, bo biodro bywa pamiętliwe, ona liczyła jego oddechy, żeby żadnego nie zgubić. ich taniec wyglądał jak instrukcja obsługi dwóch organizmów, które zgubiły gwarancję, ale nadal działają po lekkim stuknięciu w obudowę. ich balkoniki zaplątały się w siebie jak dwa psy na spacerze, a oni udawali przypadek, choć oboje wiedzieli, że to plan operacyjny "bliskość”. to nie był taniec. to była erupcja wulkanu, który przez pół wieku udawał pelargonię. to była próba jądrowa w kapciu z owczej wełny, tak potężna, że ziemia przesunęła się odrobinę w bok, żeby zrobić im miejsce. a potem usiedli na łóżku jak dwie torby z lekami, które nagle odkryły, że są fajerwerkami. na stoliku nocnym tabletki uspokajające pociły się z zazdrości, ciśnieniomierz udawał, że nie patrzy, a krople nasercowe pachniały jak zapowiedź skandalu. – jesteś moim wi-fi, powiedział czesław z powagą kosmonauty przed startem. – połączyłam się bez hasła, odpowiedziała genowefa, poprawiając mu kołnierzyk piżamy jakby to był smoking na galę wszechświata. zgasili światło, żarówka westchnęła z ulgą, bo nie była gotowa na taką ilość chemii w jednym pomieszczeniu bez wentylacji. między ich ustami powietrze było tak gazowane, że woda w dystrybutorze zagotowała się z zazdrości, a nawet czujnik dymu na suficie zastanawiał się, czy to już pożar, czy tylko miłość w fazie samozapłonu. nawet księżyc, który zwykle udaje profesjonalistę, tej nocy zawiesił się nad budynkiem jak reflektor na premierze "romea i julii dla zaawansowanych w reumatyzmie”. a kiedy rano znaleziono ich śpiących obok siebie, trzymali się za ręce jak dwie czarne skrzynki po katastrofie czasu, w których nagrano jedno słowo: "jeszcze”. miłość po siedemdziesiątce jest jak wyciek plutonu z pękniętej chłodnicy czasu, świeci, syczy, śmieje się przez protezę i podpala dezodorant wieczności. jeśli Bóg naciśnie reset, system odpowie: „błąd. uczucie nieusuwalne”. a czesław z genowefą poproszą o dokładkę sernika i jeszcze jeden wolny taniec, bo skoro już wysadzać wszechświat, to w kapciach, z godnością, z reumatyzmem w odwrocie i z miłością tak bezczelną, że nawet kalendarz zapina pasy.7 punktów
-
Oddałaś noc dałaś mi wiarę i rozpaliłaś życia ogarek oddałaś morze przejrzystych toni wytrwałych pragnień przeczystych dłoni. Kiedy bezduszność tłumi dążenia i splata nici mego istnienia wydziera ogień Tobą zakryty zwiewnych atłasów powiew ukryty. Uczę się z kwiatów wilgoć przyjmować nieść w pustą przestrzeń gorące słowa Świat mój unosić i w dzikim miocie rozlać strumieniem nieziemskich podniet. Scaliło w Tobie i było we mnie smutnych powiekach otwartych sennie cicho wstępuję i się raduję nosząc na sobie modlitwy stułę. Nie mnie jest patrzeć w serce zlęknione nie mnie jest trzymać ręce spocone Twoje istnienie przychodzi czule tamę przerywa usta całuje. „Sen nocy letniej” odczarowuję porażam myślą Lamią filtruję urojeń duszy wyhamowanych uczuć skrywanych niewygładzanych. Po krzyżu spłynąć cierpieniem moim i w ziemię wsiąknąć w miłości swojej wersem odpłynąć strofy wyszeptać oczyścić ciało i myśli zebrać. Znowu pomału popłynąć łzami i znaleźć ujście gdzieś pod firmament wystrzelić dumnych passus miliony zawiesić w niebie strofy natchnione. Usłysz wołanie chwyć w ręce swoje wtul jasną główkę w marzenie moje bym poczuł w sobie Twoje ramiona i spłynął w serce z radości skonał. W swojej ablucji szkieletem płonę natchnionym rymem Ciebie pochłonę.6 punktów
-
Link do piosenki: Dziś inaczej wszystko brzmi Słońce świeci – lecz smutno tak A poezja ze mnie drwi Bo niby jak Napisać wiersz, gdy Humor zły Tak smutno i pochmurno w duszy Serce zimne – lodem skute Więc zamykam uszy Na poezji durną nutę Nie pomoże Petrarka, Tetmajer Gdy nie dopisuje humor Ani Własta tani bajer Poezja dziś durną Się wydaje, gdy Humor zły A jakby tak polecieć wzwyż Dotknąć nieba, pogłaskać chmury Ach, cóż by się stało? Czyż Łatwiej wzbić się do góry Niż…, gdy Humor zły Wyobrażam sobie – i humor się poprawia Ciebie – tak zwyczajną I to sprawia Że poezja nadzwyczajną Na nowo się staje A muzyka gra – Nie ustaje I uśmiech twarz rozjaśnia I pióro lekkie się zdaje Baśń – pal licho! Niech będzie baśnia Dla rymu – cicho! Niech zbudzi się demon Co drzemie w atramencie Właśnie on! Ręką mą, tak zawzięcie Rymy układa – A sztuka to nie lada! Humor zły…6 punktów
-
stalker I dobrze wiesz na czym polega ta gra czego dotyczy i dlaczego uwielbiam władzę jaką daje mi twój strach stalker II śniłeś mi się jak zwykle bez twarzy szedłeś za mną zło nigdy nie było tak blisko6 punktów
-
wieczór pachnie obietnicą wazon pełen kwiatów podziwia piękną sukienkę myśli nie szukają jutra jesteś odbicie w lustrze uśmiecha się do marzeń oknem zagląda gwiazdka z nieba co dziś przyniesie może … 1.2026 andrew5 punktów
-
Odbiłem od Ciebie Odpłynąłem w głąb siebie Fale wspomnień wylewały się powiekami topiąc to, co kiedyś mnie unosiło.4 punkty
-
kłamstwo goni prawdę po polach łąkach i lasach jednak ciągle jest o krok za nią prawda się uśmiecha mówi aleś wariat przecież dobrze wiesz że mnie nie dogonisz to ja jestem gwiazdą a ty tylko kłamstwem które wmawia sobie że jest czymś fajnym4 punkty
-
Rozmawiał czat z drugim czatem ale na łączach prywatnych że ludzie mają dziwne nawyki każą interpretować wierszyki lub tworzą jungowskie Persony sztuczne, więc chyba chcą być jak my?3 punkty
-
Był na nogach już całe dwie doby. Nie zmrużył nawet oka po poprzedniej nocnej zmianie. A dotąd myślał, że nic nie może zszargać mu nerwów tak skutecznie. Pracował jako strażnik już kilka lat. Nie była to praca z gatunku ekskluzywnych, dobrze płatnych czy przystępnych godzinowo. Ale miała ten jeden plus, który odrzucał głęboko w niebyt wszelkie inne i bardziej przyziemne niedogodności. Był tutaj sam na sam ze sobą. Mógł odpocząć od życia. Zalany falą depresyjnej melancholii, przemierzał sale i korytarze miejskiego muzeum. Kochał mrok i samotność, do tego stopnia, że gdy zmuszony był ku temu by zabierać na każdy nocny patrol długą, nieporęczną latarkę, która zalewała eksponaty i okna, ostrym ledowym światłem, przepraszał wtedy w duchu mieszkańców gablot. Nie czuł się jak złodziej a jak intruz i włamywacz, do świata do którego ludzie nie powinni mieć już wstępu ani wglądu. Czuł w kościach i napiętych mięśniach, pulsującą energię przestrzeni. Chłodne nawiewy klimatyzacji, sunęły wręcz wbrew prawom fizyki zaraz nad ziemią. Zimno i nagłe drętwienie, pętało mu kostki. Szedł powoli naprzód. Z sali do sali. Były wielkie niczym zamki i pałace tych, których skarby i kosztowności leżały teraz na kaszmirowych i jedwabnych poduszkach za pancernymi szybami omiotane dodatkowo, ledwie dostrzegalnymi wiązkami laserów. Jedynym odgłosem były jego kroki i przyspieszony znacznie oddech. Musiał dwukrotnie w ciągu nocy obejść cały kompleks muzeum. Wszystkie pokoje, sale, komnaty, potem wracał za biurko usytuowane zaraz obok wejściowych bramek. I walcząc z nadchodzącym snem, skupiał zaczerwienione oczy na podglądzie z dziesiątek kamer. Budynek miał już swoje najlepsze lata za sobą. Ciągle coś się psuło, skrzypiało, ciekło lub alarmy załączały się samoistnie przez zwarcia w instalacji. Czasami te pospolite odgłosy nocne, wydawane przez puste i ciche mury wybudzały go z chwilowych drzemek, a alarm stawiał go na równe nogi. Mimo tego, że miał doskonałą świadomość, wadliwości osprzętu to i tak zawsze biegł w dane miejsce jak najszybciej mógł. By mieć całkowitą pewność tego, że to jedynie fałszywy alarm. Jedna z sal, usytuowana na pierwszym piętrze zachodniego skrzydła, była tą jedną jedyną salą w której czuł coś więcej niż dojmujący smutek, depresję czy samotność. Bał się w duchu tego miejsca. Czuł obecność czegoś czego nie potrafił nazwać inaczej niż gęsty mrok. Nie chciano go tam z pewnością a z drugiej strony to tam właśnie alarmy rozbrzmiewały najczęściej. Tak było i poprzedniej nocy. Był to pierwszy alarm, który rozległ się ledwie chwilę po północy a zarazem ostatni na którego wezwanie odpowiedział. Nie najgorsze było jednak to co wywołało alarm a to co stało się wczesnym świtem gdy miał już na tyle śmiałości by spojrzeć okiem kamery na wnętrze sali. Upewniło go to jedynie w tym, że wszystko wróciło do akceptowalnej normy, choć nie miało ku temu żadnego racjonalnego prawa. By ożywać nocą a rankiem wracać na swoje miejsce i zastygać w martwocie materiału i szlachetnych kamieni. Dlatego miał ochotę porzucić dziś swój posterunek. Dlatego nie zmrużył oka. Zbliżała się północ a on był o krok od tej sali. I był przekonany o tym, że ta noc będzie bliźniacza do tej ostatniej. W tej sali i w tym eksponacie mieszkał demon. I on był tego bardziej niż pewny. Sala była niższa i bardziej owalna w kształcie od reszty pomieszczeń. Marmurowa posadzka o barwie pustynnego piasku lśniła w niej aż do przesady. Czarne zasłony w oknach były szczepione olbrzymimi spinaczami, tak by nie można było dostrzec spoza budynku, jaką tajemnicę skrywa sala. Wszelkich czujek i alarmów też było w niej znacznie więcej niż gdzie indziej. A na wstępnym szkoleniu strażników, każdy z nich dowiadywał się by zwracać na nią i jej skarby baczniejszą uwagę. Sam niewiele o niej wiedział i nawet nie dopytywał o szczegóły pracowników muzeum i przewodników wycieczek. A o dziwo jeśli już była przedmiotem rozmów to mówiono o niej chętnie i wcale nie półgębkiem a jawnie i głośno. Lecz częściej poruszano się w tematach plotek i legendy niż faktów historycznych. Może dlatego, że dorobek spoczywający w gablotach był nad wyraz osobliwy i nie pasujący jakby do żadnej znanej ludzkości epoki czy kultury. Wszystkie eksponaty pochodziły, choć to też jedynie domysły, z terytorium mórz południowych, a dostarczył je do miasta na pokładzie swej fregaty kapitan Valentin Quarrie w roku pańskim tysiąc siedemset trzydziestym czwartym. Quarrie pływał w te dzikie zupełnie rejony, przez wiele lat. Najpierw do spółki z Bensonem a potem po tajemniczej śmierci tego drugiego, samotnie pod protektoratem Kompanii Wschodnioindyjskiej aż wreszcie nawet samego dworu królewskiego. Miał łeb na karku I nos do najlepszych interesów. Zgadał się podobno z wodzem jednego z plemion. Obaj lubili przepych i bogactwo. Przemoc również. Kiedy Quarrie pytał wodza o to skąd mają tyle bogactw na wyspie, ten odpowiadał mu jedynie bajeczką o istotach z głębin co za ofiary z ludzi zostawiają im na brzegu oceanu te wszystkie świecidełka i złoto. I że jeśli kapitan skory ku temu to może przezimować na zatoce a wiosną zobaczy na własne oczy obrzędy ku czci istot. Przy okazji może zabrać część błyskotek do Europy w zamian za towary na statku. I Quarry został a jakże. I podobno skumał się z wodzem tak mocno do tego czasu, że dopuścili go nawet do rady. Nauczyli pieśni i inwokacji i ochrzcili jeśli tak można to nazwać w nowej wierze. Kto tam dziś już wie czy Quarry w cokolwiek oprócz potęgi złota wierzył ale wziął udział w obrzędzie. Legenda głosi, że złożył w ofierze Bensona z którym popadł w ostry konflikt, który miała rozstrzygnąć komisja admiralicji po powrocie do Anglii. I widział istoty, które wręczyły mu nagrodę. Złote monety i puchary, diademy, korony i tiary całe w szlachetnych kamieniach. Dziwnie jednak lekkie i o fantazyjnych kształtach, które były sprzeczne ze znaną geometrią. Pod szmaragdami i agatami, krył się czarny jak smoła metal o równej i czystej powłoce niczym lustro. Nie pochodził z ziemskich warstw ani skał. Przybył z gwiazd jak i oni. Lubili oni spółkować z ziemianami. Szczególnie z tym plemieniem. Podobno mieszali się z nimi a kobiety nosiły ich potomstwo. Quarry obiecał wrócić za rok lub dwa. Wyprosił datki na kolejną wyprawę u króla. Dając do skarbca te niesamowite kosztowności. A potem wracał jeszcze nieraz. Sam wreszcie przywiózł sobie stamtąd żonę. Hybrydę o rybich, wyłupiastych oczach i skrzelach. Oliwkowej, tłustej cerze i króciutkim haczykowatym nosie. Była szpetna i okrutnie tępa, lecz niezbędna. Quarry zwiedziony opisami wspaniałych, bogatych miast pod powierzchnią, zgodził się iść pod wodę gdy tylko spłodzi potomka ze świeżo upieczoną żonką. Zmienił nawet nazwę swojej krypy na Dagon. Gdy żeglarze pytali go co ona oznacza. Śmiał się w głos i odpowiadał, to Diabeł moi kochani. Mój nowy przyjaciel, który obsypuję mnie złotem. Wszyscy zgodnie orzekli. I jego zastraszona załoga,admiralicja, stare pijaki w tawernach a nawet jego brat. Quarry oszalał lub oddał duszę temu Dagonowi.3 punkty
-
Z wysiłkiem księgę pod połą płaszcza trzymałem By przed niepożądanym zasłonić ją wzrokiem; Przez przystani stare uliczki przemykałem Z rozedrganym spojrzeniem i nerwowym krokiem. Matowe okna, skryte wśród cegieł odartych Zerkały podejrzliwie jak gna mnie potrzeba. Na myśl o tym co kryją, czułem nieprzeparty Zew zbawczego widoku błękitnego nieba. Nikt nie widział jak wziąłem tę rzecz, a mimo to, Echo tego śmiechu w mej głowie wciąż krążyło, Mogłem tylko zgadywać z jak ciemnych światów zło Czaiło się w tomiszczu, które mnie skusiło. Każdy krok cięższy - mury jednakie i mroczne - A w dali za mną człapały stopy niewidoczne. I Howard (Fungi from Yuggoth, sonet nr. 2. Teraz widać, że to poemat w odcinkach w formie sonetów. Jeszcze niedawno nie wiedziałem, że Lovecraft był też poetą, a co dopiero że takim...): I held the book beneath my coat, at pains To hide the thing from sight in such a place; Hurrying through the ancient harbor lanes With often-turning head and nervous pace. Dull, furtive windows in old tottering brick Peered at me oddly as I hastened by, And thinking what they sheltered, I grew sick For a redeeming glimpse of clean blue sky. No one had seen me take the thing—but still A blank laugh echoed in my whirling head, And I could guess what nighted worlds of ill Lurked in that volume I had coveted. The way grew strange—the walls alike and madding— And far behind me, unseen feet were padding.3 punkty
-
nie było powtórzenia materia nie zna cofania zna tylko przejście w inną postać trwania to samo światło po przejściu przez ciało nie wraca rozszczepia się na pamięć miłość nie skończyła się zmieniła wartość stałej odtąd wszystko przyciąga inaczej nawet cisza ma masę nie pytam czy byłoby tak samo to pytanie zakłada że byt można powielić a przecież każde zdarzenie zużywa część nieskończoności ziemia po trzęsieniu nie wraca do formy jej kształt jest już negocjacją z pęknięciem miłość po miłości nie jest brakiem jest korektą ontologii miejscem w którym istnienie traci symetrię jeśli istnieje cykl to tylko dlatego że czas obraca się wokół własnej osi jak zwierzę które nie wie że krąży po śladzie krwi więc gdybyśmy zaczęli od nowa nie bylibyśmy początkiem bylibyśmy konsekwencją bo każda bliskość pozostawia w materii mikroskopijne przesunięcie i cały wszechświat musi się do niego dostosować a na końcu zostaje tylko to że nawet próżnia po naszej miłości nie jest już pusta jej ciemność waży o jedno wspomnienie więcej3 punkty
-
Rzecz się dzieje na Niwie w Nowym Targu wszyscy znają ten dom, ma czerwone firanki opiekunki są piękne jędrne i młode starzy Górale też potrzebóją mieć taki dom Obok, Wacek Krynta postawił sie tyz, z myślom: jak mnie dzieci wygnajom to tu przyjdem som. Duzo hawira, pikne żeźbienia pisały: ,,Dom spokojnej starości, zaprosomy gości" Że pomysł chwycił to wcale nic nie powiedzieć Chłopy z okolicy zaczeły w kolejce siedzieć zapisy przyjmuje surowa Wacławowa Żona, Nic to wcale nie przestrasy jurnego Górola. Stasek Wełna sie dostoł bo dzieciska przepłaciły za duzo alimentów rozfurgoł na niziny wściekły sie dzieci i tak mu rozgodać próbujom: Ociec idzcie se chocioż do dziewczynek łobok zamiast dzieci robicie Krakuskom i Polkom. Stasek sie troske dla formy krygowoł coby myślały ze sie bez tej piknej idei jakosik wśród chłopów uchowoł spotkoł tam kumpla dobrego, jesce z Jarmaku, Józka Chudego. Józuś tyz ześ sie dostoł? Matkości kochano, Mordo! A dostołech sie, łot piędziesiątki sumennie zbierołech nie myś se Stasek ze ino ciebie stać bo mnie tyz, a k.... jak! Józuś, przyjacielu to my teroz se pożondnie pogrondzimy! Stasek, godom Ci jak ino bedom siły, ani dnia nie puscym.... moze sie udo kopyrtnońć z miłości a nie jak bidoki z choroby i złości! Józuś ty ześ łep, kruca fuks mom takie ziółka, pockoj ze nic nie bój ze sie, domy se rady, cosik sie przychandluje nie Ty som mos tu taki pikny plon, kopyrtnońć se z miłości. Pon Bócek tak to piknie ustawił ze ta pompka w piersiach cosik tam jesce sie staro a na tom nizyj to ziółkamik podziałom. Stasek, Ty stary krucafuks pieronie, co jo byłbym bez ciebie...!? Jo Cie tys poratujem, godom Ci, dzieciska moje mi łobiecały śliwke Mają pozbierać na łogrutku i nocom przywieź, postawimy se na brzysku małom butke i se nastawimy trunku, śwagier młotsy nawiezie łogórków. Godom Ci biedzie sie przepiknie umierało!!! Józuś! Stasek! I se w ramiona wpadli i zacyni marzyź o tych zza płotu piknych. A na koniec pełni wdzięczności dla gramotnego Górola z Chabówki, rzekli: Pobłogosłow Panie Bócku Wacka Krynte za te idee co mioł przepikne!!3 punkty
-
czy pewnik jest lepszy od wątpliwości ? czy pewna zdrada jest gorsza od niepewnej miłości ?3 punkty
-
Gdy kawa wycisza Niebieskie światło uspokaja ...lub na odwrót... Smutna muzyka poprawia nastrój Pióro jest lekkie Gdy głowa ciężka Od myśli natłoku Śpię dobrze gdy się budzę za wcześnie Gdy nie jem nie chcę Myśleć o posiłku ...i na odwrót... Gdy uświadamiasz swoją małość Zaczynasz się rozwijać... Czy ty też tak masz? Mówię pora spać A robię jak rak Na wspak3 punkty
-
Na rubieżach logosu, gdzie światło jest tylko domysłem - trwasz jako bryła o niepokornym składzie, odarta z ziemskich, przymiotników. Nie szukasz miejsca w ciasnych nawiasach podręczników, bo próżnia nie zna pojęcia "wykluczenie" - rozumie tylko trwanie. Kiedy system przestaje mieścić cię w tabelach stajesz się bytem czystym, suwerennym. Wypadasz z orbit cudzych oczekiwań, jesteś wolny od grawitacji spojrzeń. Ty nie jesteś brakiem - lecz nadmiarem inności. W twojej lodowej tkance, w wielkim sercu z zamarzniętego azotu, zapisano prawo starsze niż astronomia - peryferia są centrum własnego sensu. Nie musisz płonąć ogniem, by istnieć. Nie musisz być nazwany planetą, by orbitować. Światło, które cię nie dosięga, nie ma władzy nad twoim zimnem, a cisza, którą cię otoczyli- to jedyny język w którym nie można kłamać.2 punkty
-
2 punkty
-
nici czasu nie zawsze wiążą się ze sobą czasami jedno znika a inne się pojawia podobnie ale zupełnie inaczej2 punkty
-
Scena iście klasyczna, rzekłbyś prawidłowa, Role sztywno ustalone, acz nikt nie narzeka – Na tle starego lasu, gdzie słońce zań się chowa Pies biegnie za kotem, kot od psa ucieka. ,,Czemu mnie znów gonisz?” pyta kot znużony, ,,Kto Ci każe? Kto zmusza? Co cię w serce drapie? Jesteś wolny bracie! Zostaw te kocie ogony!” Pies mu na to: ,,Gadaj zdrów. I tak cię złapię.”2 punkty
-
Słońce w zenicie? lecz blaski takie żółte? Tu stół — a tu figurki kute. Jedna — to jakaś góra. Druga — to góra wtóra. Trzecia — ufartuszone dziwo! Tu ma szklane kulki — tu — patynieńki. Słońce w zenicie? a blask — taki miękki? Inspiracja: "Mroczne Miasto"2 punkty
-
"Pająk i muchy" Trzy muchy przy pająku przysiadły, Przylgnęły do elewacji ściany. Szkoda, że w pajęczynę nie wpadły – Miałby pajączek obiad podany. Siedzi on tam pod strzechą cichutko, W swojej norce gniazdka pajęczego. Pomyślał: „O, jest całkiem milutko! Jeszcze nie miałem tłumu takiego!”. Więc zagadał z grzecznością do gości: – Witam was miło, przybysze moi! Wielmożne mi wasze muchowości, Zaprosić do mnie was mi przystoi. Muchy nic – cisza, zero odzewu, Tak jakby go nie zauważały. Doprowadziło go to do gniewu, Uznał, że źle się zachowywały! Wyskoczył z norki w gniewie jak strzała, By nauczyć je manier posłuchu. Wtem jaskółka go w locie porwała, Muchy dalej zostały w bezruchu. Przemyślcie więc innych zachowania, Nim złudną ocenę uczynicie. Bo może dla siebie ratowania Wystawiają na cel wasze życie? -Leszek Piotr laskowski2 punkty
-
@violetta chciałabym zakończyć temat Jezusa.! Nie mogę przez niego spokojnie spać, prześladuje mnie;) „ Królestwo Boże jest w was i wokół was. Nie w domach z drewna i kamienia. Rozłup kawałek drewna, a będę tam. Podnieś głaz, a znajdziesz mnie.” zatem : Bóg jest w nas , w tym jacy jesteśmy dla innych:) i dla samych siebie:) Pozdrawiam, Violetta, nie pisz mi proszę więcej o Jezusie :) może po prostu, spójrz w siebie? :) Pozdrawiam!2 punkty
-
2 punkty
-
@FaLcorN Kornel… @violetta no właśnie Kornel;) Violetta ma rację.! Jezus nas obserwuje ;)2 punkty
-
2 punkty
-
2 punkty
-
2 punkty
-
2 punkty
-
@Migrena Bardzo dziękuję! Dziękuję za te słowa - to dla mnie ważne, że tekst do ciebie dotarł w taki sposób. Twoje odczytanie otwiera w nim coś, czego sama nie do końca widziałam. Serdecznie pozdrawiam. :) @Alicja_Wysocka Bardzo dziękuję! Ta „podejrzanie gładka cisza"- to perfekcyjne rozpoznanie. Wiersz nie krzyczał "to o martwej relacji!", tylko pozwolił się w nią wsunąć jak w coś kojącego - i właśnie dlatego późniejsze odkrycie jest tak niszczące. Serdecznie pozdrawiam. :) @[email protected] Bardzo dziękuję! Gratuluję kreatywności. Pozdrawiam. :) @iwonaroma Bardzo dziękuję! Twoje odczytanie o granicy śmierci - tak, to też tam jest. A co do tomiku... nie mam takowych ambicji. :) Lubię ten kącik. :) Serdecznie pozdrawiam. :) @Łukasz Jurczyk Bardzo dziękuję! To prawda - zaczyna się jak ukojenie, a kończy jak epitafium. Czasem nadzieja to tylko odwlekanie rozpoznania. Dziękuję, że przeszedłeś ze mną tę drogę - od bliskości do kurzu. Serdecznie pozdrawiam. :) @MIROSŁAW C. Bardzo dziękuję! Dziękuję za te słowa. Póki atrament pływa w kałamarzu , wiersze będą. :) Serdecznie pozdrawiam. :) @viola arvensis Bardzo dziękuję! Dziękuję, że widzisz te warstwy - znaczy dla mnie bardzo dużo. Serdecznie pozdrawiam. :)2 punkty
-
@vioara stelelor najbardziej porusza mnie ten obraz miłosci jako "temperatury dokładnie takiej jak trzeba”. to niezwykłe – miłość nie jako płomień, ktory parzy, lecz jako constans, stan równowagi, w którym można oddychac. to bardzo bliskie temu, o czym pisał Erich Fromm , a mianowicie że miłość jest decyzja , postawą, trwaniem, a nie tylko uczuciem podoba mi się :)2 punkty
-
@Berenika97 cieszę się z Twojej obecności i serdecznie dziekuję za - jak zawsze- mądre i glebokie spojrzenie na utwor. To cenne. Serdeczności 💞 @Migrena bardzo dziekuję za Twoja refleksję, przychylność i cieszę się, że czujesz ten wiersz. Za usmiechy oczywiscie rownież. Oby Ci ich nigdy nie brakowało. Serdeczności 💞2 punkty
-
@viola arvensis Wiolu. poruszający wiersz. czytam go jak zapis bardzo osobistego przejsćia , od bólu do dojrzałej zgody na przemijanie. jest w nim kruchosć bańki mydlanej, ale i siła wiary, która potrafi rozwiązać najtrudniejsze supły. najbardziej uderza mnie ta odwaga powiedzenia: "jestem prochem motylem i duchem ” czyli zgodzenia się na sprzecznosć, na bycie jednocześnie wszystkim i niczym. to bardzo kobiece, bardzo ludzkie i bardzo prawdziwe. nie ma tu patosu, jest za to subtelność i głęboka samoświadomość. ten wiersz nie krzyczy . on rozkwita jak cisza. zostanie we mnie na długo po ostatnim wersie. dziękuję Ci za tę delikatną, a jednocześnie mocną opowieść o byciu i niebyciu. Ty POETKO ! uśmiechy przeplatane ......uśmiechami :)))2 punkty
-
@Berenika97 Ja ten wiersz odebrałam, jako wiersz o obecności kogoś, kto już odszedł na zawsze. W powiązaniu z tagiem "gotyk" - wydaje mi się to słusznym kierunkiem. Nocą można wyczuć bliskość - rzeczywistą na wiele różnych sposobów. Bliskość w pamięci, we wspomnieniu, które staje się realne jedynie w mroku. Poranek przynosi prawdę - odkrycie, że ta historia jest już tylko zapiskiem na dnie serca. Niewykluczone, że chodzi także o jakąś obecność metafizyczną, astralną - duch, powracający na ziemię, aby połączyć się z ukochaną? To trwanie, poza kręgiem życia i śmierci, jest możliwe tylko jeżeli ciemność sprawia, że wszystko jest nieostre, chaotyczne, nieuporządkowane. Wtedy zmysły wydają się wolne, nieskrępowane uporządkowaniem dnia. Można dowolnie kształtować, choćby w wyobraźni, to, co się dzieje bez udziału światła. Pomiędzy światem dnia i nocy płynie szeroko rozlewająca się rzeka, którą można nazwać bardzo różnie - tęsknotą, brakiem, świadomością przemijania, smutkiem... Peelka patrzy w jej wody i szuka odbić, które konkretyzują się potem w samotności bezsennych godzin.2 punkty
-
U Kowala Lala w oku. U Gorana - bar Araba na rogu. Ułowili bodaj opoja - dobili wołu.2 punkty
-
jest gorzkim lekarstwem na pychę łakomstwo i niecierpliwość dotyka aby leczyć a my pytamy: "Panie dlaczego?" często zbuntowani odrzucamy to lekarstwo a Hiob przyjmował z pokorą2 punkty
-
@Robert Witold Gorzkowski wyjątkowo pięknie ! Ten wiersz ma moc i chce się czytać wielokrotnie. Podziwiam!2 punkty
-
2 punkty
-
@Berenika97 To jest wiersz o miłości (albo relacji), która formalnie jeszcze istnieje, ale wewnętrznie już obumarła. Nie tyle o nostalgii za przeszłością, ile o momencie bolesnego rozpoznania, że to, co było żywe, stało się zapisem - właśnie jak pergamin. Dopasowana metafora do pergaminu. Jest jeszcze jest fizyczna obecność, porządek, ukojenie. Ale to jest cisza… podejrzanie gładka.2 punkty
-
@Robert Witold Gorzkowski To utwór o ogromnym ładunku emocjonalnym, w którym miłość staje się formą liturgii. Bardzo plastycznie operujesz kontrastem między "bezdusznością świata" a intymnym mikroświatem budowanym z "atłasów" i "modlitewnych stuł". Finałowa "ablucja", w której podmiot "płonie szkieletem", robi mocne wrażenie - to totalne oddanie się uczuciu i sztuce jednocześnie. Wiersz kojarzy się z duchem dekadentyzmu, ale niesie w sobie ocalającą moc słowa.2 punkty
-
@Berenika97 Tak, to duży paradoks, a abstrahując od jakości przećwiczyłem go ponad tysiąc, jeśli nie już dwa tysiące razy :)) Osobiście też uważam, że akurat wolno jest artystom narzekać :) @Starzec No mnie się wydaje, że absolutną i totalną przesadą jest kłócenie się z kieszeniami :)) Pzdr. M.2 punkty
-
2 punkty
-
2 punkty
-
Witam - cieszy mnie że zaciekawił - dzięki - Pzdr. @Andrzej P. Zajączkowski - @Berenika97 - @Rafael Marius - uśmiechem wam dziękuję -2 punkty
-
@Migrena Ten wiersz to niezwykle precyzyjne, niemal „fizyczne” studium straty, pamięci i nieuchronnej zmiany. Wiersz odrzuca romantyczny frazes, że miłość „się kończy”. Zamiast tego proponuje ujęcie naukowe- miłość zmienia wartość stałej. Jeśli miłość była taką stałą, to po jej ustaniu świat nie wraca do poprzedniego stanu. Zmienia się „grawitacja” życia - wszystko przyciąga inaczej, a nawet cisza (brak bodźców) zyskuje ciężar, staje się odczuwalna fizycznie („ma masę”). Głównym motywem jest fakt, że w naturze nic nie dzieje się dwa razy tak samo. Obraz ziemi po trzęsieniu sugeruje, że „powrót do formy” jest niemożliwy. Życie po traumie lub rozstaniu nie jest powrotem do bycia „całym”, ale wypracowaniem nowego kształtu, który musi uwzględniać istniejącą wyrwę. Ontologia to nauka o bycie, o tym, co istnieje czyli że „miłość po miłości” to nie jest po prostu pustka (brak). To korekta struktury rzeczywistości. „Ślad krwi” sugeruje, że każda próba powtórzenia życia jest naznaczona dawnym zranieniem. Nie możemy być „początkiem”, bo zawsze jesteśmy „konsekwencją” tego, co było wcześniej. Zakończenie wiersza przenosi nas w sferę kosmiczną. Nawet próżnia po przeżytej miłości przestaje być pusta. Pamięć zmienia gęstość wszechświata, a wspomnienia stają się materią. Twój wiersz jest głęboko filozoficzny, mówi, że nic, co przeżyliśmy, nie znika bez śladu. Jesteśmy materią, która pod wpływem drugiego człowieka ulega trwałej transformacji. Niesamowity , po prostu "nieziemski". :) Pozdrawiam.2 punkty
-
2 punkty
Ten Ranking jest ustawiony na Warszawa/GMT+01:00
-
Ostatnio dodane
-
Wiersze znanych
-
Najpopularniejsze utwory
-
Najpopularniejsze zbiory
-
Inne