Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Ranking

Popularna zawartość

Treść z najwyższą reputacją w 18.01.2026 w Odpowiedzi

  1. oczarował swym pięknem Panią Zimę Pan Oczar zrzuciła biały kożuch rozpustnie ale z wdziękiem zawstydzony na widok rozczerwienił się cały zbliżyła się by objąć swym puszkiem śnieżnobiałym w splocie wzruszeń i czarów połączeni na zawsze Pan Oczar Pani Zima sobą oczarowani (Fot. z netu) 18 stycznia obchodzimy Światowy Dzień Śniegu i Bałwanków☃️☃️☃️
    13 punktów
  2. W zbutwiałym domostwie, gdzie czas wykrwawił się wieki temu - pająki - niemi grabarze tkają w oczodołach okien lepkie całuny. To nie firanki, lecz sieci na zbłąkane dusze. Cisza tu nie koi - ona ogłusza - ciężka jak wieko dębowej trumny. Słodki fetor jaśminu wycieka z pękniętej wazy, mieszając się z wonią starej krwi, która udaje wiśniową słodycz na odłamkach porcelany. Pod stopami skomle zdarta podłoga - każdy jęk deski to wydech potępieńca, który nie może skonać pod ciężarem cienia. W mroku, za oziębłym piecem mieszka Smętek - pan beznadziei. Zaciska na gardłach intruzów pętlę z mrocznych wizji. Tu uczucia zostają pożarte przez wieczność, gdy Smętek wymazuje ich imiona z rejestru żywych. * Smętek - złośliwy diabeł trapiący ludzi, występujący w ludowych legendach mazurskich.
    13 punktów
  3. w naszym domu jest miejsce gdzie śpią łyżeczki bliziutko obok siebie jedna za drugą albo druga za pierwszą przekręcają się zgodnie jedna złota a druga kochana albo odwrotnie nie są od zamieszania tylko do słodzenia na zawsze
    9 punktów
  4. inicjacja jestem nastolatkiem właśnie zatrzaskuję drzwi przed twarzą sąsiadki z przeciwka tej co mnie przyprowadzała z przedszkola bejslajn i bębny dudnią na klatce i wtedy zastrzał pamięci mam z metr leżę w jej pokoju na desce do prasowania nie mam majtek ona mówi że to służy do zabawy w tajemnicy później śni mi się czarna madonna wielka na pół nieba i że wszystko widziała i że nigdzie nie mogę ukryć się przed jej wzrokiem
    9 punktów
  5. są takie chwile w których serce staje się ciężkie ciężko je unieść i trudno mu sprostać pożegnanie zaprosiło nas do siebie
    8 punktów
  6. Piszemy własny scenariusz a życie podmienia role i to co miało być w górze, tak często bywa na dole. Można rozmnożyć pytania, bezsenność wiele pomieści. Albo uwolnić pokorę, gdy rozluźniamy pięści.
    7 punktów
  7. Ocierają się o wiersz stawiając do pionu wersy subtelnym westchnieniem nocy nasączonej aromatem gwiazd spotykam tam cienie twoich szeptów osiadły jak ptaki szukające schronienia na samotnych głoskach. Autor fotografii: M.Lewandowska
    6 punktów
  8. wpatrzony w wybrukowaną szachownicę odmierzam kwadranse jak piórko pędzone wiatrem odważnie wchodzę w pustkę bez niepotrzebnych zachwytów i w uprzejmej zgodzie ze światem według stawek ulicy troski wydają się absurdalne (Lifting 2026)
    6 punktów
  9. Nasze miasto, lawa, wijąca się jak czerwy z macicy ziemi, zamieniła w urnę popiołu. Modliliśmy się o ocalenie. Niebo zawiodło. Tylko wiatr patrzył na naszą nagość i głód wśród cieni zapomnienia. Więc i my zanieśliśmy ogień do krain spokoju i miodu. Teraz ćmy krzyczą skrzydłami pożogi.
    6 punktów
  10. Myślę o tobie wbrew sobie kiedy się uczę, kiedy ćwiczę, kiedy chodzę po zmarzniętych parkach, kiedy budzi mnie śpiew ptaków, kiedy drgania gitary uspokajają moją duszę. Jakże nie chcę cię mieć w mojej głowie. Precz, piękny diable, precz z tymi oczami, z tym słodkim uśmiechem, z tą szansą, która była nam dana — a może nie była. Precz z mojej głowy i z mojego serca, bo wiem, że ja z niego nie wyjdę.
    6 punktów
  11. tyle mówiono o zbiorowym czytaniu niejeden prezydent czytał bajki dla dorosłych zabrakło kawy i nikt nie słuchał przesłania kobieta siedząca obok ziewała na cały regulator — trzeba wyciszyć głos i tak docierał jak z zaświatów zachęcając do udziału w kolejnym projekcie papier kamień nożyce ten kto wygra będzie czytał swoje może jakiś wiersz dotrze głębiej niż dziewczynka z zapałkami herbert z obrazka puszcza oko do cogito dociera szelest — nowe szaty miłosza cichosza podobno poezja potrafi przysiąść na ustach przysięgłych szept nie bądź bezpieczny poeta pamięta
    5 punktów
  12. pooddychać słonym powietrzem pokazać wiosnę na pierwszych gałązkach zjeść bezczelną bułkę z kostką śmietany pić latte odciskami mewy
    5 punktów
  13. chciałbym porozmawiać z przydrożnym kamieniem echem które plotki po łąkach polach lasach niesie drzewami które po swojemu między sobą rozmawiają niebem i jego gwiazdami podziwiającymi ziemie a najbardziej chciałbym z prostymi ludźmi których przez całe ich życie miłość prowadzi miłość do siebie i Boga która lepsze wywołuje gdzie wszyscy są równi nie ma kłamstwa obłudy gdzie nie tylko kamień z kamieniem rozmawia lecz również człowiek z drugim człowiekiem
    5 punktów
  14. Idę parkiem. Wtem afera. Wbiega na mnie facet w bliznach i tak woła: „Stój, bo strzelam!”. Więc stanęłam. On zaś wyznał: „Strzelam w życiu przy wyborach, lecz strzał każdy jest chybiony. Kula za to bywa skora, by mnie trafiać z każdej strony”. W ten dzień drinka z nim strzeliłam. Rozszalały się pociski. Co nas czeka? Cóż, mogiła. Ostrzał własny jest nam bliski.
    5 punktów
  15. Przeszła mnie myśl przeszła. Dobrze, że nie przeleciała.
    4 punkty
  16. Życie najczęściej zastaje nas z bagażem niewypowiedzianych słów i w lekko fałszywej pozie I harfę i róg dostraja groźny Bóg Potulne zdziwienie: "Jak to, to już?!" Panika. "Może." Dekalog, kierunek ... Miłość czy śmierć? Tym dwóm lepiej nie wchodzić w drogę. Chcą, żeby po nich deptać czy przez nie przejść? A Diabeł szarmancko: "Pomogę."
    4 punkty
  17. Na wiosnę Jasny płomień nieobłudnej wiary, wielki przypływ miłości – płaszczą się i łaszą. Za rękę trzyma ciekawość i nadzieja, moment, który nadaje wysoką godność. Latem Nasiąkam muzyką, zbieram zachwyty, emocje towarzyszą, przyciągają, pociągają. Wyjątkowe chwile światłoczułej materii, spokój i harmonia – zdania nie spieszą się do kropki. Na jesień Neurotyczne przeżycia diabeł przykrył ogonem, marzenia umierają w bólach. Nie można dać drugiemu tego, czego samemu się nie ma. Zimą Brak już zasobów, aby być kochanym. Los rozdał gorsze karty, zimna, zimowa zima. Ciężko o sobie myśleć jak o świni – lepiej jak o motylku. Na wiosnę Jasny płomień nieobłudnej wiary Wielki przypływ miłości... Zachwiany falą szukam oparcia Znajduje u Jana, trzy, szesnaście...
    4 punkty
  18. Przy nagłym zwrocie gołębie zaświeciły w słońcu skrzydłami
    4 punkty
  19. Nie będzie szerszych oczu Wiatr potargał mi włosy Pijana przestrzeń Wiatrem stoi pogoda Ocean jest blisko Nigdy nie będę ładniejsza Nigdy tak samo nie będzie Mnie tu
    4 punkty
  20. tych miejsc zwiedzić się nie da nawet w tygodniu zamknięte tych miejsc na mapie już nie ma kustosz z kluczem zaginął nikt tu już dziś nikt tu już dziś nie zagląda zaszły tu nieład panuje smętnych myśli skrzepy zakurzone strupy przyschnięte strzępy bez światła powietrza bez światła powietrza zatęchłe czy ktoś tu kiedyś się włamie chwyci za miotłę wysprząta tak abym zajrzał tak abym zajrzał w głąb siebie na razie gniję na razie gnije od środka
    4 punkty
  21. O Ty co się mieścisz w normie Z warsztatem swoim fatalnym Rozlazły w niechlujnej formie Lub z rymem swoim nachalnym z puenta powszekroc durną Przesiąkły nudą wspolczesną Co sztukę tworzysz wtórną A zwiesz ją nowoczesną Metaforami przykrywasz Talentu swojego braki Marne swe wersy wysrywasz Ty aż do boli niejaki Nie wszystkie słowa są warte By je podzielić z publiką Bełkoty z sensu odarte Ciężko jest nazwać liryką O literacki wypierdzie pod białym wierszem ukryty porzuc pisania narzędzie daleko Ci do poety
    4 punkty
  22. to nie zależy od nas to zależy od mętnego nieba chmur rozłożonych nad Wisłą krągłych ust słońca spadek temperatury jest odczuwalny teraz zdejmiemy nasze żółte kurtki z wieszaka przebrniemy przez mroźny poranek kruche miluśne ciała merdają ogonem
    4 punkty
  23. Skąd jestem pytasz Nie widzisz stąd Tu jest mój świat Podlewam ten kwiat Nim wydasz osąd Zacznie świtać
    4 punkty
  24. ,, Przychodzę , Boże , pełnić Twoją wolę,, Ps 40 jesteśmy jak kwiaty cieszymy pięknem myśli kwitniemy w sobie możemy wydać dobre lub złe owoce wywołają uśmiech lub wykrzywią usta pełnię Twoją wolę idąc prawą drogą we mnie mieszka słowo Twoje świat nie pójdzie na dno póki Jesteś Panie 1.2026 andrew Niedziela, dzień Pański
    3 punkty
  25. Taka naga dziś stoję, sama naprzeciw światu. Z nagą prawdą o sobie i wiedzą o braku. Bez lukru, łakoci, z wachlarzem słabości. Z zasobem doświadczeń i wagą wartości. Taka naga dziś jestem. Czy mnie przyjmiesz, mój świecie, bez miar i porównań, skoro jestem twe dziecię? Mówisz: dzieci są równe. Życie mówi inaczej. Kto za to odpowie, gdy równość się traci?
    3 punkty
  26. Jej diabelski uśmiech Sztywnieje z zimna Nic się już nie wydarzy W świecie krwią malowanym Tak obcym i tak nie poznanym
    3 punkty
  27. Czy widzieliście kiedyś konwaliowe drzewa ? Mróz jak paraliż ukręcił im głowy, a w rózgach zastygł złapany tlen. Na aleję konwaliowych drzew patrzą twarze zamienione w sen. Ale te konwalie są czarne i wiszą do góry dnem jak dzwony. To na zimowym drzewie usiadły gawrony, czarne gawrony na drzewie rodzaju jak akty zgonu rozdane jesienią. A my, twarze zamienione w sen, zastygamy między niebem, a ziemią.
    3 punkty
  28. Rankiem przed oknem stanąłem krzyż ze sobą przyniosłem podobny przy skrzyżowaniu stoi. Na tym krzyżu postaci nie ma wielu na nim skonało i kobieta która z miasta uciekała. Idą pielgrzym i krzyże niosą uciekinierzy swoje życie ratują sędziowie okrutny wyrok wydali. Nie niosę nienawiści mój plecak jest pusty inni mają za krew krwi żądają. Żołnierze na polu stanęli wszyscy w biel odziani ich szaty niczym skrzydła rozłożyli. Do boju przed świtem poszli we wschodzącym słońcu czerwone plamy wybielają. Tysiące świeczników ustawiono na nich tysiące świec płonie drogę oświetlają i pamięć zachowują. Te co zgasną ponownie nie zapłoną snopy kwiatów przyniosą kiedy uschną w ogniu spłoną. Płaszczem zakryli ciała poległych jest biały i czerwone ma plamy chrześcijanin i poganin pod nim leżą.
    3 punkty
  29. spróbuj łyżeczką drogi chłopcze z tortu życia albowiem wielu takich dożyje dobrej starości w zdrowiu otoczeni wnukami a nie ciemnością
    2 punkty
  30. Wiele żelaznych zasad zostało już zezłomowanych.
    2 punkty
  31. Chryste w cierniowej koronie Masz twarz zalaną krwią całą Upadam co krok jak Ty Podczas drogi krzyżowej Ledwo wstaję za każdym razem Krzyż wbija potwornie drzazgi A rany wciąż się otwierają Dźwigam ogromne brzemię Kolana nie wytrzymują obciążenia Wrogowie plują mi w twarz I sypią piasek prosto w oczy Wstaw się za mną u Boga ojca Nim ciężar mnie dobije Ześlij Szymona Cyrenejczyka Niech pomoże wstawać Poproś swoją Matkę Maryję O modlitwę za mnie W rany wdaje się zakażenie Brud, pot, krew i łzy To brzemię życia na ziemi Niewinnego człowieka Odmówiłem swoją pokutę Wyspowiadałem się z grzechu I jestem w pełni gotów Gdy otworzysz drzwi do raju....
    2 punkty
  32. prowadzące w dół bez końca szczebelki drewniane pachnące stęchlizną twoja dłoń płynąca po poręczy dotykiem ciszy... te schody po których codziennie schodziłaś po chleb i mleko z każdym oddechem lżejsza o miłość i wtedy gdy ciężarna w opiętej halce zeszłaś i nie wróciłaś
    2 punkty
  33. W sobotę, po śniadaniu, pani domu Ogłasza wielkie sprzątanie – tadam! Gary trzeba pomyć, dywany wytrzepać, Zetrzeć kurz i wypucować podłogi, Pranie wstawić, muchy wyłapać. Halo, halo, dzieciaki! Władek! Stary pryku, do jasnej ciasnej, Co z wami? cisza – to jakieś żarty! Nawet myszka z norki nie wyjrzy. Już ja was znajdę i za uszy wytargam, Mokrą ścierą dam po plecach! Nadal cisza; pod łóżkiem, ani w szafie Żadnego gagatka, na podłodze nikt Nie udaje włochatego niedźwiedzia, Ani żyrandola nie uczepił się jak małpa. Już miała rozstawić przynętę w postaci Ciastka z dżemikiem, by pochwycić Głodomorów za rękę na gorącym uczynku. Już pasek tatowy z haczyka zdjąć miała I o dłoń trzasnąć: „jeszcze mnie popamiętacie!” Nagle za jej plecami tumult wielki, Dziwne przyśpiewki i wołanie: mamooo! Dziś są twoje imieniny – porywamy cię Na wycieczkę sterowcem dookoła świata. Bilet jest w klasie biznes i wyżerka darmowa. Nie smuć się, zrzuć ten fartuch zaplamiony, Ciśnij miotłę w kąt, to w końcu święto. Lećmy! – wołają, hen po bezkresnym niebie!
    2 punkty
  34. najpierw wypłukano z nas złoto glony chłonęły wodę mech obsiadł wyschnięte studnie tkaliśmy w słońcu misterne pajęczyny czekając na rosę by rozszczepiła światło kurz nie tworzył znaków na drodze widziałem jak horyzont zamyka człowieka w pięść słyszałem jak chichot zstępuje z nieba mości swoje gniazdo na dnie oka miasto stało się trumną i spłynęło do morza
    2 punkty
  35. Ona mu daje zimą sztachety, bo zawsze chciał być Małyszem. A on przybliża dla niej planety i jest jej wiernym księżycem. ❄️ Ona mu wręcza ineksprymable, bo zima daje popalić. On jej kupuje termofor wielki, by mogła stopy rozpalić. ❄️ Ona mu daje herbatę z miodem, na gardło, które go boli. On w mig wypija i mruga oczkiem, bo chciałby z nią poswawolić. ❄️ Ona mu daje ciepło i wolność od podłej z Lodu Królowej. On czuje wdzięczność za ten ratunek od kierowniczki surowej. ❄️ Ona mu daje lepić bałwana, lecz sama wciska marchewkę. On się przygląda "coś mu brakuje" - wciska śnieżnemu flaszeczkę. ❄️ Ona mu daje odsapnąć trochę po zaśnieżonej wycieczce. On ledwo żyje, błaga o powrót i myśli wciąż o ucieczce. ❄️ Ona mu daje czasami pojeść, bo lubi jego krągłości. On z tego szczęścia wozi ją w saniach, a wszystko z wielkiej miłości. ❄️
    2 punkty
  36. kolorytem nieba i błękitem morza dnem oceanu zachłyśniętym stworzeniu serca wigoru i najskrytszym podniebieniem budzi rytm nieba ku okrzątaniu memu bladość życia i spowiły blask padają na żyzne kości cudze łona nosi się najlżejszy alchemika wrzask co w objęciach rąk kwiatem jest spłodzona schody piekła już roznoszą pył sekret dziarski nie zna nawet siebie ubolewa czym to pośpiech czerstwy drwił moczy łzę w utułanym chlebie jeszcze rola nie chce odejść spostrzeżenia patrzą wartko w pruderyjny tył zmusił w sobie jakby w blask odmieniec tym co znaczył i marudził sobie kpił ta sztafeta nie zna wojen pamięci ulic ani wiejskich pól nie chce karmić poić ani gnoić tylko melancholia tworzy blady wzór puść to drzewo które trzymasz skrzętnie myśli pełzają się po twym jurnym dnie czy wyśnione myśli chowasz opieszale budzą zawiść w nocnym śnie
    2 punkty
  37. Zwykle tam gdzie nikt nie patrzy. Może pod ciężarem chwil, co odeszły i już nie wrócą. Może pod kopcem spraw, tak ważnych, że nic z nich nie zostało. Może pod dziurawym butem, który ktoś zgubił biegnąc za tobą. Może pod drzewem z lekka przekrzywionym, by cię ochronić przed wzrokiem innych. Może pod pustym kartonem, porzuconym po zimnej nocy. Może przed drzwiami domu, które ktoś zamknął bezpowrotnie. Może pod łóżkiem choroby, gdzie bezsenność z troski nie pozwala zasnąć. Może pod suchym liściem, co spadł za szybko i nikt nie zauważył. Może pod dłonią opartą na ramieniu, by podzielić się życiem, choć ktoś ma go niewiele. Może we łzach co spłynęły po twarzy z miłości do Ciebie…
    2 punkty
  38. @Łukasz Jurczyk Bardzo dziękuję! "Dom jako organizm, który żywi się intruzem" - świetne! To wieczne zawieszenie, w którym nie można ani żyć, ani umrzeć. @Lenore Grey Bardzo dziękuję! :)
    2 punkty
  39. ludzie z ulicy zapomniani nieodkryci tlenem
    2 punkty
  40. Wiem, wiem, że @Sylwester_Lasota jest tutaj Onamudajowym Mistrzem, ale ja też chciałam spróbować i pobawić się innym gatunkiem. Dziękuję i pozdrawiam🌞 @Sylwester_Lasota Dziękuję i pozdrawiam🌞
    2 punkty
  41. Ona mu daje w blasku kominka posiedzieć w cieple przez chwilę. Odśnieżył ścieżki i pół chodnika, zasłużył chociaż na tyle. Zima mu daje nieźle popalić, kasa wciąż kopci z komina, czymkolwiek w piecu byłby nie palił... Ach! Podła! Podła ta zima!
    2 punkty
  42. Kolczuga stara na ramionach Ci ciąży, misiurka w głowę wrzyna. Kałkan prosty z wikliny u boku, niewiele ciosów zatrzyma. Słońce dotkliwie dokucza, koń pod Tobą wzburzony prycha. Stoisz w szeregu wśród towarzyszy przed ostatnią szarżą Twojego życia. Niedaleko obok na tej samej flance husarska brać w promieniach błyszczy, sława ich przodem galopuje, wieszczy wrogom koniec wśród zgliszczy. Lecz Ty lamparciej skóry nie nosisz, Twych pleców orle skrzydła nie zdobią, Twój koń pięciu wsi wart nie jest, na wymiar zbroi kowale nie robią. Lecz czy Twa chorągiew mniej niż husarska krwi za Rzeplitą przelała? Czy nie w tych samych bitwach, tych samych jazdach wroga od granic ganiała? Czy pod Beresteczkiem, Kłuszynem, Chocimiem mało was poległo? Czy nie Wam pod Wiedniem na równi z nimi tysiące Turków uległo? Wiesz jednak towarzyszu, że Twego imienia na pomnikach nie znajdą, ruszaj więc dzielny rycerzu z ostatnią w Twoim życiu szarżą.
    2 punkty
  43. W ogrodzie słanym mułem żyje owa śpiewka — której źródłem — wiejska dziewka. Raz ktoś przyszedł — nad brzeg — zawołał: "miss!"... Echem się odbiło — wróciło — i wraca do dziś: Bis! Bis!
    1 punkt
  44. Mona Liza wpisuje się w miniaturę nadając jej metafizycznego wymiaru.
    1 punkt
  45. @piąteprzezdziesiąte ładne to , jak polski Romantyzm
    1 punkt
  46. @Tectosmith To jest myśl z obrotem. Dora mini. Pozdrawiam serdecznie :)
    1 punkt
  47. @Berenika97 Piszesz o miejscu, w którym czas przestał płynąć, a zaczął gnić. Niesamowicie plastyczny, wręcz fizyczny obraz rozkładu. Dom nie jest tu schronieniem, lecz organizmem, który żywi się intruzem. To przerażająca wizja wiecznego zawieszenia – stanu, w którym nie jesteśmy już żywi, ale wciąż czujemy ciężar istnienia. To piekło braku zmiany. Bardzo mocne!!! Pozdrawiam
    1 punkt
  48. jak zwykle dobrze opisane: byłem w takim mieszkaniu gdzie wszyscy wymarli i czas się zatrzymał - miałem wrażenie że dawni właściciele są ze mną pozdrawiam
    1 punkt
  49. Francuska pisarka i entomolożka Anne Philipe opisuje w swojej Spirali światło i niebo. Ciszę i szelest wiatru spadający z wysoka. Na gałęzie drzew. Na liście. Na te szeleszczące liście. Na zwiędnięte. Na lśniące od deszczu. Na te zielone listki budzącej się dopiero co wiosny. Szare chmury sunące po niebie. Sine. Stalowe. Chmury dzielące się na mniejsze. Na stojące w miejscu i te, które je otaczają. Wirują wokół nich. I przesuwają się na ich tle szybko w porywach zimnego, suchego mistralu. I te nikłe przetarcia błękitu. Takie chwilowe. Ulotne przebłyski słońca. Po „rzeźni” Wiktora Jerofiejewa w Świecie diabła i autobiograficznym Dobrym Stalinie. Po jego opisach przyziemnej egzystencji. Ciemnej i lepkiej od grzechu. Zdrady, zbrodni i strachu. Po schizofrenicznych, maniakalno-depresyjnych inklinacjach Generalissimusa. Po pornograficznych ekscesach wyrostka (samego autora) zaspokajającego chuć dojrzałej, spragnionej seksu kobiety, jego niani. W brutalnym opisie przyprawiającym o mdłości jego lśniącej od soków jej szeroko rozwartej waginy dłoni. Świat Anne Philipe jest idylliczny. Niemalże ekstatyczny. Eteryczny i ulotny. Jakby motyl przysiadł na chwilę na dłoni. Jerofiejew to brutal. Literacki bandzior. Choć przyjdzie jeszcze pora na jego Akimudy i Sąd Ostateczny. On i jego kolega po fachu, Władimir Sorokin. Drugi skandalista ścigający się na brutalne niesmaczne opisy wyuzdanego seksu, choć przeplatanego chwilą oddechu w postaci radości małej Marfuszy, ssącej i rozgryzającej rozpływające się w ustach fragmenty Spasskiej Baszty odłamanej z cudownie słodkiego cukrowego Kremla. Kocha władza Marfuszkę. Oj, kocha. W podzięce codziennych pokłonów dostaje raz do roku cukierka. Zresztą nie tylko ona, ale i inne dzieciaki pokroju Marfuszy. Radość jej jest wtedy nieskończona. Jest wniebowzięta. Tak bardzo kocha wszechwładcę, którego nigdy wprawdzie nie widziała na oczy, lecz słyszała jedynie jego głęboki głos płynący przez megafony na Placu Czerwonym. A więc wtedy, kiedy Marfusza, rozgryzając tę rozpływającą się w ustach słodycz szła do sklepu po chleb, mleko i papierosy dla ojca… Nie, wtedy, kiedy już wracała ze sklepu z chlebem, mlekiem i papierosami, była świadkiem przejścia ulicami Moskwy nawiedzonego Amoni, wariata przepowiadającego przyszłość. Przepowiadającego przelew krwi. Chudego i obdartego. Głodnego i biednego. Krzykliwego, cośkolwiek podobnego do nastroszonego ptaka. Z walącym za nim gęstym tłumem gapiów. A więc dała mu pieniądze. Nie. Nie pieniądze! Dała mu ten chleb, mleko i papierosy, co wcześniej kupiła w pobliskim sklepiku. Głupia, mała Marfuszka. Dała mu wszystko, co miała. Ech, zleją ją wściekli rodzice. Oj, zleją. Czy narkotyczny Underground. Meta-amfetaminowy odjazd mieszkańców nie mających nadziei na jutro. Stających się w gorączkowych wizjach straszliwymi wilkołakami rozrywającymi swoimi szponami i kłami wszystko, co się rusza. Włącznie z niemowlęciem. Bezbronnym dzieciątkiem, któremu jakimś cudem udało się ukryć na placu w wielkiej fortecznej armacie Car-Puszce. Nie ma zmiłowania! Potwór wywęszył to biedne, maleńkie ciałko. Nachylił działo i wchłonął do paszczy, rozgryzając ze smakiem skrwawione ścięgna i mięśnie. I wypluwając z obrzydliwym bekiem ociekające posoką kruche kości. Jak widać Sorokin to także literacki kryminalista i sadysta. Taki czołgista miażdżący gąsienicami z metalicznym chrzęstem bezbronnych. To taki właściciel złomowiska wielkich ciężarówek, spychaczy (oczywiście w przenośni) Monstrualnych buldożerów ociekających cuchnącym smarem i buchających czarnymi spalinami z kominów w potwornym chrzęście i zgrzycie trzęsących się, poluzowanych na złączach blach. Nie ma litości dla innych na literackiej niwie. Spycha i rozjeżdża brutalnie wszystko, co tkliwe i eteryczne. Lekkie i muskające jak piórko. Wszędzie tylko chrzęst żelaznego złomu i otwierających się łapczywie w potwornym skowycie i oślepiającym żarze jasnożółtej surówki paszczy martenowskich, hutniczych pieców. Te jego ciężkie opisy starego i otyłego oprycznika zaspokajanego przez młodziutkie kurwy w ekskluzywnym domu schadzek. Ta jego trąba słonia dosiadana na przemian przez piskliwe i jęczące, lśniące od potu na falujących drobnych piersiach burdelowe ździry. Zero tkliwości. Jedynie sadyzm i wyuzdanie. Estetyczna orgia. Potwornie ciężki żelbetonowy kloc nihilizmu spada prosto na twarz czytelnika z zastygłym na ustach krzykiem i rozwartymi szeroko oczami przerażenia, przesłoniętymi instynktownie rozczapierzonymi dłońmi wyciągniętych do przodu rąk. Tak, jakby te ręce, te dłonie były w tej sytuacji jakąkolwiek osłoną. Wróćmy do Anne Philipe. Upojenie i cisza. Ekstaza liryzmu. Piórko przelatującego ptaka, które przeciwstawia się eksplozji bomby wodorowej. W straszliwym blasku jawi się przejrzyste oblicze miłości, tęsknoty i żalu. Nawet opis pierwszego lądowania na księżycu jest tak lekki i zwiewny. Tak bardzo subtelny. Niezwykle introwertyczny świat. Dziejący się, jakby u kogoś w spektrum autyzmu. Świat wyizolowany. Zakotwiczony, gdzieś w ogrodzie. Między szumiącymi platanami. Zakotwiczony w piniach. W pełnej ptasiego śpiewu oazie bujnego rozkwitu. I jakiejś takiej nieuchwytnej melancholii pierwszego i ostatniego w życiu maja. Co jeszcze? Anne Philipe bardzo się uwrażliwiła po śmierci swojego męża Gerarda. Znakomitym aktorze, który zmarł na raka. Opisała to w Chwili westchnienia. Ostatnie momenty jego życia, leżąc obok niego w łóżku. Ostatnie momenty jego śmiertelnej nieświadomości. Patrzyła na niego w milczeniu, kiedy to w okularach, przy zapalonej nocnej lampce, studiował poszczególne sceny przedstawienia, przygotowując się do kolejnej roli swojego życia. Do kolejnej teatralnej próby. Nie zdążył. Zmarł nad ranem. W ciszy i skupieniu, trzymając jeszcze w dłoniach pojedyncze strony rozsypanego na kołdrze scenariusza. To, co pisze Anne jest niewysłowioną ulotnością. Chwilą. Momentem. Przemijaniem. Apoteozą bólu i lęku, ale podanych w formie stonowanej. Jakby godzącej się na nieubłaganą kolej rzeczy. Bez grama protestu. Nawet my sami, jesteśmy ulotnymi piórkami na wietrze. Mgnieniem. Jerofiejew i Sorokin próbują się zakotwiczyć. Zbuntować. Przeciwstawić potędze śmierci. Ale to też przeminie. Nie pozostanie nawet ślad. No, może przez chwilę, zanim ślad na piasku zmyją fale morza złocącego się w migotach i refleksach. W jakichś takich niedopowiedzeniach. Metaforach istnienia czegoś, co jest poza życiem. Poza wszelką czasowością. I w przejmującym krzyku białej mewy szybującej wysoko. Zataczającej kręgi. Bądź lecącej nisko, szykującej się do nurkowania. Bądź innych, co kołyszą się spokojnie na falach, poddając się im płynnym ruchom. To jest próba opisania pięknego czasu. Którego już nie ma. Przeminął. Utonął w odmętach przeszłości. Pod stopami zapada się miękki, wilgotny piasek. Cudownie pieści podeszwy stóp. Stóp lizanych przez języki skotłowanej piany. Cofają się. Nacierają znowu. W powietrzu przesyconym solą. W tym wietrze nadciągającego zmierzchu, lecz wciąż jeszcze jaśniejącym drobnymi kropelkami rozpryskującej się wody. W tym słońcu. W tej liliowej powłoce. W tej chmurze obrzeżonej jaskrawą czerwienią. Grubą kreską. W tych konturach jasnych i pełnych. W tym wszystkim, co jest obojętne, nieosiągalne i nieskończenie daleko. W nieustannym szumie. Szepcie, jakby kogoś, kto chciałby coś jeszcze powiedzieć. W tych westchnieniach samotnych. W tej chwili westchnienia. (Włodzimierz Zastawniak, 2025-12-26)
    1 punkt
  50. @marekg to prawda nie od nas zależy aura na zewnąrz, ale my możemy dobierać przyjaciela ,z którym chcemy wyjść na spacer...Piesek to cudna opcja na spędzenie czasu razem...pogoda już w tedy nie ma znaczenua:)
    1 punkt
Ten Ranking jest ustawiony na Warszawa/GMT+02:00


×
×
  • Dodaj nową pozycję...