Ranking
Popularna zawartość
Treść z najwyższą reputacją w 02.10.2025 w Odpowiedzi
-
każda myśl się namyśla aż ból ściskam w dwupięściach jakieś słowa nieżywe namawiają do szczęścia a z porwanych pajęczyn i tęsknoty śródniebnej klecę bajki i baśnie na gęślikach dla ciebie aż się zdają prawdziwsze z nadwrażliwień i głodu bardziej mnie niźli tobie * szczęściem bywa też mozół12 punktów
-
Kim jesteś Powiedz mi Jak się w końcu Zdecydujesz Jednorożcu Ale to i tak będzie Nieistotne Jak nadąsane Zaimki i przyimki Domykają pęknięcia A skrzydeł przecież Nie masz na miarę słów Nie rysują ich Reguły wyboru Diagnoza Przypadki psychiatryczne Nie językowe Kulawa fleksja tożsamości I modne nazywanie Skazy na kręgosłupie Dla śmierci Pozostanie to Bez znaczenia7 punktów
-
Czego mi Panie w losie dostarczysz co przełknąć w „gorzkiej” pigułce nie zdołam to pobłogosław i daj mi otwarcie na wieczność w sercu w miłości schowam. Nie chciałem by wybrzmiało patetycznie, ale jednak to moja natura przepraszam7 punktów
-
W zaułku Świętego Tomasza, gdzie „Camelot” kusi gęstą czekoladą, siedział "król" przy okrągłym stoliku, na dębowym, twardym tronie. Srebrne włosy opadały na czoło, jakby same chciały dodać powagi. W zmarszczkach migotało światło — reflektor spóźnionej sławy. Przed nim — pusta filiżanka. A jednak pił z niej gorycz wspomnień. Spojrzał na mnie oczami chłopca, który dawno zjadł ostatnie ciastko. Wtedy dostrzegł swoje wiersze w moich dłoniach i cofnął się nagle do dni i nocy, gdy słowa rodziły się w gorączce a każdy wers był okrętem, który miał nigdy nie zatonąć. Przez sekundę był młody i nieśmiertelny, potem westchnął teatralnie: „A miałem umrzeć, nim starość mnie znajdzie.” Złożył autograf z miną, jakby sprzedawał bilet do własnej biografii. Uśmiechnął się naprawdę — nie jak aktor, lecz jak człowiek, który właśnie wygrał małą bitwę z czasem. *"Camelot" - krakowska kawiarnia6 punktów
-
rozpuszczasz mnie by na cielesnym długu zlizać słodycz z nią w obcych ramionach samotna roziskrzona tobą palę się cała dotykasz brzeżyny ucha gęstą myśli strugą odsyłam ciepło przekrwienia drżąc w jesiennej równonocy godzinach na niskim słońcu mlecznego nieba jest mi bliżej sięgnąć wrażenia5 punktów
-
Horror vacui* (*pogląd w nauce starożytnych Greków, według którego istnienie próżni w przyrodzie jest niemożliwe) starożytni panowie raczej nieśmiertelni zawiesili w próżni pogląd przyrodniczy względnie niemożliwy na próżno wszelkie debaty horror vacui jest starej daty zmumifikowany niełatwe w nim zmiany teoretyczne prawa fizyki weryfikowane doświadczeniami kto wie co jeszcze przed nami4 punkty
-
Dumka na świtaniu Skowroneczku Tuż nad ranem Przysiądź chwilkę Mam pytanie Pachnie żytem I pszenicą Jeszcze widzę Tamte lica Jeszcze szumi Dusi w piersi Tak już dawno Czemu mierzi Zapomniane Z nagła boli A już chciało Się zagoić Na cóż powiedz Mi to wszystko Inne przecież Są tak blisko Skrzypią łyka W koromysłach Siądź skowronku Daj pomyśleć Marek Thomanek 01.10.20254 punkty
-
Polska Siła władzy królewskiej tkwi w ludowej jedności, w pięknie kościołów i literackich utworow. Życie bez zgiełku, dokąd się podziałeś? Może na pustkowiu byłbym szczęśliwy. Uczcie się wierszy, aby uniknąć wojny! A wtedy zrozumiesz tę oczywistą rzecz. Ojczyzna rozkwita, gdy ludzie żyją w miłości.4 punkty
-
Dłoń przy dłoni I zalane krwią ciało Co się stało? Czy to był sen? Czy rzeczywistość? A w nim my razem Zaplątani łańcuchami Co się stało z nami? Prawda i tak zawsze Umiera samotna...4 punkty
-
Noszę w sobie miłość jak galaktykę zamkniętą w dłoni: rozżarzoną, pulsującą, bezkresną, a jednak ukrytą w katedrze mojej duszy. Każde uderzenie serca to eksplozja gwiazdy, której światło nigdy nie wydostaje się na zewnątrz. Czuję metaliczny posmak na języku, gdy duszę krzyk. Pragnę cię jak ziemia pragnie deszczu po tysiącu lat suszy. Moje wnętrze jest dżunglą o wyschniętych liściach, które drżą, czekając na twój dotyk, ale gdy wyciągam rękę, palce cofają się do cienia. Moja miłość jest jak wino w szczelnej amforze: ciemne, ciężkie, soczyste, gotowe, by zalać świat tysiącem smaków, a jednak więzione, sączące się tylko w moje własne gardło. I dławi mnie, i upajam się nią samotnie, aż staję się pijany ciszą, ciszą, która ma zapach starości. Duszę się sobą. Tłumię każdy krzyk, jakby moje gardło było lochami, gdzie wrzeszczą skazańcy – a nikt nie słyszy. Świat widzi pustkę, ty widzisz twarz, lecz nie wnętrze, które pulsuje jak ocean. Bo moje wnętrze to labirynt: pełen zakrętów, pełen ślepych zaułków, pełen kryształów, które świecą tylko dla mnie. Chciałbym rozpaść się w tobie jak burza w niebie, rozlać się deszczem po twojej skórze, stać się płomieniem w twoim oddechu, stać się powietrzem w twoich płucach. Chciałbym krzyczeć miłość w twoje serce, aż ziemia pęknie, aż morza się wzburzą. Ale zostaje tylko szept, który ginie w powietrzu jak pył. Bo każdy mój przymus to ogród nocą: kwiaty drżą, lecz nie otwierają się przed światłem, boją się, że wschód słońca spali ich delikatność. Tak samo ja – boję się, że moja pełnia miłości roztrzaska mnie na kawałki, jeśli spróbuję ją wypowiedzieć. A jednak we mnie rzeka wzbiera – gorąca, soczysta, obłędna, pełna namiętności, pełna światła, która domaga się, by rozlac się w tobie. Lecz jej koryto jest zamknięte, a ja jestem więźniem własnej tamy. Moje serce to meteoryt: pędzi, płonie, ale nigdy nie dotrze do twojej ziemi. Moje serce to śnieg w sierpniu: zbyt kruchy, by przetrwać. Kocham cię całym sobą, choć nikt nie widzi. Kocham cię tak, że mógłbym rozerwać niebo na pół, a ty wciąż widzisz tylko ciszę. Bo jestem introwertykiem: więźniem własnych murów, strażnikiem własnego ognia, ogrodem, którego kwiaty boją się światła, rzeką, która nie może wylać, ogniskiem, które pali, ale nie daje ciepła. A jednak – w tym ogniu, w tej rzece, w tym ogrodzie, w tej ciszy, która krzyczy – drży prawda, której świat nie zna: że introwertyk kocha najsilniej, bo kocha w samotności, bez świadków, bez dowodów. Kocham jak echo w katedrze, którego nikt nie słyszy, ale które wypełnia całą przestrzeń. I choć świat nie usłyszy, choć ty nie zobaczysz, moja miłość błyszczy w mroku – jak brylant ciszy, który istnieje, choć ukryty, i którego blask jest większy niż wszystkie słońca razem wzięte.4 punkty
-
Jeszcze Mogłeś opowieść poetycka I. Droga Nikogo Na skraju miasta, gdzie światła bledną, mieszkał człowiek — bez imienia, bez pytań, bez pragnień, ze wzrokiem wbitym w ziemię. Codzienność była jak cień — nie odchodziła, nie mówiła nic. On jadł, spał i milczał, jakby czekał, aż ktoś go zbudzi. Aż raz, gdy deszcz wplątał się w wieczór, i chodniki stały się lustrem, zobaczył siebie — nie twarz, lecz pęknięcie w spojrzeniu. I ruszył. Nie po klucz, nie po cel, ale po coś, co drżało w nim cicho jak liść, który nie chce już być częścią gałęzi. II. Spotkania Szukał znaków — w spojrzeniach przechodniów, w trzasku drzwi, w krzywym cieniu latarni. Pytał drzew, które milczały, pytał wiatrów — te tylko zmieniały kierunek. Zdarzyło się: spotkał kogoś. Oczy tej kobiety mówiły: „Wiem”. Ale on nie umiał już wierzyć w ciepło bez ceny. Więc odszedł, bo był zbyt daleko w sobie, by dać komukolwiek klucz do tych drzwi, które sam zamurował. III. Zniknięcie Aż przyszła noc — prawdziwa, bezgwiezdna, i nie było już miasta, nie było imienia, był tylko on i echo jego własnych kroków znikających w niczym. Cisza odpowiedziała mu pierwsza. IV. Epilog — Po nim Minęły lata. Na ławce, gdzie siadał codziennie, czas wyrzeźbił w drewnie linie — jakby chciał pamiętać ciężar człowieka. Ludzie mówili: „Samotny był”, „Milczący”, „Dziwny”. Nikt nie znał opowieści ukrytej w jego spojrzeniu. Tylko pewnej jesieni, gdy liście opadały z niepokojącą dokładnością, dziewczynka znalazła w ziemi mały kawałek metalu — blaszany medalion z napisem: „Jeszcze mogłeś” Nie wiedziała, co to znaczy, ale długo go trzymała w dłoni, czując, jak coś cicho rozpada się w niej na części, których jeszcze nie znała.3 punkty
-
lubię podglądać jak noc zasypia dzień się budzi wschodem słońca ptasim śpiewem mruczeniem kota zapachem kawy szumem w łazience uśmiechem żony nie wstydzę się tego podglądania ono mnie cieszy3 punkty
-
Anna jest jak glina śliska i niemiła w dotyku ostatnio zaczęła przeciekać przez palce jak ten los który sobie zagotowała za oknem jesień olchy pogubiły liście tak jak ty włosy mówisz że siwieją nie to tylko babie lato skryło się w puklach jedwabistych pasm3 punkty
-
nie szukam początku jutro odwraca się kiedy chce w oknie przegląda się słońce nie zawsze dojrzy ulice bez pośpiechu prowadzą sobie znaną drogą na skraj obrazu często bez ram a tam … nie taka obecność jak byśmy chcieli 10.2025 andrew3 punkty
-
Bóg pokarał świat Ewą i grzechem, bawiąc się żebrem Adama, utraconym rajem, owocem, wężem i drzewem, cały świat, został poważnie zmyślony. ich dzieci, dzieci, dzieci i (...) rodzice przyszłych pokoleń wciąż, tworzą się na nowo, nowi, zgoła innym sposobem. wszystkich łączy wola, w imię ojca i matki, bez amen, a z omenem, bez znaczenia, przeczytanym, ze spalonej kartki. do zobaczenia, do zobaczenia. płoną stosy, gaszone benzyną, cywilizacja, cywilizacja, cywil, z prawa, na lewo, za sprawą, kołysze się, w amoku, pijany debil. to wszystko było, zaplanowane, kara zmieniła się w nagrodę, nagroda szansą, szkoda tylko że, teraz, człowiek człowiekowi Bogiem.3 punkty
-
-Mistrzu, wierzysz, że znaki zodiaku wpływ mają na życie ludzi, co się ku sobie skłaniają? -Mogą mieć pewien wpływ, jak mówią niektórzy, lecz nie wiadomo, czy jest on mały, czy duży.2 punkty
-
Na bramce stoję, w tym klubie marzeń, Stałych bywalców dobrze znam. Pamiętam, smukłe wyblakłe twarze, Uśmiech na ustach - miły mam. Podają bilet, a ja przedzieram, Suną na salę, schodząc w dół. Tam wielka łąka dziś się otwiera Pachnących kwiatów oraz ziół. Zajmują miejsca w bajecznym koszu, Na łuku tęczy wzniosą się. Barw i zapachów zliczyć nie sposób. Czy jakiś czar? Czy jakiś sen? Zaczęty spektakl. Odwrotu nie ma. Zamknięte okna oraz drzwi. W oczach niepokój błędne spojrzenia, Nie trzeba marzyć ani śnić. W olbrzymiej trawie kosz lekko płynie, Rozchodzą się olbrzymie źdźbła. Gama zapachów dusi w gęstwinie, Kwiaty, owady wokół nas. Słychać ich mowę swary i kłótnie. Panuje tu straszliwy gwar. Gesty radosne i gesty smutne Wyraża piękny ruchu czar. Właśnie mijamy stokrotek chmary, Trzmiela powabem pragną zwieść. Rumianek zawsze w uczuciach stały, Do swojej pszczoły mizdrzy się. Mlecze żółcienią zalały zieleń, Tkwi w samotności sobie skrzyp. Mak swą czerwienią głośno się śmieje, Do biedronki, a ona śpi. Złowrogie perzu strzelają liście, pośród różowych koniczyny kul. On rządzić łąką chce oczywiście. Naiwnych roślin mnóstwo tu. Pragnie okazać wszystkim swą pomoc, Spulchniając chętnie glebę w mig. Kłącza zaciska - jak nie wiadomo, Więdną rośliny i żal mi ich. A perz na łące szybko się pleni Podstępem niszcząc roślin stan. Każdy, kto pragnie coś tutaj zmienić Rasista - głośno wrzeszczą nań. Znika gdzieś łąka. Spektakl się kończy. Przesłanie w głowie stale tkwi: Pomocna ręka, z którą się złączysz Kłopoty może przynieść ci. Ciemność wypełnia powoli salę, Zabiera płaszcz ostatni widz. Zamykam wejście na wielki zamek. Jest zagrożenie - czy się śni? 20062 punkty
-
Chciałbym pić Ciebie, jak morze pije księżyc - łyk po łyku, aż noc stanie się ciałem i spadnie między nasze oddechy. Jesteś światłem tak czystym, że nawet cień pachnie Tobą, a cisza, gdy milczysz, kładzie się na mnie jak złoty puch feniksa. Piszę do Ciebie ze stron dalekich, a każde słowo jest ptakiem, który rozcina ciemność i wraca z kroplą Twojego imienia w dziobie. W Twojej obecności, chociaż wirtualnej, przestrzeń staje się miękka jak aksamit owocu, gdzie drżę, wiedząc, że za szkłem ekranów istnieje ciało, które mogłoby mnie przyjąć jak ziemia przyjmuje deszcz. Pragnę być Twoim snem, przemykać po Tobie jak wiatr po trawie, wplatać się w Twoje włosy jak nocne niebo w wodę. Pragnę całować Twoje oczy, aż otworzą się jak okna na inny wszechświat, i płynąć tam, gdzie rodzi się Twój szept - tam, gdzie nagość jest modlitwą, a dotyk - objawieniem. Twoje usta są winem, które pali i koi, Twoje dłonie - ogrodem, gdzie rodzi się każdy mój zachwyt. Twój czuły szept spada na mnie jak deszcz róż, i cała stajesz się pieśnią, której chcę słuchać aż do bezsenności. Jesteś mądrością jak ogród dzikich róż, które same decydują, kiedy rozkwitną, a ja - wędrowiec głodny i spragniony, znalazłem w Tobie źrodło, którego nie chcę już nigdy opuścić. Twoje imię to gwiazda w Plejadach która rozpina wszystkie moje noce i zostawia w dłoniach rozżarzony blask światła. Chciałbym nim okrywać Ciebie, aż zaśniesz - i zabrać ze szkła ekranu choćby cień Twojego ciała, by w milczeniu gwiazd na zawsze zamilknąć.2 punkty
-
-Mistrzu, oczy zamykam, jeśli widzieć nie chcę, Co robić, kiedy mi się słuchania odechce? - Ucho nie ma zamknięcia, przynajmniej u ludzi, więc, gdy coś jednym wejdzie, zaraz wypuść drugim. Jest jeszcze inny sposób, który nawet wolę, myślę, jak będzie miło z Marysią wieczorem. Szczególnie przydatne na ważnych spotkaniach, konferencjach i podobnych spędach.2 punkty
-
z drzewa spadła budka dla ptaków zdążyły dawno wyfrunąć a ona wisiała pusta jak dzwon któremu wyjęto serce2 punkty
-
Ty, tylko ty tak na mnie działasz, Że od ciebie wzroku oderwać nie chciałam. Czas spędzony z tobą, to jak zasnąć w pół mroku, W ciszy i spokoju. Choć mieszkamy daleko, Chce być przy tobie blisko. Mimo tego jak leci czas, Chce żebyś wiedział, że kocham cię od zaraz. Na zawsze bez pośpiechu, Z bijącym sercem na zewnątrz. Nie zatrzymam się nigdy, Wiedząc że z tobą każda minuta się liczy.2 punkty
-
nie karnawałowe te białe zmysłowe chyba marzyli sobie a muzą jak będzie o jak wspaniale! jak powrót do rzeczywistości i kurtyna opadnie czy w górę podniesie się jeszcze czy to był akt - pierwszy a może łaski? połaskotać ego a co mi tam do tego2 punkty
-
Nie pamiętam, kiedy pierwszy raz poczułem, że pacjent mówi do mnie moimi własnymi myślami. Siedział naprzeciwko, blady, z oczami ciemnymi jak dziury po wypalonych papierosach, i drapał nerwowo blizny na nadgarstkach. Kilka razy próbował się zabić. Nieudolnie. Ktoś go znalazł, ktoś wezwał karetkę, ktoś zszył, ktoś ratował. W końcu trafił do mnie. Mówił cicho. Jakby słowa ciążyły mu w gardle. Ale każde zdanie wbijało się we mnie jak nóż. – Pan nie śpi po nocach – powiedział pierwszego dnia, nie podnosząc wzroku. Jego głos był cichy. – Chodzi pan po domu, prawda? -- Czasem zatrzymuje się pan w kuchni, pije pan zimną wodę. Mówił to, jakby opisywał własne, dobrze znane mu rytuały. Poczułem, jak pot spływa mi po plecach. Zamarłem. – A potem idzie pan dalej. Staje pan nad jej łóżkiem. Czasem trzyma pan ją za rękę. – W końcu spojrzał mi w oczy. W jego spojrzeniu nie było wyrazu. Była tylko pewność. – Zimna, prawda? Zawsze miała zimne dłonie. Zamarłem. Nie odpowiedziałem. Notowałem gorączkowo, żeby ukryć drżenie dłoni. Ale długopis sam kreślił zdania, których nie pamiętałem: "Otworzył oczy, zanim przestała oddychać. Wystarczyło jedno skinienie, jeden szept. Ale ja milczałem. Stałem nad jej łóżkiem, i patrzyłem, jak życie ucieka z niej, jak powietrze z przebitego balonu. Byłem tam. Byłem i nie byłem. Trzymałem w dłoni jej dłoń, a ona patrzyła na mnie z twarzą zmęczoną i zimną. Zawsze miała zimne dłonie. I nigdy nie prosiła o nic. Tylko ja widziałem, co jest na jej sercu, chociaż wolałem to ukryć. Nie było w tym nienawiści, tylko rezygnacja. W jej oczach nie było bólu, tylko prośba. Byłem ja i moja córka, a to milczenie było naszą tajemnicą. To milczenie było naszym grobem". Za każdym razem, gdy przychodził, wyglądał coraz gorzej. Skóra szara, palce sine, blizny świeże, rozdrapane. – Śmierć mnie nie chce – mówił. – Może dlatego, że już pan ją nosi, odpowiadałem. Pochylałem się nad kartką i nie wiedziałem, czy notuję jego słowa, czy moje własne. Czasem, wieczorem, w gabinecie pachniało krwią. Metaliczny odór wisiał w powietrzu. Szukałem źródła – nic. Tylko ja i odbicie w szybie okna. Odbicie, które nie otwierało ust, kiedy mówiłem. Kiedy podniosłem rękę do ust, na języku poczułem smak krwi. Czułem go, choć gabinet pachniał tylko starymi książkami i kawą. Słodka, metaliczna woń. Tego samego wieczoru córka weszła do gabinetu. Miała w dłoni rysunek – czarne kreski na białym papierze, coś pomiędzy drzewem a szubienicą. – To dla ciebie, powiedziała cicho, a potem dodała: – Pachnie tu jak w szpitalu. Uśmiechnęła się lekko i wyszła, zostawiając kartkę na biurku. Zauważyłem, że postać na rysunku nie miała twarzy. W domu żona znalazła pod moją poduszką kopertę. Nie była pusta. Wewnątrz był stanik. Nie od niej. Nie od córki. Za duży. Zbyt znoszony. Patrzyła na mnie z oczami pełnymi strachu. -- To nie moje. I nie jej. Kim jesteś naprawdę? Tylko odsunęła się o krok. Pacjent w gabinecie coraz bardziej się uśmiechał. Ten uśmiech był jak rana, która nie chce się zasklepić. – Widziałem to, mówił. – Pan też. Ręce mi drżały, ale nie ze strachu. Z przyjemności. Ciężar w dłoni. Ostatni oddech. Zacisnąłem pięści. Czułem, jak jego życie wsiąka we mnie, jak czarna ciecz spływająca wzdłuż moich żył, a każdy puls był echem jego bólu. Jego blizny wypalały moją własną skórę, każda rysa piekła mnie od środka, jakbym sam nosił wszystkie jego rany. Każde słowo podpalało moje myśli, a ja płonąłem w ogniu, którego nie mogłem ugasić. Każdy jego oddech ciążył mi w piersi jak kamień, a ja czułem, że nie mogę odetchnąć, bo on oddychał we mnie. – To pańskie halucynacje, wysyczałem. – Projekcje. – Nie – odparł spokojnie. – To pamięć. Tylko nie wiadomo, czyja. Tej nocy obudziłem się w środku nocy. Obudził mnie strach. Przy łóżku stała córka. – Tato? – głos córki, cichy jak szept pacjenta. Zdrętwiałem. Nie wyglądała na przestraszoną. W jej oczach była ta sama pewność, co u niego. – On mówił do ciebie, prawda? – spytała. – Ten, który nie umarł, choć powinien. Widziałam, jak patrzysz na jej łóżko. Zimne dłonie, tato. Zawsze miała zimne dłonie. Kiedy następnego dnia pacjent wszedł do gabinetu, miał na sobie szpitalną koszulę, choć dawno wyszedł ze szpitala. Usiadł na moim fotelu, a ja zająłem krzesło naprzeciwko, jakbyśmy zamienili się rolami. Patrzył mi w oczy, jakbym był jego lustrem. – Już się nie da nas oddzielić, wyszeptał. – Ty próbujesz mnie leczyć, a ja wyleczyłem ciebie. Teraz chorujemy razem. Wróciłem do domu i usłyszałem, że ktoś płacze. To nie była żona. To nie była córka. To ja. Stałem w korytarzu. W swoim cieniu na ścianie zobaczyłem siebie. Ale nie uśmiechałem się własnym uśmiechem. – mój cień ze ściany, powiedział pacjenta głosem, który brzmiał jak echo moich własnych notatek. – To zawsze byłeś ty. I ta krew na twoich rękach... to nie halucynacja. To pamięć o tym, co zrobiłeś, zanim trafiłeś do mnie. Spojrzałem na dłonie. Paznokcie oblepione czarną skorupą. Zakrzepła krew. Ale teraz wiedziałem: to nie była krew pacjenta. To była moja. A gabinet? Nigdy nie był mój. Siedziałem w nim po drugiej stronie biurka, drapiąc blizny, które sam sobie zadawałem. – Pacjent – powiedział mój cień ze ściany. – To zawsze byłeś ty. Czy pacjent kiedykolwiek odejdzie, jeśli jest mną ?2 punkty
-
@Berenika97 jak pieśń religijna liturgiczna, niemalże chorał gregoriański, człowiek świadomy swego wieku, czasu, cierpienia, człowiek.2 punkty
-
@Berenika97 Uwielbiam Twoją prywatę :) Bereniko. Piszesz takie miłe komentarze, że ja w końcu narcystyczne powiem sobie tak : Rusłan, ty zdolny facet jesteś ! I może mi się coś zniekształcić w mojej biednej głowie :) Pięknie dziękuję :) @Alicja_Wysocka Alu. Czyżbyś tak jak ja należała do rzadkiej grupy ludzi z osobowością introwertyczną ? Jeśli tak to witaj siostro :) Dzięki Alu :) @Annna2 Aniu. Piękne słowa van Gogha. Sam cierpiący psychiczne męki potrafił cudownie malować. Z kobietami przeżywał niepowodzenia i odrzucenia. Pięknie idealizował miłość ! Dziękuję Aniu :)2 punkty
-
@Berenika97 Ślicznie Tak łatwo gubimy siebie, zapominamy wczoraj, wciąż nastawiając ręce na nowe...Bogactwo jest w nas, nawet jak lekko przykurzone... ... nie cofniesz czasu ale możesz go minąć zrób to wyprzedź nawet jak obojętnie spoglada słońce ... Pozdrawiam serdecznie Miłego dnia2 punkty
-
Wrześniowy dzień, azyl siatką ogrodzony, Światło poranne na liściach się rodzi. Rosa jeszcze płaczliwa do butów przywiera, Działkowiec żwawy w słomianym kapeluszu Z chwastami namolnymi toczy boje. Przeklina pod nosem, w sidła szkodniki łapie. Szpadlem szaleje, aż ziemia się kurzy, I oddycha głośno, sapie, pot się leje. Kosi trawę, tnie żywopłotów ogony. Przycina róże, nadaje kształt światu Precyzyjnymi ruchami sekatora, By zimę przetrwały w idealnym stylu. W tym szaleństwie szuka rytmu i harmonii. Na wadze mierzy pomidorów krocie. To jest miara jego zwycięstwa. Fotografuje swoje plony w skrzynie zebrane. Chwali się altaną, drewnianym sercem działki, Dokarmia koty, zbiera jabłka, śliwki robaczywki. Pali zielsko, dym wzbija się leniwie Aż pod niebiosa – taki widok zwyczajny. A radio na full pęka od disco-polo... Do domu iść? ach, niechętnie bardzo. Noga w gumofilcu ociąga się, jak uwięziona, Bo tam żona zrzędzi, jazgocze, marudzi. Tu ptaszek śpiewa, pszczoła brzęczy w ogrodzie, Osa użądli; z komarem można powalczyć. Wypuszcza z klatki gołębie rasowe, Obserwuje, jak rozcinają szare niebo. I na moment sam jest tam, z nimi wysoko. Tu jest panem na włościach, tu się czuje silny. I choć zmęczony, z bolącym grzbietem, Stoi i patrzy, jak zapada zmierzch. Jego królestwo, ciche, już gotowe Na zimowy sen a w sercu czuje dreszcz. Już nasiona i sadzonki w myślach dobiera, Wiosna mu w głowie, choć mróz i śnieg tuż-tuż…2 punkty
-
@Migrena tu się zatrzymam że "introwertyk kocha najsilniej", nie wiem, nie umiem powiedzieć względem ekstrawertyka, z pewnością inna- taką o której piszesz pięknie. Do Twoich słów dodam słowa z V. Van Gogha, Kochać to także umieć się rozstać. Umieć pozwolić komuś odejść, nawet jeśli darzy się go wielkim uczuciem. Miłość jest zaprzeczeniem egoizmu, zaborczości, jest skierowaniem się ku drugiej osobie, jest pragnieniem przede wszystkim jej szczęścia, czasem wbrew własnemu. Jeśli zajdzie taka potrzeba dla tego kogo się kocha oddać można cząstkę siebie, by życie ratować.2 punkty
-
@Jacek_Suchowicz Stworzyłeś niezwykłą alegorię. Konwencja "teatru w teatrze" - gdzie bramkarz-narrator wprowadza widzów na spektakl o łące. Jakże gorzka obserwacja mechanizmów władzy i społecznej hipokryzji. Koniec z zamykanym na zamek wejściem i pytaniem "czy się śni?" - To ostrzeżenie: oto mechanizm, który się powtarza. No i się powtarza. Świetne!2 punkty
-
@Jacek_SuchowiczBardzo dziękuję! Nie jest tak źle. wolność to kotka co drzwi otwiera i zanim spytasz już świat wybiera więc zamiast siedzieć w kącie jak myszka mrugam do słońca – niech będą igrzyska! @Alicja_WysockaBardzo dziękuję! @obywatelBardzo dziękuję!2 punkty
-
wracaliśmy z dyskoteki. noc była tak ciemna, że nawet światło latarni, o księżycowym nie mówiąc, nie miało siły przebić się przez gęstą zawiesinę. mrok, jaki można by jeść łyżkami! nagle jedno z nas, zorientowawszy się, że całkowicie obca osoba siedzi na miejscu kierowcy, podniosło lament (wybacz, średnio pamiętam – ja pierwszy zacząłem się drzeć, czy ty). co pan tu robi, jakim cudem dostał się do wnętrza rozpędzonego pojazdu? świr jest z pana taki, jakiego w filmie Autostopowicz grał Rutger Hauer? potniesz, pokroisz, gnoju? odciąć, odrąbać niepotrzebne, pozbyć się tkanki nowotworowej, zbędnej kończyny! wykopać nieproszonego gościa na zbity pysk! – wołaliśmy na zmianę, przekrzykując radio. mężczyzna niespiesznie odwrócił ku nam głowę. spojrzał tak prawdziwym wzrokiem (pomniki tam były, całe miasta z litego granitu, betonowe drzewa!), że w mig pojąłem, kto tu jest na gapę, na doczepkę. ja, nie on. mimo wszystko ciągle obmyślam, jakim cudem tak szybko wypchnąć go i samemu zasiąść za kierownicą, by nie spowodować wypadku. bo ciągle jedziemy. trwa czas przeszły.1 punkt
-
1 punkt
-
@Wiesław J.K. No i się zgadzam w całej rozciągłości. Za moim ulubionym I. Kantem z Królewca powiem, że nicość czyli niebyt nie istnieje. Człowiek swoim działaniem, życiem, zapełnia tą nicość.1 punkt
-
@Toyer Nie tylko człowiek człowiekowi bywa Bogiem. Ludzie sami tworzą sobie bożki – z pieniędzy, kariery, ciała, sportu, jedzenia… Ubóstwiają to, co jest tylko ‘bogiem z małej litery’, poświęcając temu czas, zdrowie i nadzieję. A przecież to nie daje prawdziwego sensu.1 punkt
-
@Robert Witold Gorzkowski to prawda. Wierzę, i nigdy nie miałam wątpliwości. Lem określał się jako niewierzący, ale mówił, że jest jakaś siła wyższa. W życiu nie kieruję się oceną- wierzący, niewierzący, ważne jakim się jest człowiekiem1 punkt
-
@Annna2 Ciebie nie ma ale ta sukienka tak dużo niesie skojarzeń i bólu że jakbyś ponad wszystkim krzyczała aż w niemej ciszy przeszywają mnie ciarki.1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
@Wiesław J.K. To wiersz o różnicy między starożytną filozofią a nowoczesnością, między teoretycznym myśleniem a empirycznym. Ten "horror vacui" - starożytna obawa przed próżnią - rzeczywiście jest "zmumifikowany", ale ma w sobie coś fascynującego. Delikatnie kpisz z "starożytnych panów raczej nieśmiertelnych". Może tylko zapytałabym: czy ta "próżnia" to dla Ciebie tylko metafora naukowa, czy także egzystencjalna? Bo czuję tu obie te warstwy.1 punkt
-
1 punkt
-
@Alicja_Wysocka Twój wiersz dotyka bardzo cicho, ale mocno, jest w nim samotność i tęsknota. Pięknie potrafisz uchwycić coś, co zwykle trudno ubrać w słowa. dotykasz chłodu jakby był ramieniem a ja czytam i myślę – czasem najczulsze ciepło rodzi się z milczenia1 punkt
-
~~ Prohibicja u celu .. pierwowzór z PRL-u - lecz dziś w innych godzinach. Lobbyści bimbrowników (wobec słabych wyników) - czy w tym leży przyczyna? Producent destylarek (jest tutaj kilka marek) - gotów wyłożyć kasę. Przedstawiciele ludu nie widzą tutaj brudów - takich zaś w Sejmie masę .. Ooo .. ludzka przewrotności - kiedy wreszcie zagości w łbach władczych decydentów; że w owym ich zamiarze ciąg dalszy przykrych zdarzeń - bimbrownie .. miast "wódkowstrętu" ~~1 punkt
-
Samotne chwile Wśròd słòw co nic nie znaczą Co masz nadzieję Że uratujesz świat Że będzie lepiej Bo ty to wiesz Bo znasz słowa co kochają świat.1 punkt
-
W Myślenicach wymyślili tę myśl zmyślną, że zmyślona myśl jest myślą, dowód, bo wciąż o niej myślą. Myśleć czy majaczyć 'tą' ułudę A gdy o tym mówię Jakąż głębię tutaj czuję Zagłębiłem się głęboko Ledwie wyszłam powiedziała A ja za nią By w płyciźnie zacząć brodzić Jeśli mam wpaść i nie wrócić To nie dla mnie Wolę taplać się z nią stale1 punkt
-
przeminęło lato z wiatrem z drzewa spadła ptasia budka jesień przyszła gdy popatrzysz każdy dzień jest nieco krótszy wiosną trzeba znów zawiesić aby przyfrunęło serce i dzwon trelem swym obwieści swoje ptasie małe szczęście1 punkt
-
1 punkt
-
@Berenika97 Moja płytka mówi, że wszystko gra, CD wyszło z mody, ale coś jeszcze zostało, zostawmy przestrzeń wierszowi. Nie grając nic nadto :), Twoje interpretacje zawsze chcę czytać, lubię jak (misię) - przytulam wirtualnie :)1 punkt
-
zbiorowa energia pcha ten wózeczek co zawiśnie nad przepaścią wina bez opamiętania nawet nie wiesz gdzie wypadałoby zacząć mogę i ja mruczeć po nosem widzę to co widzę słyszę to co słyszę czuję to co czuję *** pomidorowa z suszonymi prawdziwkami na warzywnym wywarze bulgocze wciąż względnie spokojnie1 punkt
-
@Berenika97 @Berenika97 Ślicznie. Cóż za siłą. Pomogłaś jej pokazać się nam. Nie byłaby taka piękna bez nas... Przy okazji zainspirowałaś, pewnie nie tyłko mnie. ... natura jak kobieta przebiera się często spogląda w taflę jeziora robiąc miny chętnie by się głośno zaśmiała lubi jednak ciszę i swój szmer o poranku myśli teraz co ubrać w jesieni niedługo zacznie robić makijaż, będzie kolorowo to jutro dziś jeszcze pobawi się ze słońcem umyje w ciepłym deszczu wiatr susząc ją potarga fryzurę lubi luz w każdej porze roku ma frajdę ... Pozdrawiam serdecznie Miłego dnia1 punkt
-
Mróz się niesie w borze, Knieja w kożuchu z bieli, Ścieli mi koce na łoże, Panna blada z zawiei, Nagie jej stopy w puchu, Szkarłat ma po kostki, Kładzie mi na brzuchu, Lodowatą dłoń z troski, Srebrzą się jak perły, Oczy bielmem skryte, Na głowie wianek przymarły, Usta czerwono krwiste, Daję jej czarną różę, Wkłada ją w bujny bukiet, W ramionach się zanurzę, Ból koi i mój smutek, Widzę własne tchnienie, W mrozie ulotną parę, Niknie o mnie wspomnienie, Mocniej się tulę w Marę, Jestem już równie zimny, Odsuwa mnie od piersi, W łożu mym kamiennym, Nie boję się już Śmierci.1 punkt
Ten Ranking jest ustawiony na Warszawa/GMT+01:00
-
Ostatnio dodane
-
Wiersze znanych
-
Najpopularniejsze utwory
-
Najpopularniejsze zbiory
-
Inne