Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Ranking

Popularna zawartość

Treść z najwyższą reputacją w 02.10.2025 w Odpowiedzi

  1. każda myśl się namyśla aż ból ściskam w dwupięściach jakieś słowa nieżywe namawiają do szczęścia a z porwanych pajęczyn i tęsknoty śródniebnej klecę bajki i baśnie na gęślikach dla ciebie aż się zdają prawdziwsze z nadwrażliwień i głodu bardziej mnie niźli tobie * szczęściem bywa też mozół
    12 punktów
  2. Kim jesteś Powiedz mi Jak się w końcu Zdecydujesz Jednorożcu Ale to i tak będzie Nieistotne Jak nadąsane Zaimki i przyimki Domykają pęknięcia A skrzydeł przecież Nie masz na miarę słów Nie rysują ich Reguły wyboru Diagnoza Przypadki psychiatryczne Nie językowe Kulawa fleksja tożsamości I modne nazywanie Skazy na kręgosłupie Dla śmierci Pozostanie to Bez znaczenia
    7 punktów
  3. Czego mi Panie w losie dostarczysz co przełknąć w „gorzkiej” pigułce nie zdołam to pobłogosław i daj mi otwarcie na wieczność w sercu w miłości schowam. Nie chciałem by wybrzmiało patetycznie, ale jednak to moja natura przepraszam
    7 punktów
  4. W zaułku Świętego Tomasza, gdzie „Camelot” kusi gęstą czekoladą, siedział "król" przy okrągłym stoliku, na dębowym, twardym tronie. Srebrne włosy opadały na czoło, jakby same chciały dodać powagi. W zmarszczkach migotało światło — reflektor spóźnionej sławy. Przed nim — pusta filiżanka. A jednak pił z niej gorycz wspomnień. Spojrzał na mnie oczami chłopca, który dawno zjadł ostatnie ciastko. Wtedy dostrzegł swoje wiersze w moich dłoniach i cofnął się nagle do dni i nocy, gdy słowa rodziły się w gorączce a każdy wers był okrętem, który miał nigdy nie zatonąć. Przez sekundę był młody i nieśmiertelny, potem westchnął teatralnie: „A miałem umrzeć, nim starość mnie znajdzie.” Złożył autograf z miną, jakby sprzedawał bilet do własnej biografii. Uśmiechnął się naprawdę — nie jak aktor, lecz jak człowiek, który właśnie wygrał małą bitwę z czasem. *"Camelot" - krakowska kawiarnia
    6 punktów
  5. rozpuszczasz mnie by na cielesnym długu zlizać słodycz z nią w obcych ramionach samotna roziskrzona tobą palę się cała dotykasz brzeżyny ucha gęstą myśli strugą odsyłam ciepło przekrwienia drżąc w jesiennej równonocy godzinach na niskim słońcu mlecznego nieba jest mi bliżej sięgnąć wrażenia
    5 punktów
  6. Horror vacui* (*pogląd w nauce starożytnych Greków, według którego istnienie próżni w przyrodzie jest niemożliwe) starożytni panowie raczej nieśmiertelni zawiesili w próżni pogląd przyrodniczy względnie niemożliwy na próżno wszelkie debaty horror vacui jest starej daty zmumifikowany niełatwe w nim zmiany teoretyczne prawa fizyki weryfikowane doświadczeniami kto wie co jeszcze przed nami
    4 punkty
  7. Dumka na świtaniu Skowroneczku Tuż nad ranem Przysiądź chwilkę Mam pytanie Pachnie żytem I pszenicą Jeszcze widzę Tamte lica Jeszcze szumi Dusi w piersi Tak już dawno Czemu mierzi Zapomniane Z nagła boli A już chciało Się zagoić Na cóż powiedz Mi to wszystko Inne przecież Są tak blisko Skrzypią łyka W koromysłach Siądź skowronku Daj pomyśleć Marek Thomanek 01.10.2025
    4 punkty
  8. Polska Siła władzy królewskiej tkwi w ludowej jedności, w pięknie kościołów i literackich utworow. Życie bez zgiełku, dokąd się podziałeś? Może na pustkowiu byłbym szczęśliwy. Uczcie się wierszy, aby uniknąć wojny! A wtedy zrozumiesz tę oczywistą rzecz. Ojczyzna rozkwita, gdy ludzie żyją w miłości.
    4 punkty
  9. Dłoń przy dłoni I zalane krwią ciało Co się stało? Czy to był sen? Czy rzeczywistość? A w nim my razem Zaplątani łańcuchami Co się stało z nami? Prawda i tak zawsze Umiera samotna...
    4 punkty
  10. Noszę w sobie miłość jak galaktykę zamkniętą w dłoni: rozżarzoną, pulsującą, bezkresną, a jednak ukrytą w katedrze mojej duszy. Każde uderzenie serca to eksplozja gwiazdy, której światło nigdy nie wydostaje się na zewnątrz. Czuję metaliczny posmak na języku, gdy duszę krzyk. Pragnę cię jak ziemia pragnie deszczu po tysiącu lat suszy. Moje wnętrze jest dżunglą o wyschniętych liściach, które drżą, czekając na twój dotyk, ale gdy wyciągam rękę, palce cofają się do cienia. Moja miłość jest jak wino w szczelnej amforze: ciemne, ciężkie, soczyste, gotowe, by zalać świat tysiącem smaków, a jednak więzione, sączące się tylko w moje własne gardło. I dławi mnie, i upajam się nią samotnie, aż staję się pijany ciszą, ciszą, która ma zapach starości. Duszę się sobą. Tłumię każdy krzyk, jakby moje gardło było lochami, gdzie wrzeszczą skazańcy – a nikt nie słyszy. Świat widzi pustkę, ty widzisz twarz, lecz nie wnętrze, które pulsuje jak ocean. Bo moje wnętrze to labirynt: pełen zakrętów, pełen ślepych zaułków, pełen kryształów, które świecą tylko dla mnie. Chciałbym rozpaść się w tobie jak burza w niebie, rozlać się deszczem po twojej skórze, stać się płomieniem w twoim oddechu, stać się powietrzem w twoich płucach. Chciałbym krzyczeć miłość w twoje serce, aż ziemia pęknie, aż morza się wzburzą. Ale zostaje tylko szept, który ginie w powietrzu jak pył. Bo każdy mój przymus to ogród nocą: kwiaty drżą, lecz nie otwierają się przed światłem, boją się, że wschód słońca spali ich delikatność. Tak samo ja – boję się, że moja pełnia miłości roztrzaska mnie na kawałki, jeśli spróbuję ją wypowiedzieć. A jednak we mnie rzeka wzbiera – gorąca, soczysta, obłędna, pełna namiętności, pełna światła, która domaga się, by rozlac się w tobie. Lecz jej koryto jest zamknięte, a ja jestem więźniem własnej tamy. Moje serce to meteoryt: pędzi, płonie, ale nigdy nie dotrze do twojej ziemi. Moje serce to śnieg w sierpniu: zbyt kruchy, by przetrwać. Kocham cię całym sobą, choć nikt nie widzi. Kocham cię tak, że mógłbym rozerwać niebo na pół, a ty wciąż widzisz tylko ciszę. Bo jestem introwertykiem: więźniem własnych murów, strażnikiem własnego ognia, ogrodem, którego kwiaty boją się światła, rzeką, która nie może wylać, ogniskiem, które pali, ale nie daje ciepła. A jednak – w tym ogniu, w tej rzece, w tym ogrodzie, w tej ciszy, która krzyczy – drży prawda, której świat nie zna: że introwertyk kocha najsilniej, bo kocha w samotności, bez świadków, bez dowodów. Kocham jak echo w katedrze, którego nikt nie słyszy, ale które wypełnia całą przestrzeń. I choć świat nie usłyszy, choć ty nie zobaczysz, moja miłość błyszczy w mroku – jak brylant ciszy, który istnieje, choć ukryty, i którego blask jest większy niż wszystkie słońca razem wzięte.
    4 punkty
  11. Jeszcze Mogłeś opowieść poetycka I. Droga Nikogo Na skraju miasta, gdzie światła bledną, mieszkał człowiek — bez imienia, bez pytań, bez pragnień, ze wzrokiem wbitym w ziemię. Codzienność była jak cień — nie odchodziła, nie mówiła nic. On jadł, spał i milczał, jakby czekał, aż ktoś go zbudzi. Aż raz, gdy deszcz wplątał się w wieczór, i chodniki stały się lustrem, zobaczył siebie — nie twarz, lecz pęknięcie w spojrzeniu. I ruszył. Nie po klucz, nie po cel, ale po coś, co drżało w nim cicho jak liść, który nie chce już być częścią gałęzi. II. Spotkania Szukał znaków — w spojrzeniach przechodniów, w trzasku drzwi, w krzywym cieniu latarni. Pytał drzew, które milczały, pytał wiatrów — te tylko zmieniały kierunek. Zdarzyło się: spotkał kogoś. Oczy tej kobiety mówiły: „Wiem”. Ale on nie umiał już wierzyć w ciepło bez ceny. Więc odszedł, bo był zbyt daleko w sobie, by dać komukolwiek klucz do tych drzwi, które sam zamurował. III. Zniknięcie Aż przyszła noc — prawdziwa, bezgwiezdna, i nie było już miasta, nie było imienia, był tylko on i echo jego własnych kroków znikających w niczym. Cisza odpowiedziała mu pierwsza. IV. Epilog — Po nim Minęły lata. Na ławce, gdzie siadał codziennie, czas wyrzeźbił w drewnie linie — jakby chciał pamiętać ciężar człowieka. Ludzie mówili: „Samotny był”, „Milczący”, „Dziwny”. Nikt nie znał opowieści ukrytej w jego spojrzeniu. Tylko pewnej jesieni, gdy liście opadały z niepokojącą dokładnością, dziewczynka znalazła w ziemi mały kawałek metalu — blaszany medalion z napisem: „Jeszcze mogłeś” Nie wiedziała, co to znaczy, ale długo go trzymała w dłoni, czując, jak coś cicho rozpada się w niej na części, których jeszcze nie znała.
    3 punkty
  12. lubię podglądać jak noc zasypia dzień się budzi wschodem słońca ptasim śpiewem mruczeniem kota zapachem kawy szumem w łazience uśmiechem żony nie wstydzę się tego podglądania ono mnie cieszy
    3 punkty
  13. Anna jest jak glina śliska i niemiła w dotyku ostatnio zaczęła przeciekać przez palce jak ten los który sobie zagotowała za oknem jesień olchy pogubiły liście tak jak ty włosy mówisz że siwieją nie to tylko babie lato skryło się w puklach jedwabistych pasm
    3 punkty
  14. nie szukam początku jutro odwraca się kiedy chce w oknie przegląda się słońce nie zawsze dojrzy ulice bez pośpiechu prowadzą sobie znaną drogą na skraj obrazu często bez ram a tam … nie taka obecność jak byśmy chcieli 10.2025 andrew
    3 punkty
  15. Bóg pokarał świat Ewą i grzechem, bawiąc się żebrem Adama, utraconym rajem, owocem, wężem i drzewem, cały świat, został poważnie zmyślony. ich dzieci, dzieci, dzieci i (...) rodzice przyszłych pokoleń wciąż, tworzą się na nowo, nowi, zgoła innym sposobem. wszystkich łączy wola, w imię ojca i matki, bez amen, a z omenem, bez znaczenia, przeczytanym, ze spalonej kartki. do zobaczenia, do zobaczenia. płoną stosy, gaszone benzyną, cywilizacja, cywilizacja, cywil, z prawa, na lewo, za sprawą, kołysze się, w amoku, pijany debil. to wszystko było, zaplanowane, kara zmieniła się w nagrodę, nagroda szansą, szkoda tylko że, teraz, człowiek człowiekowi Bogiem.
    3 punkty
  16. -Mistrzu, wierzysz, że znaki zodiaku wpływ mają na życie ludzi, co się ku sobie skłaniają? -Mogą mieć pewien wpływ, jak mówią niektórzy, lecz nie wiadomo, czy jest on mały, czy duży.
    2 punkty
  17. Na bramce stoję, w tym klubie marzeń, Stałych bywalców dobrze znam. Pamiętam, smukłe wyblakłe twarze, Uśmiech na ustach - miły mam. Podają bilet, a ja przedzieram, Suną na salę, schodząc w dół. Tam wielka łąka dziś się otwiera Pachnących kwiatów oraz ziół. Zajmują miejsca w bajecznym koszu, Na łuku tęczy wzniosą się. Barw i zapachów zliczyć nie sposób. Czy jakiś czar? Czy jakiś sen? Zaczęty spektakl. Odwrotu nie ma. Zamknięte okna oraz drzwi. W oczach niepokój błędne spojrzenia, Nie trzeba marzyć ani śnić. W olbrzymiej trawie kosz lekko płynie, Rozchodzą się olbrzymie źdźbła. Gama zapachów dusi w gęstwinie, Kwiaty, owady wokół nas. Słychać ich mowę swary i kłótnie. Panuje tu straszliwy gwar. Gesty radosne i gesty smutne Wyraża piękny ruchu czar. Właśnie mijamy stokrotek chmary, Trzmiela powabem pragną zwieść. Rumianek zawsze w uczuciach stały, Do swojej pszczoły mizdrzy się. Mlecze żółcienią zalały zieleń, Tkwi w samotności sobie skrzyp. Mak swą czerwienią głośno się śmieje, Do biedronki, a ona śpi. Złowrogie perzu strzelają liście, pośród różowych koniczyny kul. On rządzić łąką chce oczywiście. Naiwnych roślin mnóstwo tu. Pragnie okazać wszystkim swą pomoc, Spulchniając chętnie glebę w mig. Kłącza zaciska - jak nie wiadomo, Więdną rośliny i żal mi ich. A perz na łące szybko się pleni Podstępem niszcząc roślin stan. Każdy, kto pragnie coś tutaj zmienić Rasista - głośno wrzeszczą nań. Znika gdzieś łąka. Spektakl się kończy. Przesłanie w głowie stale tkwi: Pomocna ręka, z którą się złączysz Kłopoty może przynieść ci. Ciemność wypełnia powoli salę, Zabiera płaszcz ostatni widz. Zamykam wejście na wielki zamek. Jest zagrożenie - czy się śni? 2006
    2 punkty
  18. Chciałbym pić Ciebie, jak morze pije księżyc - łyk po łyku, aż noc stanie się ciałem i spadnie między nasze oddechy. Jesteś światłem tak czystym, że nawet cień pachnie Tobą, a cisza, gdy milczysz, kładzie się na mnie jak złoty puch feniksa. Piszę do Ciebie ze stron dalekich, a każde słowo jest ptakiem, który rozcina ciemność i wraca z kroplą Twojego imienia w dziobie. W Twojej obecności, chociaż wirtualnej, przestrzeń staje się miękka jak aksamit owocu, gdzie drżę, wiedząc, że za szkłem ekranów istnieje ciało, które mogłoby mnie przyjąć jak ziemia przyjmuje deszcz. Pragnę być Twoim snem, przemykać po Tobie jak wiatr po trawie, wplatać się w Twoje włosy jak nocne niebo w wodę. Pragnę całować Twoje oczy, aż otworzą się jak okna na inny wszechświat, i płynąć tam, gdzie rodzi się Twój szept - tam, gdzie nagość jest modlitwą, a dotyk - objawieniem. Twoje usta są winem, które pali i koi, Twoje dłonie - ogrodem, gdzie rodzi się każdy mój zachwyt. Twój czuły szept spada na mnie jak deszcz róż, i cała stajesz się pieśnią, której chcę słuchać aż do bezsenności. Jesteś mądrością jak ogród dzikich róż, które same decydują, kiedy rozkwitną, a ja - wędrowiec głodny i spragniony, znalazłem w Tobie źrodło, którego nie chcę już nigdy opuścić. Twoje imię to gwiazda w Plejadach która rozpina wszystkie moje noce i zostawia w dłoniach rozżarzony blask światła. Chciałbym nim okrywać Ciebie, aż zaśniesz - i zabrać ze szkła ekranu choćby cień Twojego ciała, by w milczeniu gwiazd na zawsze zamilknąć.
    2 punkty
  19. -Mistrzu, oczy zamykam, jeśli widzieć nie chcę, Co robić, kiedy mi się słuchania odechce? - Ucho nie ma zamknięcia, przynajmniej u ludzi, więc, gdy coś jednym wejdzie, zaraz wypuść drugim. Jest jeszcze inny sposób, który nawet wolę, myślę, jak będzie miło z Marysią wieczorem. Szczególnie przydatne na ważnych spotkaniach, konferencjach i podobnych spędach.
    2 punkty
  20. z drzewa spadła budka dla ptaków zdążyły dawno wyfrunąć a ona wisiała pusta jak dzwon któremu wyjęto serce
    2 punkty
  21. Ty, tylko ty tak na mnie działasz, Że od ciebie wzroku oderwać nie chciałam. Czas spędzony z tobą, to jak zasnąć w pół mroku, W ciszy i spokoju. Choć mieszkamy daleko, Chce być przy tobie blisko. Mimo tego jak leci czas, Chce żebyś wiedział, że kocham cię od zaraz. Na zawsze bez pośpiechu, Z bijącym sercem na zewnątrz. Nie zatrzymam się nigdy, Wiedząc że z tobą każda minuta się liczy.
    2 punkty
  22. nie karnawałowe te białe zmysłowe chyba marzyli sobie a muzą jak będzie o jak wspaniale! jak powrót do rzeczywistości i kurtyna opadnie czy w górę podniesie się jeszcze czy to był akt - pierwszy a może łaski? połaskotać ego a co mi tam do tego
    2 punkty
  23. Nie pamiętam, kiedy pierwszy raz poczułem, że pacjent mówi do mnie moimi własnymi myślami. Siedział naprzeciwko, blady, z oczami ciemnymi jak dziury po wypalonych papierosach, i drapał nerwowo blizny na nadgarstkach. Kilka razy próbował się zabić. Nieudolnie. Ktoś go znalazł, ktoś wezwał karetkę, ktoś zszył, ktoś ratował. W końcu trafił do mnie. Mówił cicho. Jakby słowa ciążyły mu w gardle. Ale każde zdanie wbijało się we mnie jak nóż. – Pan nie śpi po nocach – powiedział pierwszego dnia, nie podnosząc wzroku. Jego głos był cichy. – Chodzi pan po domu, prawda? -- Czasem zatrzymuje się pan w kuchni, pije pan zimną wodę. Mówił to, jakby opisywał własne, dobrze znane mu rytuały. Poczułem, jak pot spływa mi po plecach. Zamarłem. – A potem idzie pan dalej. Staje pan nad jej łóżkiem. Czasem trzyma pan ją za rękę. – W końcu spojrzał mi w oczy. W jego spojrzeniu nie było wyrazu. Była tylko pewność. – Zimna, prawda? Zawsze miała zimne dłonie. Zamarłem. Nie odpowiedziałem. Notowałem gorączkowo, żeby ukryć drżenie dłoni. Ale długopis sam kreślił zdania, których nie pamiętałem: "Otworzył oczy, zanim przestała oddychać. Wystarczyło jedno skinienie, jeden szept. Ale ja milczałem. Stałem nad jej łóżkiem, i patrzyłem, jak życie ucieka z niej, jak powietrze z przebitego balonu. Byłem tam. Byłem i nie byłem. Trzymałem w dłoni jej dłoń, a ona patrzyła na mnie z twarzą zmęczoną i zimną. Zawsze miała zimne dłonie. I nigdy nie prosiła o nic. Tylko ja widziałem, co jest na jej sercu, chociaż wolałem to ukryć. Nie było w tym nienawiści, tylko rezygnacja. W jej oczach nie było bólu, tylko prośba. Byłem ja i moja córka, a to milczenie było naszą tajemnicą. To milczenie było naszym grobem". Za każdym razem, gdy przychodził, wyglądał coraz gorzej. Skóra szara, palce sine, blizny świeże, rozdrapane. – Śmierć mnie nie chce – mówił. – Może dlatego, że już pan ją nosi, odpowiadałem. Pochylałem się nad kartką i nie wiedziałem, czy notuję jego słowa, czy moje własne. Czasem, wieczorem, w gabinecie pachniało krwią. Metaliczny odór wisiał w powietrzu. Szukałem źródła – nic. Tylko ja i odbicie w szybie okna. Odbicie, które nie otwierało ust, kiedy mówiłem. Kiedy podniosłem rękę do ust, na języku poczułem smak krwi. Czułem go, choć gabinet pachniał tylko starymi książkami i kawą. Słodka, metaliczna woń. Tego samego wieczoru córka weszła do gabinetu. Miała w dłoni rysunek – czarne kreski na białym papierze, coś pomiędzy drzewem a szubienicą. – To dla ciebie, powiedziała cicho, a potem dodała: – Pachnie tu jak w szpitalu. Uśmiechnęła się lekko i wyszła, zostawiając kartkę na biurku. Zauważyłem, że postać na rysunku nie miała twarzy. W domu żona znalazła pod moją poduszką kopertę. Nie była pusta. Wewnątrz był stanik. Nie od niej. Nie od córki. Za duży. Zbyt znoszony. Patrzyła na mnie z oczami pełnymi strachu. -- To nie moje. I nie jej. Kim jesteś naprawdę? Tylko odsunęła się o krok. Pacjent w gabinecie coraz bardziej się uśmiechał. Ten uśmiech był jak rana, która nie chce się zasklepić. – Widziałem to, mówił. – Pan też. Ręce mi drżały, ale nie ze strachu. Z przyjemności. Ciężar w dłoni. Ostatni oddech. Zacisnąłem pięści. Czułem, jak jego życie wsiąka we mnie, jak czarna ciecz spływająca wzdłuż moich żył, a każdy puls był echem jego bólu. Jego blizny wypalały moją własną skórę, każda rysa piekła mnie od środka, jakbym sam nosił wszystkie jego rany. Każde słowo podpalało moje myśli, a ja płonąłem w ogniu, którego nie mogłem ugasić. Każdy jego oddech ciążył mi w piersi jak kamień, a ja czułem, że nie mogę odetchnąć, bo on oddychał we mnie. – To pańskie halucynacje, wysyczałem. – Projekcje. – Nie – odparł spokojnie. – To pamięć. Tylko nie wiadomo, czyja. Tej nocy obudziłem się w środku nocy. Obudził mnie strach. Przy łóżku stała córka. – Tato? – głos córki, cichy jak szept pacjenta. Zdrętwiałem. Nie wyglądała na przestraszoną. W jej oczach była ta sama pewność, co u niego. – On mówił do ciebie, prawda? – spytała. – Ten, który nie umarł, choć powinien. Widziałam, jak patrzysz na jej łóżko. Zimne dłonie, tato. Zawsze miała zimne dłonie. Kiedy następnego dnia pacjent wszedł do gabinetu, miał na sobie szpitalną koszulę, choć dawno wyszedł ze szpitala. Usiadł na moim fotelu, a ja zająłem krzesło naprzeciwko, jakbyśmy zamienili się rolami. Patrzył mi w oczy, jakbym był jego lustrem. – Już się nie da nas oddzielić, wyszeptał. – Ty próbujesz mnie leczyć, a ja wyleczyłem ciebie. Teraz chorujemy razem. Wróciłem do domu i usłyszałem, że ktoś płacze. To nie była żona. To nie była córka. To ja. Stałem w korytarzu. W swoim cieniu na ścianie zobaczyłem siebie. Ale nie uśmiechałem się własnym uśmiechem. – mój cień ze ściany, powiedział pacjenta głosem, który brzmiał jak echo moich własnych notatek. – To zawsze byłeś ty. I ta krew na twoich rękach... to nie halucynacja. To pamięć o tym, co zrobiłeś, zanim trafiłeś do mnie. Spojrzałem na dłonie. Paznokcie oblepione czarną skorupą. Zakrzepła krew. Ale teraz wiedziałem: to nie była krew pacjenta. To była moja. A gabinet? Nigdy nie był mój. Siedziałem w nim po drugiej stronie biurka, drapiąc blizny, które sam sobie zadawałem. – Pacjent – powiedział mój cień ze ściany. – To zawsze byłeś ty. Czy pacjent kiedykolwiek odejdzie, jeśli jest mną ?
    2 punkty
  24. @Berenika97 jak pieśń religijna liturgiczna, niemalże chorał gregoriański, człowiek świadomy swego wieku, czasu, cierpienia, człowiek.
    2 punkty
  25. @Berenika97 Uwielbiam Twoją prywatę :) Bereniko. Piszesz takie miłe komentarze, że ja w końcu narcystyczne powiem sobie tak : Rusłan, ty zdolny facet jesteś ! I może mi się coś zniekształcić w mojej biednej głowie :) Pięknie dziękuję :) @Alicja_Wysocka Alu. Czyżbyś tak jak ja należała do rzadkiej grupy ludzi z osobowością introwertyczną ? Jeśli tak to witaj siostro :) Dzięki Alu :) @Annna2 Aniu. Piękne słowa van Gogha. Sam cierpiący psychiczne męki potrafił cudownie malować. Z kobietami przeżywał niepowodzenia i odrzucenia. Pięknie idealizował miłość ! Dziękuję Aniu :)
    2 punkty
  26. @Berenika97 Ślicznie Tak łatwo gubimy siebie, zapominamy wczoraj, wciąż nastawiając ręce na nowe...Bogactwo jest w nas, nawet jak lekko przykurzone... ... nie cofniesz czasu ale możesz go minąć zrób to wyprzedź nawet jak obojętnie spoglada słońce ... Pozdrawiam serdecznie Miłego dnia
    2 punkty
  27. Wrześniowy dzień, azyl siatką ogrodzony, Światło poranne na liściach się rodzi. Rosa jeszcze płaczliwa do butów przywiera, Działkowiec żwawy w słomianym kapeluszu Z chwastami namolnymi toczy boje. Przeklina pod nosem, w sidła szkodniki łapie. Szpadlem szaleje, aż ziemia się kurzy, I oddycha głośno, sapie, pot się leje. Kosi trawę, tnie żywopłotów ogony. Przycina róże, nadaje kształt światu Precyzyjnymi ruchami sekatora, By zimę przetrwały w idealnym stylu. W tym szaleństwie szuka rytmu i harmonii. Na wadze mierzy pomidorów krocie. To jest miara jego zwycięstwa. Fotografuje swoje plony w skrzynie zebrane. Chwali się altaną, drewnianym sercem działki, Dokarmia koty, zbiera jabłka, śliwki robaczywki. Pali zielsko, dym wzbija się leniwie Aż pod niebiosa – taki widok zwyczajny. A radio na full pęka od disco-polo... Do domu iść? ach, niechętnie bardzo. Noga w gumofilcu ociąga się, jak uwięziona, Bo tam żona zrzędzi, jazgocze, marudzi. Tu ptaszek śpiewa, pszczoła brzęczy w ogrodzie, Osa użądli; z komarem można powalczyć. Wypuszcza z klatki gołębie rasowe, Obserwuje, jak rozcinają szare niebo. I na moment sam jest tam, z nimi wysoko. Tu jest panem na włościach, tu się czuje silny. I choć zmęczony, z bolącym grzbietem, Stoi i patrzy, jak zapada zmierzch. Jego królestwo, ciche, już gotowe Na zimowy sen a w sercu czuje dreszcz. Już nasiona i sadzonki w myślach dobiera, Wiosna mu w głowie, choć mróz i śnieg tuż-tuż…
    2 punkty
  28. @Migrena tu się zatrzymam że "introwertyk kocha najsilniej", nie wiem, nie umiem powiedzieć względem ekstrawertyka, z pewnością inna- taką o której piszesz pięknie. Do Twoich słów dodam słowa z V. Van Gogha, Kochać to także umieć się rozstać. Umieć pozwolić komuś odejść, nawet jeśli darzy się go wielkim uczuciem. Miłość jest zaprzeczeniem egoizmu, zaborczości, jest skierowaniem się ku drugiej osobie, jest pragnieniem przede wszystkim jej szczęścia, czasem wbrew własnemu. Jeśli zajdzie taka potrzeba dla tego kogo się kocha oddać można cząstkę siebie, by życie ratować.
    2 punkty
  29. @Jacek_Suchowicz Stworzyłeś niezwykłą alegorię. Konwencja "teatru w teatrze" - gdzie bramkarz-narrator wprowadza widzów na spektakl o łące. Jakże gorzka obserwacja mechanizmów władzy i społecznej hipokryzji. Koniec z zamykanym na zamek wejściem i pytaniem "czy się śni?" - To ostrzeżenie: oto mechanizm, który się powtarza. No i się powtarza. Świetne!
    2 punkty
  30. @Jacek_SuchowiczBardzo dziękuję! Nie jest tak źle. wolność to kotka co drzwi otwiera i zanim spytasz już świat wybiera więc zamiast siedzieć w kącie jak myszka mrugam do słońca – niech będą igrzyska! @Alicja_WysockaBardzo dziękuję! @obywatelBardzo dziękuję!
    2 punkty
  31. Gdzieś tam są starzy, inni bo przeźroczyści. Gadżety, bibeloty, inne jeszcze ich nie dotyczy. Gorączka, choroba, to nic nie obchodzi, gdy cierpienie, po co, na wzrok to szkodzi. Gniewni ci młodzi, od nich całe zło pochodzi. Gdyby tak z losem często nie grali. Gloryfikowali mniej posiadaniu, gadaniu i krzyku, a potem śmiechu nie zakotwiczyli u góry. Gustowny lot im, tylko w chmury. Gdyby tak byli- mówimy. Gaje oliwne bez wody to pustynie. Gabaryty dobra czy zła, od nas zależy Gra z życiem nasza. Gumką myszką grafitowy kolor wymazać, gram bieli niebu dolać, gładzić słowa Grymasy i zmarszczki gryzą, kąsają bólem. Grząskość, za nią nikt inny nie jest winien. Gdy kradnie się wszystko, także zwątpienie, gwiazdozbiór nie nasz. Gula jak kula u nogi, drogą idą tylko wtedy granitowe kamienie.
    1 punkt
  32. @Alicja_WysockaMoże Ty nie wiesz, czy "pięknie", ale ja wiem, że "pięknie". I nie chowaj się, tylko pisz i eksperymentuj, bo świetnie Ci to wychodzi. Pozdrawiam. :)
    1 punkt
  33. @Migrenato wspaniale, może do tego czasu się poznamy wcześniej:)
    1 punkt
  34. @Migrena wyjeżdżamy, gdzie słoneczko grzeje?:)
    1 punkt
  35. Tego jeszcze nie słyszałem. Czy jest to zwrot, którego jeszcze nie znam, Twój neologizm albo po prostu literówka? Jeżeli zwrot, to cieszyłbym się z dokładniejszych informacji na ten temat. Pozdrawiam
    1 punkt
  36. @obywatel Też nie lubię takiej poezji, choruję na nią, jednak w ciężkim przypadku 🙂 @huzarc Intuicja Cię nie myli... Dziękuję za wszystko 🙂
    1 punkt
  37. Twierdza na południowej części stepu zatrzęsła się pod gradem armatnich kul. Choć noc była, niebo gęsto ścielone gwiazdami jaśniało wśród grzmotów, ryczących nie z nieba, lecz z ziemi. Z okiennic ciągnących się wzdłuż murów wychynęły paszcze muszkietów, które wkrótce odpowiedziały napastnikom ogniem. Wewnątrz kotłowali się żołnierze lechiccy, mijał już siódmy tydzień oblężenia. Prochu było już jak na lekarstwo, teren wokół poryty był głębokini bruzdami po pociskach. Mury srogo postrzępione, od południa wyszczerbił się już wyłom, przez który przecisnęłoby się pięciu żołnierzy w szeregu. Szturmem próbowała przebić się tamtędy buduńska piechota. Wbite w ziemię forkiety zagrodziły im tymczasowo drogę, salwa powaliła pierwszą falę wroga. Nawałnica janczarów była jednak niepowstrzymana, bułatami wyparła stojących przy wyłomie muszkieterów. Buduńczycy będąc już wewnątrz, rozbiegli się wokół w grupkach. Dalszy opór Lechitów był już tylko kwestią honoru, nie wybronią twierdzy. Pułkownik zebrał do siebie kogo się dało i zamknął się w koszarach wraz z ocalałą ostaką obrońców. Bronili budyku do ostaniej kropli krwi, strzelalii przez okna, zabarykadowali drzwi. Wkrótce janczarzy przyniesli taran, drzwi poszły w drzazgi. Pułkownik poległ u boku towarzyszy. Wraz z wschodzącym Słońcem, nad dachami zawisł sztandar Imperium Buduńskiego. Wkrótce za zwycięstwem, po okolicznych osadach rozlała się pożoga. Chmary odzianych w futra i skóry jeźdźców pustoszyły wioski. * * * Dwa tygodnie po upadku twierdzy, pół dnia drogi na północ od fortecy, wojska halyjskie zebrały się na sali biesiadnej pewnej wioski. Przed budynkiem stanął tłum, pełen wygolonych głów piechoty, a każdy z tam obecnych próbował przecisnąć się przez kompanów, by stanąć jak najbliżej drzwi. Nieraz ktoś w tej gromadzie wypchnął z drogi towarzysza, szarpnął za wąsa, czy zbluzgał kwiecistą wiązanką. Tylko nadzwyczajna ciekawość powstrzymywała ich przed rzuceniem się sobie do gardeł. Nasłuchiwali oni jakie postanowienie zamierza wydać siedzące wewnątrz dowództwo. Za ich plecami niósł się stukot baczmagów, uderzających o twardą, suchą ziemię. Ktoś na tyłach zbieraniny zwrócił wzrok za siebie, szarpnął ręką kompana i obaj uszli na bok. Dumna postać zmierzała w ich stronę gibkimi, lekkimi krokami. Uczestnicy tłumu odchylali po kolei w tył głowy, a każdy z nich na widok przybysza osuwał się mu z drogi. Ktoś krzyknął w końcu do reszty. - Rozstąpcie się hołota! Ataman idzie! Gwar napędzany szeptami i plotkami ucichł. Dotąd twardzi i zajadliwi mężczyźni spotulnieli, gdy między nich wkroczył człowiek w starym, poszarpanym kontuszu, którego elegancja nijak pasowała do zadziornych rysów twarzy czarnowłosego atamana. Drapieżnym spojrzeniem omiatał zebranych, nikt nie był na tyle odważny, by odwzajemnić wzrok. Przemierzył próg drzwi, a gdy te się za nim zamknęły, hałastra znów zebrała się w kupie, tym razem stojąc a absolutnej ciszy. W środku budynku stały dwa połączone ze sobą stoły, wzdłuż których zasiadali na ławach przybyli z całej szerokości stepu atamani. Każdy, tak samo jak nowo przybyły, ubrany w strój, który miał imitować powagę właściciela. Potężnymi ramionami wznosili do ust kielichy pełne miodu, zagryzali w międzyczasie pieczeń wieprzową. Każdemu przy pasie towarzyszył zdobiony piernacz. Jeden z nich, który siedział najbliżej wejścia, zwrócił wzrok na przybysza, gdy usłyszał zamykane drzwi. Powstał z ławy i podszedł pewnym krokiem do tamtego. - Ataman Dynmo, w końcu cię przywiało! Ile można na ciebie czekać? - biesiadnik objął przybysza za bark. - Atamanie Świerkowycz, widzę, żeś w zdrowiu. Coś dla mnie zostawiliście? Głodny jestem jak wilk! - Siadaj, nie gadaj, bo zaraz zabraknie. Hej, patrzcie no pułkownicy, kto przyjechał, Jegor! Zasiedli razem przed stołem, Jegor powitany został gromkim okrzykiem i wniesionymi kielichami. Urwał kawałek udźca i wziął ogromnego kęsa, przepłukał usta miodem. Rzucił obgryzioną kość na talerz z resztkami. Wszyscy gwarnie biesiadowali, gdy na drugim końcu sali pojawił się sędziwy mężczyzna, z bielutkimi, jakby umoczonymi w mleku wąsami, sięgającymi po łokcie. Stanął on przy stole, w miejscu gospodarza, rzucając na biesiadników swój srogi wzrok. Gromada nagle skamieniała w obliczu prezencji starca. - Cisza, koszowy będzie mówił - szepnął ktoś do towarzyszy. - Nie zebrałem was tu dziś na hulanki, lecz przez fakt, że stoimy w obliczu zagrożenia. Obsydianowa Twierdza padła z rąk buduńskich, Lechici zostali z niej wyparci i wytępieni co do jednego, choć zdawało się to niemożliwe. - A co nam do tego? - zapytał jeden z atamanów. Jegor spojrzał na niego i poznał, że był to Burcan, tęgi dowódca z północnych stepów. - Dadańczycy pod buduńską komendą rozbestwili się w okolicy - wyjaśniał koszowy - Wioski rabują i palą, kobiety gwałcą i biorą w jasyr, a mężczyzn na miejscu mordują. Wojna może i jest lechicka, ale przez to kto cierpi? Nasz lud halyjski! Tak być nie może. Musimy psy zagonić z powrotem do budy. - Ponoć sam sułtan ruszył w podbój stepu, jeśli to prawda, nie starczy nam wojsk, by go wykurzyć - rzucił Świerkowycz. - To co mamy robić? Z Lechitami się układać? - odparł Burcan, z drugiego końca stołu. - A z kim? Z Sepentrionami? - odpowiedział Świerkowycz - Oni zrobią tu taką samą burdę jak Dadańczycy, jeśli nie gorszą. - Jakby Lechici czyści byli - oburzył się Burcan - Na zachodzie żyć się przez podatki nie da, a zarobić trudno, ciągle regulacje tego i owego. I jak tu prawem nie być ściganym. - Milczeć durnie! Tyle dobrego, że Lechici przynajmniej respektują naszą autonomię - oznajmił wściekły ataman koszowy - Książę Wojewoda Witold Nadgórski obwinia nasze chadzki o rozniecenie tego konfliktu, a sam ma związane ręce przez biurokrację by go ugasić. Złożył mi więc niedawno propozycję, może wziąć pod swoje skrzydła dwie chorągwie halyjskie, w zamian to my mamy zażegnać spór. - Tylko dwie? To może już lepiej z Buduńczykami się układać - drwił Burcan. - Pierwej zdechnę - odgryzł się koszowy - ale wyślemy posła z żądaniem zaprzestania rozboju do podbitej twierdzy. Tam poseł wywiedzie, ile wojsk sprowadzili Buduńczycy i czy sułtan faktycznie przybył na czele armii. Jeśli Buduńczycy nie usłuchają wiadomości, by zabrali Dadańczyków z naszych terenów, przystąpimy do walki zbrojnej, nawet pod Lechickimi chorągwiami. Ktoś jest chętny do posłowania? - Ja pójdę - ozwał się Jegor - pod moją komendą służy buduński banita, nienawidzi swoich pobratymców, temu mogę mu zaufać. Posłuży mi na miejscu za tłumacza. - Sprzeciwiam się! - krzyknął Burcan - ten cały banita pewno tylko czeka, by cię zaszlachtować i pierzchnąć między swoich. Głupi jesteś to wierzysz mu na słowo. Atamanie koszowy, ja pojadę. - Bzdura! Już niejeden wojaż przeciw Buduńczykom odbywaliśmy. Zawsze służył mi wiernie, a jego wiedza o statkach i buduńskiej wojskowości nieraz uratowała mi skórę. - Atamanie Burcan, atamanowi Dynmo przysługuje pierwszeństwo - mówił koszowy. - To starszy powinien je mieć! Niech szabla zdecyduje. Stawaj, chyba żeś mięczak! - zaproponował Burcan - Sam się prosisz knurze - warknął Jegor. - Jegor, nie dawaj się mu tak łatwo prowokować - złapał za brak Jegora Świerkowycz. - To on będzie tego żałował, nie ja. Wyszli przed salę. Tłum zebrany przed drzwiami wycofał się i widząc co się święci, zaczął formować koło. Pośrodku, na przeciwko siebie, stanęli dwaj atamani. Reszta dowódców zatrzymała się pod progiem i obserwowała rozwój sytuacji, dwóch z nich przecisnęło się do rywali i podało im szable. Obaj atamanowie dobyli broni. Burcan ruszył pierwszy. Celował wysoko, chciał ciąć po oczach, by zdezorientować Jegora i zadać następny cios w udo. Jegor jednak zachował koncentrację i sparował oba cięcia, po czym odpowiedział szybkim pchnięciem. Burcan uskoczył. Jegor z rozpędem rzucił się w stronę przeciwnika, Burcan próbował go zatrzymać groźnym wymachem, Jegor jednak, wzniesionym od dołu jelcem, odrzucił nadchodzęce ostrze i mając głownie własnej szabli za plecami, wykonał gwałtowny zamach i powalił przeciwnika, rozbijając mu nos głowicą rękojeści. Umorusany w piachu Burcan chwycił się za krwawiący nos i spojrzał złowrogo na zwycięscę pojedynku, a ten rzekł do niego. - Ostatnia rzecz, jaką nam teraz trzeba to rozłam wśród dowództwa. Nie możemy sobie pozwolić na wykrwawiane naszych sił przez spory między atamanami. Podjudzaj żołnierzy dalej, a następny pojedynek skończy się o wiele bardziej krwawo. Zebrani wokół gapie zaczęli wznosić wiwaty dla zwycięscy, spisy i czekany zawisły nad ich głowami. Zwycięski ataman odsunął się znów w głąb budynku wraz z pozostałymi atamanami. Leżącego w piachu Burcana podnieśli jego żołnierze, przyłożyli mu do nosa chustę i odprowadzili do atamańskiego namiotu za wsią. Bluzgał siarczyście na przeciwnika podczas swojej drogi. - Dobrze zrobiłeś Jegorze nie zabijając go - oznajmił koszowy - usiądźcie wszyscy przygotuję pismo dla obecnego pana Obsydianowej Twierdzy. Ruszysz w samo południe Jegorze, powinieneś dotrzeć do twierdzy tuż przed zmierzchem. Zostań tam na noc i wywiedz się jak najwięcej możesz. Atamani powrócili na swoje miejsca. Koszowy miał już przed sobą przygotowany kawałek papieru i kałamarz z atramentem. Pisał powoli, pomrukując coś pod nosem w trakcie kreślenia liter piórem. Ruchy umoczonej w czarnej cieczy stalówki były jak pchnięcia rapiera, szybkie, drobne i precyzyjne. Sędziwy ataman przejżał jeszcze dwukrotnie treść pisma, schował w kopertę i zalakował, odbijając swój sygnet jako pieczęć. Jegor odebrał kopertę do swych rąk, pożegnał się z resztą atamanów i ruszył na obrzeża wioski, gdzie jego oddział rozbił mały obóz. Gdy zbliżał się, widział jak jego wojownicy rozsiedli się na pagórku, czyszcząc broń i ostrząc szable. Konie wypasane przez mniejszą grupkę, stały nieco dalej, skubiąc suchą trawę. Jeden z obecnych tam ludzi wydawał się być nieco ciemniejszy na skórze, choć z dala trudno było go poznać, gdyż ubierał się po halyjsku. - Ekim, zbieraj się i siodłaj konie, wkrótce wyjeżdżamy - zakomenderował Jegor. - Dokąd atamanie? - zapytał ten smagły. - Buduńskie wojska podbiły Obsydianową Twierdzę, potrzebuję cię na t łumacza. Spotkasz się z rodakami. - Na Tengri! Oby ich plaga pogromiła.
    1 punkt
  38. @w0lfy77 Ciekawie się do Ciebie wpadło :)
    1 punkt
  39. @Toyer Ten wiersz czyta się jak buntownicze wołanie – z jednej strony sięga do najstarszego mitu ludzkości, z drugiej bezlitośnie rozlicza współczesność. Podoba mi się, że autor nie boi się prowokować – zaczyna od Adama i Ewy, ale szybko wychodzi poza biblijny schemat, pokazując, że kara, raj i grzech to tylko opowieści, które człowiek na nowo nadpisuje.
    1 punkt
  40. @Julita.Jak miło, dziękuję :)
    1 punkt
  41. @Alicja_Wysocka "każda myśl się namyśla" już ten wers niesie ze sobą fantastyczne przesłanie, dobry mięsisty wiersz nad którym można by było długo debatować.
    1 punkt
  42. @Berenika97Duszko, nie wiem czy "pięknie" za mało wiem chyba na temat, który jest dla mnie nowy. Więc na wszelki wypadek, chowam się w "kątku" Uściski :)
    1 punkt
  43. @Robert Witold Gorzkowski Robercie. Brakuje tutaj Twoich świetnych, filozoficznych i głębokich wierszy. Brakuje Twoich soczystych komentarzy. Brakuje Ciebie. Wracaj !!!
    1 punkt
  44. @Annna2 ... lecz świat nie stoi biegnie do przodu i mimo... wciąż mniej w nim głodu ... Pozdrawiam serdecznie Miłego dnia
    1 punkt
  45. Byłaś jak jezioro, w którym odbijały się konstelacje, a ja — wędrowiec, który nie znał map, tylko kształt Twoich źrenic, ciemnych jak tunele do wszechświata, gdzie myśl była szybsza niż światło, gdzie dotyk zamieniał się w język meteorytów. Twoja inteligencja — nie drabina, lecz burza błyskawic, wyżej, głębiej niż sny neuronów, jakbyś była nie człowiekiem, lecz tajemnicą, która połyka alfabet i oddycha kosmosem. Kochałem Cię, jak się kocha cień ognia na wodzie, jak się kocha echo w górach, nie wiedząc, że echo znika zanim zdąży przybiec. Dziś została mgiełka. Nie mgła w dolinie — lecz mgła pachnąca Twoim śmiechem, Twoje imię to już tylko para wodna nad pustą filiżanką poranka. Patrzę w ekran, a on jest lustrem, w którym nie ma Twojej twarzy. Świat wirtualny połknął Cię jak ocean list i nie oddał ani jednej litery. Zostałem wśród ciszy, gdzie każde słowo jest już tylko parą rozchodzącą się w powietrzu, a ja uczę się oddychać Twoją nieobecnością jak płuca uczą się dymu. A jednak — kiedy zamykam oczy, mgła faluje, przez sekundę przypomina skrzydło, a ja widzę w niej oczy, które nigdy nie należały do świata.
    1 punkt
  46. Im bardziej się spieszysz tym bardziej nie zdążysz na zachody słońca i trzeźwość poranka i na wdzięczne kwiaty co podlewać trzeba i na ciepłe mleko wlewane do dzbanka. Nie zdążysz na miłość na przyjaźń nie zdążysz bo pędzisz na oślep nie patrząc na boki i na ptaki w górze co podziwiać trzeba na łąki i liście śniegi i obłoki. Nie zdążysz pomyśleć nim cokolwiek powiesz głębokich oddechów nie pozna twe ciało w tej ciągłej gonitwie nie znajdziesz wartości a to co dogonisz to będzie ci mało. Dzień za dniem przepędzisz i noc minie prędko i nad snem proroczym też się nie pochylisz choć świat pełen znaków przesłań, drogowskazów to pognasz jak wariat nie znajdując chwili. Na starość dogonisz zgorzknienie i pustkę i przykrą refleksję że wszystko minęło gdy głowę przyłożysz do zimnej poduszki zrozumiesz- to życie to tylko twe dzieło. Więc usiądź spokojnie zasmakuj w wolności i machnij swą ręką na pośpieszne życie podlej wszystkie kwiatki wypij ciepłe mleko oddychaj i śmiej się poczuj serca bicie...
    1 punkt
  47. Nadzieja umiera ostania umarłem przed nią w martwej duszy zapytania wciąż jeszcze są ze mną Nadzieja nie ma głosu więc nic nie odpowiada lecz jest i ma dobry słuch dlatego do niej gadam Moja Nadziejo nie umieraj żyj we mnie do końca nie zostawiaj mnie samego martwego ducha pocieszaj Dziękuję że jesteś i będziesz chociaż nie masz żadnej mocy bez ciebie się rozpadnę i na zawsze zostanę martwy To ty powinnaś umrzeć ze mną tego samego dnia z ostatnim oddechem lecz umarłem jeszcze przed tobą i to jest moim grzechem Zostawiłem cię najdroższa Nadziejo mam nadzieje że mi wybaczysz
    1 punkt
  48. Upadłem na cienkim lodzie przy dźwięku organów dobiegających z kościoła. Ksiądz mszę odprawia potem egzorcyzmy za tych którzy utonęli w otchłani czasu. Podczas padającego deszczu ludzie pod kościołem stoją, nie chcą ich wpuścić do środka. Tłum wyklętych we wściekłość wpada podnoszą dłonie do kościoła chcą wejść siłą. Przed obrazem staną i modlić się będą kto im wybaczy i jaka jest ich wina. Ci co nic nie uczynili winnymi uznano mieczem praw dochodzić będą. Nie pytają kto wydał wyrok niech więc wycofa i postanowienie zmieni. Zamilkły organy i dzień dogasa za złamanym drzewem stoją Ci którzy zemsty uniknęli. Bóg werdyktu nie cofnie odejdą zawiedzeni drugi raz nie poproszą.
    1 punkt
  49. Zbliżał się już wieczór, Słońce na zachodnio-środkowej części stepów zachodziło za trawami, krajobraz malował się w płomienno-różowych barwach, gdy na tle ognistej tarczy pojawiło się kilka ciemniejszych punktów. Co ciekawe punkty te zdawały się poruszać, a po pewnym czasie powiększyły swój rozmiar. Oczywiście owe punkty nie były niczym innym, a raczej nikim innym jak lechickimi jeźdźcami wracającymi z patrolu. Na czele jazdy cwałem pędził sierżant Jakub, wciąż młody, ale uzdolniony szermierz. Oblegał ich kurz, unoszący się wśród stukotu kopyt uderzających w twardą ziemię, niczym kowal pracujący młotem przy swym kowadle, jedyne co mogło temu hałasowi dorównać, to zdyszane chrapanie tych samych koni. Żołnierze byli z niecierpliwością oczekiwani w obozie, rozbitym w pobliskim zagajniku, ich kapitan nie mógł doczekać się nowego raportu, szczególnie gdy niedawno w okolicy znów zaginęła kupiecka karawana. - Widzę ich kapitanie! - krzyknął jeden z żołnierzy - Jeszcze kwadrans i będą już u nas. - Podaj mi perspektywę Macieju - odpowiedział mu kapitan, przystawił oko do soczewki i ustalił odległość między obozem, a jeźdźcami - rozpalić ogniska i rzucić dzika na ruszt. Róż zachodzącego Słońca przerodził się już w głęboką purpurę, gdy sierżant Jakub wkraczał między pnie drzew. Świerszcze zaczęły grać swe pierwsze tego wieczorne sonety, odległe głosy rozmywały się razem z sporadycznym dźwięczeniem obijania zawieszonych u bioder szabli, flora rozświetlona była jaskrawą czerwienią ognisk wewnątrz obozu Lechitów. Między konarami przemykał cudowny zapach świeżej pieczeni. Dwóch ludzi ubranych w wypłowiałe żupany i stalowe kirysy, wyszło nagle z zarośli, jeden z nich machał ręką do przybyłych. Pierwszy, z ręką wysoko ponad głową, wyglądał na mężczyznę w sile wieku, drugi był tylko nieco młodszy od Jakuba. - Witaj kapitanie - ozwał się Jakub do machającego, po czym zszedł z konia i serdecznie uściskał obu mężczyzn - znaleźliśmy szczątki karawany, co dziwne, zdawało się, że większość kosztowności została na miejscu, napotkaliśmy tylko kilka lokalnych hien, które chciały przywłaszczyć sobie drobne mienie. Pogoniliśmy ich i zabraliśmy w juki co się tylko da, w tym tę oto złotą włóczkę. Słyszałem o niej legendy, została ona dawno temu upleciona przez Dolę, wełna, której użyto pochodzi ze zwierząt, które już od dawna nie chodzą po Ziemi. Sweter utkany z takiej wełny byłby trwalszy niż kolczuga, ale tej włóczki starczy tylko na skarpetę. Odwieziemy ją do wojewody, dostaniemy za to sowitą premię! Niestety nie znaleźliśmy ani śladu jakichkolwiek poszlak na na temat sprawcy napadu, miejscowi chłopi nie widzieli żadnej większej grupy wojsk prócz naszej, my za to wracając spotkaliśmy chłopaków z drugiego oddziału, mówią, że pozycja Unii na wschodzie umocniła się, niestety nie wiedzieli więcej o tych atakach niż my. - Dobrze was widzieć w komplecie Jakubie - mimo radosnego powitania kapitan wyglądał na zaniepokojonego i sfrustrowanego - wysłałem małą grupę chłopaków, by w czasie waszej nieobecności przeszukali ponownie las, również nic nie znaleźli poza dzikiem. Zaczynam dostawać migreny od tej sprawy. Nie słyszałeś może, czy w okolicy nie ma ukrytych pieczar? - Nic takiego nie słyszałem kapitanie, ale tutejsze chłopstwo uraczyło mnie kilkoma historyjkami, którymi chętnie podzielę się przy ogniu. - Chodźmy więc, pewnie jesteście już głodni, a tobie Macieju przyślę niedługo zastępstwo, też powinieneś już odpocząć. I cała grupa odeszła w stronę ognisk, odprowadzając konie do pobliskiej sadzawki, a samemu przysiadając się do swych kompanów przy ogniu. Maciej natomiast wrócił w zarośla, step zalała już kompletna ciemność, z łukiem w swym drżącym ręku wsłuchiwał się w rozległą ciszę. Choć tylko na kilka minut, to został na pozycji sam, miał przy sobie jeszcze bandolet, którym w razie niebezpieczeństwa miał wzniecić alarm. Przed nim bujały się na wietrze gęste wysokie kępy stepowych traw, ich niewyraźne zarysy majaczyły tylko w jego oczach w bladym świetle księżyca. Obóz znajdował się z dala od osad, ostatnie patrole nie napotkały żadnego ruchu obcych wojsk, Maciej spodziewał się dziś spokojnej nocy, jednak mimo wszelkich oczekiwań, usłyszał nieopodal siebie drobny szelest. Ogarnęła go lekka panika, w ruchu traw nie zauważył póki co żadnych nieregularności, w Macieju wzrastał niepokój, cisza przedłużała się, postanowił szybko działać. Naciągnął więc cięciwę i krzyknął: - Kto idzie? Brak odzewu. Zdradził właśnie swoją pozycję, jeden świst strzały i mógł mieć dziurę w gardle. Liczył teraz tylko na dwie rzeczy: że to tylko dzikie zwierzę i, że wkrótce nadciągnie zmiana. Po dłuższej chwili nasłuchiwania w bezruchu, Maciej usłyszał męski głos. - Spokojnie, jestem sam, ranny, przepuść - głos dochodził z bardzo bliskiej odległości. - Kto ty? I jak sam to czemu się skradasz? Chodź tu, pokaż się. - Już idę, spokojnie - nieznajomy wyszedł z ukrycia, rzeczywiście był niesamowicie blisko, Maciej poczuł wstyd, że nie zauważył wcześniej tego człowieka - widzę, że macie tu obóz, potrzebuję opatrunków. Rzeczywiście, nieznany przybysz wyglądał jakby używał ostatków sił, by utrzymać pionową postawę, jego tożsamość była jednak wciąż niejasna, podjęcie zdecydowanych działań było utrudnione. Maciej nie widział, ani nie słyszał żadnych innych ruchów przed sobą, słyszał jednak kroki dwóch osób zmierzających od strony jego pleców, zmiana wartowników nadciąga. - W samą porę, mam tu niespodziewanego gościa. A teraz mów dokładnie kim jesteś, imię waść masz? - Jegor. - Jegor jaki? Skąd pochodzisz? Ze wschodu? Sepentrion? - Po prostu Jegor, ze wschodu, ale nie Sepentrion. - Słuchaj mnie teraz, bo nie jestem w nastroju na żarty. Mów ktoś jest, bo na miejscu rozstrzelamy, nie potrzeba nam grasantów w obozie. Skąd masz te rany? - Tu nieopodal mnie napadli, chyba czambuł dadański. - Nieopodal? Czambuł? Niemożliwe! Ale… No dobra chodź, opatrzymy cię i przesłuchamy, tylko żadnych sztuczek. Dwóch żołnierzy stanęło na warcie, a Maciej prowadził powoli rannego nieznajomego do obozu. Miał bandolet w pogotowiu, ale Jegor szedł spokojnie, zdawał się nie być uzbrojony. Zbliżyli się już do ognia i tu Maciej mógł się uważniej przyjrzeć Jegorowi. Ubrany był ubogo, przez bark przewieszony miał prowizoryczny opatrunek z lnianej, przeciekającej krwią tuniki, kępki gęstej czarnej czupryny również zlepione były posoką. Żołnierze przy ogniskach zaczęli spoglądać w ich stronę z ciekawością. Maciej zaprowadził nieznajomego do namiotu medycznego, stojącego tuż obok dużego głównego ogniska. Namiot ten jak dotąd stał przez większość czasu pusty, poza opatrywaniem drobnych skaleczeń nie było jeszcze poważnego zajęcia dla polowego medyka. Sam medyk siedział na pniu z resztą żołnierzu, naprzeciw namiotu. - Witaj Piotrze, przyprowadziłem ci pacjenta. - Witaj Macieju, witaj - medyk uśmiechnął się serdecznie, po czym spojrzał na towarzysza Macieja - Hmm, to chyba nie jest żaden z naszych żołnierzy co? Kto to taki? - Sam do końca nie wiem, nazywa się Jegor. Pójdę po kapitana, musi go jak najszybciej przesłuchać. Myślę, że możemy mieć przełom w sprawie okolicznych napadów. Opatrz go w międzyczasie proszę. - Kapitan jest przy północnym ognisku - ozwał się jeden z siedzących obok. Piotr powstał i zniknął za płachtą wraz z Jegorem i jednym z żołnierzy, którego dla bezpieczeństwa poprosił o asystowanie. W środku opatrunków było co niemiara. Jegor wygodnie usadowił się na leżance, Piotr przemywał mu rany wodą i alkoholem, nałożył rozmaite maście, zszywał i bandażował. Dał też pacjentowi trochę miodu pitnego w ramach leku przeciwbólowego. - Na szczęście nie masz waść uszkodzonych kości, czy organów, skóra jednak jest głęboko rozcięta na bardku, na głowie tylko małe zadrapanie, lepiej się oszczędzaj przez jakiś czas. Do namiotu wrócił Maciej w towarzystwie kapitana. Kapitan zmierzył nowego gościa wzrokiem, był lekko zdenerwowany, ale też i czuł wewnątrz siebie ekscytację, przed nim siedziała możliwość rozwiązania tajemniczych napadów. - Nazywam się kapitan Seweryn Pilecki, dowódca dragonów lechickich pod chorągwią wojewody Witolda Nadgórskiego. Potraktuję cię póki co jako gościa w naszym obozie, na imię ci Jegor jak dobrze mniemam? - Tak kapitanie, Jegor. - Ponoć zostałeś zaatakowany nieopodal naszego obozu, to prawda? - Dadźbóg mi świadkiem, ten las w zasięgu wzroku miałem, gdy nagle zza traw wyłoniła się grupa jeźdźców. - Co to byli jeźdźcy? Z której strony przyjechali? W którą odjechali? - Skąd i gdzie uciekli nie wiem, ale wyglądali jak dadański czambuł. - Niemożliwe, Dadańczycy od dawna nie zapuszczają się tak daleko po tej stronie rzeki, a nawet jeśli, zostali by zauważeni przez nasze posterunki. - Nie wygląda na wojownika - wtrącił Maciej - może się pomylił i widział po prostu bandę halyjczyków? - I tu się mylisz Macieju, sam mówiłeś, że podkradł się do ciebie niemal niepostrzeżenie. Prędzej uwierzę, że zwyczajnie łże, niż się pomylił. Ten człowiek po samej postawie i wzroku wzbudza wrażenie zaprawionego w boju, sam mógł na tę karawanę napaść, a jego pobratymcy zostawili go rannego, z myślą że umarł. Panie Jegor, zatrzymamy cię póki co u nas w obozie, a rano wyruszymy do wojewody Nadgórskiego na dalsze przesłuchania. - Zostanę tu i będę go pilnować - zaproponował Piotr. - W porządku, przyślę tu jeszcze kogoś dla bezpieczeństwa, a teraz choć Macieju, Jakub już napełnił żołądek i pewnie niedługo opowie nam tutejsze chłopskie zabobony. Kapitan wraz z Maciejem opuścili namiot, Sewerym postawił dwóch ludzi na warcie przy namiocie i ruszyli w stronę północnego ogniska. Otoczone one było, jak każde, inne obalonymi pniami, które służyły wszystkim za ławki. Skry pląsały nad ogniskiem, zewsząd roznosił się gwar radosnej biesiady, zapach dziczyzny przypominał Maciejowi o pustce w żołądku. Kapitan usiadł po prawicy Jakuba, jak mówił, bardzo interesował się historyjkami krążącymi wśród chłopów. Maciej również wybrał miejsce obok sierżanta. - Poczęstuj się Macieju, świeży dzik! - mówił Jakub podając spory kawał pieczeni sąsiadowi. Maciej wziął wielkiego kęsa i delektował się delikatną konsystencją mięsa. - Opowiedz nam teraz proszę sierżancie o miejscowych zabobonach, może mi migrena od tego przejdzie, ha! - zarzucił kapitan Seweryn. - Rozkaz kapitanie! Zacznijmy od czegoś powszechnie znanego. Pewno już obiło wam się o uszy imię Dynmo? Ten, który miał tupet przebić się w kilkunastu przez buduńską armię wprost do namiotu sułtana! Miał sułtan szczęście, że akurat na rybach był, ale co mu tamten najlepszych janczarów obił, i jeszcze dziewkę z haremu porwał i uszedł żywy! - Ten halyjski ataman? Któż o nim nie słyszał! Myślałem, że masz coś ciekawszego w rękawie Jakubie. - Proszę zatem słuchać dalej kapitanie, bo ponoć ten szalony awanturnik Dynmo widziany był w naszej okolicy. - Czemu nie mówiłeś? To mogła być poszlaka do napadów! - Bo był sam i to nie są potwierdzone informacje! Nikogo nigdy z nim nie widziano, ale podobno, tak podsłuchałem w jednej karczmie, Dynmo chciał się przyłączyć do tych zbójów, albo ich oszukać i okraść i samemu uciec z całym łupem, choć co tak naprawdę planował wie tylko sam Dynmo. - To mało by się obłowił, karawana przecie stała nietknięta, jak sam powiadałeś. - A prawda to, prawie cały towar na miejscu. A ludzie… oj nie chcę sobie o tym przypominać. - Nie dziwię się, mamy tu niespodziewanego gościa w namiocie medycznym, ponoć spotkał napastników i byli to Dadańczycy. - A to ciekawe, bo jest jeszcze jedna historia, usłyszałem to od starusieńkiego młynarza. Obok lasu, gdzie nasz obóz stoi, przed dekady odbyła się krwawa bitwa między Unią Lechicko-Estecką, a Wielką Ordą Dadańską. - Ach tak, słyszałem! Mój dziad we własnej osobie przelewał tedy krew dadańską - wtrącił żołdak siedzący na uboczu. - W tej bitwie Orda Dadańska poniosła sromotną klęskę - kontynuował Jakub - gdy była już w odwrocie, ich bej zwrócił się do naszych wojsk i zarzekł się na najmroczniejsze siły, iż wróci, by dokonać swej zemsty i przeleje krew lechicką. Wówczas sam hetman, obrzydzony tymi słowami, naciągnął cięciwę łuku i przeszył krtań bluźnierczego beja strzałą. - Obiła mi się o uszy ta historia - westchnął kapitan - jest w kronikach jako jedno z naszych najwspanialszych zwycięstw. - Ach kapitanie, jest pan tak obyty w świecie, że ciężko pana zaskoczyć, ale mam jeszcze w rękawie coś specjalnego. Otóż pewna gospodyni zdradziła mi, iż po drugiej stronie tego lasu, wśród starych jak nasza Unia mokradeł, mieszka pewna wiedźma. Obyta jest ona wielce w ziołolecznictwie, rozumie mowę zwierząt, a także potrafi wybiec wzrokiem w bliską przyszłość. Przekazywała również nieraz wolę zmarłych, tutejszym mieszkańcom służy serdeczną pomocą, lecz nie ufa ona ludziom obcym. - To już brzmi dużo ciekawiej. - A to jeszcze nie koniec historii, bo owa wiedźma niedawno odwiedziła jedną z wiosek i poleciła nie wychodzić po zmroku na pola, gdyż złe siły krążą teraz wśród traw. - A więc niewykluczone, że ta wiedźma może coś wiedzieć, wyruszymy do niej o świcie - kapitan zamyślił się na chwilę, wpatrzył się w ogień, a w międzyczasie Maciej skończyć się zajadać swoją porcją pieczeni. Nagle do uszu biesiadników doszedł odgłos przypominający stukot mnogich kopyt oraz metaliczny łoskot, między drzewami poczęła rozświetlać się niezwykła łuna światła. - Hej kapitanie, spójrz za siebie, co to takiego? - mówił skonsternowany Maciej. - Hmm? To jakby… Podjazd?! Alarm! Wszyscy do broni! Jesteśmy atakowani! Wszystkie rozmowy toczące się wokół zostały w jednym momencie przerwane, żołnierze powstali, sięgneli do szabli, inni pobiegli do namiotów po arkebuzy, jeszcze inni podnieśli oparte na uboczu łuki i kusze, kto był w zasięgu, ten wsiadł na konia. Od wschodniej strony, jakby wyszli z mgły, pojawił się dziki czambuł. Kapitan wrzasnął rozkaz, by uformować szyk, rząd pikinierów wystawił swe żądła, za ich plecami drugi rząd z arkebuzami szykował się, by rozgrzać lufy swej broni. Maciej stanął z łukiem na lewym skrzydle formacji, z cięciwą gotową wypuścić śmiercionośną strzałę. Dzika horda zbliżyła się do obozu z przeraźliwym skowytem, który z trudem sobie wyobrazić, by wydał się z ludzkiego gardła. Kapitan wrzasnął, a lufy przyćmiły nagłym blaskiem pobliskie ogniska, jednak ku zaskoczeniu zgromadzonych, żaden z napastników nie legnął trupem, miast tego z całym impetem szarży, czambuł stratował linię pikinierów, masakrując każdego żołnierza, który napotkał dadańskie ostrze. To samo się stało, gdy z barbarzyńskimi najeźdźcami starła się lechicka jazda, mało kto uszedł żyw. Szaleni najeźdźcy zerwali płachtę z namiotu medycznego, powalając tym samym żołnierzy pilnujących Jegora, a ten skorzystał z okazji i porwał dwa pistolety wiszące w olstrach pobitych żołnierzy. Pobiegł ku rozbitemu oddziałowi i wypalił raz z jednego, raz z drugiego pistoletu w stronę najeźdźców. Zdało się, że również i on chybił. Jegorowi udało się jednak zwrócić uwagę kilku dadańakich jeźdźców, skierowali się oni w jego stronę z całym pędem i Jegor cudem uniknął śmiertelnego ciosu, uchylając się tuż pod przecinającą ze świstem powietrze szablą. Kilku wrogich jeźdźców stratowało ogniska i zapadła kompletna ciemność, wtedy też między drzewami rozbrzmiał złowrogi ryk rogu. Po tym nieznani napastnicy zniknęli tak samo szybko jak się pojawili. * * * Kapitan Seweryn krążył zdruzgotany po zgliszczach obozu. Nie mógł się doliczyć rannych i zabitych. Wszędzie popiół, odcięte kończyny, wyprute jelita, zmasakrowane twarze ludzi, których jeszcze wczoraj widział szeroko uśmiechniętych. Wszystkich później pochowano w zbiorowej mogile przed lasem. Ciał poległych napastników nigdzie nie dało się odszukać. Otępiałym wzrokiem omiatał pozostałych przy życiu, trzecia część oddziału została wybita. Widział jak między ludźmi krąży Jegor. Kapitan wiedział, że ten nieznajomy wbiegł w środek bitwy z zamiarem ofiarowania pomocy, a teraz ten ranny nieznajomy pomaga opatrywać innych rannych. Maciej i Jakub wyszli bez szwanku, Piotr był mocno poobijany, ale w gruncie fizycznie sprawny do działania. - Zaczyna brakować nam lekarstw kapitanie - zameldował medyk - póki co większość rannych się jakoś trzyma, ale nie starczy mi medykamentów, by jutro wymienić wszystkim opatrunki, siedzimy w środku dziczy, a tu łatwo jest o zakażenie ran. - Perunie wielki, głowa mi zaraz od tego wszystkiego pęknie, daj coś i mi na te bóle. Słońce już od godziny widniało na niebie, dzień zapowiadał się upalny, pierwsze ptaki zasiadły na gałęziech, by pocieszać śpiewem pokonanych. W Sewerynie Pileckim poczęło gotować się gorzkie uczucie odrazy do napastnika. Pragnął pomścić jak najszybciej swych kompanów, nie był jednak w stanie w dalszym ciągu wytropić wściekłych Dadańczyków, gdyż tak samo jak ciał, nie dało się nigdzie zauważyć śladów kopyt. To nie pozostawiło mu innego wyboru, niż desperacko powierzyć swój los zabobonnej wierze. Gdy ranni byli już zebrani i opatrzeni, zebrał grupę żołnierzy, którzy zostali przy zdrowiu i wygłosił apel. - Mam zamiar zebrać grupę najwytrwalszych żołnierzy i ruszyć przez ten las na zachód, prosić o pomoc rannym i przy okazji przesłuchać miejscową wiedźmę, mieszkającą na przeciwnym skraju To nasza ostatnia nadzieja ratunku i jedyna poszlaka w sprawie owego nieprzyjaciela, który napadł na nas tej nocy. Sierżant Jakub pomoże mi dobrać ochotników, zabiorę jedynie dziesięciu, reszta ma tu zostać i opiekować się rannymi pod dowództwem sierżanta, do czasu naszego powrotu. Ochotników nie było, morale wśród nich upadło tragicznie nisko, większość spoglądała tylko po sobie nawzajem, nikt jednak nie odważył się póki co wyjść przed szereg. Jednak nagle ktoś zaczął się przepychać między żołnierzami i przed oczami kapitana pojawił się Jegor. - Ja pójdę. Mimo, że potraktowaliście mnie nieufnie, to chcę się jednak odwdzięczyć za połatanie moich ran. Znam okolicę, więc mogę się przydać. - Pójdę i ja - rzekł cichym i drżącym głosem Maciej, który wyszedł z szeregu równolegle z Jegorem. Resztę żołnierzy do ekspedycji kapitan wraz z Jakubem musieli wyznaczyć sami. * * * W godzinę byli gotowi do wymarszu. Jegor jako przewodnik jechał na przedzie, tuż obok niego kapitan, za nimi podążał cały ogon żołnierzy z Maciejem w środku. Zabrali ze sobą łuki, toporki i dwie piki, arkebuzów i bandoletów nie brali ze względu na wszechobecną wilgoć bagien. Jegor nie był uzbrojony, mimo, że wykazał się podczas nocnego napadu, wciąż nie wzbudzał wśród żołnierzy zaufania. - Nie znamy cię Jegor, nie mogę ryzykować bezpieczeństwa oddziału. Dlatego powiedz mi kim jesteś, Halyjczykiem? - Tak jest, całe życie tu na stepach spędziłem, błąkając się od wschodu po zachód, pałając się rozmaitymi zajęciami. - Halyjczyk? - zawołał ktoś z tyłu - wam to ciężko zaufać, bo jedni do nas Lechitów przystają, inni do Sepentrionów, a mało który na stałe, a jak na swoim jest to zwykle bandyta. Zdradę macie we krwi. - Wy Lechici z kolei - rzucił w tył drapieżnym wzrokiem Jegor - nigdy złego w sobie nie widzicie, duma wam oczy przysłania, a pierwsi do wytykania innym jesteście, a najchętniej to wytykacie sobie wzajem. Nie potraficie się za żadną cenę zjednoczyć. Halyjczycy nie mają własnego kraju, temu błąkają się gdzie mogą, by uskrobać sobie godny byt. Światło dnia tylko sporadycznie ukazywało się, promieniami przebijającymi gęste listowie, gdy oddział zanurzał się między buki, dęby i sosny. Wiatr w środku puszczy był niewielki i tylko lekko kołysał najwyższymi gałęziami koron. Im głębiej w dzicz, tym grunt robił się coraz bardziej grząski, konie miały coraz większe trudności w poruszaniu się. Wkrótce kapitan zarządził, by zostawić wierzchowce i resztę drogi przejść na piechotę, gdyż tak łatwiej będzie określić bezpieczną trasę. Do pilnowania zwierząt wyznaczył dwóch żołnierzy, reszta ruszyła dalej. Nieprzyjemny zapach, chmara dokuczliwych komarów oraz odległy rechot żab zwiastowały powolne zbliżanie się grupy do celu. Przed oczyma majaczyć poczęły im gęste pnącza zwisające z drzew oraz błotniste wysepki w rozległym basenie nieprzejrzystej wody. - Trzymajcie głowy wysoko i bierzcie tutaj tylko płytkie wdechy, tu nad powierzchnią wody unosić się mogą trujące opary - ostrzegł grupę Jegor - wydzielane są z odchodów węży błotnych, więc miejcie też broń w pogotowiu, to groźne zwierzęta zdolne zabić człowieka jednym kłapnięciem zębów, gdy takiego zobaczycie, uciekajcie na drzewa. Gdy weszli już na tereny mokradeł, Jegor zdawał się dobrze odnajdywać w tym środowisku, potrafił dobrze określić, w którym miejscu bajora są najpłytsze. To było ważne szczególnie dla niego, gdyż nie chciał zamoczyć wciąż owiniętych na sobie bandaży. Zimny pot przelał się po plecach żolnierzy, gdy brodzili po kolana w wodzie. Ich największym zmartwieniem były dotąd komary, jednak perspektywa napotkania węża błotnego pochłonęła ich porażone strachem umysły. Woda tu i ówdzie sporadycznie pluskała, Jegor wpatrywał się w zniekształcenia tafli próbując dostrzec nadciągające zagrożenia, nie mając broni musiał być szczególnie wyczulony, będąc rannym nie wdrapałby się na drzewo. Podróżnicy natknęli się przed sobą na gąszcz wyrastającej z wody trzciny. O ile zwiastowało to płytką wodę, o tyle kępy były na tyle gęste, że trzeba było je ominąć. Podczas tego manewru jeden z żołnierzy poślizgnął, hałaśliwie przy tym pluskając i mocząc mundur. Maciej pomógł kompanowi powstać, Jegor w tym czasie uważnie przypatrywał się trzcinie. Po minucie przymusowego postoju ruszyli dalej. Za gęstwiną trzcin grupa zauważyła w oddali wybijający się nieco z tła kształt. Wyglądało to na chatkę zawieszoną na balach powyżej lustra wody, choć odległość była jeszcze zbyt duża, by wziąć widok za pewnik. Podróżnicy upewnili się, iż chatka nie jest urojeniem wywołanym przez trujące opary, każdy potwierdził, że ją widzi, a także opisali jeszcze kilka innych obiektów w polu widzenia. Zgodnie stwierdzili, że chatka była prawdziwa. - Co jeśli nas nie przyjmie? - rzucił do grupy Maciej. - Hmm? - zadumał się kapitan - No wiedźma, sierżant mówił, że nie ufa obcym. - Jeśli tak to wymyślimy coś na miejscu, na pewno da się ją jakoś przekupić. - Na waszym miejscu nie denerwowałbym wiedźmy - dodał od siebie Jegor - klątwy to poważne zagrożenie, ciężko jest się ich pozbyć. - To może… - Cisza, zdaje mi się, że… Jegor wyczuł coś dziwnego dziejącego się wokół. Rechot żab stał się odległy, w okolicy ciężko było spostrzec żywe stworzenia. Na ułamek sekundy Jegor zauważył nierówności w kształcie strzałki na tafli wody, nie zdążył nawet krzyknąć, gdy z pod tafli z hukiem wyłoniła się długa łuskowata sylwetka, z klinowym łbem z dwoma czułkami u tyłu i paszczą najeżoną ostrymi kłami. Bestia w mgnieniu oka rozdziawiła szczęki i susem rzuciła się na jednego z pikinierów, zanurzając się pod wodę, jedyne co zostało to unosząca się czerwona mgiełka w miejscu, gdzie stał żołnierz. - To wąż błotny, kryjcie się na drzewach! - krzyknął Jegor. W tym momencie halyjski przewodnik wziął najgłębszy wdech jaki tylko przyszło mu wykonać w życiu, dał susa w stronę rozproszonej w wodzie chmury krwi i schylając się niemal do poziomu tafli, zanurkował ręką, przeczesując warstwy błota dłonią, a drugą dłoń złożył w pięść i rytmicznie uderzał w lustro wody. W tym czasie reszta wyprawy rozbiegła się we wszystkie strony, każdy do najbliższego sobie drzewa. Maciej ulokował się na gałęzi najszybciej, nikt z grupy za nim nie podążył, więc zamiast pomagać innym się wdrapać, zdjął łuk z pleców i z napiętą cięciwą wyczekiwał, aż bagienny potwór znów się wynurzy. - To bez sensu, takim małym grotem nie przebijesz jego łusek - krzyknął do Macieja Jegor. Wtedy wielki wąż wynurzył się obok Halyjczyka, Jegorowi w sam czas udało się złapać drzewiec piki i szybko wyciągnął rękę ponad powierzchnię. Błotna bestia ponownie rozwarła paszczę gotowa do ataku, jednak Jegor obrócił się grotem w stronę potwora i gdy ten skoczył w jego stronę, wbił pikę głęboko w paszczę gada. Stwór syczał wściekle z bólu i wił się jak schwytany w lasso byk, tryskał obficie krwią z gardzieli, aż w końcu rozpostarł szeroko błoniaste czułko-płetwy po bokach swego cielska i padł sztywno unosząc się na wodzie. Jegor podszedł do martwego potwora i jednym krzepkim ruchem próbował wydostać pikę z jego gardła, udało mu się połowicznie, gdyż drzewiec był złamany prawie przy samym grocie. To jednak zdawało się zadowalać Halyjczyka. Nie odchodził on jeszcze przez jakiś czas od martwego węża, w tym czasie reszta grupy zdążyła zejść z drzew. Maciej podszedł szybkim krokiem do Jegora. - Co robisz? Trofeum? - Wyrywam zęby węża. Są one mocno osadzone, więc potrzebuję czegoś twardego, by je podważyć. Trzeba przy tym uważać, gdyż te zęby są mocno jadowite. Kupcy z wszelkich stron świata są w stanie wiele zapłacić za nawet jeden z nich. Co prawda węże te są dość powszwchne, jednak mało który mąż ma odwagę stanąć przeciw nim, a jeszcze mniej ma umiejętności, by je pokonać. Maciej był zdumiony jak obeznanym człowiekiem okazał się być ten pozornie przypadkowy włóczęga, nie mało przecie brakowało, a ten jeszcze wczoraj wykończony człowiek mógł zostać przeszyty jego strzałą. Podziwiał jak w każdej, nawet tragicznej sytuacji Jegor potrafił zachować zimną krew i wyjść cało z opresji. - Gdyby kapitan przyzwolił, przyłączyłbyś się do nas? - Nie - Jegor zaśmiał się gorzko - wśród Lechitów nie ma miejsca dla ludzi mego pokroju. Ja cenię sobie swobodę i nie wytrzymałbym pod czyimś berłem. - O czym tak panowie zawzięcie dyskutujecie? - dołączył kapitan wraz z resztą grupy. - Gdy wyjdziemy na skrawek lądu, powinniśmy się pomodlić, by Weles przepuścił duszę waszego kompana na Bezkresną Polanę. Ciała zmarłego nie było sensu wyławiać, było na dnie bagna, rozszarpane na krwawe strzępy. Jak zasugerował Jegor, odmówili pożegnalną pieśń na skrawku podmokłej ziemi, Halyjczyk wręczył też kapitanowi dwa zęby, które miały trafić w ręce rodziny zmarłego, oddał także dobrowolnie odłamany grot. Ruszyli wprost do drewnianej chaty, która majaczyła na horyzoncie. Było już południe, gdy stanęli pod drabiną. Wdrapali się pokolei na szczyt i kapitan zapukał w dębowe drzwi. Przez dłuższy czas nie było odpowiedzi, Seweryn zmartwił się, czy może przypadkiem wiedźma wyruszyła poza dom, lecz gdy miał dla pewności zastukać kołatką jeszcze raz, dębowe wrota otworzyły się. W progu stanęła czarnowłosa kobieta w ubogich łachmanach i z torbą przewieszoną przez bark, na szyi zawieszony miała amulet z jaszczurzych pazurów i czaszki zająca, głowę jej oplątywał bujnie opatrzony wianek, a jej lewy nadgarstek postrzępiony był licznymi bliznami po płytkich, ciętych ranach. Zapach unoszący się z jej domu napawał sprzecznymi doznaniami, z jednej strony wzmagał apetyt, z drugiej zatrważająco odpychał. Wzrok jej przeszywał lodem i zdawało się, że wedle woli może spojrzeniem zatrzymać człowiekowi serce. - Czego tu? Nie znam was! - Wychrypiała swym gardłem. Wzrok wiedźmy wwiercał się w czaszkę kapitana. - Moja droga Pani, potrzebujemy twej pomocy. Podczas ostatniej nocy niespodziewanie zaatakował nas nieprzyjaciel, wielu mych kompanów pomarło, drugie tyle zostało rannych. Czekają teraz po zachodniej stronie tego lasu, z lekarstwami na wykończeniu, nie przeżyją, jeśli nie dostaną nowych opatrunków. Proszę zlituj się nad losem tych ludzi. - A co ja mam do tego? Chciało się wam żołnierzykom wojować to macie, ja nie muszę się o wszystkie przybłędy troszczyć. - Córo Welesa, nie przybywamy z pustymi rękoma - przepchnął się na przód Jegor - chcemy złożyć w twe ręce te oto kły węża błotnego, wierzymy, iż pod twoim dachem znajdą one najstosowniejszy użytek. Wiedźma spojrzała na Jegora, zmarszczyła brwi, a po chwili twarz jej spogodniała, przyjęła podarunki i schowała je do skórzanej torby. - Niech będzie, tak chojnych darów szkoda zbywać, nawet od nieznajomych. Na imię mi Solomea, wejdźcie proszę. Widzę że i tobie trzeba wymienić opatrunek, ten bandaż jest cały ubłocony! Nieprzyjemny zapach zniknął tak, jakby zależał on od nastroju upiornej gospodyni, a może był utrzymywany czarami, by odpędzać nieproszonych gości? Tak gdybał w myślach Maciej. Wszedł on do środka razem z kapitanem i Jegorem, reszta została przed domkiem. Wewnątrz domku panował półmrok i nawet w ograniczonej liczbie gości było okropnie ciasno, znajdowało się tam mnóstwo szafek, kufrów, półek i sznurków z wysuszonymi kończynami drobnej zwierzyny. Jegor posadzony został na taborecie pod ścianą. Maciej miał teraz dobrą sposobność, by dokładnie przyjrzeć się jak wspaniale umięśnione jest ciało Halyjczyka, oraz jak wieloma bliznami poznaczona jest jego skóra. - Nie mam teraz wystarczająco ziół, by leczyć cały oddział, lecz tego jagomościa mogę opatrzyć tu i teraz, a wam dam to co mi póki co zostało. Dajcie mi dobę a przybędę do waszej zgrai osobiście z całym worem lekarstw i bandaży. - Potrzebujemy jeszcze pomocy w jednej kwesti - dodał kapitan - użycz nam swych mocy jasnowidzenia i pomóż nam odnaleźć napastnika, który na nas napadł. - Och kochany - spojrzała na Seweryna jak na zbłąkanego chłopca - oni sami do was przybędą. Jesteście lechickimi żołnierzami, zapewne więc słyszeliście o klęsce Dadańskiej Ordy, którą wyrządziliście przed pięćdziesięciu laty? Otóż klęska ta nie jest końcem historii. Gdy wielki bej wygrażał się zemstą, tak naprawdę dokonywał starożytnej inkantacji klątwy. Podczas tego wykonywał gesty ręką, które miały ukierować i wzmocnić zaklęcie, jednak gdy hetman przeszył jego krtań strzałą, inkantacja została przerwana, a klątwa spadła na samego maga-beja. Od tej pory, gdy w okolicy pojawi się lechicka krew, a Słońce znajdzie się pod horyzontem, z głębin ziemi powstają dawno pokonani wojownicy by dokonać zaprzysiężonej zemsty. Tak było przez ostatnie pięć dekad, gdy tereny te w większości zamieszkiwali Halyjczycy, teraz jednak, gdy jurysdykcja lechicka poszerzyła się i otwarto nowe szlaki handlowe, dawne widma wpadły w szał i atakują każdego człowieka, który wpadnie w ich upiorne ręce. - Droga Solomeo, czy istnieje sposób, by odesłać tych ordyńców z powrotem do królestwa Welesa? - Ach tak, jest jeden sposób, musicie odnaleźć tę samą strzałę, która niegdyś przeszyła gardło beja, a wojownik o nierozchwianym sercu, musi ponownie przebić krtań ducha wielkiego wodza. - Jak mamy znaleźć jedną strzałę, której drzewiec już dawno pewnie spróchniał, a grot zagrzebał się w ziemiach tej rozległej polany? Głowę mi już od tego rozrywa! - Jeśli twe intencje są tak szczere jak mówisz i chcesz pomścić poległych kompanów, przybądź na dawne pole bitwy, a grot którego szukasz rozbłyśnie przed twymi oczyma w blasku zachodzącego Słońca. - Więc jeśli tak się sprawy mają, ruszajmy, musimy jak najprędzej powrócić do naszych chłopaków z lekarstwem. Abyśmy tylko zdążyli przed zmierzchem odnaleźć ten przeklęty grot, Macieju, pewno będziesz musiał osadzić go na nowym drzewcu. Ufam twym zdolnościom i chcę, byś to ty przestrzelił krtań beja. Dziękujemy ci za pomoc Solomeo. * * * Zdążyli powrócić do obozu przed zmierzchem. Rozdzielili się na dwie grupy, Maciej z kapitanem wyruszyli na dawne miejsce pola bitwy, szukać zabójczego dla widm grotu, Jegor i reszta grupy z kolei zostali w obozie i przekazali zioła Piotrowi. Pierwszy raz od doby Maciej i kapitan wyjżeli wzrokiem poza rozpościerające się zewsząd ściany drzew. Widok bezkresu horyzontu wydawał się żołnierzom odświeżający. Słońce chyliło już się powoli ku spotkaniu z lądem, żołdacy pędzili końmi przez falującą na wietrze trawę. - Według kronik to powinno być tutaj, tu stała armia lechicka, tam od północy stali Estowie, tak więc Dadańska Orda stała… I gdy Słońce biegło na spotkanie wzgórzom, w oczy kapitana uderzył oślepiający błysk. Dwóch mężczyzn podążyło za nim, konie chaotycznie chrapały z wycieńczenia, Seweryn nie chciał pozwolić sobie na zmarnowanie nawet minuty. Stanęli w końcu w miejscu śmierci przeklętego beja, z ziemi wystawał drobny fragment zardzewiałej stali. Maciej odkopał grot i po bliższych oględzinach okazało się, iż nie był on pokryty rdzą, lecz skrzepłą krwią beja. Maciej wyjął z kołczanu naszykowany podczas powrotu drzewiec strzały, pozbawiony grotu i osadził znaleziony kawałek stali na przeznaczone miejsce. Świat pokrywał się w wygasającej stopniowo purpurze, gdy powrócili do obozu. Zdrowa część oddziału czekała na nich przed lasem, kapitan zdecydował, iż na otwartym polu łatwiej będzie się bronić przeciw duchom. Wojsko złożyło się w ścisłą formację, wszyscy dragoni mieli napięte nerwy, to był oczekiwany przez nich moment pomsty. Zawiał mroźny wiatr, mimo, że była to noc w środku upalnego lata. Niebieskawa łuna, bijąca jaśniej od księżyca, pojawiła się przed ich wzrokiem, szczęk obijanej stali zagrzmiał z oddali, tęten koni jak rytm wybijany na stu bębnach przebijał się do uszu. Maciej wysunął się przed szereg, pot ściekał mu po całym ciele, drżał jak w febrze, wzrok kapitana Seweryna, sierżanta Jakuba, medyka polowego Piotra, nieznajomego Jegora i całej reszty kompanów skupiał się teraz na nim. Czuł się jakby w samo południe tuzin luster odbijało słoneczne promienie wprost w jego plecy. Nadzieja i ocalenie leżało w jego rękach. Chwycił skrwawioną strzałę i wyciągnął ją z kołczanu, napinał teraz delikatnie cięciwę, czuł coraz większy opór pod palcami, więc stopniowo zwiększał użytą siłę w ramieniu, sznur w palcach ulegał jego woli, odginając tym samym coraz bardziej ramiona łuku. Z błękitnej poświaty wyłaniać się zaczęły pierwsze sylwetki wściekłych dadańskich wojowników, ich skośne oczy odbijały się nikłym blaskiem w ciemności. Wtem Maciej pośród dzikiej hordy ujżał wielkiego wojownika, z gęstą czarną brodą, w grubym opancerzeniu i na muskularnym karym koniu. Z gardła tego wojownika wydobył się przeraźliwy skrzeczący ryk, a reszta widmowej ordy zawtórowała mu. Maciej już wiedział, iż ten marsowy wojownik był właśnie przeklętym bejem. Ręka drżała Maciejowi, wstrzymał oddech i porządnie wycelował, a wtedy cięciwa zwolniła się i strzała, która miała zakończyć stepowy koszmar wystrzeliła w powietrze, zataczając zgrabny łukowaty tor. Maciej patrzył uważnie jak strzała ginie gdzieś w mroku gwieździstego nieba, lecz znów ją ujżał, gdy zbliżyła się do łuny otaczającej upiory. Widział dokładnie jak strzała ze świstem zmierza do swego ostatecznego celu, jak złowrogi bej nie ma szans uniknięcia uderzenia z powietrza, lecz ku zaskoczeniu młodego łucznika, strzała przeleciała na wylot dokładnie przez krtań beja, a ten jechał niewzruszony dalej na czele dzikiej ordy. Kapitan zauważył, iż coś jest nie tak i gdy wróg zbliżał się z przeciwnej strony, Seweryn rozkazał rozdzielić się formacji na dwie części i ujść na przeciwne sobie boki. Szarża dadańska wbiła się więc w puste pole trawy, a lechicki oddział ruszył do ucieczki. Dadański czambuł ruszył całą grupą tylko za jedną połową lechickiego oddziału, gonili tę połowę, którą dowodził sierżant Jakub. Dadańskie konie słyną z prędkości i wytrzymałości, nie mają sobie równych, lecz konie widmo tej dadańskiej ordy były napędzane nieczystą siłą, która przewyższała nawet ich żywych krewnych, tak więc sierżant wkrótce zdał sobie sprawę, iż zguba jego kompanów zbliża się i jest nieunikniona. W ostatnim akcie desperacji odłączył się od grupy a jej samej kazał lekko i niepostrzeżenie zacząć wykręcać w stronę grupy kapitana Seweryna. Sam natomiast gnał na koniu dalej wprost, strzelając od czasu do czasu w powietrze z bandoletów. Widział, że plan działa, jego dragoni bezpiecznie zawrócili i połączyli się z resztą grupy, a on sam miał na ogonie cały czambuł. Już kilku z upiorów zrównało z nim konie, widział blady błysk księżyca w ostrzach dadańskich czeczug. Zamknął oczy, a potem jego kirys roztrzaskał się, a on sam padł w stepową trawę z głębokimi ranami na piersi i plecach. * * * - Jego stan jest tragiczny - żachnęła Solomea do Piotra - pijawki nie zbijają mu gorączki, a nie mogę mu ich tak długo trzymać, i tak już stracił za dużo krwi. Możemy co najwyżej modlić się do Marzanny, by jeszcze nam go nie zabierała. - To nasz sierżant, nie możemy tak łatwo się poddać. Na pewno jest coś, co jeszcze możemy zrobić. - Możliwe - mówiła przeciągając sylaby, chwilę się zamyśliła, po czym na jej twarzy pojawił się promyk nowego pomysłu - że jego stan jest wynikiem klątwy rzuconej przez widma. Jest szansa, że wyzdrowieje, jeśli raz na zawsze pozbędziecie się upiornego czambułu. Gdzie ten młody łucznik? - Jest na polanie, próbuje znowu odnaleźć tę strzałę. Nie wiem co się wczoraj stało, było zbyt ciemno, najwyraźniej po prostu chybił. - Nie, myślę, że stało się coś zupełnie odmiennego. Rzeczywiście, Maciej od rana błąkał się po polanie w poszukiwaniu strzały. Przeczesał spory kawałek terenu, gdyż nie wiedział jak daleko mógł polecieć ten pocisk. Obwiniał się o klęskę jaka zaszła w nocy. Dzięki poświęceniu Jakuba nikt nie został ranny, prócz samego sierżanta, który nie odzyskał jeszcze przytomności i walczy o życie w namiocie medycznym. Bał się, że reszta oddziału będzie obwiniać właśnie jego i zakończy się jego wojskowa kariera. Nie potrafił nic innego, niż sprawnie posługiwać się łukiem, przez jego myśli więc ze zgrozą przeleciała mu wizja zostania bandytą i wyrzutkiem. Widział oczami mglistej i przerażającej przyszłości jak dokonuje straszliwych niegodziwości pod komendą plugawego herszta. Maciej nie mógł pozwolić, by tak potoczyła się jego przyszłość, musi się odkupić. Jeśli tej nocy nie pokona upiornego beja, wstąpi do klasztoru i pochłonie się w służbie jednemu z łaskawych bóstw. Błąkając się wśród traw Maciej nawet nie zauważył, kiedy tuż obok niego na polanie pojawił się Jegor. Halyjczyk przypatrywał się łucznikowi już od jakiegoś czasu, jego wzrok nie był jednak oskarżycielski, jak spodziewał się Maciej, a raczej porażał obojętnością. - Chciałbym zostać sam, oddal się proszę ode mnie - westchnął Maciej. Jegor stał dalej w miejscu niewzruszony prośbą Macieja, przeciągnął się jedynie i odpowiedział. - Wiem czemu strzała nie zabiła wczoraj beja, ty też to w głębi siebie wiesz. Dokładnie obserwowałem jej tor lotu, nie spuściłem jej nawet na chwilę z oczu, więc wiem też, że nie chybiłeś. - Więc co takiego według ciebie zrobiłem nie tak? - Wczorajszej nocy przeszył cię strach i zawahałeś się, nie uwierzyłeś, że jesteś rzeczywiście w stanie pokonać upiora, dlatego strzała przeleciała na wylot, nie robiąc tym samym żadnych szkód. Jeśli pójdziesz teraz do obozu, Solomea powie ci to samo. A jeśli teraz znajdziesz strzałę, znów zawiedziesz. - Co innego mam zrobić? Przeze mnie sierżant leży półmartwy w namiocie, może nie przeżyć, muszę znów odnaleźć tę strzałę i spróbować jeszcze… - No właśnie, spróbować, a jutro spróbujesz znów i znów, czas skończyć z próbami łuczniku i rozstrzygnąć sprawę raz na zawsze. Tu na dzikim stepie nie można się wahać, nawet krótka chwila niezdecydowania jest tu groźbą śmierci. Jeżeli się tego nie wyzbędziesz, nic nigdy nie osiągniesz, miast prowadzić własne oddziały, polegniesz jako bezimienny żołnierz. - A kim ty jesteś, by wiedzieć teraz co jest słuszne? - A jak uważasz? Kim według ciebie mogę być? Znajdź w sobie odwagę, by powiedzieć mi to prosto w twarz. - Myślę, że to ty jesteś Dynmo, Krawym Atamanem z dzikich stepów. Jesteś doświadczonym wojownikiem, który pokonał wielkiego, zębatego węża, nieustraszenie wskoczyłeś w środek bitwy, gdy zaatakował nas widmowy czambuł, zakradłeś się pod moje stanowisko niemal niepostrzeżenie. Myślę, że tak naprawdę to ciebie widział sierżant, gdy zbliżał się do szczątków karawany, zabrał ci sprzed nosa skarb, który cię interesował. Tak więc podążyłeś za nim do naszego obozu, planowałeś wykraść skarb, lecz wtedy czambuł widmo zaatakował cię i poharatał, przez co miałeś duże trudności z cichym skradaniem się przez trawę. - Cóż, bardzo dobrze główkujesz łuczniku, pozwól, że opowiem ci resztę historii, nim odjadę stąd w siną dal. Gdy zabrałeś mnie wtedy do waszego obozu moje intencje nieco się zmieniły, pierwotnie chciałem wykraść wam złotą włóczkę, jednak gdy zostałem poturbowany, chciałem się zemścić. Bezbronny lud halyjskich wiosek stanął w obliczu zagrożenia. Stwierdziłem więc, że łącząc się z większą grupą wytrenowanych wojskowych będę mieć większe szanse na pokonanie groźnych Dadańczyków. Po tym jak opatrzyliście mnie, byłem wam wdzięczny, łatwo ten dług odpłaciłem wyruszając z wami do wiedźmy, Solomea mnie zna i tylko dlatego zgodziła się wam pomóc, była to też dobra okazja, by zdobyć wasze zaufanie. Podczas ostatniej bitwy, gdy sierżant został ranny stwierdziłem, że to idealny moment, bym wrócił do pierwotnych założeń mojego planu - Jegor spod koszuli wyciągnął mieniącą się złotą barwą włóczkę - Namiot sierżanta stał teraz pusty, wszyscy zajęci byli opieką nad rannymi, jedyne co musiałem zrobić, to wślizgnąć się pod płachtę i otworzyć zamek kufra. Teraz gdy odważyłeś się odkryć przede mną moją tożsamość, wiem, że masz odwagę, by tym razem przebić te przeklęte gardło strzałą, dobrze wiesz, że właśnie zaryzykowałeś własnym życiem ujawniając swą wiedzę, ale nie martw się, przecie potrzebuję cię żywego. Teraz mogę odjechać ze spokojem, wiedząc, że ta przeklęta orda wróci do krainy Welesa, gdzie mam nadzieję, że bóg ciemności obróci ich w pył. - Nie wydaje mi się, że waść odjedziesz tak łatwo. Jegor odwrócił się zaskoczony. Między nim, a jego wierzchowcem stał teraz kapitan Seweryn Pilecki, swą dłoń trzymał na rękojeści szabli. - Widziałem jak wymykasz się z namiotu Jakuba, podążałem wciąż tuż za tobą, słyszałem każde słowo waszej rozmowy, jeśli chcesz wyjść z tego żywy, oddaj włóczkę. Jegor usłyszał cichy dźwięk napinania cięciwy za plecami, nie miał broni więc musiał coś szybko wymyślić. Szybkim ruchem ręki schował włóczkę z powrotem pod koszulę, zwinnym susem skoczył po skosie w stronę Macieja, tak by zejść szybko z linii strzału i znaleźć się przy biodrze łucznika, gdzie błyskawicznie wyszarpał mu karabelę z pochwy, a następnie mocarnym kopniakiem w brzuch powalił go na ziemię. Seweryn oczywiście nie obserwował tego bezczynnie, dał susa zaraz za Jegorem, Halyjczyk był jednak na tyle szybki, że jak się zdawało śmiertelny zamach szablą Seweryna został sparowany. Ostrza prześlizgnęły się po sobie, wyśpiewując przy tym pogrzebowy tren, Jegor uskoczył na lewy bok przeciwnika, gdyż spodziewał się, iż będzie on mniej chroniony, pomylił się jednak sromotnie, Seweryn okazał się być leworęcznym szermierzem, czego wcześniej w nagłym przypływie adrenaliny nie zauważył. Jegor ponownie musiał sparować cios Seweryna, do uszu ich dobił się złowrogi szczęk, po nim kolejny i kolejny. Jegor przeliczył się, gdyż kapitan Pilecki, choć nazwisko rzadko odbijało się echem, to okazał się szermierzem wybitnym, przewyższającym nawet legendarnego Jegora. Halyjczyk zasypany został gradem finezyjnych cięć, ciężko mu było znaleźć sposobność do ataku, a siła uderzeń przeciwnika sprawiała, że zaczął odczuwać uciążliwy ból w barku, szwy zaczęły się luzować, walka miała się wkrótce rozstrzygnąć. Jednak gdy Jegor, wyczerpany od odbijania ciosów, w beznadziei poczuł dziwną nieregularność w ugniatanej pod butem ziemi, domyślił się co to może być. Właśnie stąpał po leżącej w ziemi strzale, zdecydował się więc na ostatni desperacki krok, zamiast parować następny cios, który spodziewał się, że celować będzie w jego głowę, kucnął pod ostrzem świszczącej karabeli, złapał wolną ręką leżącą w błocie strzałę i wbił ją w łydkę kapitana Seweryna. To zdezorientowało lechickiego szermierza na moment, Jegor wiedział jednak, że ta chwila nie będzie trwać wiecznie, a on nie ma już sił, by kontynuować walkę, kocim susem zanurzył się więc głęboko w stepowe trawy i nim kapitan i Maciej zdążyli się zorientować w sytuacji, zniknął, uciekając w znanym tylko sobie kierunku. * * * Godzinę zajęło im odnalezienie nikłego tropu Jegora w trawie. Wysiłki w poszukiwaniach spełzły jednak na niczym, trop szybko się urwał i złodziej uciekł ze złotą włóczką. Solomea opatrzyła łydkę Seweryna. Zbadała strzałę i stwierdziła, że na szczęście nie jest przeklęta i żadne większe zagrożenie nie czai się na duszę kapitana. - Daj mi proszę zioła na migrenę moja droga Pani, przez tego przeklętego atamana pęknie mi zaraz głowa! - Z waszym sierżantem nie jest dobrze, do wieczora może… Solomea nie dokończyła, kapitan nic jej nie odpowiedział, spojrzał się tylko na nią bolesnym wzrokiem. Nie winił mimo wszystko Macieja, wiedział, że nikt inny w oddziale nie podołałby tego zadania, więc presja na łuczniku była niezmierzalnie wielka. Będąc profesjonalistą, jako dowódca nie mógł więc czuć urazy do podwładnych. Maciej wystrzegać się jednak musiał innych dragonów z oddziału, którzy nie kryli do niego urazy, równie siarczyście bluzgali tylko na Jegora. Jego obawa spełniła się, więc postanowił, że gdy tylko wrócą do z misji do wojewody, poprosi go o przeniesienie do innego oddziału. Dzień chylił się ku końcowi. Ranni będąc w dobrych rękach wiedźmy odzyskiwali powoli siły, choć jeszcze długo potrwa nim odzyskają je w pełni. Ognista pomarańcz rozlewała się po horyzoncie stepu, kapitan rozkazał dragonom szykować się do następnego starcia. Dzielni mężczyźni zbierali z namiotów swe wyposażenie i zasiadali na potężnych, wypoczętych i dobrze wykarmionych koniach. Maciej namaścił cięciwę swego łuku olejem podarowanym mu przez Solomeę, miał on ją zakonserwować, by zachowała na długo pełną sprężystość. Wiedźma miała zostać w obozie do następnego ranka, w międzyczasie wymieniała się swoim doświadczeniem z Piotrem, zaczęli pałać do siebie sympatią. Niestety, mimo ich połączonych sił, sierżant Jakub nie przeżył. Konnica stanęła znów przed lasem. Blade promienie zachodzącego Słońca znikały z twarzy żołnierzy. Ciemność znów otuliła okolicę i tylko blask miesiąca przypominał o krajobrazach, które majaczyły za dnia. Maciej znów wyszedł na czoło formacji, z lekkością napiął cięciwę, gdy gwar wojennego ryku doszedł do jego uszu. Oczy jego ujżały jak z błękitnej poświaty wyłania się upiorna orda, pędziła ona wprost na ostateczne spotkanie z lechickimi wojownikami. Wyśpiewywana po całym stepie legenda miała właśnie domknąć swą historię po pięciu długich dekadach. Młody łucznik tym razem się nie zawahał, w jego sercu płonął gniew, stanowczość zdominowała jego myśli, teraz, albo nigdy. Świst strzały odbił się w powietrzu, niczym niezahamowana siła leciała wprost do swego ostatecznego celu. Groźny bej zmierzał wprost na formację przeciwnika, gdy śmiertelna strzała zatopiła się w jego gardle po same lotki. Orda zatrzymała się nagle, cała jej groza przeminęła. Dadańskie upiory razem z wodzem straciłwy zapalczywość. Wtedy to kapitan Seweryn Pilecki wydał rozkaz szarży i stado wytrenowanych koni ruszyło pełnym pędem w równej linii. Dwa wojska zderzyły się ze sobą, a gdy Lechici cięli bez opamiętania szablami, sztywne ciała dadańskich wojowników rozpływały się w powietrzu. Wzniosły się okrzyki triumfu, na polu bitwy nie ostał się już żaden upiór. I choć dowodu zwycięstwa w postaci legionu trupów nie było, wieść o tym rozniosła się. Maciej odzyskał zaufanie kompanów, zrozumieli jakiego czynu musiał on dokonać, a wkrótce jego imię stało się wzorem dla każdego łucznika. Nowy rozdział legendy krążył po halyjskich i lechickich wioskach, wśród ognisk rozpalanych przez dadańskie czambuły przestrzegano przed łucznikiem, który potrafi zabić nawet nieśmiertelne widmo. A na tym małym fragmencie dzikich stepów, cisza ustała już do końca świata.
    1 punkt
Ten Ranking jest ustawiony na Warszawa/GMT+01:00


×
×
  • Dodaj nową pozycję...