Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Ranking

Popularna zawartość

Treść z najwyższą reputacją w 18.05.2022 w Odpowiedzi

  1. chcę się zestarzeć nie chcę być młody ja to nie jestem fanem urody choć wiem że starość to nie przywilej ja chcę być stary chociaż przez chwilę lecz nim dopadną mnie alzheimery chcę sobie krzyknąć-nie dziś to kiedy i pójść na całość nie na pół gwizdka podbiec pod górę choć góra śliska a potem z góry zbiegając w dół być jak kozica a nie jak wół chcę się zestarzeć i zmarszczki mieć te kurze łapki to męska rzecz
    6 punktów
  2. Przyszła owca do barana, jak to owca, rozebrana. Patrzy baran na nią smutno: - Nawet naga nosisz futro.
    4 punkty
  3. Kiedy wszystko się popsuje i zostanie tylko ciało, powiedz Bogu - dobrze zrobił, ból przestanie w mózgu skrzypieć. Już nie trzeba nic popychać... spocznij sobie mój Syzyfie, mdłą kronikę zostawiłem - szkoda tylko że drewnianą. Parę wierszy dla nas wszystkich, czułym smutkiem pokropionych, wysupłałem z alfabetu, nic nikogo nie pytałem. Bo i po co - powiedz szczerze, niechaj zagra nam morałem, kawalkada liter zbrojnych, po papierze mknie powoli. Włożysz pióro do piórnika, jak dzieciątko w pierwszej klasie, tak zrobiłem - drzwi zamykam, na podwórzu czeka matka. Szukaj ścieżki hen na górę, chociaż ona wciąż lichwiarska, poprowadzi w ciszy wersów, a na szczycie... ziarno zasiej. A na grani patrzy przestrzeń, co mi okiem daje znaki, wyobraźnię puść wszechwładną, niech zaplecie liter wianek. Są już widzę... czarno-białe, przetłuszczone, przez wiatr gnane, więc co zrobisz, a żem ciekaw - każę je w butelkę nabić. Niech popłyną z szumem fali, byle rekin jej nie zeżarł, znajdzie Malgasz gdzieś z Majotta, czy ognisko nim rozpali? Chociaż w ciszy swojej chaty - znalazł słowo, owe - Paryż, mnich go uczył liter prawych, zaświtała więc... nadzieja. "Lepiej podróżować z nadzieją, niż przybyć do celu." - Robert Luis Stevenson.
    4 punkty
  4. Boże nałóż mi proszę kremowy fluid nieba na twarz szyję i dekolt bym mogła mieć wreszcie jasność słońca i wszechświat pudrem różanym mnie obsyp chcę rumieńców i wiosny zamknij mi w oczach fiołki diamenty błękit i perły i smugą srebrzystych obłoków wymaluj mi proszę powieki na usta nałóż mi świeżość zielczystej rosy o zmierzchu i pozwól patrzeć daleko za czarne w kącikach kreski
    4 punkty
  5. czasem najlepszym co można zrobić jest zaniechanie działania a zrobić coś inaczej nie znaczy wcale lepiej lub gorzej po prostu inaczej różne drogi prowadzą do tego samego celu często też różne cele można odnaleźć na końcu tej samej drogi może być że wszyscy jedziemy tym samym pociągiem i siedzimy w tym samym więzieniu a paradoks powtarzalności i indywidualizmu nie wyklucza prawdziwej miłości
    4 punkty
  6. mój staromodny dziadek wisi na ścianie w komórce na węgiel ma nastroszone wąsy a w nich DNA o których nie uczyli go w szkole nikt nie przekonał go do kiepskiego żarcia hot dogów i kawy w maku gdyby jeszcze żył mówiłby co jest najlepsze w życiu jak zrobić kiełbasę która przyciągnie oszalałe z głodu kobiety które kochają złote buty i białe falbanki blisko uda może powiedziałby że lepsza jest lampa naftowa niż prąd elektryczny i że lepiej kłaść się spać na prawym boku serce wtedy gdy się złamie nie uwiera poduszka
    4 punkty
  7. Rzekła mi, że ona z maja a konkretnie z dwunastego i że głupio jej z powodu znaku tak niefortunnego bowiem baran jest tym znakiem, który jest jej przypisany a przez niego ona miewa często depresyjne stany. Gdy pytają ją o zodiak czy w południe to czy z rana z zawstydzeniem odpowiada tak, ja jestem spod barana nawet myślę, żem jest owcą a mój baran harda dusza nie pozwala się oddalić i do seksu mnie przymusza. Nie ujawniam sprośnych myśli nie udaję niewiniątka, byłam brana przez barana w drodze są już dwa jagniątka jednak proszę nie osądzać żem jest jędza, zołza, zmora bo to nie jest moja wina to wymysły są autora.
    4 punkty
  8. Pingwin chciał polecieć za koło polarne. Musiał zmienić paszport, bo zdjęcie miał marne. Kolorówka już nie pluła, laserówka się zepsuła. Usłyszał pytanie: - Zrobić... biało-czarne?
    3 punkty
  9. Żwawy, ranny, poranny i medialny świat przemawia do nas w jaskrawe słowa Psują nam nasz świat jaskrawo i naprawiają go jaskrawo jedni i drudzy jaskrawi do trzewi Jaskrawe pytanie mnie czasem najdzie jak niekulawo światu odpowiedzieć gdy wcale nawet chcieć nie umiesz jaskrawo? Co to ma być za git bajer który wcale a wcale nie daje po oczach? Juz dawno - gdybym tylko potrafił - popadłbym w rap popart!! Seranon, 18.05.2022r.
    3 punkty
  10. się przy tobie budziłem raz kolejny się uśmiechałaś słońce po firankach obficie ściekało radio starą muzykę nuciło woda w dzbanku na poranną kawę w kuchni się gotowała ty dla mnie ja dla ciebie tylko żyłem czerwone róże które tak bardzo lubiłaś kupiłem dzisiaj znicz dla ciebie zapaliłem
    3 punkty
  11. Ogniem co wyobraźnię roznieci Wodą, która spokojną taflą,ponury nastrój przyćmi. W całej dziwaczności, czar niepowtarzalny, Jeden. Ze wszystkich najbarwniejszy. Kolorem mgłę otuli. Ze wszystkich barw ta najbardziej nasycona. Przełamie nudność, Ogarnie zwątpienie. W lustrze wody odbicie, szeleszczącego promienia. Blasku, co z dna jeziora się wyłania. Jeden. Ze wszystkich najbarwniejszy. We wszystkim prawdziwy Z tego wszystkiego, nie dla wszystkich...
    2 punkty
  12. jestem polnym kwiatem wszędzie wyciągasz rozkosznie ręce nasycony nad morzem nasze oczy dobierają się kolorem długo wtedy przyjemność w dłoni
    2 punkty
  13. to mój akt własności ta dłoń zwierzęco zaciśnięta na pośladkach odległość wyostrza apetyt wiem że dobrze czujesz jej ciężar już niedługo przyjdę po swoje by wgryźć się palcami i do czerwoności rozgrzać Twoją wyobraźnię
    2 punkty
  14. Jesteś interesująca fascynująca jesteś dziewczyno z błękitno szmaragdowymi oczami jesteś jak ciekawa książka do której chętnie się wraca z pietyzmem dotyka każdą oglądaną stronę ciągle wzbudzasz zachwyt chęć poznawania ciebie jesteś taka piękna a jednocześnie mądra interesująca twoja inteligencja idzie w parze z urodą i wcale jej nie ustępuje mógłbym cię czytać zawsze codziennie od nowa oglądać w każdej wolnej chwili bo jesteś niezgłębiona jesteś tajemnicza jak ciekawa powieść a niekiedy pełna zagadek jak kryminał najbardziej cię lubię jak jesteś poezją delikatnym pełnym radości wierszem on nalepiej oddaje twój urok i piękno często powoduje że możemy się wznieść pod niebiosa a ty przypominasz wtedy anioła czytałbym cię bez końca 4.2022 andrew
    2 punkty
  15. wyglądam przez brudne okno widzę przemijające chmury burzliwych pogoni za losem szukam cienia by dał ciepło i przywidzenie twoja obecność znów kojarzy się z ciszą nie przełamie spazmatyczny krzyk utkany z zaginionej miłości zaklęta w muszlę pogrążona w przyszłości pochylam się nad niebem sączę niespokojne modlitwy ofiarowywane przez skazanych toczą się echem poprzez wyznania tych którzy zasłużyli na życie
    2 punkty
  16. w zgiełkliwym morzu tachionów w zamęcie fal radiowych milion okrzyków "heureka" brzmi jak śpiew słowików majowy.... miliard kwarków pulsuje w dzieży Drogi Mlecznej na początku był CHaos jak twierdzi towarzysz Lenin ku chwale ojczyzny i ku chwale wiecznej fellachowie w mozole wznoszą piramidy czerwony sztandar łopocze a na niebie błyszczą Leonidy! niech żyje radość krzyczy Cypisek a Rumcajs w wannie z białą pianą czyta greckie mity! Małgosiu czy to ty?
    2 punkty
  17. słomiana łuska spadła z inkaustu chmury w ciemną toń i blady księżyc wdarł się w granat jak lśniący pocisk obcych wojsk ja pomieszkuję na tych fortach szczurów piwnicznych mam już dość spelun prześmiardłych mgłą się brzydzę mdli mnie gdy czuję dymną woń chcę tam gdzie miesiąc złotokapie w ażurze listków robiniowych chcę tam gdzie słońce pali latem złotozielonym wieloogniem lecz w garści stale trzymam szary stęchły i miałki miasta pył i przyozdabiam wciąż gwiazdkami szczypiący w oczy miejski świt
    2 punkty
  18. Na to owca - ty baranie i przy nagiej ci nie stanie.
    2 punkty
  19. @Henryk_Jakowiec Jeden Baran twardogłowy Raz zapragnął mieć podkowy Wybrał szlak do Pacanowa Już się cieszył tam odnowa. Lecz doczekał się odmowy Bo tam kują tylko kozy.
    2 punkty
  20. swojego czasu podkradałam księżyc dla fazy chowałam do bagażnika tam zawsze śpiwór i wino biwak rozbity na akty nie było pytania czy ktoś pozwoli tylko czy zdoła powstrzymać “jesteśmy swoimi wyborami” nadałam barwę odcieniom tych słów gdy umiera pragnienie by naprawić przeszłość ciała niebieskie wracają na miejsce
    1 punkt
  21. KOSMICZNA ŚWIADOMOŚĆ myślenie to kocioł ciało to klatka ziemia to kołchoz akcja to karma mistyk to wyzwolenie wszechświat to Bóg dopowiedz więcej jakbyś mogła lub mógł
    1 punkt
  22. Wiosna roku 2022 była zapowiedzią burzliwych wydarzeń. Zwiastowały je szaleńcze reformy, potem galopująca inflacja, a ostatecznym znakiem była fala uchodźców, która rozlała się różnojęzyczną gromadą po wschodnich kresach Rzeczpospolitej. Na stację w przygranicznym miasteczku przywieziono węgiel. „Będzie wojna” — powtarzano z ust do ust. Faktycznie, już niebawem nad granicę nadciągnęło wojsko, niby na manewry. Z dywizji wydzielono pułki, z każdego pułku po trzy bataliony, z batalionów po tyle samo kompanii, które rozlokowały się w okolicznych wioskach. Jedna z kompanii, ta najbardziej wysunięta na wschód, otrzymała rozkaz przedarcia się za granicę w celu rozpoznania pozycji oraz sił nieprzyjaciela. Dowódcą kompanii był porucznik Mucha, niepozorny mężczyzna w wieku trzydziestu pięciu lat, ale już łysiejący i zanadto zmęczony życiem, aby podejmować karkołomne eskapady. W domu zostawił zatroskaną żonę, która poświęcała cały czas na wychowanie dwójki dzieci w wieku dwóch i czterech lat. Trzecie dziecko było w drodze, rozwiązanie miało nastąpić lada dzień. W tych okolicznościach nietrudno sobie wyobrazić wisielczy nastrój w jakim porucznik Mucha szykował się do wykonania ryzykownego zadania. Miał nieodparte przeczucie, że jego oddział wpadnie w potrzask, a on już nigdy nie ujrzy żony, ani dzieci. Najwięcej żałował tego jeszcze nie narodzonego, ponieważ nie będzie mu dane ujrzeć czułych oczu tatusia. W przeddzień planowanego wymarszu wezwał sierżanta Dziubę. Sierżant miał opinię największego cwaniaka w kompanii, takiego co zawsze wychodzi bez szwanku z największych nawet opałów. Podkręcił wąsa, pyknął z fajki i rzekł: — Spokojna głowa panie poruczniku. Nie ma się co tak stresować. Porucznika trochę uspokoiły te słowa, choć wciąż nie widział możliwości wyjścia z tarapatów, zgotowanych mu przez dowództwo. Milczał i czekał na sierżanta. Sierżant rozejrzał się dookoła i nachylając w stronę porucznika gęstą czuprynę, ściszonym głosem poradził: — Po co się pchać na oślep całą kompanią? Przecież kompania ma trzy plutony. Poślemy jeden pluton jako patrol, a do jego powrotu zaczekamy tutaj bezpiecznie. Porucznik nie mógł wyjść z podziwu, jak w ograniczonym umyśle sierżanta mógł powstać taki genialny plan. Odetchnął z ulgą, uśmiechnął się do sierżanta, lecz zaraz w jego oczach pojawił się zimny błysk. — Doskonale. Obejmujesz dowództwo plutonu i wyruszysz o świcie. — Ale panie poruczniku, moje miejsce jest przy sztabie kompanii — zaprotestował sierżant. — Czy plutonem nie powinien dowodzić… plutonowy? — To zadanie wymaga pomysłowości, a tobie jej nie brakuje — odparł prędko porucznik, zadowolony z siebie, że w ten sposób upiecze dwa kawałki mięsa na jednym ogniu: pozbędzie się podstępnego sierżanta, rzucającego mu przy każdej okazji kłody pod nogi, a jednocześnie zadekuje się na tyłach kompanii do czasu gdy nadejdą posiłki. Najważniejsze, że cokolwiek przyniosą najbliższe dni, nie pójdzie na pierwszy ogień. Wyciągnął z kieszeni fotografię żony i znowu bawił się myślami co wyskoczy z jej brzuszka: chłopiec czy dziewczynka, a może bliźniaki? Sierżant Dziuba odchodził ze spuszczoną głową. Żałował niepotrzebnej nadgorliwości, pluł sobie teraz w brodę, ale wiedział, że rozkazu porucznika nie można zmienić. Godzinę przed wschodem słońca, sierżant Dziuba na czele oddziału pięćdziesięciu żołnierzy opuścił gościnną wioskę. Początkowo posuwali się po dwóch stronach asfaltowej szosy, za kapliczką skręcili w polną dróżkę, a od zaoranej grzędy ziemi, wyznaczającej linię graniczną, szli polami i pastwiskami, aż dotarli do mokradeł pełnych wyschniętych drzew i ptasich gniazd. Okolica sprawiała wrażenie wymarłej, nie przypominała w niczym pilnie strzeżonej strefy przygranicznej, zwłaszcza moment przed wybuchem wojny. Zimą granicę w tym miejscu dodatkowo chroniły zasieki z drutu kolczastego, ale nocami okoliczni chłopi pocięli drut i zużyli pocięte kawałki na własne potrzeby. Po krótkim postoju pluton próbował sforsować bagna, lecz żołnierze od razu się zapadali w błotnistej mazi po kolana, niektórzy po pas, a nawet głębiej, aż w końcu nad powierzchnię wystawały tylko zielone czapki z orzełkiem. Można było przejść kilka kroków obok i niczego nie zauważyć. Nawet ptactwo, początkowo wypłoszone widokiem wojska, powróciło do gniazd. — No i zabrnęli my w gówno, a idiota rozkazy wydaje — bulgotał sierżant spod bagna przez rurkę z trzciny, zapewniającą również dopływ powietrza. Ale zaraz pomyślał, że nie ma tego złego, co by nie przyniosło korzyści. Zapadli się pod ziemię, tutaj nic niedobrego ich nie spotka, z wyjątkiem bagiennych topielic, strzygoni i tnących niemiłosiernie komarów. Następnego ranka wypełzali z bagien i dotarli do twardego gruntu, gdzie zrzucili broń i mundury, żeby je osuszyć i doprowadzić do porządku. — Dalej, kurwa, nie idę — mruczał pod nosem sierżant, wkładając do lufy giętki wycior, owinięty na czubku wiązką pakuł. Poruszał rytmicznie wyciorem, a po głowie chodziły mu buntownicze myśli: „Ja też jestem żonaty. Też mielibyśmy troje dzieci, a może i więcej, gdybym nie kazał tej starej piździe się wyskrobać. Ale przynajmniej posiadamy teraz duży dom z ogródkiem i dwa samochody, a dla czegoś takiego warto żyć”. Wyciągnął wycior i zajrzał do lufy, z której szedł blask, jakby zaglądał aniołowi do dziurki w dupie. Usiłował złożyć karabin w całość, ale za każdym razem zostawał mu jakiś drobiazg, do niczego nie pasujący. W rezultacie dał za wygraną i wyrzucił niepotrzebną część w krzaki. Powiesił karabin za parciany pasek na gałęzi, po czym ułożył się w cieniu drzewa i zamknął oczy. Niech tylko odpocznie, zaraz coś wymyśli. Pluton ma trzy drużyny. Dwie zostaną tutaj, jedną pośle na rekonesans, tę kaprala Jedynaka. Kapral nie ma rodziców, ani żony, ani krewnych. Nikt płakać po nim nie będzie, na wypadek gdyby przyszło mu zginąć, lub co gorsza, urwało kutasa bądź jaja. I tak do niczego nie są mu potrzebne. Kto wie, może nawet dadzą mu pośmiertnie medal, nazwisko wyryją na ścianie bohaterów. Cóż lepszego może spotkać w życiu takiego jełopę? Z tych rozmyślań wyrwała sierżanta Dziubę głośna eksplozja. Ziemia się zatrzęsła, poleciały na niego z góry grudki gliny, igliwie, a na koniec dostał w głowę suchą szyszką. Sierżant poderwał się na nogi. Od strony skąd doszedł huk wybuchu biegł żołnierz w ubrudzonym ziemią mundurze. — Melduję panie sierżancie, kapral Jedynak zabity! — krzyknął zdyszanym głosem. — Zabity? Jakim cudem? — Zdenerwował się sierżant. — Wyleciał na minie. — Skąd w lesie miny? — Sierżant posiniał ze złości, że jego wspaniały projekt tak wcześnie spalił na panewce. — Nie w lesie, tam dalej, na skraju — wyjaśnił żołnierz. — A co kapral Jedynak robił na skraju lasu? Przecież dałem wyraźny rozkaz, żeby nie wyściubiać nosa spod drzew… W tym miejscu umilkł, gdyż uświadomił sobie, że nieprzyjaciel równie dobrze mógłby zaminować cały las i to co mówi nie ma sensu. Żołnierz zwlekał z odpowiedzią, jakby nie wiedział od czego zacząć, ale na widok groźby w oczach sierżanta, szybko odzyskał mowę. — Kapral Jedynak chciał nam pokazać jak Michael Jackson robi moonwalk. Każdy miał ochotę obejrzeć, trochę z nudów, a jeszcze bardziej, żeby się przekonać czy kapral rzeczywiście potrafi tak ruszać nogami, bo na tancerza to on raczej nie wygląda… — Tyle to ja wiem — przerwał mu zniecierpliwiony sierżant. — Gadaj, jak było z tą miną. — Właśnie do tego zmierzam… — tłumaczył się żołnierz. — Każdy chce zobaczyć jak kapral tańczy, a tutaj drzewa zasłaniają widok, to wyszedł na skraj lasu, tam gdzie go dobrze widać. Złapał się za krocze, zaczął się ślizgać na przemian nogami, całkiem nieźle mu to szło. Zdawało się nam, że idzie w naszym kierunku, a tak naprawdę przesuwał się do tyłu, no i wtedy wdepnął w minę. — Jaka to mina, przeciwczołgowa? — Kulkowa. Poszatkowało go jak liść kapusty. Dobrze, że siedzieliśmy w bezpiecznej odległości… Sierżant nie potrzebował go dłużej słuchać, bo widział na własne oczy, co amunicja kasetowa robi z ciałem człowieka. Choć nie ponosił odpowiedzialności za wypadek, to jednak w głębi serca czuł wyrzut, że akurat na chwilę zanim kapral Jedynak poniósł śmierć, myślał o nim źle, życzył mu smutnej przyszłości. Teraz nic nie zagłuszy sumienia, będzie opłakiwać kaprala do końca życia, jakby był mu ojcem. „Może lepiej samemu zginąć” — dopadła go zjadliwa myśl, lecz zaraz odzyskał zimną krew. Przypomniał sobie w jakim celu tutaj jest i czego od niego wymagają: zapuścić się głęboko w terytorium wroga, którego jak dotąd jeszcze nie uświadczył. Utrata jednego żołnierza, jakkolwiek niefortunna, nie zwalnia go od tego zadania. — Jak macie na nazwisko? — zapytał żołnierza, który był świadkiem incydentu. — Szeregowy Wolny — wyprężył się żołnierz. — Szeregowy Wolny — sierżant zwrócił się do niego służbowym tonem — oto wasze nowe zadanie: weźmiecie drużynę kaprala Jedynaka i zajmiecie pozycję na tej oto rubieży… — Sierżant dotknął dziury w mapie, przez którą wychodziły czerwone mrówki. — Dalsze instrukcje otrzymacie drogą bezprzewodową. Szeregowca z miejsca ogarnęły wątpliwości. W armii służył dopiero drugi miesiąc. Brakowało mu doświadczenia, żeby dać sobie radę w normalnych warunkach, cóż dopiero dowodzić drużyną wojska w wyjątkowej sytuacji. Ponadto nie był pewien, czy koledzy podporządkują się jego zwierzchności. Z drugiej strony chyba lepiej wydawać rozkazy, aniżeli je wykonywać, zwłaszcza te idiotyczne. Dlatego bez szemrania zaakceptował zmieniony plan sierżanta Dziuby. Następnego dnia odłączył się od plutonu i jako świeżo mianowany dowódca poprowadził drużynę leśną ścieżką do punktu, który sierżant pokazał mu na mapie. Po kilku godzinach wyszli z lasu na płaską równinę, obramowaną po bokach niewysokimi wzgórzami. — Jeden karabin maszynowy na takim pagórku, a już po nas! — zawołał dowódca, żeby wszyscy dobrze go słyszeli. Na te słowa żołnierze przestali się rozłazić po łące jak stado bydła, wzmogli czujność i szli zwartą kolumną z bronią gotową do strzału. Dookoła nie było żywej duszy, żadnych oznak niebezpieczeństwa, jak okiem sięgnąć otaczał ich sielankowy krajobraz, dlatego po jakimś czasie piechurzy się rozluźnili i znowu powrócili do niemrawego marszu. W ogóle ta wyprawa zaczynała ich już nudzić. Spodziewali się zażartego oporu, wymyślnych zasadzek, długich pościgów, puszczania wiosek z dymem, gwałcenia miejscowych bab, a tutaj idą sobie jak na turystycznej wycieczce i nic ciekawego się nie dzieje. Oczywiście żaden z nich nie chce zginąć, ale nuda jest nie do wytrzymania, zwłaszcza dla spragnionego przygód wojaka. — Celowo unikają konfrontacji — odezwał się żołnierz idący z przodu. — Chcą nas wciągnąć jak Napoleona w głąb Rosji. — Jakiej Rosji? Przecież to Białoruś — odbiło się echem z drugiej strony. — Wszystko jedno. Spalą Mińsk, żebyśmy nie znaleźli tam schronienia, a wracając będziemy zjadać własne buty. Dowódca drużyny puszczał te uwagi mimo uszu, ale w środku narastał w nim niepokój. Bo najgorszy wróg to taki, którego nie widać. Zaczaił się nie wiadomo gdzie, a może ich śledzi z ukrycia i tylko czeka na sposobność, żeby znienacka uderzyć. Porucznik podzielił kompanię na trzy plutony, sierżant to samo uczynił z plutonem, a jak on ma podzielić drużynę, która jest najmniejszym pododdziałem w strukturze armii? Kogo ma wysłać na zwiad, żeby ostrzec resztę oddziału przed niebezpieczeństwem? Od tych rozterek szeregowca Wolnego rozbolała głowa. Musi znaleźć jakieś wyjście, bo inaczej rzeczywiście nie wróci z tych podchodów żywy. A gdyby tak podzielić drużynę na trzy sekcje, jak w samoobronie? Wtedy w każdej sekcji znajdzie się dokładnie pięciu żołnierzy, a bez przydziału pozostanie dwóch pechowców, których nigdzie się nie da dokoptować, bo są zbyteczną resztą z dzielenia… W tym momencie dowódcę drużyny olśniła bombowa myśl: „Tych dwóch należy wysłać do przodu, żeby zbadali teren. Jeśli zginą, nikt tego nie zauważy. Prosta arytmetyka”. I tak też się stało. O losach dywizji liczącej ponad dziesięć tysięcy żołnierzy decydowały teraz dwie głowy, do tego najmniej bystre w całym oddziale. Jednak głowa głowie nierówna. Jedna wychyliła się zza kępy malin i powiedziała do tej gapiącej się bezmyślnie w chmury: — Idź pierwszy. Ja pójdę kilka kroków za tobą. Będę cię ubezpieczać. — A czemu ty nie pójdziesz pierwszy? — Bo jestem zwiadowcą, a tobie przypadła zaszczytna rola szperacza. Szperacz zawsze idzie przodem, żeby ostrzec zwiadowcę przed pułapką. Taki podział funkcji nie podobał się szperaczowi. — A czemu to ja mam być szperaczem? — Bo jesteś głupszy. — Kto powiedział? — Ja ci to mówię. Słuchaj mądrzejszego. Szperacz zastanawiał się przez chwilę nad tym co powiedział zwiadowca. — Od głupszego zależy powodzenie całej wyprawy? To nie jest mądre. — Jest mądre, ponieważ utrata głupiego jest mniejszą stratą dla armii. Ten argument również nie przekonał szperacza, bo zaraz wytknął zwiadowcy: — Głupi nie wykryje niebezpieczeństwa, a wtedy zgubi siebie oraz idących za nim. A to jest największa strata. Ty po prostu nie chcesz iść z przodu, bo się boisz zginąć. — Właśnie dlatego jestem mądry. — Ja też nie chcę zginąć. Wracam do oddziału. Sam sobie szperaj, gdzie ci się podoba. Szperacz już miał odejść, gdy zwiadowca powstrzymał go gwałtownym ruchem ręki. — Czy wiesz co sierżant Dziuba robi żołnierzowi, który nie wykona rozkazu? Szperacz momentalnie znieruchomiał, bo w wyobraźni ujrzał straszną twarz sierżanta. Patrząc w nią, rozmyślał z lękiem o surowości kary, jaką sierżant wymierza za niesubordynację. — Spija go wódką, a potem uprawia z nim seks analny — wyszeptał mu w ucho zwiadowca. Tego nie trzeba było szperaczowi powtarzać. Lepiej zginąć od kuli niż poczuć sierżanta tam, gdzie mamusia wsadzała termometr gdy był malutki. Będzie się skradać jak lis, wytężać wzrok, a wtedy nic złego jemu, ani zwiadowcy się nie przytrafi. Posuwali się cały czas na wschód, lecz o dziwo każdy dzień przynosił cieplejszą pogodę. Byli przygotowani na trzaskający mróz, śnieg po pachy, a tu słońce przygrzewało coraz mocniej, aż musieli ściągnąć grube kurtki od mundurów, a mimo to pot zalewał im oczy, podkoszulki kleiły się do pleców. Roślinność również wyglądała zadziwiająco: soczystą zieleń wysmukłych brzóz zastąpiła oliwkowa barwa rozłożystych fikusów. Od ostatniego biwaku nie wypili kropli wody, lecz na szczęście wczesnym popołudniem dotarli nad rzeczkę z łagodnym brzegiem i piaszczystą plażą. Z plaży dochodziły śmiechy dziewcząt beztrosko kąpiących się w rzece. Szperacz dał znak zwiadowcy, żeby się schował w kępie hibiskusów na skarpie, po czym sięgnął po lornetkę. Długi czas nie odrywał lornetki od oczu, bo to co zobaczył kłóciło się ze zdrowym rozsądkiem: w wodzie pluskała się czwórka młodych kobiet o boskich kształtach ciał, do tego całkowicie nagich. Szperacz rozluźnił sobie kołnierzyk pod szyją, ściągnął pas od spodni, a następnie położył się na brzuchu i podglądał gołe dziewczyny, zupełnie nieświadome, że są obserwowane z ukrycia. Zwiadowca ponaglał szperacza gwizdaniem, żeby iść dalej, ale szperacz przejechał otwartą dłonią po gardle, jakby chodziło o śmiertelne niebezpieczeństwo, po czym nasycał się do woli widokiem rozebranych dzierlatek. Otrzeźwił go dopiero dziki wrzask zwiadowcy, który wynurzył się z zarośli i w niekompletnym umundurowaniu, na bosaka, rzucił się w stronę zaskoczonych kobiet. Jak się wkrótce okazało, był to poważny błąd taktyczny o fatalnych skutkach. Chociaż kobiety sprawiały wrażenie frywolnych plażowiczek, były w istocie częścią elitarnego oddziału komandosów wyszkolonych w sztukach walki wschodu. Zostały przydzielone jako osobista ochrona prezydenta, którego jeden z pałaców znajdował się niedaleko stąd, w górnym biegu rzeki. Uderzeniami pięścią i łokciem obezwładniły z łatwością zwiadowcę, a po chwili zrobiły to samo ze szperaczem. Role się odwróciły. Teraz kobiety stały ubrane i zapięte na ostatni guzik, jak na defiladzie: od skórzanych butów z długimi cholewami, aż po sztywną stójkę wokół szyi, z automatami w ręku, których szperacz nie zauważył w namiocie na brzegu, a dwójka mężczyzn klęczała przed nimi na piasku i skamlała o zmiłowanie. — Nie zamierzaliśmy wam zrobić nic złego — pojękiwał cichutko szperacz. — Darujcie nam życie! — lamentował zwiadowca. Nie byli to już żołnierze, ponieważ ściągnięto z nich mundury, spod których wyjrzały ziemiste, cherlawe ciała. Jako mężczyźni również nie mieli się czym pochwalić. Tym gorzej dla nich. Jedna z kobiet złapała zwiadowcę za resztki włosów z tyłu łysej głowy, druga przytknęła mu bagnet do nosa, aż się zrobił kulfoniasty i czerwony. Trzecia kobieta zakleiła mu usta taśmą, a wówczas zwiadowca zaryczał bezsilnym głosem i głowa opadła mu na piersi. Komandoski przyglądały się mu z satysfakcją, a jednocześnie odrobiną politowania. Obydwaj prześladowcy zasłużyli na śmierć w męczarniach, o odpuszczeniu winy nie ma mowy, klamka zapadła, ale przedtem należy ich upokorzyć. Ostatnia kobieta stała nieco z boku, a na jej pagonach widniały dwie złote gwiazdki. Dotąd nie brała udziału w zadawaniu tortur, mimo to z jej twarzy nie schodził uśmiech. Widocznie widok poniżanych mężczyzn sprawiał jej przyjemność. Podeszła bliżej i zaczęła mówić aksamitnym głosem, po polsku, z perfekcyjnym akcentem, jakby latami pracowała dla polskiego radia: — Ośmieliliście się przekroczyć granicę naszego państwa, napadliście na nas zdradziecko, pewnie chcieliście mieć z nami seks. No to pokażemy wam, co to jest seks. Białorusinki wychodziły z założenia, że kara jest najskuteczniejsza jeśli spotyka winowajców natychmiast po dokonaniu przestępstwa, dlatego nie tracąc czasu na żadne sentymenty, zademonstrowały im sztukę Kamasutry, tylko zupełnie inaczej niż jeńcy sobie wyobrażali: z palcem na cynglu zmusiły mężczyzn do seksu ze sobą, aż ich ciała stały się tak słabe i wyczerpane, że zdezorientowani, nie mogli się poruszać, ani rozsądnie myśleć. Na dworze się ściemniło, z lasu dobiegały złowieszcze nawoływania puszczyków i uszatek: puhu, uhu! Chmury zasłoniły księżyc, a wówczas cztery kobiety przemieniły się w dusiołki, czyli nocne zmory z bagien. Siadły mężczyznom okrakiem na piersiach i dusiły ich powoli, aż do bladego świtu. Dwa dni dowódca drużyny czekał na powrót czujki. Trzeciego dnia kazał przeczesać rozległą puszczę na wschodzie, a gdy poszukiwania nie przyniosły rezultatu, dał rozkaz do odwrotu. Podobny manewr po dwóch dniach wykonał sierżant Dziuba. Kompania wycofała się pod strzechy przyjaznej wioski, skąd wyruszyli dwa tygodnie temu. Widmo wojny odeszło szukać miejsca na konflikt gdzie indziej. Wprawdzie kwatermistrz nie mógł się doliczyć dwóch żołnierzy, ale to go tylko ucieszyło, bo odtąd przywłaszczał sobie ich racje żywnościowe. Poza nim ubytku nikt nie odczuwał, bo cóż może znaczyć życie dwójki głupoli?
    1 punkt
  23. Pan Jurek z Sidziny Górnej okiełznać ciało chce jurne. Choć członki swe Jur wysuszył na wiór, wciąż chętki dręczą go durne.
    1 punkt
  24. i nie dba o wojny wiosna uderza o ziemię jak fale przyboju wiatr powierzchnią dłoni zaledwie gładzi kłosy traw buczących niczym metropolie w godzinach szczytu niebo jest łąką śpiewającą błękit na której pasą się nieliczne merynosy chmur cisza pulsuje jak soki w roślinach zawisły w niej skowronek i mucha i czas ślady gąsiennic w skorupie kałuży smród trupa pod przydrożnym krzakiem
    1 punkt
  25. Myśliciele, duchowni i filozofowie, Wiele wieków, pytań masę, mają w sobie. Jedno z największych, to czy rozpoznanie, Przed, czy po ślubie, będzie uprawiane. Jedni twierdzą: Gdy dasz sobie na wstrzymanie, Działa lepiej zakochanie. Inni mędrcy głoszą: Wczesnych godów smakowanie, Sprawi lepsze spasowanie. Pogląd że to straszny grzech, Wzbudza w takich mędrcach śmiech. Mnie powiedział jeden Ktoś, Że tu musi działać Coś. I dyskusję przed czy po, Wcale nic nie zmienią bo; To Coś musi się zazębić, W duszach obu się zagłębić, Wtedy dużą szansę mamy, Że rozdzielić się nie damy.
    1 punkt
  26. wymyśliliśmy Boga by przestać bez opamiętania zabijać kraść gwałcić szubrawić cnoty wymyśliliśmy Boga by przypisać mu to czego nie osiągniemy mieszcząc w swoich głowach wymyśliliśmy Boga by okiełznać zło przebaczeniem krzywdy bliźniemu nie pomnieć a potem w imię wymyślonego boga odwróciliśmy to wszystko raz jeszcze ciągle nie potrafiąc wymyślić lepszego raz jeszcze
    1 punkt
  27. to za mało żeby się stało
    1 punkt
  28. Szumiące morze... W dal poszli plażą. Czy kiedyś jeszcze nam się pokażą?
    1 punkt
  29. To coś na zawsze A może po prostu po całym dniu najedzony i wykąpany z dala od głównej drogi na zapomnianym, leśnym parkingu pod Kalmar wśród wybujałych, starych drzew z tym wyjątkowym uczuciem w sercu kiedy zrobiłeś kawał dobrej roboty na fotelu pasażera siedzę w ciężarówce na kolanach trzymam otwartego laptopa przygotowany, niczym maszyna do pisania przede mną na desce notatnik z kalendarzem, zegarek, przeciwsłoneczne okulary piwo i pomarańcza dużo piwa i jedna pomarańcza świeża pachnąca głęboko ukryta rozedrgana jak karnawał w Rio nieco chłodna nie wiem skąd we mnie takie przekonanie od zawsze dzisiaj teraz coraz to silniejsze że Mona Lisa nie lubiła pomarańczy że pierwsza pomarańcza wciąż jest gdzieś na przekór wszystkiemu zachowała się a może utknęła pomiędzy światami nie pożarta, nie zepsuta świeża pachnąca potajemnie zachwyca mnie swoim pomarańczowym jak słoneczniki van Gogha żółtym jak Mona Lisa uśmiechem głęboko ukryta przed niepożądanym wzrokiem stalowym ostrzem i kłami rozedrgana jak karnawał w Rio nieco chłodna. Kalmar, 17. 05. 2022.
    1 punkt
  30. Pamiętam twoje dłonie Zapach opuszków palców Jak ciepły piec w marcu. Ta pamięć w nim płonie. Pamiętam twoje spojrzenia. Jak błękit nieba na plaży, A do tego szept wspólnych marzeń. I ta pamięć w popiół się nie zmienia. Pamiętam rozmowy, kłęby zioła… Chodź do mnie! Zasłoń chociaż okno! Aa! niech ciekawi trochę zmokną! Ale ja jestem goła! Pamiętam choroby, twój ciężki sen, W kącie przełykane dni i łzy I ciepła muzyka modlitwy. To była prawdziwa miłość. Wiem. Czasem tak się po prostu dzieje, Że ziarno daje zaskakujący plon, Że już na zawsze zostaje dawno znikła dłoń. Jeszcze się z tego ze mną uśmiejesz. Ja poczekam tu sobie, w futrze kochanego psa. Nawet to stare drzewo, pamiętasz? Na Wyspie, Puściło drobne zielone liście. Poczekam tu z nią, aż obok będziesz szła Przypadkiem złośliwego losu I zaproszę cię, poproszę , A ty z uśmiechem powiesz - tak.
    1 punkt
  31. na torowisku zieleń oplata szynę nadjeżdża pociąg
    1 punkt
  32. Wysiadka po pęd ?
    1 punkt
  33. @RafGraf "Dopóki nie poczujesz się nieszczęśliwy, nie narodzi się w tobie "poezja""! - Tadeusz Różewicz. Miłego dnia.
    1 punkt
  34. @Rolek Inny Baran rozrabiaka co udawać chciał chojraka już od rana się przymierza by się udać do szlifierza. Rogi ma już przytępione a tu trzeba w zadek żonę ukłuć z lekka, lecz dosadnie niech prowadzi się przykładnie. Pozdrawiam
    1 punkt
  35. @[email protected]ć może od wieków jesteśmy "nabijani" w butelkę ;-) pozdrawiam Grzegorzu
    1 punkt
  36. Wiersz to zapis chwili, nie należy się dopatrywać głębszego sensu, wymowy, uniwersalnych treści. Było, minęło, Księżyc świeci dalej, nie dla mnie.
    1 punkt
  37. ASY TEMU DAŁA, TEMU DAŁA - ŁADU META. ŁADU METYSA? ALA HANYSA KOMU MA DAJE. HEJA, DA MU MOKASYN? A HALA?
    1 punkt
  38. JUTKA TUTKA, TAKA ROLA - HALO - RAKA TAKTU, TAK - TUJ. AMELA JAKO TAKO - KAT OKAJ, ALE MA.
    1 punkt
  39. @dot. Myślałem, że to raczej problemy mnicha ale ..... Wybrał się Jurek w Krakowską Jurę by pieścić żonki członki niektóre. Stwierdził przerażony: "Wdzięki mojej żony, trudno mi będzie uczcić tym wiórem". Pozdrawiam i dziękuję za polubkę i inspirację.
    1 punkt
  40. DĄB Jest to stary dąb. Pomimo, że rośnie tu 82 lata to nie jest duży i jego korona nie jest szczególnie rozbudowana. Jednakże historia, która dotyczy tego drzewa jest ciekawa, dlatego nie warto jej pomijać. Tego dęba zasadził chłopiec w szarej koszulce kiedy miał na oko i szkiełko 7 lat. Zrobił to całkiem nieświadomie, bo albowiem wtedy żołędzie były uważane w młodzieńczym wieku za kruszec warty transakcji, i chcąc schować jeden przed swoimi rówieśnikami zakopał go oto w tym miejscu, przed sklepem galanteryjnym znajdującym sie na rogu skrzyżowania koło kamienicy. Można by rzec że to dobra skrytka, jednak coś wyrosło z tego skarbu po jakimś czasie. Zazwyczaj zbędne krzewy były usuwane przez mieszczan, jednak tym razem nikt nie chciał "usuwać" dęba z skrawka trawy na jakim dano mu rosnąć, bo albowiem ten nosił tytuł drzewa honorowego - miejącego "styl". Przez rok sobie tak rosnął. Jednak odrastał wielkością od swoich przyjaciół z lasu, ponieważ gleba tam nie była żyzna. Ziemia była ubita po tym jak układali kostkę brukową. Panienka najświętszej pamięci schyla lekko głowę spod kamienicy i spoglądała na dęba przez te wszystkie lata. Jednak gdy zaczęła się wojna został uszkodzony i jedna gałąź została oderwana przez jadący czołg z zawrotnie szybką prędkością w stronę frontu. Drzewo niosącego tytuł symboliczny wytrwałości oraz swego rodzaju męskości rosło w bardzo korzystnym miejscu dla naszych przeciwników, ponieważ po następnych 40 latach wojny, przez drugie tyle wieszano tam ludzi. Biorąc pod uwagę stan sumienia powieszonych, można by ich nazwać męczennikami. Ale Hitler miał przecież doskonały plan eliminacji żydów, więc wieszanie było ich rzadkością. Raczej to był wymysł tych szarych ludzi którzy wykonywali tą czarna robotę i robili już to bez sumienia dla zabawy. Ale pomimo że powieszono przez 40 lat tam około 37 zwykłych ludzi, to nie postawiono tam po wojnie żadnego krzyża. Zapewne było to przyczyną zamknięcia tej otóż uliczki dla zwykłych osobistości miasteczka i nikt nie wiedział tego jakich zbrodni dokonywano na tym drzewie. Niektóre rzeczy mogą być niezrozumiałe bo to początek drugiego rozdziału. Pierwszy rozdział na wattpadzie. ? BPW
    1 punkt
  41. Nazajutrz w domu na dole było kilku mężczyzn. Arman słyszał cichą, ale emocjonalną rozmowę, jednak nic nie rozumiał, nikt go również nie budził. Dopiero jak sam zszedł na dół, to jeden z mężczyzn zagadał go po angielsku: - Witamy cię, jestem kuzynem gospodarza tego domu a to mój brat. Ojciec Nili u mnie pracuje. Wszystko wiemy, wiemy jak się zachowałeś i jesteśmy ci bardzo wdzięczni. Uratowałeś Nilę i jej ojca, mojego kuzyna. - Mieli wielkie szczęście, że akurat tutaj spaliśmy. - To prawda, chcielibyśmy ci się zrewanżować, tylko musisz być z nami szczery. - O co wam chodzi? - Wiemy, że twoja córka jest chora. Czy zmierzasz z córką do Albanii? - No a gdyby nawet, to co? - Wiesz jak trudno dostać się do strefy, bez biletów to niemożliwe. - Może wiem i co z tego? - Możliwe, że jest sposób żeby ci w tym pomoc, ale bardzo ryzykowny. Ryzykowny dla ciebie i twojej córki, ale również dla nas. Arman usiadł wyraźnie zainteresowany. - Co możecie zrobić? - Chodzi o to, że w strefie przebywa bardzo dużo ludzi i oni potrzebują bardzo dużo jedzenia. Moja firma oraz inni rybacy z okolicy, których dobrze znamy, jesteśmy jednym z ich dostawców. Co kilkanaście dni wysyłamy dwa tiry pełne ryb wprost do strefy. Kontrola odbywa się u nas. Robi to urzędnik z Salonik który przyjeżdża i plombuje tira. Potem tir jedzie wprost do strefy i nikt go już nie otwiera po drodze, aż do końca. Na granicy też nie. - Ten urzędnik by się zgodził? - Nie może nic wiedzieć. Przyjeżdża do nas jak auta są już załadowane. Ma do nas zaufanie. Nie jest w stanie sprawdzić załadowanego tira dokładnie. Kierowca też nie może nic wiedzieć. Nie znamy go dobrze. - Umieścicie nas tam? - Masz na imię Arman? - Tak. - Słuchaj Arman, jest z tym problem, te tiry to chłodnie. Posyłamy surowe ryby a w tych chłodniach cały czas jest około minus 15 stopni. - Jak długo trwa podróż? - Około 10 godzin. - Damy radę, potrzebujemy tylko ciepłe ubrania. - Dostaniecie je. Tylko jak już przyjedziecie na miejsce, to musicie tak opuścić chłodnie, żeby was nikt nie zauważył i żebyście niczego po sobie nie zostawili. Wymyśliliśmy sposób, jak otworzyć chłodnię od środka. Trochę przerobimy zamek. Nauczymy cię. Jak tir wjeżdża do strefy, to przy bramie zrywają plomby i sprawdzają chłodnię. Nie zauważą was bo będziecie z tyłu za skrzynkami. Następnie chłodnia wjeżdża do środka, ale nikt jej już nie plombuje, wtedy, przed rozładunkiem, musicie z niej uciec i zamknąć drzwi. To będzie w nocy. - Kiedy jedzie tir? - Jutro po południu. - Bardzo wam dziękuję, jestem wdzięczny, że chcecie mi pomóc. - Zasłużyłeś sobie. - Ci bandyci to młodociane gnojki, wątpię żeby chcieli tu jeszcze raz przyjeżdżać, ale do końca nigdy nie wiadomo. Mogą chcieć się zemścić. - Nie martw się, myślimy o tym. Uzbroimy Nilę i jej ojca, wzmocnimy drzwi i okna domu a poza tym będziemy mieć ich na oku przez jakiś czas. Przez kilka tygodni ktoś będzie z nimi w nocy. Obronimy ich. Skąd umiesz tak walczyć? - Jestem żołnierzem, komandosem. Nazajutrz Arman z Jamilą zostali wyposażeni przez miejscowych w ciepłe kurtki i swetry oraz ciepłą bieliznę. Dostali również ciepłe czapki, rękawiczki i szaliki oraz duży termos z gorącą herbatą. Arman bardzo się cieszył, że los znowu im sprzyja. Nie dowierzał że to, co wydawało się absolutnie niemożliwe, nagle stało się takie proste i takie osiągalne. Pomimo licznych niedogodności, ich podróż jednak ma szansę zakończyć się powodzeniem. Zaczął wierzyć w sukces. W tirze tak poukładano skrzynki aby stworzyć bezpieczną przestrzeń dla dwojga ludzi, a jednocześnie w ten sposób, aby niczego od strony drzwi do chłodni nie dało się zauważyć. Umieszczono tam Armana z Jamilą a następnie wypełniono tira skrzynkami ze świeżymi rybami, zasypanymi w lodzie. Po jakiejś godzinie przyjechał urzędnik celny. Arman długo tłumaczył Jamili, że w kluczowych momentach ma być cicho jak myszka. Urzędnik zajrzał tylko przez chwilę i zamknięto wrota. Po kolejnej godzinie Arman usłyszał hałas od strony kabiny kierowcy. Wiedział, że przyszedł kierowca i wchodzi do kabiny. Następnie uruchomił się silnik i tir ruszył. W chłodni było zupełnie ciemno, ale Arman z Jamilą byli wyposażeni w latarkę. Jak auto zaczęło jechać, szybko zrobiło się bardzo zimno. Arman przytulił córkę najmocniej jak potrafił. Co kilkadziesiąt minut oboje wstawali ze swoich skrzynek i wykonywali proste ćwiczenia, dla rozgrzania mięśni. Pomimo ciepłego ubrania, podróż była bardzo uciążliwa. Oboje siedzieli w dość niewygodnej pozycji i z każdą godziną marzli coraz bardziej. Jamila w końcu zasnęła w objęciach ojca. On wiedział, że na pewno w chłodni nie zamarzną, jednak mogli się silnie wychłodzić i Jamila mogła tą podróż odchorować. Tir jechał cały czas, nie zatrzymując się w ogóle po drodze. Widać kierowcy zależało aby jak najszybciej wykonać swoje zadanie. Zatrzymał się tylko na chwilę, chyba na granicy. W końcu, po dziesięciu godzinach jazdy, tir stanął i kierowca wyłączył silnik. Po kilkunastu minutach zaczęto zdejmować plomby i szeroko otwarto wrota ładowni. Ostre światło wdarło się do wnętrza oślepiając Armana i Jamilę. Oboje zastygli w bezruchu. Arman zasłonił małej usta reką. Ktoś świecił do środka, jednak ich nie zauważył. Następnie znowu zamknięto drzwi i tir znowu ruszył. Po kilku minutach wolnej jazdy stanął na dobre. Arman zrozumiał, że to właściwy moment na opuszczenie chłodni. Szybko włączył latarkę i poprzestawiał kilkanaście skrzynek w górnej części tak, aby oboje mogli dostać się do drzwi. Starał się robić wszystko najciszej jak to tylko możliwe. Następnie przeniósł plecaki i pomógł Jamili przejść górą przez ładunek na drugą stronę. Tak jak mu pokazano, za pomocą dużego śrubokręta, który specjalnie został włożony do jednej ze skrzynek, bardzo powoli i niemal bezgłośnie, otworzył i uchylił jedno skrzydło wrót. Wiedział, że kierowca jest w środku i że jeśli go usłyszy to zostaną zdekonspirowani. Cicho wyskoczył na zewnątrz i wyciągnął Jamilę. Na zewnątrz było ciemno, był środek nocy a tir czekał przy rampie magazynowej na rozładunek. Jednak Arman nie umiał poradzić sobie z zamknięciem drzwi. Trzeba było do tego użyć dużej siły, a to na pewno spowoduje hałas. W końcu odbiegł z Jamilą i kazał jej schować się pomiędzy innymi tirami wraz z plecakami a następnie wrócił i siłowo, szybko zamknął ładownię, powodując przy tym głośny trzask. Szybko podbiegł do Jamili i oboje z ukrycia obserwowali cieżarówkę. Kierowca usłyszał hałas i wysiadł z kabiny. Dokładnie obejrzał drzwi ładowni, następnie je otworzył i zajrzał do środka. Stwierdził, że wszystkie skrzynki są na swoich miejscach. Rozejrzał się uważnie dookoła i uspokojony ponownie zamknął ładownie, a po chwili otrzymał sygnał, że ma podjeżdżać do rozładunku. Oboje z Jamilą wreszcie poczuli ciepło letniej nocy. Choć na dworze nie było więcej jak 15 stopni, to im po podróży w lodówce wydawało się, że znaleźli się w tropikach. Arman badał teren. Wiedział, że jest w części technicznej strefy za ogrodzeniem i bramą, ale nie w samej strefie. Ta od części technicznej również była odgrodzona płotem z siatki. Ale był to pojedynczy płot, którego nikt nie pilnował. Korzystając z ciemności, wraz z Jamilą, krótkimi skokami przebiegali odcinki drogi w stronę strefy, starając się unikać miejsc oświetlonych. Oboje widzieli, że w części technicznej strefy pracuje wielu ludzi, w szczególności przy przygotowaniu posiłków. Arman z grubsza znał rozkład budynków i ogrodzenia, bo dane na ten temat można było znaleźć w internecie. Po kilkunastu minutach znaleźli się pod płotem, za którym była już widoczna biała linia, oznaczająca przestrzeń cudownej mocy strefy. Teren za tym ogrodzeniem był oświetlony i zabudowany konstrukcjami drewnianymi, na których widać było bardzo dużo ludzi leżących na materacach. Pozostało tylko przejść na drugą stronę. Zauważył, że za płotem stoi budynek który ma piwnice. Jego celem było za wszelką cenę dostać się właśnie tam. W siatce trzeba było zrobić dziurę. Schowali się razem za ścianą baraku, który prawie przylegał do ogrodzenia. Arman podczołgał się i nożycami, które kupił jeszcze na Cyprze, przeciął siatkę przy samej ziemi. Tylko tyle, aby mogli się zmieścić. Rozejrzał się uważnie i w końcu podjął decyzję. Podbiegł po Jamilę i plecaki, przytrzymał przeciętą siatkę i Jamila, plecaki a na końcu on sam, byli za płotem. Jeszcze kilka szybkich kroków i oboje znaleźli się za białą linią a następnie przy otwartym, małym piwnicznym okienku, do którego wskoczyli. Musieli przebiec kilkanaście metrów pod pomostem, na którym leżeli ludzie na materacach. Ponieważ był środek nocy, to ci którzy mogli ich zauważyć, akurat spali. Możliwe też, że ktoś ich widział, ale nie zainteresował się tym na tyle, żeby wzbudzać alarm. Oboje wskoczyli przez okienko do piwnicy i zastygli nieruchomo. Arman słyszał szybkie bicie własnego serca. Nie mógł uwierzyć że to, co wydawało mu się niemożliwe, jednak się ziściło. Byli w strefie! Udało się! Znaleźli miejsce za jakimiś starymi meblami. Tam zorganizowali sobie schronienie i legowisko. Położyli się i zdrzemnęli do rana. Jednak Arman wiedział, że musi stamtąd wyjść i zrobić rozeznanie. Musiał znaleźć miejsce, gdzie będą mogli załatwiać potrzeby fizjologiczne oraz musiał pozyskać w jakiś sposób przynajmniej wodę do picia. Wcześnie rano poszedł się rozejrzeć. Wyszedł na piwniczny korytarz, który okazał się być bardzo długi i łączył piwnice w całym budynku. To co zobaczył bardzo go zdziwiło. Okazało się, że w piwni- cach wcale nie był sam. Jak skradał się po piwnicznym korytarzy to z jednej otwarły się drzwi a z nich wyszedł ciemnoskóry starszy mężczyzna. Jakby nigdy nic, minął Armana w wąskim korytarzu i poszedł w kierunku jego końca. Korytarz piwnicy był oświetlony elektrycznymi żarówkami. Arman powoli poszedł za nim i wtedy zorientował się, że przed piwnicą do której zmierzał, stoi kilka osób w kolejce. Byli to ludzie w różnym wieku, zarówno starcy jak i małe dzieci. Nikt nic nie mówił, stali w ciszy i czekali. Podszedł bliżej i wtedy zza tych drzwi wyszła kobieta, a następny w kolejce wszedł do środka. Po dźwięku spłukiwanej wody i po zapachu, zorientował się od razu, że w piwnicy tej była zaimprowizowana ubikacja, właśnie dla ludzi którzy tu mieszkali. Idąc wzdłuż korytarza słyszał, że zza niektórych drzwi kolejnych piwnic słychać głosy ludzi rozmawiających w różnych językach. Rozmawiano po cichu jednak oczywistym było, że ci którzy tam są, wcale nie obawiają się nagłej dekonspiracji. Arman już po niedbałym wyglądzie tych co stali w kolejce do ubikacji zorientował się, że musieli być to ludzie, którzy byli w strefie nielegalnie. Ich wygląd różnił się znacząco od tych, których obserwował przez okienko piwnicy a którzy leżeli schludnie ubrani i zadbani na przydzielonych im, ponumerowanych miejscach, na pomostach zbudowanych pomiędzy budynkami. Każdy z tamtych miał jakiś identyfikator na szyi. Ci w piwnicy żadnych identyfikatorów nie mieli. Wrócił po Jamilę i zaprowadził ją do ubikacji. Kiedy szli z powrotem, zostali zaskoczeni przez patrol dwóch żołnierzy, którzy akurat zeszli schodami i wyszli wprost na nich. Pomyślał, że to koniec, że zostanie za chwile aresztowany, tak jak pozostałe piwniczne towarzystwo. Jednak nic takiego się nie stało. Żołnierze minęli ich w korytarzu nie zatrzymując się i nie mówiąc ani słowa, jednak obaj bacznie im się przyglądali oraz patrzeli z uwagą do której piwnicy Arman z Jamilą wejdą. Arman zauważył, że każdy z nich, zamiast broni niósł z trudem dużą, załadowaną torbę, a potem widział jak pukali do niektórych piwnic i rozdawali z tych toreb żywność i plastikowe butelki z wodą mineralną. Żołnierze dokładnie wiedzieli w których piwnicach są ludzie. Do piwnicy w której był Arman z Jamilą nie zapukano. Arman pomyślał: “- Co tu jest grane?” Zaczął domyślać się o co tu chodzi. ***** - Na dole są jacyś nowi. - Jacy nowi? Co ty gadasz. Od kogo? - Nie wiem od kogo. Jakiś przystojniak z małą dziewczynką. Widzieliśmy ich na korytarzu. - Szef nic nie gadał, nie ma dla nich prowiantu. - No właśnie, to dziwne. - Chodźmy do szefa, zapytamy się. Dwóch żołnierzy udało się do sztabu oddziału wojskowego, który zajmował się ochroną strefy. Wejścia do gabinetu pilnowała sekretarka. - My do pana majora, mamy ważną sprawę. - Muszę się zapytać czy szef ma czas teraz. Możecie wejść. Żołnierze weszli do gabinetu dowódcy. - Panie majorze musimy się o coś zapytać. - W jakiej sprawie? - W wiadomej, tajnej. Major podszedł do nich bliżej i mówił szeptem: - Mówiłem wam nie raz, że w tych sprawach nie wolno wam tu przychodzić i tutaj ze mną rozmawiać. Tu ściany mogą mieć uszy. - Wiemy szefie, ale jest ważna sprawa. - Co się stało? - Jest jeden nowy a właściwie dwoje bo to facet z dzieckiem, nic o nim nie wiemy. - Co za bzdury gadacie, jak to nowy, jesteście pewni? - Tak, dwóch naszych dzisiaj ich widziało. - Nic nie wiem. - No właśnie, my też nie. - Może od Ripla? Major wymienił nazwisko dowódcy drugiego oddziału, zajmującego się bezpieczeństwem kadry medycznej i naukowej. - Może, nie wiemy, nikt nic nie mówił. - Poczekajcie tu, zaraz wrócę. Major wziął komórkę i wyszedł na korytarz. Wrócił po kilku minutach. - Od Ripla też nie. On nic nie wie. Jak tu weszli? Może szpiedzy? Namierzają nas? - Panie majorze, to co robimy? ***** Arman przy pomieszczeniu z ubikacją znalazł kran z wodą. Nie miał wyjścia, musiał uznać ją za zdatną do picia, smakowała normalnie. Widział, że inni też ją pili. Miał niewielkie zapasy jedzenia, przy głodowych racjach może starczyłoby go jakoś na 12 dni. Dla niego liczyło się tylko zdrowie córki nawet gdyby miał przez ten czas nic nie jeść. Miał nadzieję, że tutaj przetrwają i że skoro są tu nielegalni “kuracjusze” to może i im się uda. Jeden dzień jakoś już minął. Jednak w środku nocy brutalnie wyrwano ze snu jego i Jamilę. Do piwnicy wpadło czterech żołnierzy, tym razem już z bronią gotową do strzału i zapytano Armana czy rozumie po angielsku. Skinął głową. - Nie wiem jak się tu dostaliście i kto was tu wpuścił, ale tutaj rządzimy my. Bierzcie swoje rzeczy i wychodźcie. - Zostawcie nas tu, zapłacę wam albo waszemu szefowi, mam pieniądze. - Nie ma mowy, nie znamy cię, nie wiemy kim jesteś. Wypad stąd. Arman i Jamila wzięli plecaki i pod eskortą zostali zaprowadzeni do wojskowego pojazdu, który stał na zewnątrz. Zanim wyszli to widzieli, że inni żołnierze przeszukują piwnicę za piwnicą, sprawdzając czy ci, którzy się tam znajdują to wyłącznie “ich” chorzy. Arman myślał, że został oficjalnie aresztowany, ale nic takiego się nie działo. Żadnych kajdanek nie używano. Nikt nie chciał dokumentów oraz ich nie przesłuchiwał. W pojeździe było kilku ludzi. Nie wyglądali na zestresowanych, raczej na szczęśliwych. Uśmiechali się, choć zamieszanie z Armanem i Jamilą trochę ich deprymowało. Żołnierze którzy ich przyprowadzili, kazali im być cicho. Jamila wystraszona do granic możliwości, cicho płakała. Pojazd szybko ruszył i bez kontroli wyjechał w środku nocy ze strefy. Arman zapytał się pozostałych gdzie nas wiozą? - Jak to gdzie? Mister to już koniec, dwanaście dni minęło, jesteśmy zdrowi. Jedziemy do domu. Zrozumiał, że jedzie z tymi, którzy nielegalnie zostali umieszczeni w strefie i którzy zakończyli już swoje leczenie. Po krótkiej jeździe pojazd nagle się zatrzymał. Żołnierz krzyknął: - Wszyscy wysiadać! Wszyscy wysiedli gdzieś w zupełną ciemność nocy, na jakimś odludziu. Auto gwałtownie ruszyło a Arman usłyszał jeszcze na pożegnanie: - A ciebie chojraku, jak tu jeszcze raz złapiemy to będziemy gadać z tobą inaczej. Był w strefie z Jamilą tylko jedną dobę. Wiedział, że to o wie- le za mało, żeby pomóc jego córce. Był wściekły. Było już tak blisko. Wiedział już, że nawet dostanie się do strefy nie rozwiązuje problemu. Tam nie ma się gdzie schować na 12 dni a dostanie się tam nielegalnie jest nie w smak tym, co robią tam swoje interesy. Jednak Armana trudno było złamać. Żołnierze, choć wywieźli go wraz z innymi poza strefę, to pozostawili go niedaleko od niej. Od razu poszedł z Jamilą w odwrotnym kierunku niż reszta pasażerów. Udali się w stronę tej części miasteczka, która była poza strefą a w której nikt nie mieszkał już na stałe. I jeszcze tej samej nocy Arman sforsował ogrodzenie i tam się znalazł wraz z Jamilą. Tego ogrodzenia, w przeciwieństwie do oświetlonego i bardzo silnie strzeżonego ogrodzenia samej strefy, w nocy nikt nie pilnował. Arman włamał się do mieszkania na parterze, w którym nie było nikogo od kilku miesięcy. W mieszkaniu był zapas butelkowanej wody i trochę jedzenia. Zdecydował, że zanim ostatecznie opuści okolice, to jeszcze parę dni rozpozna jej bezpośrednie otoczenie. Miał jakąś nadzieje czy przeczucie, że może coś jeszcze przyjdzie mu do głowy. W trakcie dnia miasteczko wydawało się całkiem wymarłe. Obserwował przez okno, tak aby go nikt nie zauważył. Rzadko kręcili się tam ludzie. Były patrole tej samej jednostki wojskowej z którą miał już do czynienia oraz kręcili się tam dawni mieszkańcy, którzy czasem przyjeżdżali obejrzeć swoje pozostawione mieszkania. Jednak po zmroku ludzi było więcej. Nie wiadomo kim byli i skąd się brali, ale kręcili się po ulicach, prawdopodobnie szabrując pozostawiony dobytek. Arman w nocy również wychodził na kilkanaście minut, tak aby Jamila długo nie zostawała sama. Jej psychiczny stan po przygodach w strefie wyraźnie się pogorszył. Rozglądał się po miasteczku. Podchodził pod ogrodzenie strefy. Idąc ulicą jeden szczegół przykuł jego uwagę. Uważnie przyglądał się jej jezdni, aż w końcu położył się na chodniku i zaczął świecić latarką w miejsce, które wydało mu się interesujące. ........................... Dotyk Amani, Tajemnica Pluszowego Misia, Spisek Duchów ......... www. Ebookowo.pl
    1 punkt
  42. @iwonaroma Wolę patrzeć w lustro, choć patrzę na ramę, wstydzimy się siebie, gramy monodramę. Pozdrawiam Iwono.
    1 punkt
  43. @Albina - miło że czytasz za co dziękuje - Pozdr. @Michał_78 - dziękuje Michale - Pozdr. Witam - no to się cieszę - Pozdr.serdecznie. @Krzysztof2022 - dzięki - @Krzysica-czarno na białym - dziękuje -
    1 punkt
  44. - Czego jak czego, ale tego non ego expectavi, nie spodziewałem się - odezwał się po dłuższej chwili antywielbiciel morskich głębin. - Umysłowa kontrola innego stworzenia, w dodatku tak dużego... i jeszcze to... - przez chwilę szukał najbardziej właściwego słowa w prostym żołnierskim języku. Nie mogąc znaleźć, zaklął cicho. - O, mam! - ucieszył się jak chłopiec, którym po części pozostał mimo upływu lat. Tak samo, jak wielu mężczyzn i kobiet, spośród których wiele pozostaje dziewczynkami. - Przeniknięcie! Tak, to chyba odpowiednie słowo. - Niezupełnie - uśmiechnął się NemoJezus uśmiechem kapitana i swoim zarazem. - Słowo przez ciebie użyte zakłada odrębność pomiędzy bytami - znasz to słowo, prawda? - zapytał retorycznie. - Gdy kogoś zabijasz, twój miecz wnika w jego ciało. Istotowa odrębność pozostaje: tu człowiek, tam miecz. - Wypowiadając te słowa kapitanoBóg wyciągnął przed siebie lewą rękę. Miecz wysunął się z pochwy żołnierza, łukiem przemknął odległość między nimi, po czym zwolnił i położył się rękojeścią na otwartej dłoni. Dwuczłowiek uniósł rękę i dźgnął lekko niczego nie spodziewającego się legionistę. Ten spojrzał nań, przestraszony. - Czułeś ostrze - powiedział Jezus, oddzielając się powoli od kapitana. - To właśnie z powodu odrębności, chociaż wszystko, co istnieje, zbudowane jest z tej samej energii. Mojej. Natomiast pomiędzy kapitanem a mną istnieje ponadto więź osobowa. Żyje on jednocześnie w innym, równoległym świecie, gdzie rzeczywistość przypomina tę tutaj wokół nas. I gdzie przypominała tę wam znaną, z czasów waszego cesarstwa. Ale że jest to inna linia czasu, wasz kapitan jest jednym z moich wcieleń. Stąd stała możliwość przeniknięć, by użyć twojego słowa. I nieco większy talent do zapanowywania myślami nad czyimś umysłem niż u innych ludzi. A skoro większy talent, więc i większa łatwość wypracowania tej umiejętności. Która wkrótce ponownie okaże się potrzebna, bo - w tym momencie Jezus zerknął na sufit - nieprzyjaźni nam ludzie nadpływają. Przyda się więc pomoc. - Zatem czy jesteś gotów - tu zwrócił się z uśmiechem do antypasjonata wielkich morskich stworzeń - na kolejne spotkanie z, jak to mówisz, z morskim potworem? Takim bardziej niebezpiecznym, większym - a w każdym razie dłuższym? - Jezus ponownie uśmiechnął sie szeroko, przykładając na chwilę palce do skroni. - I na kolejne stanięcie twarzą w twarz ze swoim strachem? - Moje żony nam pomogą - Jezus uczynił lekki gest w stronę wchodzących kolejno do pomieszczenia kobiet. Ubranych z wyjątkiem jednej w dziwne, przynajmniej zdaniem legionistów, stroje. Zwłaszcza pierwsza wchodząca robiła wrażenie: wysoka, o długich czarnych włosach, związanych w koński ogon. Piękna, jak ocenił dziesiętnik, znawca i wielbiciel kobiecej urody. Ale o dziwnych, lekko skośnych oczach. I brwiach: jakby z przyklejonych i uformowanych w drobniutkie owale wąziutkich pasków nieznanej substancji. - Przedstawiam wam - z radosnym uśmiechem powiedział Jezus, wyprostowawszy się po dwornym ukłonie - oto piąta z moich żon: księżniczka Maya.* Cdn. * Postać zmiennokształtnej księżniczki Mayi przeniosłem do powieści z brytyjskiego serialu science-fiction pod tytułem "Kosmos 1999", nakręconego w latach 70. i pokazywanego przez polską telewizję od 1977 do 1979 roku. Voorhout, 16.05.2022
    1 punkt
  45. Powalony na kolana dociśnięty wielką skałą ziemi czołem dotykając łzy na trawę wylewając bezradnością otoczony w górę z wiarą spoglądając ...
    1 punkt
  46. Często spirala zamyka się w trefnym punkcie.
    1 punkt
  47. Mówiono na nich: nasiona klonu, gdyż zrośnięci bokami głów, przypominali owe. Konserwatywna społeczność osady mająca ustalone poglądy, nie szczędziła im przykrości, zarówno psychicznych, jak i fizycznych. Kiedyś późnym popołudniem doznali przedziwnej wizji. Na tle nieba spostrzegli wirujący, żółtawy obiekt. Wystająca srebrzysta długość, odbijała pomarańczowe światło. Usłyszeli pytanie: –– Widzicie ten piękny klon? –– Tak. –– Pragnie być ścięty, żebym i was mogła rozdzielić. Chcecie tego? * Czują tylko lekkie łaskotanie miłosiernej piły mechanicznej, choć krew tryska obficie. Rany zabliźniają się momentalnie. –– Nie żal ci klonu? –– Żal? O kant dupy go rozbić. To tylko głupie drzewo. Ważne, że jesteśmy rozdzieleni. –– Niezupełnie. Raczej złączeni czymś innym.
    1 punkt
  48. Z wielu ścieżek przede mną wybierałem tę jedną. Dokąd bym dotarł? Nie wiem i chyba wiedzieć nie chcę. Kiedy patrzę za siebie, wiem, że jestem, gdzie jestem, a resztę skrywa ciemność.
    1 punkt
  49. -Mistrzu co robić, żeby życie się udało? -Najważniejsze to być z tą, z którą być się chciało. -A dlaczego to takie trudne jest dla wielu? -Bo z tą jedną to wielu marzy o weselu.
    1 punkt
  50. 8. PLAKAT (fr) Szumiące morze... W dal poszli plażą. Czy kiedyś jeszcze nam się pokażą?
    1 punkt
Ten Ranking jest ustawiony na Warszawa/GMT+01:00


×
×
  • Dodaj nową pozycję...