Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Z cyklu „Wiersze, które można śpiewać”

GLORIA MUNDI

Więc jak to jest, o Panie Losie,
co w zyskach gubisz się i stratach,
że nas, przyziemnych bohaterów
omija zawsze chwała świata?

Nasze siłaczki, żony nasze
do nieba mają coraz bliżej
nie mogąc zerwać się do lotu
padają pod swym własnym krzyżem.

A ich mężowie z młodych chłopców
wyrośli na Syzyfa braci
codzienny kamień tocząc w górę
nie stają przez się bogatsi.

A nasi bliscy i dalecy,
wśród których miejsce nam wypadło
w swych oczach niosą twe odbicie:
losu wspólnego nam zwierciadło.

Nie mamy takich wielkich pragnień,
nie rwiemy się by światem władać
lecz chcemy przed ostatnim sądem
za samych siebie odpowiadać.

Kiedy rozdadzą już pomniki
zastygłe w spiżu na cokołach,
my skromni, cisi, bezimienni
przy nich siądziemy dookoła.

I na kolanach rozłożymy
opasłe tomy kronik świata,
przejrzymy wszystkie ich stronnice
zapisywane przez te lata.

Lecz w żadnym wierszu czy rozdziale
nie odnajdziemy imion naszych,
przyziemnych bohaterów dziejów
z ludzkim obliczem lecz bez twarzy.

Nie będzie o nas wkuwał uczeń
przed egzaminem dojrzałości
i w ilustracjach podręczników
nasz wizerunek nie zagości.

Przyziemne nasze są historie,
przyziemne wszystkie dzienne sprawy.
Zaoszczędzone nam zostały
wszelkie tytuły do złej sławy.

Zaoszczędzona chwała świata
Zaklęta w granit i marmury.
Lecz czasem może się okazać,
że to my przenosimy góry.

A więc to nic, o Panie Losie,
co dzielisz wieki na sekundy,
że w swym bilansie nas pomijasz –
niech bez nas transit gloria mundi.

*****************

GDY SIĘ SPOTKAMY, MOJA STAROŚCI

Zanim przyjdziesz mi grzbiet mój pochylić,
zanim przyjdziesz oszronić mi skroń,
uczyń abym nie musiał się wstydzić
i mógł śmiało podać ci dłoń.
Gdy mnie starych przyjaciół pozbawisz,
bo odeślesz ich w najdalszą dal,
wiedz, że nie chcę zawodu ci sprawić,
byś poczuła jak bardzo mi żal,

Że się więcej nie odwrócę,
że do tamtych dni nie wrócę,
nie powtórzę dawno zapomnianych słów.
Nie rozpoznam znanych twarzy,
nie zapragnę nowych zdarzeń,
od początku nic nie zechcę zacząć znów.

Nim mój oddech przykrócisz zmęczeniem,
sercu każesz niemiarowo bić,
zanim wzrok mi zasnujesz zamgleniem,
bym przed słońcem musiał się kryć –
spraw, bym nigdy nie musiał żałować,
przebaczenia nie zanosić próśb,
bym w ramiona głowy nie chował,
nie chciał spełnić niespełnionych gróźb.

Abym nie chciał się odwracać,
ani w tamte strony wracać
i powtarzać może niepotrzebnych słów.
Bym pamiętał znane twarze
pośród złych i dobrych zdarzeń,
choć nie będę mógł ich przecież przeżyć znów.

Gdy się spotkamy, moja starości,
gdy się zdziwię, że to właśnie już –
oszczędź sobie nade mną litości,
tym niech zajmie się mój Anioł Stróż.
Nie uniknę może twojej drwiny,
śmiać ze siebie nie będę się mógł,
pomieszają się skutki, przyczyny
gdy ostatni pojawi się próg.

Choć już przed nim nie zawrócę,
może tylko się zasmucę,
niewypowiedzianych pożałuję słów.
Ale cię przywitam godnie
i spróbuję głowę podnieść
jakbym całą drogę miał zaczynać znów.
I zobaczę znane twarze
jak wskazówki na zegarze
przesuwane moich wspomnień ręką wstecz.
Będę mógł im spojrzeć w oczy,
nim na zawsze mnie zamroczysz,
zanim każesz mej pamięci odejść precz.

************

A LA GUERRE COMME A LA GUERRE

Najpierw szpiegów wyprawić,
potem czujki wystawić,
zbadać teren, zajść z tyłu znienacka.
Układami omotać,
nie żałować też złota
i gotowa, gotowa zasadzka.

Grać na zwłokę i zawsze nie fair –
a la guerre comme a la guerre.

Obserwować i czekać
i udawać i zwlekać
i gotować się wciąż do ataku.
Wreszcie z flanki uderzyć
i przed strzałem wymierzyć,
by naboi nigdy nie zbrakło.

Ofensywy tej w dłoń ująć ster –
a la guerre comme a la guerre.

Gdy wymaga taktyka
uznać, że przeciwnika
nastąpiła chwilowa przewaga.
Wyrwać się z okrążenia,
niech strategia się zmienia,
bo niewiele pomoże odwaga.

Najtrudniejsza z wojennych to gier –
a la guerre comme a la guerre.
A gdy już flaga biała
spod okopu wyjrzała
i przedpola umilkła już przestrzeń,
karty zatrzymać w dłoni,
nie odkładać już broni
i na muszce mieć oko wciąż jeszcze.

Jeśli atutu, to tylko as kier –
a la guerre comme a la guerre.

Oto bitwa wygrana,
oto bitwa przegrana –
komu klęską, a komu jest chwałą?
Komu rany opatrzyć,
komu, komu przebaczyć
gdy na polu tylko zostało
serce ptakom rzucone na żer?

A la guerre comme a la guerre...

*************


P O S Z U K I W A N I E
(song)

Odnajdę Cię,
choćbym przeszukać miał cały świat!
Odnajdę Cię,
wszak już szukam Cię tyle lat.
Odnajdę Cię
w wiosennym słońcu, w jesiennej mgle,
odnajdę Cię, odnajdę Cię, odnajdę Cię!

Jeśliś darem – gdzie mogłem zagubić ten dar?
W ciszy pól czy gdzie miejskich ulic gwar?
W domu, gdzie tak bezpiecznym wydaje się kąt?
Blisko tu, czy gdy byłem daleko gdzieś stąd?
Czy uciekasz przede mną czy mnie czekasz, i gdzie?
Szukam Cię, szukam Cię, szukam Cię!

Odnajdę Cię...

Gdybyś chciał dałbyś znak i już wiedziałbym, że
nie odnajdę Cię w słońcu, nie odnajdę we mgle,
nie natrafię już nigdy na najmniejszy Twój ślad,
bo za wielki jest dla mnie lub za mały ten świat.
Lecz Ty milczysz, a milcząc mówisz do mnie i wiem:
odnajdę Cię, odnajdę Cię, odnajdę Cię!

Odnajdę Cię...

Oto jesteś – jak blisko! Po cóż przemierzać świat?
W ciszy pól, w gwarze ulic – wszędzie widzę Twój ślad.
W tych minionych jesieniach i w tej wiośnie, co trwa,
w tym, co dała nam przeszłość i co przyszłość nam da.
I w tym drugim człowieku, w sobie – o czym już wiem
znalazłem Cię, znalazłem Cię, znalazłem Cię!

Znalazłem Cię,
chociaż nie mogłem przez tyle, tyle lat!
Znalazłem Cię
tak, jak odkrywa się nowy świat.
Znalazłem Cię,
chociaż błądziłem długo we mgle.
Znalazłem Cię, znalazłem Cię, znalazłem Cię!

******************
WIECZÓR NA PLACU NIEBIAŃSKIEGO SPOKOJU W PEKINIE

A gdyby tak w tamtego raz się wstawić
I z drugiej strony stanąć chociaż raz,
Hełm, pałkę oraz mundur sobie sprawić,
W ochronnej masce skryć prawdziwą twarz.

I z przeźroczystą tarczą na kamienie,
Co z drugiej strony sypią się jak grad
Prochami, wódką uśpić swe sumienie,
By zapomniało komu kto jest brat.

Swe racje na rachunek zdać rozkazu,
Co takim prostym czyni każdy krok.
Przez strugi wody i obłoki gazu
Na drugą stronę się nie przedrze wzrok.

I nie dobiegnie poprzez hełmu ścianę
Od dziecka znany starej pieśni ton,
Ni słowa kiedyś chętnie powtarzane
O tej wolności, której bije dzwon.

A gdyby zrzucić mundur, hełm i maskę
I pałkom grzbiet nastawić chociaż raz,
Posłuchać słów, co były tylko wrzaskiem
I poczuć jak wypala oczy gaz.

Zobaczyć z bliska przerażenie źrenic,
Wzniesione ponad głową tarcze rąk,
Gdy z groźnym chrzęstem zbliża się gąsienic
Pancernych wozów ściskający krąg.

Pod transparentem uniesionym w górę
Podpisać się, jakby to był twój list:
„Choć dziś nas gnębią siły tak ponure
lecz prawdy nie przekreśli kuli świst!”

Kto wyda rozkaz, a kto pięść zaciśnie?
Kto wierzy, a kto tylko słuchać chce?
I z czyjej rany pierwsza krew wytryśnie?
„Zatrzymać się! Zatrzymać się! Zatrzymać się!”

*****************


NASZE MAŁE OJCZYZNY

Tam się przecież to wszystko zaczęło,
tam został początków ślad:
pierwsza gra w piłkę i pierwsza miłość –
nasz pierwszy odkryty świat.
Małe podwórka, klomby na działkach,
na rogu spożywczy sklep,
niedzielne kino w starej remizie,
czasem płacz, a czasem śmiech.

To są nasze małe ojczyzny,
tam najbliżej do siebie mamy,
tacy sami znajomi czy bliscy
naszym butom ten bruk tak znany.
Tu marzenia się łatwiej spełniają,
rozczarowań się nie pamięta,
tutaj bardziej zielone są maje
i najbardziej zimowe są Święta.
Tutaj wiemy czego na trzeba,
kto wysłucha nas, kto się odwróci.
Tutaj dym idzie prosto do nieba,
tutaj każda jaskółka powróci.

Rozproszeni po szerokim świecie,
wtopieni w obcy nam tłum,
jakże załatwić nam wszystkie sprawy,
jeżeli właśnie nie tu?
Jak postawić najprostsze pytania,
jaką im odpowiedź dać?
Kto wysłucha nas w tym wielkim świecie?
Świat nie chce naszych spraw znać.

To są nasze małe ojczyzny...

Małe domki urosły pod niebo
i remizy nie ma już,
w supermarket zmienił się nasz sklepik,
coraz mniej na działkach róż.
Ale przecież ludzie pozostali
choć z nowym bagażem spraw.
Więc spróbujmy odnaleźć się znowu
jak pszczeli rój pośród traw.

To są nasze małe ojczyzny...

***************


TAKA JESTEŚ

Taka jesteś mi bliska,
taka jesteś mi droga,
od zarania na zawsze
przeznaczona od Boga.
Taka jesteś mi droga,
taka jesteś mi bliska –
me najpierwsze schronienie
i ostatnia ma przystań.

Taka jesteś mi droga,
taka jesteś mi bliska...

Już spamiętać nie mogę,
wszak minęło pół wieku,
jak Twe imię znalazłem
w najważniejszym słowniku.
Odkrywałem od nowa,
inni też mi odkryli,
że podziwiać Cię trzeba
choć tak często się mylisz.
Podziwiali Cię nieraz,
albo nie rozumieli,
podziwiali z daleka najczęściej.
A kto wiedział jak łączysz?
A kto wiedział jak dzielisz?
Udawali, że wiedzą...
Nie wiedzieli, na szczęście.

Taka jesteś mi bliska,
taka jesteś mi droga...

Próbowałem wykrzyczeć,
próbowałem Cię nucić
albo długim milczeniem
precz z pamięci wyrzucić.
Próbowałem Cię nucić,
próbowałem wykrzyczeć,
ale jakże z tym krzykiem
stanąć przed Twym obliczem?
Milczysz? Zawsze milczałaś,
choć Cię nieraz pytałem.
Czy Ty jesteś za wielka,
czy ja jestem za mały?

Taka jesteś mi droga,
taka jesteś mi bliska...

No więc milcz i jak zawsze
nic mi nie odpowiadaj.
Może znów chcesz mnie zdradzić?
Wszak Ty wiesz co to zdrada.
Jam Ci wierny jak rzeka,
jak Twej ziemi ta Wisła,
A ta miłość? Ta miłość
może wcale nam, wcale nie wyszła...

Taka jesteś, taka jesteś, taka jesteś...

***************

L I T A N I A

Któraś zieloną puszczą rosła nad rzeką,
Któraś ostała się nasza na przekór wiekom
Umacniaj nasze korzenie
wplątane w Twoich glebach.
Osłaniaj głowy nasze
dachem Twojego nieba!

Któraś widziała jak cierpią za Ciebie rany,
Któraś jest krzyżem i gwiazdą niepokonanych
Słabych nie sądź surowo
i nie każ zginać się karkom.
Nagradzaj podług zasług
i bądź Przymierza Arką!

Któraś wiślano-odrzana, górna i chmurna
Jest naszych dziadów prochom najświętsza urna
Przyjmij nas kiedyś w siebie
gdy czas już nas upłynie,
ginących w niepamięci,
o, Ty, która nie zginiesz!

Któraś jest wiosną i latem, zimy siwizną,
Któraś jest nam przeznaczeniem –
Ojczyzną...

**************

P O Ż E G N A N I E ‘89
(według „Poloneza” Kleofasa Ogińskiego)

A więc odchodzisz od nas Polsko
W sukni o zblakłej czerwieni
W wieńcu, który pachnie jakże swojsko
Niby zwiędłe liście dawno spóźnionej jesieni.
I za historii swej zakrętem
Znikniesz wkrótce wraz z bagażem
Tej nadziei naszej niepojętej
I tych wszystkich niespełnionych nigdy naszych marzeń.
..........................................................................................
Ile po tobie pozostanie
W niepamięci naszej zimnej?
Może tylko to jedno przesłanie,
Że ojcowie cię pragnęli kiedyś, ale jakże innej.
Ile ci miejsca w podręcznikach
Pozostawić dla twych wnuków,
By ktoś nie rzekł, żeś bez śladu znikła,
Skoroś tak odeszła w pustej ciszy, a nie w armat huku?
.........................................................................................
Tyleśmy razem lat przeżyli,
Srogich zim i letnich burzy.
Chciałaś zawsze, byśmy uwierzyli,
Że my tylko tobie lecz ty wcale nam nie musisz służyć.
Nie wracaj do nas ty lipcowa
Córko wojennej pożogi,
Daruj sobie pożegnania słowa,
Chociaż już na zawsze się rozchodzą dzisiaj nasze drogi.
...........................................................................................
Czy na zbyt mało nie zabierasz,
A zostawiasz nazbyt wiele?
Czy znów drzwi zamykasz czy otwierasz?
Co odnajdą kiedyś wnuki w nikłych śladach po twym dziele?
Nie odpowiadaj – sami wiemy
Jaką dać odpowiedź wnukom;
My cię teraz nową zbudujemy,
A ty pozostaniesz im przestrogą tak, jak nam nauką.
....................................................................................................

******************

TEMAT Z YORICKIEM

A może lepiej wypadłby w tej kwestii
Aktor, co z cicha o tej roli marzył,
Gdyby założył na czaszkę Yoricka
Błazeńską czapkę z dzwonkami przy twarzy.

Twarzy, co szczęką białą, poszczerbioną
Bezgłośnym śmiechem wykpiwa publikę.
Autor z pewnością by się nie obraził
Udając chytrze, że sam jest Yorickiem.

Jakby zabrzmiały „Słowa – słowa – słowa”,
Gdyby je w ustach bohatera zmienić,
Pomieszać akty, sceny, monologi
Bez odpowiedzi „Reszta jest milczeniem”?

Oto pytanie. Koniec przedstawienia.
Znika Elsynor, kurtyna opada.
Oklaski, światła – zaczyna się „bycie”.
I tylko Yorick coś do siebie gada.

***************







THE WORLD IT IS ONE GREAT IRELAND
(ballad)

We love her green hills and colourful meadows
And her silver rivers running into the sea.
We love her forests and groves full of the willows –
These silent but little sorrowfull trees.

All the world loves Ireland
With all the heart,
This lovely island
Like a view-card.

But among sweet Ireland’s meadows and green hiils
We can hear to often the clang of the guns
And then stop ywisting sails of merry wind-mills
And they don’y want continue their dognified dance.

All the world loves Ireland...

We love illusiory merriment of her towns
Where so well-known and friendly seems the Earth,
But suddenly something flashes and someone runs
And unconcerned laughter changes into pain’s tears.

All the world loves Ireland...

Four our world it is one great Ireland
Where silence of green hills mixes with shot’s sound.
For our world it’s a cosmic small island
Where sometimes it rains or blood goes down to the ground.

All the world loves Ireland...

****************

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Nie rozumiem. Już prawie 50 minut poemat wisi na stronie, a serduszka ani jednego. Jak to tak?  ZP
    • -Mistrzu, w rosyjskich książkach niewielu szczęśliwych. -Twórcy zapewne chcą, by obraz był prawdziwy.   Jeśli ktoś zetknął się z optymistycznym dziełem, gdzie choćby jeden z bohaterów jest szczęśliwy i mu się udało, byłbym wdzięczny za podanie. bo chętnie przeczytam.  Gogola znam, tam, jak mawiał mój rusycysta, to "śmiech przez łzy". Mistrz i Małgorzata też jest mi znany, a to dzieło samo w sobie jest unikalne. Dzięki. 
    • @Achilles_Rasti Pozorna prostota powyższego utworu podkreśla gęstość jego niejawnego przekazu, który ma charakter quasiterapeutyczny. Zastosowanie dialogowej formy wprowadza dynamikę i sprawia, że czytelnik/odbiorca odgrywa podwójną rolę. Może być obserwatorem zmagań podmiotu lirycznego ze swoją egzystencjalna inercją, a zarazem zostaje zaproszony do konfrontacji z własnym poczuciem marazmu, poddany bezpośrednio sile oddziaływania komunikatu.   Końcówka wskazuje, że zawsze istnieje wyjście z zaklętego kręgu bezsilności. Poranna kawa staje się symbolem materii, uruchamiającej poczucie kontroli nad czasem i przestrzenią. Prawdziwym zwycięstwem nad "nie chce mi się/ bo życie mnie przeczołgało" jest prosty, aktywny gest, stanowiący świadectwo odzyskania woli i sprawstwa.   AH
    • "Ludzki las chłódu w centrum"   Przez ten ruchomy las ludzki, w jednostajnym, tępym szumie, idziesz środkiem, cicho mkniesz, co tak trudno jest zrozumieć. Mijasz te martwe fasady – wzrok ślizga się po wystaw szkle, w rytmie świateł lekko zwalniasz, by w tym wszystkim nie zgubić się.   W pełnej pustce taki obcy – jakby za srogą pokutę – niesie przez białe cię pasy twoje życie już nadpsute. Są nikim zarazem wszystkim, w porannym, szarym pośpiechu, między dumą a swym wstydem, wciąż im brakuje oddechu.   To las bez drzew, w którym coś drży,  już tylko pogłosem echa, Gniew nie daje im oparcia, życie do nich się nie uśmiecha.  Chciałbym im/nam podarować choćby iskrę jasności lecz oni drwią z tych moich słów – że dobroć, to znak słabości.   Szczelnie domknięci w klatkach własnego, gęstego milczenia, dziwni przechodnie – każdy powoli w cień się zamienia. Własną miarą ich mierzysz, choć pod skórą się opierasz, aż wreszcie w tym ich natłoku sam po cichu się zmieniasz.   Płyniemy razem wzdłuż witryn, taflą szkła złączonych cięciw,  odbiciem warstw codzienności  od siebie całkiem odcięci. Zanim nas zmierzch dopadnie, nim noc nas w końcu pochłonie, szukamy schronienia, azylu w bezpiecznym, zimnym betonie.   Ulica głęboko odetchnie, gdy opadną ostatnie kurze, sprzątacze wymiotą z chodników wszystkie te leśne iluzje. Zostanie tylko chłód płyt, co w pamięć głęboko zapadnie, i ślad po kimś, kto zniknął – tak prosto, po ludzku bezradnie.    Leszek Piotr Laskowski.     
    • napisał do nieba  list który szybko wrócił na kopercie zostało napisane  takiego adresu nie ma   więc sobie pomyślał co tu jest grane przecież adres  podałem mało tego dopisałem że tuż za gwiazdami   przecież to niemożliwe  żeby  całe życie kościół mnie oszukiwał  tak mu ufałem a jednak mnie zawiódł   teraz siedzi zawiedziony nadzieje stracił że ci bliscy odpiszą  - na ciebie czekamy jest dla ciebie miejsce   wiem  ktoś mu zarzuci więcej bracie wiary ale on już więcej nie  pozwoli  by  inni robili  z niego durnia    najwyżej umrę i będę  tam gdzie pochowają nie będę kombinować że gdzieś tam  w niebie może jest lepiej
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...