Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Jest to pierwsze moje tłumaczenie, w którym postąpiłem wbrew sobie, a dokładniej zamaist tak jak zwykle zachować przynajmniej 70-80% zgodność słów i metafor, nie tylko dodałem pare swoich słów, ale i metafor... czemu? Bo bezpośrednie tłumaczenie moim zdaniem nie oddaje siły wiersza, zarówno moje wczesniejsze tłumaczenie, jak i Lewina, mimo, że zachowują zgodność z oryginałem niszczą siłę wiersza, całe emojce się rozpraszają - dlatego chciałem pierwszy raz zachowac bardziej emojce niż słowa. Czy się udało, oceńcie sami ;)

Pantera

Wędrówka - ciągłe sztab mijanie
i wzrok już na nie obojętny
znużony błądzi. Co jest dalej?
Czy świat trwa tylko, gdzie są pręty?

Ślad po niej: obłąkańcze koło
wciąż zacieśniane w gibkim chodzie
a środkiem w tymże siły pląsie
jest wola, którą otępiono.

Uchyli czasem swej źrenicy
kurtynę aby niemy aplauz
obrazem prężąc członków nici
na koniec w sercu się załamał.

===================================

Der Panther

Sein Blick ist vom Vorübergehn der Stäbe
so müd geworden, dass er nichts mehr hält.
Ihm ist, als ob es tausend Stäbe gäbe
und hinter tausend Stäben keine Welt.

Der weiche Gang geschmeidig starker Schritte,
der sich im allerkleinsten Kreise dreht,
ist wie ein Tanz von Kraft um eine Mitte,
in der betäubt ein großer Wille steht.

Nur manchmal schiebt der Vorhang der Pupille
sich lautlos auf -. Dann geht ein Bild hinein,
geht durch der Glieder angespannte Stille -
und hört im Herzen auf zu sein.

Pantera, moje wcześniejsze tłumaczenie

Na korowodzie prętów, które mija
Jej wzrok znużony aż nie może ustać
Jakby tysiące prętów ziemię trzyma
i nie ma świata oprócz prętów mnóstwa.

Okrąża teren. Chociaż mocno stąpa
Kręgi się stają z każdą chwilą mniejsze.
To jakby taniec siły wokół środka
W którym jej wola otępiona drzemie

Czasem podniesie kurtynę źrenicy
aby bezgłośnie wlewać obraz w głębię
I w każdym członku napiąć odgłos ciszy
który umiera gdy napotka serce.

Pantera, tłum. Leopola Lewina z 1907

Tak ją znużyły mijające pręty,
że jej spojrzenie całkiem się zamąca.
Jakby miał tysiąc prętów świat zaklęty
i nie ma świata prócz prętów tysiąca.

Jej miękki chód na opór nie napotka,
wędrując wewnątrz najmniejszego pola -
to jakby taniec siły wokół środka,
w którym zdrętwiała trwa ogromna wola.

Niekiedy źrenic unosi zasłonę
cicho. - I obcy obraz sie przedziera.
Idzie przez ciała milczenie stężone -
i w głębi serca bezgłośnie umiera.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


A według mnie dłuższe wersy oddają piętrzenie się energii pantery. Ona nie jest szybka, sam w swojej nowej wersji piszesz "wędrówka", nie bieg, szarpanina. Nie znam niemieckiego, mogę opierać się tylko na tłumaczeniach i wierzę pierwowzorom. Sam piszesz "wzrok znużony, obojętny" - widzę ją, wydaje się być do końca zniewolona, powolna, tylko w oku czasem i błysk, choć i on umiera.
Twoje nowe tłumaczenie jest ciekawe, fajny zabieg - jednak wolę wcześniejsze.
Pozdrowienia :)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


A według mnie dłuższe wersy oddają piętrzenie się energii pantery. Ona nie jest szybka, sam w swojej nowej wersji piszesz "wędrówka", nie bieg, szarpanina. Nie znam niemieckiego, mogę opierać się tylko na tłumaczeniach i wierzę pierwowzorom. Sam piszesz "wzrok znużony, obojętny" - widzę ją, wydaje się być do końca zniewolona, powolna, tylko w oku czasem i błysk, choć i on umiera.
Twoje nowe tłumaczenie jest ciekawe, fajny zabieg - jednak wolę wcześniejsze.
Pozdrowienia :)

tyle, że nawet jeżeli ta pantera jest wolna, to jednak miotają nią gwałtowne uczucia których nie widać, sam oryginał jest mocny (może to po prostu urok nuiemieckiego), ale jest władczy, siła w wierszu oddaje to co się dzieje w panterze, natomiast po przetłumaczeniu to się traci, powstaje jakaś średniej klasy sieczka z tanimi zabiegami - byc może to po prostu urok naszego języka powoduje, że bezpośredni przekład pozbawia wiersz mocy.

Sein Blick ist vom Vorübergehn der Stäbe

- "Jej wzrok od mijanych sztab/prętow" => w tym wersie najwazniejsze jest słowo mijanych, to ono buduje obraz w sposób zwięzły, telegraficzny, co czyni go mocniejszym, dlatego w nowym tłumaczeniu skróciłem go tak: Wed rowka - ciągle sztab mijanie, prosty równowaznik w prosty sposob tworzy ten sam obraz, bez rozpisywania się niepotrzebnie.

so müd geworden, dass er nichts mehr hält.

= "tak znużony że się wcale nie zatrzymuje" => podobnie jw,

pozatym chciałem oddać te mocne rymy i rymy wewnętrzne ktore są w oryginale :))

ale dzięki za zdanie, może masz rację, tłumaczenie to jest eksperymentalne :)

pozdr.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

A według mnie dłuższe wersy oddają piętrzenie się energii pantery. Ona nie jest szybka, sam w swojej nowej wersji piszesz "wędrówka", nie bieg, szarpanina. Nie znam niemieckiego, mogę opierać się tylko na tłumaczeniach i wierzę pierwowzorom. Sam piszesz "wzrok znużony, obojętny" - widzę ją, wydaje się być do końca zniewolona, powolna, tylko w oku czasem i błysk, choć i on umiera.
Twoje nowe tłumaczenie jest ciekawe, fajny zabieg - jednak wolę wcześniejsze.
Pozdrowienia :) tyle, że nawet jeżeli ta pantera jest wolna, to jednak miotają nią gwałtowne uczucia których nie widać, sam oryginał jest mocny (może to po prostu urok nuiemieckiego), ale jest władczy, siła w wierszu oddaje to co się dzieje w panterze, natomiast po przetłumaczeniu to się traci, powstaje jakaś średniej klasy sieczka z tanimi zabiegami - byc może to po prostu urok naszego języka powoduje, że bezpośredni przekład pozbawia wiersz mocy.

Sein Blick ist vom Vorübergehn der Stäbe

- "Jej wzrok od mijanych sztab/prętow" => w tym wersie najwazniejsze jest słowo mijanych, to ono buduje obraz w sposób zwięzły, telegraficzny, co czyni go mocniejszym, dlatego w nowym tłumaczeniu skróciłem go tak: Wed rowka - ciągle sztab mijanie, prosty równowaznik w prosty sposob tworzy ten sam obraz, bez rozpisywania się niepotrzebnie.

so müd geworden, dass er nichts mehr hält.

= "tak znużony że się wcale nie zatrzymuje" => podobnie jw,

pozatym chciałem oddać te mocne rymy i rymy wewnętrzne ktore są w oryginale :))

ale dzięki za zdanie, może masz rację, tłumaczenie to jest eksperymentalne :)

pozdr.

To było moje pierwsze wrażenie, jutro wrócę i poczytam jeszcze, tym bardziej, że przybliżyłeś mi niemieckie zwroty. Podziwiam Cię, że tak szukasz, patrzysz w słowa, czujesz je - to jest bardzo fajne i ważne.
Dobrej nocki :) z poważaniem :) F.
Opublikowano

Przeczytałam pierwszą wersję i od razu mi się spodobała. Bardzo lubię Rilkego, za bardzo:)

Oto wersja Jastruna:

Spojrzenia jaj znużyła mijająca krata,
że już nie zatrzymują nic, mdlejące.
Czuje, jak gdyby było sztab tysiące,
a za sztabami już nie było świata.

Jej kroki giętkie jakby się łasiły
kręcąc się ciągle w tym najmniejszym kole,
tworzą jak gdyby taniec siły
wokół środka, co więzi ogłuszoną wolę.

I tylko czasem uniesie się wyżej
zasłona źrenic. - I obraz się wdziera,
idzie przez członków naprężoną ciszę -
i w głębi serca się zaciera.

Fajna sprawa, pozdrawiam:))

Opublikowano

Tlumaczenie Lewina - archaiczne.
Jastrun i Rilke to klasyka. Wielu wierszy
Rilkego bez Jastruna - nie wyobrażam sobie.
Sam próbowalem czytac Rilkego i zawsze
Jastrun wydawal mi się trafniejszy.
Ale to prawda. Od tumaczeń Jastruna
dzieli nas epoka i niektóre z nich wydają się
przegadane. A późniejsze próby nie wydają
tak wielkie.Więc jest potrzeba nowego
tlumaczenia Rilkego.
Brawo za odwagę. Pana pierwsza wersja
jest plynna i piekna. Druga - eksperymentalna.
Rozumiem. Rilke jest wielki. Ale jest klasyczny.
I trudno tak go uwspólczesniać. Doceniam.
Ale wolę Pana pierwszą wersję.
Jest lepsza od Lewina i od Jastruna, który
w tym przypadku trąci lokalnymi
nalecialościami "mlodej polski"
Proszę nie poddawać się. Ten nowy Rilke
jest nam potrzeby.
Stefan

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Mamuty 

       

      Miasto w śnie pogrążone, ciszą przykład daje, 

      Bryza morska co chwila puka w stare okna, 

      Ciepła zaś, nie tak mroźna, gwizdem tylko podła, 

      Rano tam takie słońce, człowiek z chęcią wstaje, 

       

      Tej nocy, na werandzie, siedział stary Klimient, 

      W gwiazdy wpatrzony, tęsknie, przeżywał dawne chwile, 

      I w ciszy by przeżywał, nasz ten Klim, ten dzielny, 

      Bo wtem, ktoś bliski, pewien, usiadł przy marszałku. 

       

      Katia: 

      Czemuś jeszcze nie zasnął, mój Klimie kochany, 

      Gwiazdy co są dalekie, nie znają przyszłości 

      Patrzysz w nie tak uparcie, jakbyś szukał drogi, 

      Może świt, co nadejdzie, troski twe rozproszy, 

      Wierzę, że słońce rano lęk w sercu uciszy, 

      Pójdź już spocząć mój miły, nic już nie wymyślisz. 

       

      Klim:  

      Pozwól mi tutaj zostać, żono, moja miła 

      Tu, na starym fotelu, czas jakby się wstrzymał, 

      Wstać on mi nie pozwala, a sam nie chcę odejść, 

      Czy pamiętasz ten wieczór, gdyśmy się poznali? 

      A może zaś dzień to był, ja już nie pamiętam, 

      Suknię, jakże przepiękną, miałaś tam niebieską. 

       

      Katia: 

      Pamiętam suknię moją, błękit nieba skradła, 

      Lecz czy to był dzień, nie mam już pojęcia 

      Zbyt wiele zim przebrzmiało, zbyt wiele jesieni, 

      By czas jakkolwiek jasny oraz nam zostawił 

      Wszystko, co było wtedy, dziś to mgłą się staje 

      Co oczy nam przesłania, a serce wciąż mami. 

       

      Klim: 

      Leczy czyż to nie jest lepsze niż pusta nadzieja? 

      Choć te dni tak odległe, wciąż w nich przebywam 

      Wiem dobrze, że ta pamięć, duszę mą zatruwa, 

      Zaś tylko tej truciźnie życie swe przedłużam. 

      Dziś słońce mnie nie grzeje, tylko w oczy razi, 

      A jutro jest jak obraz, co barw nie posiada. 

       

      Katia: 

      Ta trucizna, co mówisz, powoli cię niszczy, 

      Co kradnie siły twe, co w tobie pozostały, 

      Dla duchów tylko żyjesz, sam duchem się stajesz, 

      I tracisz rządy nad tym, co nadal prawdziwe, 

      Dzień następny ominiesz, jak przeszkodę wielką, 

      Chcąc chyba? Przecież życia nigdy nie ominiesz. 

       

      Klim: 

      Nie omijam ja życia, lecz patrzę nań z góry, 

      Gdy świat ten uśpił swe małe, jak ważne pragnienia, 

      W tych domach, co jak groby, śnią teraz o jutrze, 

      Zaś każde jutro w niebyt poprzedni dzień spycha 

      Po co tak żyć, gdy wiesz, że wszystko zapomnisz 

      Co wczoraj kochałaś, dziś obcym jest to dla nich. 

       

      Każdy swe własne ciało jak relikwię niesie 

      Umysłem, wyobraźnią, gonią dzień następny. 

      Bo gdyby myśl swą chcieli trzymać tuż za sobą, 

      Ujrzeliby tych wszystkich, co im drogę kładli 

      Których już porzucili w tej mrocznej otchłani, 

      Może właśnie dlatego zmarłych ludzi wolę? 

       

      Katia: 

      Więc cóż obserwatorze! Choć o nas wspominasz 

      Patrzysz z góry na innych, co dziś żyją jutrem. 

      Za długo w tym fotelu w gwiazdy wzrok swój wbijasz 

      I myślisz, żeś jest jedną, co na świat tak patrzy 

      Daj spokój tymże ludziom - przecież pamiętają 

      A jak nie – to są młodzi. Cóż o nich wiesz, Klimie? 

       

      Gdy tęsknota cię brała, tak mi się zdawało, 

      Że chcesz tylko wspominać, że ulżę ci żalem, 

      Lecz tyś wpadł w jakąś pętlę, na nic to nie baczysz  

      Zamiast o nas – o ludziach i czasie coś mówisz. 

      Powiedz, Klimie mój drogi czy czas ludzi zmienia? 

      Czy to ludzie czas psują, to w mroku się gubiąc? 

       

      Mówisz, że zmarłych wolisz? Ciekawe to, Klimie, 

      Wszak ja, Twoja żona, to z grobem nie pogadasz, 

      Gdy zaś życie ich gasło, pewnie dobrze znali 

      Ile spraw niezałatwień na świecie zostawią. 

      Więc każdy z nich by oddał, wszystkie twoje myśli, 

      Za jedną chwilę życia, którą teraz trwonisz. 

       

      Klim: 

      Młodość jest tylko maską, co skrywa niepamięć, 

      Biegną, nie wiedząc jeszcze, że droga jest kołem, 

      Czas nikogo nie zmienia, on tylko obnaża, 

      To, co w człowieku gniło, gdy był jeszcze dzieckiem. 

      Ludzie psują czas, Katio, to chcą g oszukać, 

      Kradnąc mu każdą chwilę, jakby była łupem. 

       

      Czymże jest owa chwila, o której coś mówisz, 

      Błyskiem, co ledwo błyśnie, już w mroku się topi. 

      Zmarli, których tu bronisz, niczego nie pragną, 

      To ty pragniesz ich głosem moją ciszę zburzyć. 

      Wolę trwać przy tym trupie, co był kiedyś słońcem, 

      Niż gonić za motylem, co żyje dzień jeden. 

       

      Masz rację, moja Katio, marnie ten czas trwonię, 

      Lecz spójrz na moje nogi, spójrz na moje dłonie, 

      One już nie chcą służyć jutrzejszym porankom, 

      Są jak ta stara woda w zapomnianym dzbanku. 

      Nie szukaj we mnie ognia, co świat te odmieni, 

      Jam jest tylko tym cieniem, co trzyma się ziemi. 

       

      Katia:  

      Młodość to tylko głód, co prawdy nie zna jeszcze, 

      Więc bierze, co napotka, by nasycić chwilę. 

      Ja też czuję ten ciężar, w moich starych dłoniach, 

      Lecz woda w tym dzbanku, wciąż smakuje tak samo. 

      Więc wypij ją mój kochany, póki jeszcze możesz, 

      Wszakże ten dom jest dla nas, nie dla dawnych duchów. 

       

      Pędzą w dzień to następny, śmiało gonią jutro, 

      Nie znają zaś ciężaru, więc nie jest im smutno, 

      Bo błędy omijają, więc żalu nie znają 

      I często na cud Boży, liczą i czekają, 

      Zatem czego wymagasz, by służyli idei? 

      Jak to strach - przyszłość, w celi dusznej więzi 

       

      My żyjemy, dla świata, nie dla własnej woli, 

      Choć ta okrutna prawda, tak bardzo nas boli 

      Musimy drogę wskazać, by pewniej ruszyli 

      Lecz w tej walce odwiecznej, wszyscyśmy zbłądzili, 

      Oni giną bez celu, my - w sędziów przebrani, 

      Zamiast dłoń im podać, trwamy wciąż niechciani. 

       

      Klim:  

      Nie kładź dłoni pod stopy, niech kamień porani, 

      Dom z piasku beztroski przy stałym wietrze runie. 

      Bez smaku swej porażki - jak zwycięstwo poznać? 

      Zostaną tylko cieniem, ślepi blaskiem klęski 

      Niegotowi być szańcem, innych panów przyszłych. 

      Świata krwi i zmęczenia, jaką mądrość zmieni? 

       

      Katia: 

      Już ja rady nie daje, mężu mój kochany! 

      Ależ tak pięknie mówisz, jakbyś dzieło tworzył, 

      Dużo słów wokół krąży, a mało polotu. 

      Bo przecież wilk młode, uczy na swą modłę, 

      A tygrys po tygrysie, królem tajgi będzie, 

      A więc człowiek człowieka? Wrogiem pozostanie. 

       

      Już sama jak Ty teraz, dziwną mową mówię, 

      Proste to lekcje głoszę, starzy mnie nauczali. 

      Co noga się potknie, nie łam jej zawczasu, 

      Bo wczoraj jakiś wypadek, dziś ciebie napotka. 

      A te miasta największe? Jakby walczyć musieli, 

      Zamiast miast, nory małe, jak myszki ukryci. 

       

      Sama siebie pytam i ciebie zaś pytam: 

      Na cóż te filozofie, nad prostą tak prawdę? 

       

      Klim: 

      Próżno im ścieżkę mościć, gdy łakną bezdroży, 

      Bo za carów nas mają, do buntu zmuszeni. 

      Nasza opieka jest jak łańcuchy najsroższe, 

      Co zerwać je potrzeba, by poczuć, że żyjesz. 

      Często zaś kiedy pomoc, nieść każdemu chcemy, 

      Sprawdzić należy wtedy, kto chce, kto potrzebuje. 

       

      Zaś filozof – my wszyscy, co łóżka ścielają, 

      Bo spróbuj nie pościelić - cynikiem okrzykną. 

       

      Więc czy mnie kara spotka, gdy odrzucę syna 

      Marnotrawnego, zbłądził przecież na życzenie. 

      Językiem przemawiam takim, bo stać chce najwyżej, 

      Chociaż bym bardzo chciał, mowa nadal prosta. 

      Prawdę mówisz - rację - tobie ją oddaję, 

      Lecz co mi po prawdzie, duszy nie raduje. 

       

      Katia: 

      Końca pragniesz rozmowy, młodych już zostawić. 

      Bo przecież tęskno ci tam, na twe dawne czasy, 

      Na rękach miłość nosić, siłą mnie zachwycać. 

      Teraz, gdy ciągle stoję, tutaj - tuż przed tobą, 

      Silę swą wciąż posiadam, choć silna już byłam. 

      Powiedz, mój ukochany, czemu szczerze tęsknisz? 

       

      Klim: 

      Tęsknię za świtem, co budził dzień piękny 

      I wstawać musiałem, bo życie choć czekało 

      Gotowe już przynieść mi, szalone przygody. 

      Tęsknie za machorkami, zapachem młodości, 

      Choć teraz papierosy – bez wódki mi szkodzą, 

      A że wszyscy odeszli – fajki nie zapalę. 

       

      Tęsknię za przyjaciółką, ogniska wzniecała, 

      Cudowna była chwila, gdy zbierali się 

      Ludzie, moi kochani, by krzyczeć miłości 

      Wyznania, do miłości, co już - już pomarła! 

      A reszta mych przyjaciół - kochani są oni, 

      Bo starość mi przyjemną - przyjemną sprawiają. 

       

      Wczoraj moim jest zegarem,  

      Starość - mym wspomnienia darem, 

      Oni mury mi stawiają, 

      Mnie w swej ciszy układają. 

      Nie chcę jutra, nie chcę chwili, 

      Byle oni wciąż tu byli! 

       

      Gubię się w tym, to prawda – to moja kroplówka! 

      Żyć mi wciąż, wciąż pomaga, dla ciebie kochana! 

      Za tobą tęsknię przecież, najbardziej na świecie. 

      Zaś wesoło ja śpiewam, swe milutkie wtem nuty: 

       

      Co było za potem - dziś izbą nam rządzi 

      I jutro i dzisiaj - w tych kątach się błądzi, 

      To czas nas pilnuje – jak jeńców w zagrodzie, 

      W kominie mróz siedzi - w wychłodłej gospodzie 

      Te lata minęły - w gdzieś w lasy dalekie, 

      Bo co raz zginęło - zaginie na wieki! 

       

      I bardzo tęsknie za tym, by móc tak coś śpiewać 

      Coś co głosem pobudzi, duszę dziecka, moją 

      Moją duszę, co dzieckiem nie jest i nie będzie. 

       

      Katia 

      Klimie! Mój Ty kochany – tak ból wielki nosisz. 

      Cały przeszły Boży świat, cierpi teraz z nami, 

      Bo ja też ból odczuwam, to bardziej Ty żywy, 

      Wśród i pieśni, i ognia, a za mną to wcale. 

      Zmarły już Ty, Ty jesteś - Kochany, cóż mówić. 

      To powiem, bo to lek mam, gotowy dla ciebie.   

       

      Co takiego? 

       

      Myszki, koniki czy wilki, w stronę wody biegną, 

      Widzą wodę, widzą coś - coś co w myk wypiją! 

      Doda siły, zmysł zaś też - poprawi im również. 

      Wszakże i ja skorzystam, z daru Bożej wody 

      A w dzbanku, tu przy tobie, całkiem jest jej dużo. 

      Taka woda zdrowia... doda! 

      ---------------

      Leje wodę prosto w oczy, 

      Zimna struga po nim broczy 

      Zmyła duchy, zmyła plany, 

      Siedzi Klimient pokonany 

      Woda ścieka na gazety, 

      Finał bzdury i tandety! 

      Ona stoi, dzbanek trzyma, 

      Wzrokiem tnie jak ostra zima. 

      -------------------

      Klim: 

      Dlaczego? Czym ja? Czym ja? Sobie zasłużyłem? 

      Prawdę mówię, co czuję, a Ty mnie tak ranisz! 

      Woda, co ci to dało? Zimno, Boże, mokro! 

      Ciepło trochę, ale Boże! Trzeba ci to było? 

      Jak ja teraz spać pójdę, mokry przez – przez ciebie! 

      Ten świat, litości nie ma, człowiekowi cierpieć 

      Nie da! 

       

      Katia: 

      Mężu, mężu Ty żyjesz! Już myślałam szczerze,  

      Że te duchy złe, przeszłe ode mnie zabrały 

      Męża mojego, męża, co Boże zobacz 

      Za zmarłego już miałam, a on teraz żyje, 

      A czy ci nie mówiłam, że lek ja mam dobry? 

      Żonę taką masz miłą, że w nocy pomoże. 

       

      Więc gdy cię tak słuchałam, pomóc chciałam jakoś 

      Słowem - nie umiałam, bo dziwny bardzo jesteś. 

      W myślach dużo widziałaś, przeszły lęk, zapachy 

      I za mną tęsknisz, choć ja, nadal twoja żona 

      Taka sama byłam, bo odkąd ciebie kocham 

      Męża nie mogę poznać, takie brednie mówisz! 

       

      Klim: 

      I powiem, że rację masz, dobrze więc zrobiłaś 

      Żyw, bo żywy jestem, teraz żywo widzę 

      Ciebie! Żeś mnie oblała! Nie sposób już myśleć 

      O czymkolwiek, bo żona przerwać tą rozmowę 

      Musiała! Choć rozumiem, przynajmniej próbuje 

      Jeszcze cierpliwie siedzieć, bo mnie – mnie pouczasz 

       

      Więc racja, żono moja, nas spotkać coś musi, 

      Spójrz na mnie, jestem mokry, Ty mi to wypomnisz, 

      Uśmiech mi swój pokażesz - piękny jak to zawsze, 

      Ja – ze wstydu się spale! I śmiechem odpowiem, 

      Bo czyż nie po to jednak gorycz człowiek czuje, 

      Żeby zawsze pamiętał - żyje i żyć będzie? 

       

      I myślę - wyleczyłaś - męża wnet swojego 

      Chociaż strasznie cierpiałem, to ból był, ale płytki. 

      Płytki to on być musiał, skoro twoja woda, 

      Szybciutko już podsuwa, takie przemyślenia, 

       

      Katia: 

      Więc teraz lepiej patrzeć, na ciebie, mój miły, 

      Bo dużo już rozumiesz, takie mam wrażenie. 

      Choć o wszystkim pamiętasz, o jednym nie myślisz, 

      Wszystko miałeś - straciłeś, a co zaś posiadasz? 

      Myślę, że masz, chociaż Ty ślepy i niewdzięczny, 

      Gniewam się, Klimie drogi, o mnie zapomniałeś. 

       

      Klim: 

      Co? Żono, szczęście moje! Ty wiedzieć to musisz, 

      Że ja naprawdę, ale na -  

      --------

      Katia wyszła, drzwi zamknęła 

      Klim na fotelu sam zostaje 

      Próżne słowa, próżne żale 

      Koniec baśni, koniec bajki! 

       

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @KOBIETA Le-sław ma tajne kody? Ale kiepskie ody. Może zgłosił, napisał skargę, a admin okazał łaskę i usunął wynik z "tablicy".   Właściwie przestało mnie to interesować.
    • brzrzrzrz   Nie pytaj dlaczego   Ważka   Brzęczy co rano   Żżżż    Nad brzegiem   Ryczaju   W pościelowym gaju 
    • okna wiszą w ciemności jak zimne akwaria miasto głęboko pod nami mruczy w kablach w rurach w wybebeszonych ulicach wchodzę do windy metalowa matryca lustra powielają milczenie tracąc kształt w nieskończoności szklane oko kamery w narożniku sufitu żre obecność bez mrugnięcia jak bezduszny świadek który nie odróżnia modlitwy od erekcji od głodu od drżenia ciała drzwi prawie się schodzą i wtedy twoja ręka przebija je w ostatnim calu wchodzisz gwałtownie jakby noc wciąż trzymała cię za kark pachniesz lodowatym tlenem mokrym asfaltem i tym nagłym zwierzęciem które wibruje pod twoją skórą drzwi ryglowane ciężkim klik krwawe cyfry nad nami rosną w neonowym odliczaniu w szybie wysoko nad kabiną stalowy kabel wyje pod ciężarem naszej ciszy jedyny nerw wyrwany z krtani miasta napięty do pęknięcia napięty tak mocno że zaczyna pamiętać ból stoimy za blisko zbyt blisko na obcych to już jest wtargnięcie twoje ramię parzy moje ten dotyk nie znika wgryza się znajduje drogę do tętnic winda szarpie w górę lekki wstrząs metal dyszy twoje oczy są gęste niecierpliwe pełne nocnego żaru patrzysz tak jakbyś mnie rozcinała jakbyś przypominała sobie topografię moich blizn i moich szwów smak soli na karku twoja dłoń kotwiczy na moim biodrze a grawitacja zdycha bez pytania to jest spokój drapieżnika który odnalazł swoje terytorium swoją własność piętra mijają dziewięć dziesięć jedenaście w tej ciasnej puszce powietrze zaczyna drżeć i gęstnieć od skóry od potu od ciepła twoje włosy na mojej szyi są jak zapalnik cichy prąd idzie po kręgach w dół kręgosłupa twój oddech jest za krótki zbyt gorący na miejsce gdzie ludzie mają tylko stać i milczeć czekając na ocalenie drzwi twoje usta przy moich bez słów ciało wykłada swoją rację powoli brutalnie cierpliwie nieodwołalnie palce ryją nowy alfabet - mój ból i rozkosz w szybie windy metal skowyczy jakby budynek poczuł że w jego sterylnym wnętrzu pękło coś żywego krwistego i niebezpiecznego twoje udo twarde ciepłe i czułe dyktuje moją uległość twarz przy twarzy usta tak blisko że ślina miesza się ze śliną że oddech miesza się z oddechem ta stalowa klatka zawieszona w próżni szybu staje się jedyną amboną świata gdzie liczy się tylko prawo skóry przyciągasz mnie nie ma już pomiędzy jest tylko łomot serca i to bezwstydne wycie mięśni głód który nie potrzebuje nazwisk bo jest starszy niż język nasze tkanki pamiętają się z jakiegoś pierwotnego błotnistego życia gdzie ciało było jedyną mową winda zwalnia świat pod nami karleje świat nad nami jeszcze nie wie a tutaj w tej skrzyni uniesionej w noc twoje usta pożerają mój oddech zachłannie jak ostatni haust powietrza pod wodą ciało wierzy natychmiast choć drzwi zaraz wyplują nas w jasny korytarz choć beton upomni się o schematy i swoje reguły przez te kilka sekund między jednym piętrem a drugim  - zewnątrz nie istnieje wieżowiec jest tylko klatką piersiową w której bije nasze wspólne jedyne tętno ten beton ta noc to miasto są tylko tłem dla potu na twojej skórze dla tego krótkiego czarnego pożaru który trawi nas bez pytania który zapala się między ludźmi dwoje obcych ludzi w mechanicznym sercu kolosa zatrzymało obrót ziemi w jednym wspólnym spalającym nas oddechu          
    • "Na odwrocie paragonu" Poezja to nie bilet ani żaden VIP dla wybranych; nie tym, co odpowiedzi w obłokach szukają, co to dusza. Nie wyrasta z dyplomów ni pochwał przez mędrców samonazwanych, gdy słowo z myśli prosto w serce szczere jak pocisk wyrusza. To nie są wyścigi po wieńce, które gniją u krytyka, ani żadne egzaminy dla elity w sztywnym kołnierzu. Na co dzień ona nie śpi w tomiszczach, gdzie tylko kurz spotyka – nie znajdziesz jej w herbach pochodzenia ani w pańskim spichlerzu. Możesz mieć dłonie w smarze, jak również buty z grubą zelówką, być tam, gdzie serce pęka lub cieszy dziecko radosną wiosną. Te słowa, które w tobie siedzą, wypuść na wolność stalówką – chociażby na odwrocie paragonu, niech z napiwkiem wzrosną. Poezja nie zdobi salonów – ona jest jak kromka chleba, jest jak te drzwi, które dla wszystkich stoją otwarte na oścież. Jeden z niej rzeźbi diamenty, bo taka jest jego potrzeba, drugi zaś rzuci testament – najkrótszą drogą i najprościej. I obydwa są tak samo ważne i tyle samo warte. Prawdziwe wiersze są stołem, przy którym każdy usiąść może. Nie bój się, że masz słownictwo surowe i czasem uparte – tutaj nie mierzy się twych wersów linijką o żadnej porze. Nie słuchaj wykładów, kiedy w tobie tętni rozmowa żywa; stare wieńce laurowe już dawno nikogo nie wzruszają. Jeśli coś cię uwiera, rodzi się w tobie, twój mózg rozrywa – to jest to prawdziwa sztuka, którą ludzie w sobie miewają. Poezja nam służy po to, by wreszcie przerwać milczenie głów, gdy rzeczywistość robi się ciasna i pęka twoja szuflada. Usiądź wtedy śmiało przy tym stole we wspólnym szeleście słów – chleb jest nasz, ten wspólny, w którym jest i twoja własna prawda. -Leszek Piotr Laskowski
    • @Berenika97 Świetna miniaturka. I na czasie :)   Przedwiośnie kusi. Jak każda nowa ułuda. Pij, póki słodkie.   Pozdrawiam
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...