Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Mężczyzna, leżący na łóżku uniósł się na chwilę do góry. Oparł cały tułów na jednej ręce. Sprawiało mu to dużą trudność, wyglądał jak pacjent po narkozie. Wyciągnął głowę bliżej otwartych drzwi, przez które było widać kawałek korytarza. Zwrócił swoją twarz w tamtą stronę.
– Siostro, siostro – mężczyzna wykrzykiwał w stronę otwartych drzwi.
– Siostro! – wrzasnął na cały głos, aż pacjent leżący pod oknem uniósł głowę. Oparł się na łokciach i zwrócił się w stronę wołającego.
– Przecież może pan nacisnąć dzwonek, po co..
Pielęgniarka wkroczyła zdecydowanym krokiem do sali i skierowała się w stronę wołającego.
– Proszę nie krzyczeć, panie Wacławie, przecież inni pacjenci chcą spać. – poprawiła mu koc i zaczęła układać go do pozycji leżącej. Pacjent stawiał lekki opór.
– Siostro, to moja żona była. To ona, wychodziła od profesora…widziałem. Po co ona tam chodzi?...siostro. Ona coś..
– Jak to po co? Bo dba o pana, chce pana jak najszybciej wyleczyć a pan jeszcze narzeka. Oj, wstydziłby się pan. Niejeden chciałby mieć taką żonę – przerwała mu i teraz nie dopuszczała do głosu. Mężczyzna patrzył się na nią spode łba.
– Ale, ja nie jestem chory, po co mnie tu trzymają? To ona, wmawia mi jakieś choroby.
– Panie Wacławie, jak panu nie wstyd takie rzeczy opowiadać – spojrzała się z przerażeniem na słuchającego tej rozmowy pacjenta pod oknem – jeszcze pan Janusz, pomyśli sobie nie wiadomo co – starała się przykryć wołającego kocem.
– A co?. Nic mi nie jest, to ona mnie tu przywiozła. Zawsze byłem zdrowy a teraz mówi, że coś się dzieje. Nikt w mojej rodzinie nigdy nie chorował na serce a tu teraz takie rzeczy.
– No wie pan, każda choroba kiedyś się zaczyna – nie dawała za wygraną.
– Ale, z czego tak nagle? – warczał zły pacjent.
– Może, zdenerwował się pan albo jakiś duży wysiłek.. – do rozmowy włączył się starszy pan z naprzeciwka.
– No właśnie. Jest mnóstwo powodów przez które człowiek może zachorować.
– Może w chemii pan pracował albo w kopalni – starszy pan pod oknem nie dawał za wygraną. Usiadł na łóżku i machał nogami.
– W kopalni…w kopalni to ja byłem raz, żeby pozwiedzać – żachnął się na rozmówcę.
– No, widzi pan…i wystarczyło – siostra chciała zakończyć rozmowę.
– Co, też pani mówi? Żarty pani opowiada… raz w kopalni..
– Już, spać panie Wacławie, bo inni przez pana nie mogą się zdrzemnąć po obiedzie. A trzeba odpocząć, bo jutro ma pan dużo badań…z tą pana arytmią…hm, nie jest dobrze. Proszę połknąć tabletki i popić.
– Z arytmią nigdy nie jest dobrze, sama nazwa wskazuje, że…– do rozmowy włączył się pan Janusz.
– Bez filozofii mi tu. Proszę grzecznie położyć się i leżeć – skończyła za niego i wyszła z sali………………………………………

……….drzwi od gabinetu profesora otworzyły się i w progu pokazała się postać siostry Doroty. Profesor odwrócił głowę od papierów na biurku a po sekundzie znów zanurzył się w duże ilości papierzysk. Dorota zbliżyła się do biurka i usiadła na krzesełku. Wyciągnęła papierosa i zapaliła go, mocno się zaciągając. Patrzyła, na otwarte szeroko okno. Przez chwilę panowała cisza.
– Dobrze, że przyszłaś…będę miał coś dla ciebie – profesor nie odrywał oczu od papierów.
– Wiem.
Profesor podniósł głowę znad skoroszytów i kartek dokumentów.
– Domyśliłam się jak zobaczyłam – zaciągnęła się ponownie tak mocno jak tłok w cylindrze – …...jak wychodzi od ciebie – nie spojrzała nawet na chwilę na swojego rozmówcę. Profesor odłożył papiery na bok, pomasował czoło koniuszkami palców i spojrzał się na siostrę.
– Zawsze uważałem cię za inteligentną osobę…dlatego jesteś w tym – kobieta zwróciła twarz po raz pierwszy na swojego rozmówcę – …jesteś z nami – poprawił się szybko. Spojrzeli sobie w twarz i przez chwilę nikt się nie odezwał. Siostra zgasiła papierosa mocno go wciskając w popielniczkę. Poprawiła swój uniform.
– Kiedy ?
– Jak najszybciej…całą ekipę trzeba zebrać. Rajmund wypisze papier…jak zawsze – zamyślił się na chwilę – strasznie się jej śpieszy. Jest młodsza od niego, no i ten jego zakład kamieniarski. Sama rozumiesz – Dorota oglądała swoje paznokcie i wyglądało, że to jest teraz najważniejsza rzecz na świecie. Podniosła się z krzesła i strzepnęła niewidzialny pył ze swojego fartucha.
– Dodatkowo 50%...od normalnej stawki – wypowiedziała to spokojnym ale mocnym tonem. Skierowała się w stronę drzwi.
– Żartujesz? – w jego głosie zabrzmiała nadzieja.
– Nie. Nie żartuję – zabrzmiało to tak zdecydowanie jak trząśniecie drzwiami.

* * * * * *
Młodziutka dziewczyna w fartuchu, weszła cichutko do sali. Zaczęła zbierać naczynka po pastylkach, kiedy na łóżku podniósł się pan Wacław. Popatrzył w stronę drzwi i cichutko zawołał do niej.
– Siostrzyczko…siostrzyczko – jego głos był ledwo słyszalny ale dziewczyna odwróciła się. Patrzyła się na niego swoimi niebieskimi oczętami.
– Niech siostrzyczka podejdzie, proszę – pokazał ruch ręką. Siostra przez moment zawahała się ale w końcu podeszła. Pacjent podniósł się jeszcze bardziej.
– Siostro, proszę mnie posłuchać..
– Ja nie jestem siostrą, zbieram tylko punkty na studia i pracuję tutaj jako wolontariuszka.
– Nie szkodzi ale jest siostra…siostrzyczko, ja mam…ja…to znaczy mnie wykończą , ja to wiem, ja wiem.
– Co też pan mówi, nie można tak..
– Można, można, ja to wiem. Ja dam siostrzyczce, taki numer do skrytki i siostra tam pójdzie i wybierze wszystko co tam jest.
– To, proszę to dać swojej żonie, ja..ja..ja nie wiem – patrzyła przestraszona na niego.
– Tej francy, nie, nigdy. Pani jest taka dobra dla mnie. Zawsze mi pani pomaga.
– Staram się – opuściła oczęta w dół.
– Tutaj jest adres i numer i hasło. Proszę tam iść i wziąć wszystko, co tam jest. To takie różne rzeczy i trochę dolarów…przyda się siostrze na te studia.
– Panie Wacławie, tak nie można…to są pańskie rzeczy – dziewczyna, głowę miała cały czas spuszczoną. Wacław zbliżył swoją twarz do jej ucha.
– Można, można a nawet trzeba – pogłaskał ją po głowie i wcisnął kawałek kartki do kieszeni fartucha.

* * * * * *

Kobieta w średnim wieku, weszła do gabinetu profesora, bez pukania. Usiadła przy biurku i założyła nogę na nogę. Kapelusz na jej głowie, zakrywał część twarzy.
– Co, takiego się stało, że aż wezwał mnie pan do siebie? – zapytała z nieukrywanym zdziwieniem. Profesor wyprostował się na swoim fotelu.
– Otóż, nastąpiły pewne zmiany, niezależne ode mnie. Nie duże….ale jednak są.
Kobieta również wyprostowała się i czekała na dalsze wyjaśnienia.
– Ktoś, że tak powiem z ekipy, ktoś ważny w naszym ogniwie zdecydował się podnieść stawkę…tylko o 50% – powiedział to jak sprzedawca w markecie.
– Żartuje …pan
– Nie. Nie żartuję – powiedział to tak dosadnie, ze kobieta nie wiedziała co ma powiedzieć przez chwilę. Zapanowała cisza, którą przerwała wielka mucha, dotychczas siedząca na parapecie. Kobiet spojrzała na swoje pierścionki na palcach.
– Dobrze, zakończmy już tą sprawę… jak najszybciej – westchnęła i wstała z krzesła. Podeszła w stronę drzwi. Profesor wstał znad biurka.
– I ja tak sądzę, droga pani – kobieta nie odpowiedział, zamknęła dosyć głośno drzwi za sobą.

* * * * * *

Siostra Dorota weszła cichutko do sali. W środku, młoda dziewczyna wycierała stolik stojący przy łóżku. Siostra zbliżyła się do niej.
– Marzenko, idź do sali 112 i zrób tam dokładny porządek, zwłaszcza łóżka po…
– Ale, ja byłam w 112, przed obiadem i posprzątałam tam.
– To, posprzątaj lepiej a zwłaszcza zajmij się łóżkiem pani Domańskiej i przetrzyj wszystkie okna dokładnie. Masz na to 2 godziny. Profesor będzie dzisiaj dokładnie sprawdzał tą salę. Osobiście! – jej ton wskoczył na tory służbowe.
– Dobrze, pani Doroto, już idę – dziewczyna wzięła szmatkę w rękę i wyszła z sali.
Siostra, szybkim ruchem wyjęła z kieszeni strzykawkę, nałożyła na nią igłę. Powtórnie sięgnęła do kieszeni, tym razem wyjęła stamtąd ampułkę z lekarstwem. Momentalnie odcięła końcówkę i wyciągnęła całą zawartość ampułki, strzykawką. Przyłożyła ją do pośladka, leżącego mężczyzny i energicznie nacisnęła na tłoczek. Mężczyzna, po chwili poruszył się i otworzył oczy.
– Co, to? Co, się dzieje? – patrzył się rozespanymi oczyma na nią.
- Nic, nic. To tylko próba, na uczulenie. Spać, cichutko.
Mężczyzna westchnął i zamknął oczy. Siostra pogłaskała go po głowie i przejechała ręką po twarzy. Potem, zrobiła znak krzyża w powietrzu i zabrała resztki opakowania po medykamentach

* * * * * *

Tłumek ludzi, właśnie się powoli rozchodził. Jeszcze kilka osób stało i rozmawiało cicho. Niektórzy, jeszcze raz podchodzili do kopca ziemi i zapalali świeczkę. Starszy pan w okularach stał między dwoma, też nie młodymi już kobietami.
–Taki zdrowy chłop, żeby szedł do piachu. Żadnych chorób nie miał. Kto to widział..panie.. – mężczyzna był wyraźnie zbulwersowany.
– Jaki zdrowy? Każdy ma jakieś choroby, tylko o nich nie wie. Lekarze, właśnie są od tego, żeby poznali je – otyła pani skierowała swoje słowa do niego.
– A, mnie to wszystko...to jakaś dziwna sprawa z tymi jego chorobami – mężczyzna nie dawał za wygraną.
– Panie, jaka dziwna. Toż sam profesor, wziął sprawę w swoje ręce. I to jaki, profesor!
– To, ciekawe, dlaczego go nie wyleczył?
– Dlaczego? Bo to była śmiertelna choroba. A ona, biedaczka, wszystkie pierścionki sprzedała….żeby go ratowali, za wszelką cenę – wtrąciła się druga z kobiet.
Obok rozmawiających, przeszła właśnie wdowa. Starszy pan zauważył brak pierścionków na palcach. Zawsze nosiła je ostentacyjnie.
– A, to, to prawda. Leczenie, to kosztuje strasznie drogo – powiedział jakby do siebie i przypomniał sobie o wylatującym mu dysku. Odszedł od kobiet i poszedł aleją w kierunku wyjścia. Do grobu podeszła jeszcze młodziutka dziewczyna o jasnych włosach i błękitnych oczach. Nachyliła się i zapaliła małą lampkę.
– Dziękuję – powiedziała cichutko i przestawiła lampkę na grób, bliżej krzyża, na palcu miała piękny, złoty pierścionek, który świecił się w promieniach marcowego słońca.

Opublikowano

Dziękuję, za miłe słowa. :) Stanisławo.

Też nie wiem, czemu to ma służyć...:) Pewnie, temu, że mam mało czasu i piszę tak szybko, że stawiam je chaotycznie a zawsze byłem dobry w szkole z interpunkcji. Przerwa w treningach ...wychodzi.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Za moimi plecami pojawił się enkawudzista. Był w doskonałym humorze. I nie wiedziałem tylko czy to z powodu tego, że wiedział o tym, że Żerebcow wywołuje  tak wielkie uczucie strachu, czy może z powodu  rozkazów jakie mu przekazano.   Wychodź Żerebcow. Koniec wycieczki. Kota zostaw nie będzie Ci potrzebny,  mały, czarny pluszak. Teraz będziesz co najwyżej tulił się z zimna do ciał kolegów w baraku.   Żerebcow już miał zamiar prostować kolana, gdy enkawudzista poklepał mnie  zuchwale po ramieniu.   Rozkazy się zmieniły lejtnancie. Góra nie chcę już więcej o nim słyszeć  ani przerzucać go z miejsca w miejsce. Dość już jego wątpliwej legendy. Podobno nie można go zabić. Podobno odradza się zawsze po egzekucji. Drugi pieprzony Rasputin. Ale nie ma takiego Diabła,  którego nie potrafiłby zgładzić  ludowy komisariat obrony. Prawdziwy człowiek radziecki  i piekło może zamrozić jeśli tylko chcę. Plan jest taki. Wy lejtnancie jedziecie z nim do lasu. Kierowca zna miejsce. Moi ludzie już wszystko tam przygotowali. Wysiadacie wieczorem. On klęka, wy strzelacie.  Moi dobijają bagnetami. Nawet go nie grzebcie. Wilki i niedźwiedzie  posilą się krwawą padliną. Wracacie w nocy. Spisujemy raport. Wychylamy kilka szklanek  za dobrze wykonaną robotę. W tajemnicy Wam powiem lejtnancie, że za zabicie tego wrzoda  na radzieckim organizmie, dostaniecie order czerwonego sztandaru, sam towarzysz Beria za tym optował. A nie powiecie mi chyba, że nie chcielibyście dostać  przepustki do stolicy. Tu tylko jaja można sobie odmrozić. A tam będziecie towarzysz i gieroj. Bohater naszych czasów. Ta akcja nie może czekać. Jeździe już teraz. Dopilnuję obozu przez te kilka godzin.   Uścisnął mi rękę i prawie siłą  wepchnął na pakę ciężarówki. Chciałem więcej wyjaśnień, omówić plan działania. Zamierzałem się sprzeciwić. Ale co mógł prosty czerwonoarmista  wobec potęgi komisariatu obrony. Wobec całej potężnej maszyny śmierci.    Kierowca rzucił okiem za siebie  i zauważył że usadowiłem się niemrawo prawie dokładnie naprzeciw literata.   Jeśli coś będzie nie tak lejtnancie, krzyczcie a najlepiej  bijcie dłonią w ścianę szoferki. Ja mam tu pistolet. Spojrzałem z niedowierzaniem  na enkawudzistę    Jak mam eskortować więźnia bez broni? Chcę wrócić po pistolet i proszę o eskortę w postaci dwóch dodatkowych ludzi. Moich zaufanych ludzi.   Enkawudzista machnął tylko ręką.   Eskorta do Żerebcowa?! On nigdzie nie ucieknie. Zresztą dokąd? Do najbliższej większej osady przeszło osiemdziesiąt kilometrów. Do miasta trzysta. A na termometrze dziś  prawie minus trzydzieści pięć stopni. Zresztą on nawet nie jest związany. Nie musi. Nie wie na jakim świecie jest. Nie odzywa się słowem od tygodni. Zresztą zobaczcie sami.   I faktycznie Żerebcow stwarzał pozór osoby obłąkanej i zupełnie nieobecnej w rzeczywistości. Nie wiem czy rozumiał o czym rozmawialiśmy. Czy wiedział o tym, że za kilka godzin zginie? Czy rozumiał cokolwiek  z tego co się wokół działo. Siedział i z błogim uśmiechem małego chłopca,  głaskał kota,  który zdążył zasnąć na jego kolanach. Widać literat i kot  byli razem w siódmym niebie. Ciężko było dyskutować o tym  co powinno się zrobić  i jak powinno się teraz postąpić. To był rozkaz,  którego nie mogłem zlekceważyć.   Jechaliśmy już przeszło godzinę. Kilka minut temu, rozpadał się ostry, wirujący dziko na wietrze śnieg. Przesiąkłem odorem paki. Wszystko wokół cuchnęło. Na dodatek opary paliwa  łatwo przechodziły na tył pojazdu i powodowały astmatyczne napady  duszności i kaszlu. Żerebcow nie reagował. Miał zamknięte oczy  i odchyloną delikatnie głowę. Ale nie spał. Wydawało się jakby słuchał tej ciszy. Jak gdyby delektował się podróżą  w swoich własnych myślach. Może pisał w nich kolejny wiersz. List pożegnalny. A może jednak był pewny ocalenia. Kolejnej cudownej ucieczki  i oszukania systemu. Tutaj jednak mógł usłyszeć go jedynie  Bóg i Diabeł. No i ja, gdyby tylko  chciał wreszcie cokolwiek powiedzieć.   Kierowca jechał bardzo ostrożnie  a mimo to ciągle łamaliśmy pod kołami, powalone pnie, korzenie i zbitą zmarzlinę, która była tutaj po prostu drogą do nikąd. Byłem bardzo zdenerwowany a nie miałem przy sobie  nawet grama tytoniu i bibuły. Wódki też nie. A zająłbym chociaż czymkolwiek, ciągle drżące z przejęcia dłonie. Nagle, zupełnie bez zapowiedzi, z rogu paki wypłynęło źródło głosu. Były to słowa wypowiadane  starannie, powoli wręcz sennie. Był to głos cichy lecz mocny. Wychodzący jednak jakby spod ziemi.     Lejtnancie… zaczął cicho Paweł Fiodorowicz, nie odrywając wzroku  od narzuconego brezentu  Mówi Wam coś nazwisko Levenstern?  Był Waszą ostatnią ofiarą, prawda?   Drgnąłem, gdzieś wewnątrz. Serce zakuło mnie w piersi  a w krtani narosła twarda kula. Nie winy. Nie wstydu. A paraliżującego strachu. Jak to możliwe?! To nazwisko powinno leżeć w ciszy tajgi. Nikt o tym nie mógł wiedzieć. Nikt!   Skąd o nim wiecie, Żerebcow?  Wychrypiałem nie patrząc na pasażera. Co wam do niego?   Był szpiegiem niemieckim w czasie wojny...  a raczej tak właśnie sfabrykowano dowody.   Kontynuował literat  z tym samym niepokojącym spokojem,  jakby czytał nekrolog w porannej gazecie.   Zastrzeliliście go dokładnie tam,  dokąd mnie teraz zabieracie.  Widzę go, Lejtnancie.  Stoi tam i czeka na towarzystwo.     Poczułem, jak pot spływa mi po karku,  mimo dojmującego mrozu.  Kim on jest? Świętym? Przeklętym? Carskim upiorem dawnej epoki? A może sumieniem kata? Bo nie literatem. Był mistrzem z piekła rodem.   Nawet jeśli, Żerebcow...  to już niedługo Wy zajmiecie jego miejsce ostatniego w wyliczance.   Uciąłem brutalnie,  odzyskując na moment pewność siebie.    Kierowca o mało co nie wywrócił nas do rowu, którego nie zauważył przed nosem pojazdu. Zawieszenie jęknęło, koła po lewej stronie oderwały się od podłoża i bardzo opornie wracały na swoje pierwotne miejsce. Dopiero teraz Żerebcow  jakby ocknął się z maligny. Wyjrzał do szoferki i radośnie oświadczył w przestrzeń lub do rozmówcy w swoim umyśle.   Był ostatni.  Szepnął radośnie.  Gładząc się po skołtunionych włosach.   Będzie ostatni.  Odpowiedział trzeci głos.   Zamarłem jak panujący wokół mrok i mróz To nie był głos Żerebcowa,  ani tym bardziej, przerażonego kierowcy.  To był dźwięk niski, chropowaty,  wibrujący jak pomruk nienasyconego pieca.  To było absolutne szaleństwo ale zwróciłem powoli wzrok na ostatniego pasażera.   Kocur zdawał się spać,  pogrążony w błogim spokoju,  ale gdy mój wzrok spoczął na jego futrze, zwierzę powoli otworzyło prawe oko.  Było złote, głębokie  i pełne nieludzkiej wiedzy.  Kot nagle puścił do mnie oczko  a na jego pyszczku wykwitł  ten sam podle ludzki uśmiech,  który zwiastował koniec pewnego świata.    Przecież... to tylko kot. Wybełkotał kierowca,  ale jego głos utonął w wyciu silnika,  który nagle wszedł  na nienaturalnie wysokie obroty,  jakby chciał uciec  z tego przeklętego Studebakera. Żerebcow cicho przytaknął a kocur znów zamknął oko,  mrucząc rytmicznie Ostatni... ostatni…   Znów każdy pogrążył się w swoich myślach. Jego milczenie denerwowało mnie. Doskonale już teraz wiedziałem, że on wie dosłownie o wszystkim. Zna moje ofiary, moje troski i problemy, czuje mój strach, widzi całe moje życie. Dlatego jego milczenia nie odbierałem w kategorii spokoju i harmonii  a drwiny z mojej osoby. Żerebcow znów oparł wysoko głowę  i wbił wzrok w sufit paki. Chciałem zasypać go pytaniami. O twórczość, której szczerze nie znałem. O to czy ma jakąś rodzinę albo dzieci. O jego liczne ucieczki i cudowne ocalenia. Przecież mówi się,  że to piekło we wszystkim mu pomaga. I przynajmniej kot,  jest jakąś częścią tego diabelskiego planu. Ale Żerebcow? Tak nie wygląda Diabeł. Nie wiem jak mógłby wyglądać,  lecz z pewnością nie tak. Nie jak człowiek. Znudzony, zmęczony, dziwnie spokojny zupełnie zwyczajny  a zarazem głęboko niezwykły.   Wreszcie ciężarówka wykonała  ostatnie półkole wokół,  wyrwanej z trudem tajdze polany. Silnik zachłysnął się ostatni raz i zgasł. Naprzeciw naszego pojazdu, zaparkowany był Zis z oddziałem żołnierzy. Nasz kierowca wysiadł do nich pierwszy  i z wyraźną ulgą po opuszczeniu szoferki, ściskał im kolejno dłonie. Byli w szampańskim humorze. Srogo pochlali. Krzyczeli, śmiali się, podskakiwali  i oklepywali ciała,  zamaszystymi ruchami ramion, próbując się ogrzać.   Nie musiałem nic robić z więźniem. Żerebcow zrozumiał, że to finalny postój i wygramolił się niezdarnie na zewnątrz. Kot czmychnął jego śladami. Gdy ja wreszcie uwolniłem się  z tej brezentowej klatki. Stanąłem twarzą w twarz z Żerebcowem. Ten w ogóle nie przejmował się  zadymką śnieżną i stał dumnie wyprostowany i zupełnie nieczuły na wszystko. Oczy literata były jednak inne. Wreszcie pytały i one.   To moja mogiła lejtnancie?  Doskonała. Chłopcy spisali się na medal albo nawet order i wakacje w Odessie.   Zadziwił wszystkich gdy zbliżył się do rowu, wykopanego nierównomiernie i na tempo. Padł przy nim na kolana,  nachylił się i zawołał do ciemni.   Levenstern przyjacielu,  za chwilę będziesz miał towarzystwo.   Chciał jeszcze wstać, lecz dwóch strażników doskoczyło do niego  i brutalnie popchnęli go  nad samą krawędź,  skutej lodem czerni grobu. Nie bronił się, nie wołał Boga ani łaski. Poprawił tylko kołnierz palta. Wywinął go z taką formą etykiety, jak gdyby wchodził na przedstawienie leningradzkiego baletu czy teatru. Przygładził jeszcze włosy, dłuższe kosmyki powędrowały za uszy. Odetchnął jedynie głęboko. Nie z ulgą a ze zniecierpliwienia. Widać skoro mu było w objęcia śmierci, lub do jakiś kolejnych magicznych sztuczek. Jeden ze strażników wręczył mi pistolet.   Wasza kolej towarzyszu lejtnancie. Koniec jego ziemskiej wycieczki. Tym razem Diabeł się nie wywinie. Jeden strzał w głowę  a my dokończymy jeśli będzie trzeba.  Spojrzałem jeszcze za siebie na kierowcę. Gdyby mógł to krzyczałby. Ruchy, ruchy lejtnancie. Moskwa czeka. Gdzieś na granicy polany  zaświeciło się coś złotego. Owalne jak moneta lecz bezsprzecznie żywe. Oko czarnego kocura. Patrzył cały czas. Trzeba będzie też go zastrzelić  razem z jego panem. Tak by mieć spokojne sumienie.   Wyciągnąłem pistolet.  Moja dłoń, dotąd tak karna  i posłuszna systemowi,  drżała w sposób haniebny.  Nie z powodu mrozu.  Czułem, jakby tysiące niewidzialnych mrówek chrzęściło pod moją skórą,  paraliżując każdy nerw.  Spojrzałem na Żerebcowa.  Zgarbiony, spokojny,  z tym samym  błogim uśmiechem małego chłopca,  czekał na uderzenie ołowiu.   Podniosłem broń.  Wycelowałem w potylicę studenta.  Świat wokół zamarł.  Czas przestał biec do przodu,  a pętla fatum zacisnęła się na mojej krtani. Pociągnąłem za spust. Huk rozdarł ciszę tajgi,  a ciało poety runęło bezwładnie  w przygotowany rów. Strażnicy rzucili się do mogiły  jak wściekłe psy. Kuli ciało raz za razem, aż do momentu omdlenia ramion.   A potem nastał poranek. Mgła przedświtu,  gęsta i szara jak dym z podłych papierosów, osiadła nisko nad polaną. Nad polaną na której  nie pozostawiono tylko ciała literata  w płytkim grobie. Śnieg wokół był pełny  czarnego brudu lub sadzy. Drzewa miały okopcone pnie. Wszędzie wokół unosił się także,  drażniący smród siarki. Studebaker i Zis nadal stały frontem do siebie. Nie było wokół nikogo. Ani na polanie ani w lesie, ani na pakach czy w szoferkach. Lejtnant i strażnicy  nie wrócili z akcji do obozu. Oficer czekał na ludzi i raport. Nie było gratulacji, obietnicy awansu. Nie było niczego. Poza ciszą.  Martwą i złowrogą. Wysłano więc kolejny oddział na miejsce. W końcu robota  mogła być wykonana wzorowo. Żerebcow nie żył  a oni w drodze powrotnej, mieli wypadek albo zgubili drogę  w śnieżnej zamieci. Drugi oddział strażników  przybył na miejsce egzekucji z opóźnieniem, klucząc Studebakerem  pośród zwalonych pni.  Gdy żołnierze wysiedli z wozu,  nienaturalna cisza lasu  sparaliżowała ich kroki.     Nad otwartą, czarną mogiłą  stały dwie postaci. Paweł Fiodorowicz Żerebcow,  nienagannie młody,  z czujnym i bystrym wzrokiem petersburskiego filozofa,  trzymał na rękach wielkiego, czarnego kocura. Na jego brudnym palcie  nie było śladu krwi,  a czas wydawał się omijać jego oblicze szerokim, lękliwym łukiem. Obaj z kotem trwali w milczącej zadumie, spoglądając w dół,  do wnętrza ziemnego grobu. Tam, na dnie lodowatego rowu,  pośród grud zmarzliny,  spoczywało ciało lejtnanta.  Jego oczy były szeroko otwarte,  wybałuszone w ostatecznym,  pośmiertnym zdziwieniu,  a na ustach zastygał krwawy spazm paranoi. Martwy kat leżał dokładnie tam,  gdzie kilka godzin wcześniej  miał spocząć poeta.   Żołnierze zamarli na linii drzew,  niezdolni do oddania choćby  jednego strzału z pepesz.  Wtedy, pośród arktycznego milczenia Syberii, czarny kocur uniósł poszarpane lewe ucho, spojrzał na Żerebcowa  i przemówił ludzkim, chropowatym głosem, który wibrował jak  pomruk nienasyconego pieca.   Fatalnie… fatalnie tak mój drogi przyjacielu, stracić zupełnie głowę  dla godnej pożałowania sprawy.   A Żerebcow tylko cicho mu przytaknął,  po czym obaj odwrócili się plecami  do armii straceńców  i odeszli wolnym, dystyngowanym krokiem  w gęstniejącą mgłę tajgi.   Nikt za nimi nie pobiegł ani nie strzelał. Zjawa była wolna. I było tylko kwestią czasu, gdy znów ją schwytają  gdzieś w ciemni rozpadającej się komunałki. Z maszynopisem w jednej dłoni A z kartą wiersza w drugiej.      
    • wiosną koniku wio sną niech wstają ptaszki chcą paszki a może jest morze i rosa i maj i rosną watry wiwaty i wiatry i mają się dobrze kwiaty i krople dżdżu wyłażą dżdżownice i rośnie radośnie tak ona i on jak ja i ty w deszczową toń „Jeśli deszcze w maju, wszystko rośnie jak w gaju” 
    • @Stukacz, @Berenika97, @viola arvensis, @violetta, @Poet Ka  dziękuję bardzo
    • @viola arvensis dziękuję
    • @viola arvensis dziękuję
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...