Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Mężczyzna, leżący na łóżku uniósł się na chwilę do góry. Oparł cały tułów na jednej ręce. Sprawiało mu to dużą trudność, wyglądał jak pacjent po narkozie. Wyciągnął głowę bliżej otwartych drzwi, przez które było widać kawałek korytarza. Zwrócił swoją twarz w tamtą stronę.
– Siostro, siostro – mężczyzna wykrzykiwał w stronę otwartych drzwi.
– Siostro! – wrzasnął na cały głos, aż pacjent leżący pod oknem uniósł głowę. Oparł się na łokciach i zwrócił się w stronę wołającego.
– Przecież może pan nacisnąć dzwonek, po co..
Pielęgniarka wkroczyła zdecydowanym krokiem do sali i skierowała się w stronę wołającego.
– Proszę nie krzyczeć, panie Wacławie, przecież inni pacjenci chcą spać. – poprawiła mu koc i zaczęła układać go do pozycji leżącej. Pacjent stawiał lekki opór.
– Siostro, to moja żona była. To ona, wychodziła od profesora…widziałem. Po co ona tam chodzi?...siostro. Ona coś..
– Jak to po co? Bo dba o pana, chce pana jak najszybciej wyleczyć a pan jeszcze narzeka. Oj, wstydziłby się pan. Niejeden chciałby mieć taką żonę – przerwała mu i teraz nie dopuszczała do głosu. Mężczyzna patrzył się na nią spode łba.
– Ale, ja nie jestem chory, po co mnie tu trzymają? To ona, wmawia mi jakieś choroby.
– Panie Wacławie, jak panu nie wstyd takie rzeczy opowiadać – spojrzała się z przerażeniem na słuchającego tej rozmowy pacjenta pod oknem – jeszcze pan Janusz, pomyśli sobie nie wiadomo co – starała się przykryć wołającego kocem.
– A co?. Nic mi nie jest, to ona mnie tu przywiozła. Zawsze byłem zdrowy a teraz mówi, że coś się dzieje. Nikt w mojej rodzinie nigdy nie chorował na serce a tu teraz takie rzeczy.
– No wie pan, każda choroba kiedyś się zaczyna – nie dawała za wygraną.
– Ale, z czego tak nagle? – warczał zły pacjent.
– Może, zdenerwował się pan albo jakiś duży wysiłek.. – do rozmowy włączył się starszy pan z naprzeciwka.
– No właśnie. Jest mnóstwo powodów przez które człowiek może zachorować.
– Może w chemii pan pracował albo w kopalni – starszy pan pod oknem nie dawał za wygraną. Usiadł na łóżku i machał nogami.
– W kopalni…w kopalni to ja byłem raz, żeby pozwiedzać – żachnął się na rozmówcę.
– No, widzi pan…i wystarczyło – siostra chciała zakończyć rozmowę.
– Co, też pani mówi? Żarty pani opowiada… raz w kopalni..
– Już, spać panie Wacławie, bo inni przez pana nie mogą się zdrzemnąć po obiedzie. A trzeba odpocząć, bo jutro ma pan dużo badań…z tą pana arytmią…hm, nie jest dobrze. Proszę połknąć tabletki i popić.
– Z arytmią nigdy nie jest dobrze, sama nazwa wskazuje, że…– do rozmowy włączył się pan Janusz.
– Bez filozofii mi tu. Proszę grzecznie położyć się i leżeć – skończyła za niego i wyszła z sali………………………………………

……….drzwi od gabinetu profesora otworzyły się i w progu pokazała się postać siostry Doroty. Profesor odwrócił głowę od papierów na biurku a po sekundzie znów zanurzył się w duże ilości papierzysk. Dorota zbliżyła się do biurka i usiadła na krzesełku. Wyciągnęła papierosa i zapaliła go, mocno się zaciągając. Patrzyła, na otwarte szeroko okno. Przez chwilę panowała cisza.
– Dobrze, że przyszłaś…będę miał coś dla ciebie – profesor nie odrywał oczu od papierów.
– Wiem.
Profesor podniósł głowę znad skoroszytów i kartek dokumentów.
– Domyśliłam się jak zobaczyłam – zaciągnęła się ponownie tak mocno jak tłok w cylindrze – …...jak wychodzi od ciebie – nie spojrzała nawet na chwilę na swojego rozmówcę. Profesor odłożył papiery na bok, pomasował czoło koniuszkami palców i spojrzał się na siostrę.
– Zawsze uważałem cię za inteligentną osobę…dlatego jesteś w tym – kobieta zwróciła twarz po raz pierwszy na swojego rozmówcę – …jesteś z nami – poprawił się szybko. Spojrzeli sobie w twarz i przez chwilę nikt się nie odezwał. Siostra zgasiła papierosa mocno go wciskając w popielniczkę. Poprawiła swój uniform.
– Kiedy ?
– Jak najszybciej…całą ekipę trzeba zebrać. Rajmund wypisze papier…jak zawsze – zamyślił się na chwilę – strasznie się jej śpieszy. Jest młodsza od niego, no i ten jego zakład kamieniarski. Sama rozumiesz – Dorota oglądała swoje paznokcie i wyglądało, że to jest teraz najważniejsza rzecz na świecie. Podniosła się z krzesła i strzepnęła niewidzialny pył ze swojego fartucha.
– Dodatkowo 50%...od normalnej stawki – wypowiedziała to spokojnym ale mocnym tonem. Skierowała się w stronę drzwi.
– Żartujesz? – w jego głosie zabrzmiała nadzieja.
– Nie. Nie żartuję – zabrzmiało to tak zdecydowanie jak trząśniecie drzwiami.

* * * * * *
Młodziutka dziewczyna w fartuchu, weszła cichutko do sali. Zaczęła zbierać naczynka po pastylkach, kiedy na łóżku podniósł się pan Wacław. Popatrzył w stronę drzwi i cichutko zawołał do niej.
– Siostrzyczko…siostrzyczko – jego głos był ledwo słyszalny ale dziewczyna odwróciła się. Patrzyła się na niego swoimi niebieskimi oczętami.
– Niech siostrzyczka podejdzie, proszę – pokazał ruch ręką. Siostra przez moment zawahała się ale w końcu podeszła. Pacjent podniósł się jeszcze bardziej.
– Siostro, proszę mnie posłuchać..
– Ja nie jestem siostrą, zbieram tylko punkty na studia i pracuję tutaj jako wolontariuszka.
– Nie szkodzi ale jest siostra…siostrzyczko, ja mam…ja…to znaczy mnie wykończą , ja to wiem, ja wiem.
– Co też pan mówi, nie można tak..
– Można, można, ja to wiem. Ja dam siostrzyczce, taki numer do skrytki i siostra tam pójdzie i wybierze wszystko co tam jest.
– To, proszę to dać swojej żonie, ja..ja..ja nie wiem – patrzyła przestraszona na niego.
– Tej francy, nie, nigdy. Pani jest taka dobra dla mnie. Zawsze mi pani pomaga.
– Staram się – opuściła oczęta w dół.
– Tutaj jest adres i numer i hasło. Proszę tam iść i wziąć wszystko, co tam jest. To takie różne rzeczy i trochę dolarów…przyda się siostrze na te studia.
– Panie Wacławie, tak nie można…to są pańskie rzeczy – dziewczyna, głowę miała cały czas spuszczoną. Wacław zbliżył swoją twarz do jej ucha.
– Można, można a nawet trzeba – pogłaskał ją po głowie i wcisnął kawałek kartki do kieszeni fartucha.

* * * * * *

Kobieta w średnim wieku, weszła do gabinetu profesora, bez pukania. Usiadła przy biurku i założyła nogę na nogę. Kapelusz na jej głowie, zakrywał część twarzy.
– Co, takiego się stało, że aż wezwał mnie pan do siebie? – zapytała z nieukrywanym zdziwieniem. Profesor wyprostował się na swoim fotelu.
– Otóż, nastąpiły pewne zmiany, niezależne ode mnie. Nie duże….ale jednak są.
Kobieta również wyprostowała się i czekała na dalsze wyjaśnienia.
– Ktoś, że tak powiem z ekipy, ktoś ważny w naszym ogniwie zdecydował się podnieść stawkę…tylko o 50% – powiedział to jak sprzedawca w markecie.
– Żartuje …pan
– Nie. Nie żartuję – powiedział to tak dosadnie, ze kobieta nie wiedziała co ma powiedzieć przez chwilę. Zapanowała cisza, którą przerwała wielka mucha, dotychczas siedząca na parapecie. Kobiet spojrzała na swoje pierścionki na palcach.
– Dobrze, zakończmy już tą sprawę… jak najszybciej – westchnęła i wstała z krzesła. Podeszła w stronę drzwi. Profesor wstał znad biurka.
– I ja tak sądzę, droga pani – kobieta nie odpowiedział, zamknęła dosyć głośno drzwi za sobą.

* * * * * *

Siostra Dorota weszła cichutko do sali. W środku, młoda dziewczyna wycierała stolik stojący przy łóżku. Siostra zbliżyła się do niej.
– Marzenko, idź do sali 112 i zrób tam dokładny porządek, zwłaszcza łóżka po…
– Ale, ja byłam w 112, przed obiadem i posprzątałam tam.
– To, posprzątaj lepiej a zwłaszcza zajmij się łóżkiem pani Domańskiej i przetrzyj wszystkie okna dokładnie. Masz na to 2 godziny. Profesor będzie dzisiaj dokładnie sprawdzał tą salę. Osobiście! – jej ton wskoczył na tory służbowe.
– Dobrze, pani Doroto, już idę – dziewczyna wzięła szmatkę w rękę i wyszła z sali.
Siostra, szybkim ruchem wyjęła z kieszeni strzykawkę, nałożyła na nią igłę. Powtórnie sięgnęła do kieszeni, tym razem wyjęła stamtąd ampułkę z lekarstwem. Momentalnie odcięła końcówkę i wyciągnęła całą zawartość ampułki, strzykawką. Przyłożyła ją do pośladka, leżącego mężczyzny i energicznie nacisnęła na tłoczek. Mężczyzna, po chwili poruszył się i otworzył oczy.
– Co, to? Co, się dzieje? – patrzył się rozespanymi oczyma na nią.
- Nic, nic. To tylko próba, na uczulenie. Spać, cichutko.
Mężczyzna westchnął i zamknął oczy. Siostra pogłaskała go po głowie i przejechała ręką po twarzy. Potem, zrobiła znak krzyża w powietrzu i zabrała resztki opakowania po medykamentach

* * * * * *

Tłumek ludzi, właśnie się powoli rozchodził. Jeszcze kilka osób stało i rozmawiało cicho. Niektórzy, jeszcze raz podchodzili do kopca ziemi i zapalali świeczkę. Starszy pan w okularach stał między dwoma, też nie młodymi już kobietami.
–Taki zdrowy chłop, żeby szedł do piachu. Żadnych chorób nie miał. Kto to widział..panie.. – mężczyzna był wyraźnie zbulwersowany.
– Jaki zdrowy? Każdy ma jakieś choroby, tylko o nich nie wie. Lekarze, właśnie są od tego, żeby poznali je – otyła pani skierowała swoje słowa do niego.
– A, mnie to wszystko...to jakaś dziwna sprawa z tymi jego chorobami – mężczyzna nie dawał za wygraną.
– Panie, jaka dziwna. Toż sam profesor, wziął sprawę w swoje ręce. I to jaki, profesor!
– To, ciekawe, dlaczego go nie wyleczył?
– Dlaczego? Bo to była śmiertelna choroba. A ona, biedaczka, wszystkie pierścionki sprzedała….żeby go ratowali, za wszelką cenę – wtrąciła się druga z kobiet.
Obok rozmawiających, przeszła właśnie wdowa. Starszy pan zauważył brak pierścionków na palcach. Zawsze nosiła je ostentacyjnie.
– A, to, to prawda. Leczenie, to kosztuje strasznie drogo – powiedział jakby do siebie i przypomniał sobie o wylatującym mu dysku. Odszedł od kobiet i poszedł aleją w kierunku wyjścia. Do grobu podeszła jeszcze młodziutka dziewczyna o jasnych włosach i błękitnych oczach. Nachyliła się i zapaliła małą lampkę.
– Dziękuję – powiedziała cichutko i przestawiła lampkę na grób, bliżej krzyża, na palcu miała piękny, złoty pierścionek, który świecił się w promieniach marcowego słońca.

Opublikowano

Dziękuję, za miłe słowa. :) Stanisławo.

Też nie wiem, czemu to ma służyć...:) Pewnie, temu, że mam mało czasu i piszę tak szybko, że stawiam je chaotycznie a zawsze byłem dobry w szkole z interpunkcji. Przerwa w treningach ...wychodzi.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Berenika97 poczekamy na odpowiedzi ;))))
    • @wiedźma   U mnie już lód w szklance wesoło dzwoni, Zimny napój przed słońcem skutecznie mnie chroni. Niestraszne mi wcale te letnie znoje, Bo dawno już piję mrożone napoje!     A panowie, ciekawe, czy nadal mają ogień w głowie?  :) 
    • Ezro, to mole Wani na welomotorze   :)
    • Jedni widzą w Niej kres. Inni sprawiedliwość. Są też tacy, którzy nazywają Ją Matką.   Nie odwraca wzroku od ludzi złamanych, uzależnionych, wzgardzonych ani od tych, których świat dawno skazał na zapomnienie. Tam, gdzie człowiek przestaje dostrzegać człowieka, Ona wciąż widzi swoje dziecko.   Nie pytaj, kto czuwa nad wzgardzonymi. Zapytaj, kto odpowie za ich krzywdę.   "Wygórowana cena"   Ściana była przyjemnie chłodna,  równo pomalowana i wyszpachlowana. Miała jedynie  zupełnie nie odpowiadający mi kolor. Chyba łososiowy. Ilekroć odbijałem się od niej  w pijackim slalomie, przypominałem sobie jak bardzo nienawidzę łososia i przy okazji tuńczyka.     W barze było nadal gwarno, mimo późnej już godziny nocnej. Szuranie szklanek po blatach, odgłos lania piwa,  stukot bil na poolowym stole, rytmiczne wbijanie rzutek w kolorową tarczę. Zmęczone śmiechy i groźne krzyki. Bijatyk zazwyczaj było tu pełno, lecz nie dziś. Ochrony nie było tu nigdy  a policja wolała przymykać  nawet obydwoje oczu  na przegląd tutejszej klienteli.     Umówiłem się tutaj z przeznaczeniem. Szczytem erotycznej piramidy  dla takich mętów i szumowin jak ja. Tutejsze dziewczęta są podobno sprowadzane zza granicy. I dobrze. Nie muszę rozumieć co mówi, ważne żeby zaspokajała moje potrzeby. A te były olbrzymie, od kiedy wypędziłem z domu  tą niewierną sukę,  dla której już samo imię  było zbyt ludzkim detalem.     Zachwiało mną solidnie, próbując odzyskać stabilny pion  o mało nie wpadłem w objęcia, nie, rozczochranej, naćpanej dziwki  a jakiegoś dziwnie znajomego mi kolesia  o krótko przyciętych, rudych włosach  i rysach twarzy a także na twarzy, zdradzających niejeden wyrok i niejedną uliczną burdę. Przeprosiliśmy się grzecznie, nawet poklepaliśmy po plecach  i każdy z nas poszedł w swoją stronę.     Pokój uciech stał otworem. Nie było przy nim nikogo. Dziwne, czyżby alfons zapomniał o mnie. Umawiałem się z nim, że na godzinę przed zamknięciem  rezerwuję sobie pokój  i najmłodszą dziewczynę. Najlepiej wysoką,  szczupłą brunetkę z krągłym tyłkiem. Może nie mógł takiej tutaj znaleźć. Choć na Boga,  w Meksyku co trzecia na ulicy  spełnia te niewygórowane cechy. Może spił się przy barze  albo miał coś pilnego do załatwienia.  Ach te mafijne sprawki. Ciągłe dbanie o interes i swoją dupę. Zatoczyłem się ostatni raz  i stanąłem niepewnie w progu pokoju.     Był nieduży. Mieścił dwuosobowe łóżko  o satynowej, czerwonej pościeli. Niewielką szafkę nocną  o poluzowanych szufladach. Na niej stała lampka  z czerwonym, haftowanym abażurze. Okno za łóżkiem miało opuszczone, miejscami połamane,  imitujące drewno rolety. Ściany były brudne i lekko zawilgocone.     Na łóżku siedziały dwie osoby  i zaiste nie była to dziwka i jej alfons. Choć kto to wie. Dziewczyna spełniała moje wymagania. Miała na oko z osiemnaście lat, długie sięgające prawie pasa, czarne włosy, długie, piękne nogi  z zadbanymi, dużymi stopami, biust krągły i bluźnierczo wyeksponowany, oczy z kolorze ponętnej szarości  a jej buzia  zdawała się wręcz anielsko niewinna. Pod nosem jednak zamiast mleka, miała ślady po kokainie. A teraz musiała zapracować  na kolejne działki. Biedna, samotna, uzależniona i cholernie pociągająca ulicznica.     A obok niej … usiadła osoba  dość mocno nie pasująca  do wystroju knajpy. Była to starsza już kobieta, ubrana w suknię o barwie nocy, bogato zdobioną w perły i cekiny. Materiał był jedwabiem  lub czymś jeszcze droższym. Suknia miała wiele warstw i odnóg. Ciało kobiety wręcz ginęło w materiale. Wyglądała tak jakby właśnie starała się narodzić z wnętrza sukni. Kolejnym zaskoczeniem  były dla mnie dwie rzeczy. Jej tatuaże na rękach i dłoniach. Były typowymi, więziennymi  oznaczeniami gangów. Bliźniacze do moich. Nie wyglądała na dilera ani burdelmamę. Szybciej kobietę sukcesu. Lewą stronę twarzy  ukryła pod osobliwą maską. Maską śmierci. Wyglądała w niej i sukni  jakby właśnie wróciła z pochodu ku czci Przenajświętszej Śmierci, lecz do święta zmarłych  zostało jeszcze kilka tygodni. Ale było wielu takich, co czcili matkę zaświatów co dzień  i w każdej godzinie uciekali pod jej obronę.     Jej wzrok był spokojny i zimny. Choć rysy były wściekłym ogniem. Oplotła mnie  pajęczyną oskarżającego spojrzenia. Nie wiedziałem nawet w czym zawiniłem. W wyglądzie, w pijaństwie  czy przyjściu w umówioną  ale jednak nie najlepszą porę.     Próbowałem obrócić wszystko w żart. Nie pamiętam bym umawiał się tu na trójkąt. Tym bardziej w układzie ja, mama, córka. Nie dała się zbić z tropu. Butelka najdroższego rumu,  czterdzieści tysięcy pesos i mała przysługa  a wtedy oddam Ci dziewczynę. Czterdzieści tysięcy!? Chyba czterysta pesos? To nie księżniczka tylko zwykła dziwka. Czterdzieści tysięcy albo  zadowól się ręką w kiblu mój drogi. Moje dziewczęta mają swoją cenę. Byłem wściekły  ale z drugiej strony ciekawy tej przysługi.     Wróciłem do baru po rum  i pożyczyłem od kolegi  ponad dwadzieścia tysięcy  bo tyle mi brakowało w portfelu. Wróciłem szybko do pokoju. Czekały obie a jakże. Młoda wtulona w ramiona starszej. Bała się mnie i słusznie. Zamierzałem odbić sobie  jej wygórowaną cenę z nawiązką. Nie będzie już tak piękna i niewinna  jak z nią skończę.     Wręczyłem starszej butelkę rumu i gotówkę. Nawet nie przeliczyła.  Wstała z trudem  bo młoda dalej była do niej przyczepiona drżącymi rękoma. Gdy stanęła przede mną, wydawała się wyższa ode mnie i jakby szersza. Teraz cała jej twarz przypominała, martwą maskę  a aura jej postaci  emanowała srogim chłodem.     Czas na przysługę. Daj mi prawą dłoń. Wysunąłem ją w jej stronę a wtedy wykonała niesamowicie szybki ruch. Poczułem ukłucie. A po chwili z rany na dłoni pociekła mi krew. Podsunęła pod nią szklankę do drinków. A gdy spłynęło do niej trochę krwi, zalała ją przyniesionym przeze mnie rumem. Potem podsunęła szklankę dziewczynie. Pij. I wypiła choć zalewała się przy tym łzami. Wypiła połowę. Teraz Ty. Co będę miał z tych guseł wiedźmy? Dziewczynę na wyłączność a ona ochronę. Możesz z nią zrobić wszystko  ale nie możesz jej zranić. Będzie tylko Twoja już na zawsze. Kiedy tylko będziesz miał ochotę. Płacisz raz, dotrzymujesz umowy i bawisz się ile tylko pragniesz. Płacę raz powiadasz  a zatem wchodzę w to szalona wiedźmo. I wychyliłem szklankę do sucha.     Wtedy wiedźma wyszła z pokoju. Dziewczyna błagała ją by została  albo zabrała ją ze sobą. Nie bój się ochronię Cię  gdy tylko poprosisz. Odeszła a ja mogłem wreszcie zamknąć drzwi i nacieszyć się swoją własnością.     Nie krzywdziłem jej, choć korzystałem z jej ciała  ostro i gwałtownie. Po wszystkim jednak  gdy spełnienie wypełniło jej ciało  po raz ostatni,  poczułem nagłą, diabelską furię. Czułem, że muszę odreagować. Stracone pieniądze i cały życiowy stres. Nie chciałem a jednak uderzyłem ją w twarz. Mocno. Potem drugi raz i trzeci. Rzucała się pod moim ciężarem  a ja w furii zacząłem ją dusić  i brać jej ciało na nowo. Broniła się zaciekle.  Drapała i próbowała krzyczeć.     Wreszcie wydusiła z siebie jedynie. Przenajświętsza Matko  wzgardzonych i upadłych  ratuj swoją służebnicę w godzinie męki. I wtedy drzwi rozwarły się  z hukiem biblijnych trąb, do pokoju wpadło stadko nietoperzy, szczurów a także kilka dorodnych kruków. Zaatakowały mnie wściekłe. Zrzucając z łóżka. Miotałem się po podłodze  pragnąc osłonić nagie ciało. Gryzły mnie, szarpały do krwi i głębokich ran. Z każdą minutą słabłem a ich siła rosła i rosła. To był amok.  Rozerwały mi brzuch,  rozorały plecy i oczy. Przegryzły się przez mięśnie. Atakowały raz za razem.     Moja agonia trwała aż wreszcie w progu stanęła ona. Przenajświętsza Matka. Święta Śmierć. W swej masce, tatuażach i sukni. Spojrzała zimno na moje konające szczątki a potem na podopieczną. Oto jestem jak obiecałam, nikt więcej już nigdy Cię nie skrzywdzi. Czuwam nad Tobą ukochane dziecko. Skinęła ręką. Walące dotąd szalenie w mojej piersi serce, momentalnie się zatrzymało. A jej świta mogła w spokoju ucztować dalej.          
    • A na podróż abażur do pana   I na podróż abażur ...
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...