Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Nie spełniłam żadnego z wymienionych przez Panią punktów
1. nie rzekłam nic o plu, o autorze jedynie na koniec po zarzucie ataku. mało tego, nie stawiam autora i pla na równi
2. nie posądzam Pani o o problem ze zrozumieniem stanowiska, jedynie o brak czytania ze zrozumieniem, czego dowodzą odpowiedzi Pani na coś, czego nie było w moim komentarzu, a co mozna przecież nadal sprawdzić :)
3. nie czyniłam sioedmiogrodzkich wycieczek, takoż nie podjęłam ani razu rozmowy o kobiecości Pani
4. Nie napisałam, zę pisze Pani DLA MĘŻCZYZN (i znów nie czyta Pani ze zrozumieniem) tylko odniosłam się do stwierdzenia - cytuję: "Dlaczego mężczyźni potrafią skrytykować prosto i po ludzku, a Wy się w jakiś absurdalny dla mnie sposób pastwicie swym niezrozumieniem nad wierszem??"
i tego tyczyła sie wypowiedź moja - cytuję:
"możliwe, ze to dlatego, ze woli Pani mężczyzn, ale tego wiedzieć nie mogę. "
5. ważna dla mnie Panina odpowiedź to ta w punkcie piątym i tylko ona jest istotna na mój pierwszy komentarz o wierszu. :))

ocenę mojej zrzędliwości i rozmemłaności przyjmuję z przymurużeniem oka, bo coś w tym jest, a czegoś nie ma, jak to zwykle bywa, kiedy poznanie przenosi się jedynie po łączu ;))
Pozdro :))


infantylny pogłos biełych roz-

nie jestem pewna, czym dla Pani będzie jaśnienie

mam wrażenie, ze wiersz miał być czule liryczny, a wyszedł, w moim odczuciu, ulepkowo.

ale nie zwykłam tulić się do nieznajomych


przykro mi, że nie domysliłam się po dwóch slowach "biełyje rozy", jakoś mi tej zdolności łaskawca poskąpił.
zapewniam, że szanuję zdanie kazdego komentatora.

zapewniam, że nie przylepię się do insynuowanej lepkości, już nawet o niej zapomniałam.
w ogóle malo przylepna jestem.

Pani i Pani życzę wnioskowanego zrozumienia i mam nadzieję, że obie Panie już wszystko sprostowały wlącznie z wiciami biełych roz.

pozdrawiam
/bea

potem padło słodkie ok
po czym bez uzasadnienia od nowa macieju:



czyta Pani swoje własne 'zwidy'

Pani odzywki zakrawają mi na niegrzeczność

możliwe, ze to dlatego, ze woli Pani mężczyzn, ale tego wiedzieć nie mogę.

czasem do pierwszej krwi

słabo technicznie napisany

proponuję rynsztok, nieszufladę, poezję polską

żeby być coraz lepszym pisakiem



moje podejście do pisana jest wyłącznie moją sprawą.
a komentatorce radzę kontrolować potok słów.

co do uogólnień, to fakt przepraszam, zwykle tego nie robię, ale krążycie nade mną jak stado sępów, zachaczacie nawzajem lotkami tworząc zwarty korowód. nie moja więc wina, że traktuję "Was" zbiorowo. tak to jest, trzeba uważać z kim się lata. prawdopodobnie do większości punktów zostałaś wciągnięta poprzez komentarze Emu cytujące Twoją wypowiedź. zbiorowy atak - skonsolidowana obrona. tak to działa. natura.
więc jeśli nie osobiście, to przepraszam.

aczkolwiek na temat meritum : biełyje rozy... nic więcej.
zaś wniosek o mężczyznach widać Twój, i kto tu "zwidzi" ?

pozdrawiam
/b
  • Odpowiedzi 84
  • Dodano
  • Ostatniej odpowiedzi

Top użytkownicy w tym temacie

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.




infantylny pogłos biełych roz-

nie jestem pewna, czym dla Pani będzie jaśnienie

mam wrażenie, ze wiersz miał być czule liryczny, a wyszedł, w moim odczuciu, ulepkowo.

ale nie zwykłam tulić się do nieznajomych


przykro mi, że nie domysliłam się po dwóch slowach "biełyje rozy", jakoś mi tej zdolności łaskawca poskąpił.
zapewniam, że szanuję zdanie kazdego komentatora.

zapewniam, że nie przylepię się do insynuowanej lepkości, już nawet o niej zapomniałam.
w ogóle malo przylepna jestem.

Pani i Pani życzę wnioskowanego zrozumienia i mam nadzieję, że obie Panie już wszystko sprostowały wlącznie z wiciami biełych roz.

pozdrawiam
/bea

potem padło słodkie ok
po czym bez uzasadnienia od nowa macieju:



czyta Pani swoje własne 'zwidy'

Pani odzywki zakrawają mi na niegrzeczność

możliwe, ze to dlatego, ze woli Pani mężczyzn, ale tego wiedzieć nie mogę.

czasem do pierwszej krwi

słabo technicznie napisany

proponuję rynsztok, nieszufladę, poezję polską

żeby być coraz lepszym pisakiem



moje podejście do pisana jest wyłącznie moją sprawą.
a komentatorce radzę kontrolować potok słów.

co do uogólnień, to fakt przepraszam, zwykle tego nie robię, ale krążycie nade mną jak stado sępów, zachaczacie nawzajem lotkami tworząc zwarty korowód. nie moja więc wina, że traktuję "Was" zbiorowo. tak to jest, trzeba uważać z kim się lata. prawdopodobnie do większości punktów zostałaś wciągnięta poprzez komentarze Emu cytujące Twoją wypowiedź. zbiorowy atak - skonsolidowana obrona. tak to działa. natura.
więc jeśli nie osobiście, to przepraszam.

aczkolwiek na temat meritum : biełyje rozy... nic więcej.
zaś wniosek o mężczyznach widać Twój, i kto tu "zwidzi" ?

pozdrawiam
/b

ależ droga Pani, nie należy wyrywać słów z kontekstów :)
weźmy takie słowo 'rynsztok' bez mojego wcześniejszego wstępu o portalach, przecież możnaby posądzić, zę proponuję Pani wiersze do rynsztoka, nie zaś na sprawdzenie na innym portalu poetyckim o nazwie rynsztok.
a fe, pani Beo, chwyta się pani nieeleganckich sztuczek. każda wyjęta przez Panią fraza, samodzielnie mogłabym podsycać Pani niechęć, w kontekście zdania nie jest atakująca, ani niegrzeczna, np pominęłą też Pani przed "do pierwszej krwi" mój nawias wyjaśniający, zę to bedzie taki żart. Jesli już Pani przytacza fragmenty, warto to robić w całym zdaniu, lub chociażby z częścią tego zdania, która nadaje kontekst i znaczenie wypowiedzi.
takoż swoje odpowiedzi Pani pozbawiłą wcześniejszych moich wypowiedzi, to tak jakby wyjąć ze zdania "to wróg , nie przyjaciel" tylko słowo "przyjaciel" i przytoczy, jako akt dobrej woli

oj brzydko, Pani Beo, bardzo brzydko. Natomiast na szczęśice nadal pozostają moje wypowiedzi w pełnej formie :)

Nie krążyłabym, gdyby Pani nie zmieniała celu i sensu moich wypowiedzi i pojawów, bo to próba manipulacji jest, a ja nie lubię manipulacji.


nie ośmieliłam się wyciągać takich wniosków, choć zbitka slowna faktycznie niefortunna. przytoczyłam ten cytat jako próbę pozbycia się mnie z tego portalu i tyle. bóg mnie pokarał myśleniem i mam to do siebie, że wyciągam wnioski, czasem odjechane za daleko, prawda.

co do reszty, to czy wyjęte z kontekstu nie świadczą same o sobie? pokazałam chorągiwki, którymi mi machasz przed nosem. ja jak prosty byczek, machasz na czerwono, widzę czerwony.

też nie lubię manipulacji. chorobliwie. reaguję alergicznie.
reaguję też alergicznie na próby traktowania mnie w sposób uwłaczający mojej godności, nie trzeba mi cytować tego, co przed oczami i nie mam w zwyczaju zacierać śladów.

pozdrawiam
/bea
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


ze względu na ten zbiorczy komentarz, mimo, że miałam już zakończyć "trzepanie piany", to jeszcze napiszę, co myslę:
Bea, nie obraź się, ale trochę to zabawne gdy zapewniasz, że szanujesz komentatorów, bo z tego co ja widzę to szanujesz tylko tych, którzy cię nie skrytykowali. Ja się nie czuję w każdym razie szanowana. Wydaje mi się, że w przypadku reszty czytelników, wyciągasz wnioski z komentarzy zupełnie niezgodne z intencją rozmówcy, na swój i dalszego "trzepania piany" użytek, do tego nie mający zupełnie związku z tekstem, który napisałaś. Czepiasz się w odpowiedziach pojedynczych określeń, rzeczy umieszczonych w nawiasie, żarcików ( jak ZNPM ), które urastają nagle do rangi "postawy", wprawiającej cię w zakłopotanie/zażenowanie oraz zmuszającej do przemyślenia twojej bytności na forum. Może wyluzuj trochę, bo to ty w każdym komentarzu atakujesz - albo złośliwymi dedykacjami albo j.w. epitetami w stylu cyt. "bardziej rozmemłanych i zrzędliwych kobiet nie znam i nie chcę znać'. I co ja mam ci odpowiedzieć na taki tekst?? No chyba, że się nie znamy, chyba że o czyms nie pamiętam i chodziłysmy razem do podstawowki. To po pierwsze.
Co do twoich punktów:
1. w komentarzach dajesz nam do zrozumienia, że peelka jest alter ego autorki i że opisałaś swój własny albo znajomy ci stan emocjonalny, licząc na zrozumienie czytelników. Może to tobie już się w związku z tym zaczęło mylić czy bronisz wiersza czy swojego przeżywania uczuć. Nie przypominam sobie żebym napisał cokolwiek obraźliwego nt autorki, o której wiem na pewno tyle, że napisała taki, a nie inny wiersz.
2. ty wiesz swoje, ja tam myślę odwrotnie, ale jestem w stanie przystać na twoją wersję i uznać, że to co miałam do powiedzenia zostało potraktowane jako pełnoprawna, wywołująca refleksję opinia, a nie "zrzędzenie rozmemłanej kobiety ( i to jeszcze w kobiecy sposób )", nie rozumiejącej "rozpaprocenia" i odreagowującej swoje problemy w krytykowaniu poezji współczesnej. Jak już coś piszę pod wierszem ( zwłaszcza negatywnego ) to naprawdę chciałabym być potraktowana serio, bo krytyka jest wrażliwą kwestią i ja do tego podchodzę dosyć ( jak na hobbystyczne zajmowanie się poezją ) poważnie. Tylko tyle.
3. wszyscy zdajemy sobie sprawę z "barwności" komentarzy Kasi, chyba trzeba dojrzeć w nich intencję, mam nadzieję, że dobrą intencję i czasem wartościowe sedno. Wg mnie.
4. z mojej strony wniosek taki nie padł, jedynie żartobliwa propozycja na twój ( wydawało mi się ) również żartobliwy tekst o tym, ze kobiety nie umieją pisać dobrych komentarzy tak jak mężczyźni. Będę pamiętać, że nie masz poczucia humoru.
5. skoro słyszysz tylko jazgot to się nie dziwię, że zagłuszył wiele konkretnych uwag, o które nie jest tak wcale latwo na forum. To tak jak z radiem - takie fale odbiera na jakie jest ustawione. Może powinnaś pokombinować z odbiornikiem? Z drugiej strony nie zawsze komentarz odpowiada na problemy autora, ale chyba sam fakt że ktoś tu zajrzał i coś napisał to już jest sporo, no nie??

I jeszcze ostatnia uwaga:
to jest forum poetyckie, a więc ludzie po których mozna się wg mnie spodziewać operowania słowem w sposób niebanalny, więc dziwię się, że masz pretensje o niezrozumiałość komentarzy. Nie chodzi o "pisanie wierszy pod wierszem", ale o sposób wypowiedzi, ktory nie może być taki sam jak mechanika samochodowego.
I nie wciągam nikogo w żadne moje komentarze, dzielę się spostrzeżeniami odnośnie do tego, w co jestem ( po części mimochodem ) wciągnieta, czyli do tej groteskowej kilkuosobowej dyskusji. Nie odbieraj tego jako nachalność, a co z nimi zrobisz, to już chyba kwestia tego szacunku, o którym pisałaś.
W każdym razie, na szczęscie, skończyłam;)
pozdr aga
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



?

?

mam je pomijać ? przcież po to zostały zastosowane, by wywarły odpowiedni efekt.. czyż nie?

nie ma tu żadnych osobistych wycieczek, tylko tekst


1. ?? absolutnie nie. wersja z kotem chyba była ewidentnym dowodem.. czy nie?

2. w tym sęk, że nie usłyszałam żadnych uwag poza atakiem na stany psychiczne peela.

3. barwność aż po rękojeść?? :))

4. że mężczyźni potrafią z taktem krytykować i mówić nie. takich wpisów jest pod wierszem kilka, wystarczy zajrzeć. jak i do odpowiedzi.

5. nastarjam się jak mogę i nie słyszę.

mówiałam o wierszach, że znudziło mi się tłumaczenie wierszy. widocznie są kiepskie.

pozdrawiam
/bea
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Otóż to. Przykro mi, że tego nie widzisz. Nie wiem do czego odnoszą się wyboldowane fragmenty, jak również część twojego komentarza, ale jest dla mnie coraz bardziej klarowne, że ta przepychanka słowna do niczego raczej nie prowadzi i że nie dojdziemy do żadnego porozumienia, przynajmniej nie pod tym wierszem.
Bez urazy i do następnego "gdzieś-tam":)
pozdr aga
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Otóż to. Przykro mi, że tego nie widzisz. Nie wiem do czego odnoszą się wyboldowane fragmenty, jak również część twojego komentarza, ale jest dla mnie coraz bardziej klarowne, że ta przepychanka słowna do niczego raczej nie prowadzi i że nie dojdziemy do żadnego porozumienia, przynajmniej nie pod tym wierszem.
Bez urazy i do następnego "gdzieś-tam":)
pozdr aga


Emu,
bold - odpowiedź poniżej
to miało być uproszczenie a nie zagmatwanie

nie chcę się spierać, jak w każdej przyzwoitej tragedi prawda leży po obu stronach.

pozdrawiam i do "gdzieś -tam"
/b

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię.

      Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem.

      Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach




  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Wiechu J. K. taka na odległość rzęs

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Wiechu J. K. Każdy z nas ma jakieś "gdzieś gdzie jeszcze nie był a bardzo chce" Pozdrawiam serdecznie 
    • @Wiechu J. K. zielsko anielsko

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @aff dziękuję Agatko  Twoje słowa są niezwykle budujące

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię. Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem. Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...