Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Jest majowe popołudnie, pierwszy raz od kilku tygodni padał dziś deszcz. Obmył powietrze z pyłków i pozwolił alergikom (czyli mi również) oddychać pełną piersią, bez kataru i astmatycznego kaszlu. Zapach wiosny jest teraz tak intensywny, że nie czuć nawet smogu niezliczonej ilości łódzkich samochodów wracających po pracy do domu. Cudowne uczucie. Zamknąć oczy zanurzając się w tej krótkiej chwili.
Siedzę na ławce w parku z Czasem. Psotnik. Choć pilnuję go uważnie z dnia na dzień coraz trudniej mi go znaleźć. Dziś jednak to on złapał mnie. I muszę przyznać, że choć lubię jak to robi zawsze wydaje mi się, że ma słabe wyczucie… bo przecież wciąż gdzieś pędzę.
Niedługo sesja, powinnam zacząć się uczyć, a ja myślę o śmierci… Nie to wcale nie jest załamanie nerwowe spowodowane przed sesyjnym stresem. Raczej myśli egzystencjalne. Choć nie lubię tego tak nazywać, wolę „myśli o życiu”. Refleksje. A wszystko przez dwóch mężczyzn.

Leży obok mnie książka, zaczęłam ją czytać, ale musiałam na razie odłożyć. Nie jest to romansidło kupione z gazetą, które w ramach odpoczynku kilogramami pochłaniam bez zbytniego zagłębiania się w treść. Swoją drogą w takich książkach raczej nie da się utopić, bo są z reguły płytkie.

Paulo Coelho - Być jak płynąca rzeka, ta książka ma dość wciągający nurt. Nie mam jeszcze sprecyzowanego zdania na jej temat, ani na temat autora. Wpadła mi w ręce, czytam. W niej właśnie spotkałam pierwszego mężczyznę. Martwy mężczyzna w piżamie to tytuł jednego z tekstów, po którym...

„O, kurcze!” mówię głośno do siebie przykuwając wzrok przechodzącej aleją obok mnie parki zakochanych na wiosennym spacerze. Od tej chwili książka leży obok, a ja staram się ogarnąć tę sytuację. Czy takie rzeczy zdarzają się naprawdę? Tak, zdarzają.

Moje myśli gdzieś odpłynęły. Po chwili przypomniała mi się sytuacja sprzed dwóch lat, której byłam niejako obserwatorem. Pewnego dnia pod koniec maja, gdy od trzech tygodni panowały nieznośne upały poszłam odwiedzić moją przyjaciółkę. Ponieważ czerwiec to miesiąc bardzo pracowity dla każdego studenta, miałyśmy wymienić się notatkami i informacjami na temat zbliżających się egzaminów. Nie trzeba chyba dodawać, że słońce i wysoka temperatura nie sprzyja wcale myśleniu o nauce.
Od progu jednak zauważyłam, że coś jest nie tak. Przyjaciółka rozmawiała przez telefon i nerwowo chodziła po przedpokoju. Gdy skończyła rozmowę powiedziała mi, że musi zadzwonić do kilku szpitali i że niestety musimy przełożyć nasze pogaduchy. Nerwowo i niezbyt składnie opowiedziała mi o tym, że jej sąsiad zaginął. Był to samotny starszy człowiek, który nie miał rodziny a od lat mieszkał „drzwi w drzwi” z nią i jej rodziną.
Mama mojej przyjaciółki zamieniła z nim miesiąc wcześniej kilka słów w ramach sąsiedzkiej pogawędki i wtedy sąsiad żalił się, że musi iść do szpitala. Od tego czasu słuch o nim zaginął. Domownicy zarządzili, więc poszukiwania sąsiada dzwoniąc do wszystkich szpitali w Łodzi i okolicach. Okazało się jednak, że w żadnym ze szpitali nie było osoby o nazwisku sąsiada. Niestety nie mogę sobie teraz przypomnieć jak się ten pan nazywał. Kilka dni po tym wydarzeniu moja koleżanka poszła do pobliskiego kiosku, pani w nim pracująca spytała się przyjaciółki czy wie co dzieje się z jej sąsiadem, ponieważ miał w zwyczaju przychodzić codziennie rano po gazetę a od jakiś 2 tygodni go nie widziała. Dowiedziała się wtedy, że sąsiad wrócił 3 tygodnie temu ze szpitala i przychodził przez tydzień po gazetę jednak tak jak mówiła wcześniej od dwóch tygodni się nie pokazuje. Wtedy wezwana została już policja, która zebrała zeznania i wtargnęła do mieszkania sąsiada przez balkon. Okazało się, że sąsiad zmarł u siebie w mieszkaniu dwa tygodnie temu… Cała sytuacja od momentu rozpoczęcia poszukiwań do momentu znalezienia zwłok trwała około tygodnia...

Zastanawiam się nad samotnością i śmiercią.
Czemu ludzie umierają w samotności? Wiem, że gdybym teraz zmarła zauważyliby to moi bliscy. Jakie mam szczęście, że mam kogoś bliskiego… A może jednak tak od razu by się nie zorientowali? W końcu studiuję w Łodzi a moja rodzina jest w innym mieście… Straszne. Ale jest jeszcze przyjaciółka – dobrze mieć taką przyjaciółkę...
Przed śmiercią nie ma ucieczki.
Jednak o ile lepiej żyje się nam ze świadomością, że kogoś obchodzi nasz los i że ludzie nie są wobec siebie obojętni. Jestem szczęściarą. Warto pokazywać swoim bliskim, że się nimi interesujemy. Będę robić to częściej.
Widzę, że ostatnio zastanawiam się jedynie nad tym, że ciągle jest za mało czasu i gonię go w nieskończoność. Może czasem warto zatrzymać się i zastanowić się nad czymś więcej. Zauważać piękno świata i ludzi, którzy są wokół nas?

Na ziemię sprowadził mnie głoś starszej pani, która spytała się czy miejsce na ławce obok mnie jest zajęte. „Ależ oczywiście, że nie!” Uśmiechnęłam się trochę jeszcze nieprzytomnie.

Telefon dzwoni… To mama. A popołudnie stało się jeszcze piękniejsze.

Opublikowano

To moje pierwsze "prozocoś" - bo nawet nie wiem co. Nie wiem czy nie za dużo spacji. Nie wiem czy w ogóle coś takiego w takiej formie ma rację bytu :) Nie wiem czy puenta nie jest zbyt czytelna czy nie powinnam bardziej zamaskować, lub nie jest za słodka?

Proszę o komentarze z argumentami - czy to pozytywne czy negatywne. Jestem raczej otwarta.

Pozdrawiam i czekam na komenty.

Opublikowano

Dałoby się z tego zrobić felieton, ale jak na razie wygląda mi to raczej na kartkę z pamiętnika, albo wpis z bloga. Nie podobało mi się to, że streściłaś opowiadanie P. Coelho. Fajnie, że się do czegoś odniosłaś, ale myślę, że akapit streszczający to, był zbędny.
Zamiast zbędnego rozenterowania możesz dać akapity, ale to tylko luźna sugestia.
Radziłabym przerobić. Fenomen to nie jest, ale jak na pierwszy tekst, amatorski felieton, to chyba nie ma tragedii ;)
Pozdrawiam
Zuzka ;)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Cylinder zastygł w bezruchu 

      a tuba zamilkła.

      Tym razem nawet igła fonografu 

      zdawała się nie mieć ochoty 

      wracać na powierzchnię cylindra 

      po raz setny tej przeklętej nocy.

      Obiecałem,

      że pomogę w poszukiwaniach,

      lecz po tym czego się tu dowiedziałem 

      i po tym co usłyszałem i zobaczyłem,

      stwierdzam jasno, 

      choć z dozą 

      naprawdę przejmującej rozpaczy,

      że mój nieodżałowany ojciec,

      został pochłonięty w odmęty, 

      bezdennej paszczy szaleństwa.

      Po czym uleciał w kompletny niebyt,

      bagiennych wrzosowisk

      północnej Szkocji.

      Przeszukano cały dom

      od piwnicy po strych.

      Wszystkie pozostałe obejścia i budynki.

      Studnie, staw

      a nawet rozkopano

      przydomowy ogródek

      ze wspaniałymi krzewami piwonii

      o które tak dbał.

      Bardziej niż o jedyne dziecko.

      Wszystko zaczęło się 

      gdy byłem jeszcze dzieckiem.

      Ojciec był 

      szanowanym profesorem archeologii 

      na uniwersytecie oksfordzkim.

      Był najlepszy w swoim fachu

      i dzięki temu pozostawał w kontakcie

      z najtęższymi umysłami

      z całego świata.

       

       

      Pamiętam doskonale zimowy poranek,

      jakieś piętnaście lat wstecz.

      Zakładałem szkolny mundurek 

      i z teczką w prawej dłoni 

      zmierzałem ku drzwiom domu.

      Ojciec szedł za mną.

      Trzymał mnie delikatnie za ramię,

      tłumaczył mi że jeśli 

      nie zakończy 

      zaplanowanego wykładu na czas 

      to odbierze mnie ze szkoły 

      nasza sąsiadka panna Stevenson.

      A jeśli wszystko zakończy się 

      zgodnie z planem 

      to obiecuję zabrać mnie

      potem na łyżwy.

       

       

      Nic nie poszło zgodnie z planem.

      Otworzyłem drzwi i o mało co 

      nie zderzyłem się w nich 

      z ponurym, wysokim 

      i dość postawnym jegomościem 

      w szarym, długim,

      dwurzędowym płaszczu 

      o prostym kroju.

      Jego fason

      nie był typowym dla wyspiarza

      a raczej obywatela zbuntowanej kolonii.

      Dziwny gość

      otarł mnie ledwie wzrokiem 

      zza przyciemnianych, wąskich szkieł

      i zwrócił się do mojego ojca.

      Bardzo przepraszam

      za tak nagłe najście 

      ale na uniwersytecie powiedziano mi,

      że jest Pan

      jeszcze w domu panie Fodden

      a sprawa z którą przychodzę nie cierpi już zwłoki ponad to co nadłożyłem starając się dostarczyć Panu interesujące dokumenty, zapis z fonografu oraz przedziwny szczątek metalu, który

      z pewnością pana zainteresuję.

       

       

      Wyjął z płaszcza niewielkie opakowane szarym papierem zawiniątko

      i wręczył je ojcu.

      Nazywam się Peter Noyes 

      i jestem zastępcą profesora Clarka 

      na uniwersytecie Miscatonic w Arkham.

      Myślę, że to Panu wiele wyjaśnia.

      Profesor liczy na Pana pomoc

      w tej sprawie.

      Jeśli tak w istocie będzie 

      czekam na Pana 

      w dniu jutrzejszym w południe 

      na nabrzeżu numer dwa,

      celem odbycia podróży

      najpierw do Bostonu 

      a potem do Arkham.

      Proszę pamiętać, 

      że nie ma czasu do stracenia.

      Gwiazda czy też planeta,

      powoli pojawia się 

      w naszych snach nieprawdaż?

      Nie czekając na odpowiedź,

      odwrócił się na pięcie i szybko

      znikł za zakrętem skrzyżowania.

      Ojciec nie tłumacząc niczego zaprowadził mnie do pani Stevenson

      i nakazał jej 

      by zajęła się mną przez jakiś czas 

      bo czeka go długi

      i pilny wyjazd do Bostonu.

       

       

      Zostałem u niej długie lata.

      A ojciec wrócił podobno kilka lat temu.

      Nikt nie wiedział skąd ani po co.

      Uważano go za zmarłego.

      Zaginął gdzieś w lasach Nowej Anglii 

      razem z tym całym

      Noyesem i Clarkiem.

      Nadal gdzieś w szufladzie biurka 

      mam jego nekrolog

      z jednej z gazet z Arkham.

      Żył ale przypłacił to szaleństwem.

      Nie widziałem go już nigdy później.

      A teraz zaginął po raz wtóry.

      Podobno planeta 

      znów nawiedzała go w snach.

       

       

      Odebrałem telefon z policji 

      i obiecałem przybyć na miejsce 

      by jakkolwiek pomóc śledczym.

      Bo sami nie rozumieli 

      w środek jak wielkiego szaleństwa 

      przyszło im wpaść i brnąć

      dzięki zostawionym wszędzie przez ojca dokumentom i zapiskom.

      Już ich pierwsze pytanie zdawało się idiotycznie niedorzeczne.

      Czy mówi mi coś nazwa Yuggoth?

      To miasteczko, osada czy może 

      jakaś kodowa nazwa 

      jakiejś świątyni czy wykopalisk?

      Znaleźli pamiętnik ojca,

      gdzie ta nazwa pojawia się ciągle.

      Ten krótki wpis ołówkiem 

      sprzed wielu tygodni.

      Wreszcie odezwali się do mnie

      Ci z Yuggoth.

      Będą czekać w oktawę święta 

      ojca Yog-Sottotha przy ołtarzu na wzgórzach.

      Zabiorą mnie znowu…

      Brzmiało to jak żart.

      Lecz jedno było pewne.

      Mój ojciec nigdy nie był skory do żartów.

       

       

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach

  • Popularne aktualnie



×
×
  • Dodaj nową pozycję...