Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

poproszę nalej mi splinu potrzebuję
rozluźnienia zanim przebiorę się
za sielankę

posypię kwiaty przed sobą
będę na kolanach

ktoś dotknie ramienia
okłamie że pestka zakwitnie we mnie
po zjedzeniu dobrego jabłka

potem podrzuci pod nogi
cytrusy

czuję jakbym wciąż miała kruka na głowie
co szepcze bądź jak ja to znajdziesz pokarm
dziobiąc mi serce wieczorami

poproszę nalej mi splinu potrzebuję

Opublikowano

Podoba mi się styl, ale przemyślałabym jeszcze trochę.

poproszę nalej mi splinu potrzebuję
rozluźnienia zanim przebiorę się
za sielankę

posypię kwiaty przed sobą
będę na kolanach

ktoś dotknie ramienia
okłamie że pestka zakwitnie we mnie
po zjedzeniu dobrego jabłka

potem podrzuci pod nogi
cytrusy

czuję jakbym wciąż miała kruka na głowie
co szepcze bądź jak ja to znajdziesz pokarm
dziobiąc mi serce wieczorami

poproszę nalej mi splinu potrzebuję


Może nie jest tych przyimków tak za dużo, nie mniej jednak rażą trochę. Może spróbuj to jakoś przeinaczyć, byłoby niezłe - pozdrawiam;)

Opublikowano

pomyślę, Ewel, aczkolwiek nie wydaje mi się, żeby te cztery przyimki na krzyż bardzo przeszkadzały.. i jak tu z nich zrezygnować, kiedy łączą konstrukcję wiersza?:)

Opublikowano

podoba mi się to wewnętrzne zmaganie Peelki, zaimki wg mnie aż tak mocno nie rażą, choć można by nad nimi pomyśleć; jeszcze taka mała sugestia - "potrzebuję" przeniosłabym do następnego wersa (dla podkreślenia);

serdecznie pozdrawiam :)

Opublikowano

dziękuję, Danko i LadyC:) nie spodziewałam się więcej komentarzy, a tu miła niespodzianka.. tym bardziej miła, że Wasze słowa na temat wiersza są takie sympatyczne:))

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...