Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

NIEBIESKIE POŃCZOCHY

W zakamarkach szuflad, w dawno nie otwieranych książkach, znajduję pamiątki po Antonim; zdjęcia, karteczki, ręcznie malowane chińskie zakładki, nawet zasuszony bukiecik. Dawał mi te drobiazgi i nie tylko to. Zawsze gotowy do poświęceń, po zajęciach na ASP odprowadzał mnie na przystanek w Wawrze, skąd odjeżdżał mój pekaes. W uliczce kłębił się zmarznięty, zniecierpliwiony tłum, a my, przytuleni, objęci, staraliśmy się nawzajem ogrzać. Ogień, złudne uczucie ciepła, żarzył się na końcu sporta, trzymanego przez rękawiczkę.
Tej zimy, zniechęcona i pełna niewiary udawałam, że coś maluję, ale przesiadywanie w pracowni wydawało mi się okropnie nudne. Wciąż jednak jeździłam na Myśliwiecką na zajęcia z tkactwa do kalekiego profesora S. On jeden umiał obudzić we mnie resztkę malarskiej wrażliwości. Ale i to traktowałabym jako przymus, gdyby nie obecność tam Aleksandra. Aleksander nie był studentem ASP i jako wolny słuchacz przychodził kiedy chciał, a kiedy się pojawiał, życie jak gdyby nabierało głębi.
Za to w pracowni malarstwa, na Krakowskim Przedmieściu, atmosfera stawała się ciężka. Każdy z nas dyskretnie pilnował swojego dobytku. Jeden z kolegów (obecnie profesor na emeryturze) podbierał innym farby, błękity i ultramarynę. Malował duży abstrakcyjny obraz, kwadrat w kwadracie na niebiesko.
Nie lubiłam pracowni i zajętych wyłącznie sobą, milczących kolegów. Nie lubiłam nawet zapachu farb. Nic mi nie wychodziło. Gdzieś się podziała moja wyobraźnia. Osiemnastolatek z pierwszego roku powiedział pogardliwie, że jestem stara. Do tej pory byłam młoda, nawet bardzo , a teraz stawałam się stara nieodwołalnie. Miałam dwadzieścia dwa lata i już nie było odwrotu z drogi ku nieuchronnej starości.
U profesora S. tkałam gobelin ze sznurów i to samo robił Aleksander. Och Aleksander. Delikatny i nieprzeciętnie inteligentny – tak mówił profesor. I utalentowany. Nigdy nie zdawał do Akademii, studiuje filozofię, ale popatrzcie na jego gobelin – jaki piękny. Aleksander zarumieniony, nieśmiały, a jednocześnie pełen poczucia wyższości, z odcieniem pewnego lekceważenia w stosunku do mnie. Nie tak jak Antoni, który traktował wszystko, co powiedziałam, jak wyrocznię. Aleksander domyślał się zapewne, że zależy mi na jego obecności, ale nie usiłował tego wykorzystać.
Antoni przyjeżdżał do mnie do pracowni prosto z Politechniki obładowany tubą na rysunki. Właściwie tylko po to, żeby mnie odprowadzić do Wawra.
Tymczasem zima zelżała. I nie wiadomo kiedy zrobiło się prawie ciepło.
Opowiadałam w pracowni gobelinu, jaka piękna jest wiosna na wsi, szczególnie
tam, gdzie mieszkam, a to tak niedaleko przecież, autobusem nie cała godzina jazdy... W końcu udało mi się zaprosić Aleksandra. Miał przyjechać w niedzielę. Wiedziałam, że Antoni w tym dniu ma jakieś swoje rodzinne obowiązki; byłam wolna i mogłam spotkać się z Aleksandrem. Nie robiłam sobie zbyt wielkich nadziei. Aleksander obiecał, że przyjedzie, ale mógł przecież się rozmyślić. A jeśli przyjedzie? Czym go poczęstuje? Nie było wyboru. W grę wchodziła jedynie jajecznica. Za to nasz jedyny, bardzo ciasny pokój umeblowany był antykami należącymi niegdyś do właściciela dworu. Dwór został po wojnie upaństwowiony i mieścił się tam Dom Dziecka. Mieszkałyśmy z mamą w domku myśliwskim, wciąż jeszcze należącym do rodziny nieżyjącego już właściciela. Z Domem Dziecka nie miałyśmy nic wspólnego. Wynajmowałyśmy ten pokoik. W domku zachowały się jeszcze tu i tam ślady przeszłości . Ale w parku, nad którym pieczę powierzono Domowi Dziecka, wycięto tamtej zimy długą aleję majestatycznych dębów.
Poszłam na przystanek o umówionej godzinie wmawiając sobie, że Aleksander na pewno nie przyjedzie. Ale przyjechał. Wysiadł z autobusu. Widocznie był ciekaw, co z tego wyniknie.
- Cześć – powiedział i jak zawsze wyglądał na zażenowanego. To mi się podobało, ta delikatność i nieśmiałość, którą tak starannie osłaniał tajemnice bogatego wnętrza. Przeszliśmy na drugą stronę asfaltowej drogi w stronę domku myśliwskiego. Bezlistne korony drzew na tle błękitnego nieba, nabrzmiałe od soków, czerwonawo-zielonkawe wyglądały jak delikatne wachlarze oświetlone popołudniowym słońcem. Nie wmawiałam mu, że jest pięknie na wsi, niech sam się
o tym przekona. Jedyne, co nas czekało, to spacer. Mieliśmy sobie zapewne dużo do powiedzenia. O sztuce? Byłam pełna podziwu dla jego inteligencji nic pewnego na ten temat jeszcze nie wiedząc. I dla tej głębi jego duszy, na dnie której ukryty drzemał wielki talent. Wszyscy mówili o jego wielkim talencie, szczególnie profesor S., więc należało w to wierzyć. Dla mnie Aleksander był kimś nierzeczywistym. Nie wyobrażałam sobie, że mógłby mnie kiedykolwiek dotknąć. Wydaje się, że nie zamierzał. Przyjechał ubrany bardzo starannie, bardzo porządnie, ciepło.
Ach! Jakże ja jestem ciekawa, o czym myśmy wtedy rozmawiali. Gdyby można
było przeniknąć pamięcią w tamto niedzielne popołudnie. Chwile milczenia zapewne były rzadkie i zaraz przerywane, bo milczenie w takiej sytuacji prowadzi do zbliżeń, do pocałunków. Po prostu, nic innego nie przychodzi wtedy do głowy, a miedzy nami nic nie zaszło, nawet dotkniecie ręki. Spacer nie był długi, na polach musiało być zimno, a więc las, a z lasu prosto do domu. Trochę się bałam, czy sobie poradzę z poczęstunkiem. Słusznie się bałam. Mama zaczytana jak zawsze, pilnowała pokrojonej słoniny i ognia pod kuchnią, żeby nie zgasł. Reszta należała do mnie. Aleksander przez chwilę musiał pozostać sam usadowiony w stylowym fotelu, przy mahoniowym stole o wygiętych nogach, tuż obok marmurowego blatu ozdobionej intarsją umywalki. Mógł zdjąć płaszcz. Było ciepło. Dużą część pokoju zajmował ozdobny, żelazny piecyk. Jajecznicę przyrządzałam w zakopconej kuchence przerobionej z korytarzyka. Nie wiem dlaczego trzęsły mi się ręce. Czyżby tak bardzo mi zależało na tym, żeby dobrze wypaść? I dlatego się nie udało?. Mama wyszła z domu. Nie chciała przeszkadzać w rozmowie. Jajecznica się przypaliła. Nic innego nie było. Zapewniał, że nie jest głodny, Spieszył się na autobus. I to wszystko. Odprowadziłam go na przystanek. Żadne z nas nie wspomniało o ponownym spotkaniu, takim jak tego dnia, bez świadków, na osobności.
Antoni o niczym nie wiedział, niczego się nie domyślał. W następną niedzielę, to ja byłam zaproszona do jego domu na obiad w rodzinnym gronie. Wiosną stan mojej garderoby jak gdyby jeszcze się pogorszył. Nosiłam przenicowaną, starą budrysówkę, przerobioną na wiosenny płaszcz. Na zdjęciach, które mi Antoni robił tej wiosny, wyglądam fatalnie. I tak się czułam. Byłam bardzo onieśmielona za każdym razem, kiedy się tam znalazłam. To pewno z powodu ojca. Wydawało mi się, że jest surowy. Pracował na kierowniczym stanowisku w pewnej instytucji, mającej siedzibę w pałacu, na Krakowskim... Powiedziałam kiedyś śmiejąc się, odrobinę zażenowana, że ten pałac należy od kilku pokoleń do mojej rodziny, a teraz częściowo również do mnie. Jedyne, co przyszło wtedy do głowy ojcu Antoniego, to to, że może złapać mnie na kłamstwie. Ale tej niedzieli wszystko się wyjaśniło. Dotarł do dokumentów i okazało się, że mówię prawdę.
Rodzina Antoniego zajmowała połowę willi. Trzy pokolenia, a na dodatek kuzyn i służąca. Ciasno. Antoni i jego kuzyn gnieździli się w niedużym, przechodnim pokoju. Kiedy siedziałam u nich na tapczanie (o niczym innym mowy być nie mogło) czułam się skrępowana. O wiele mniej skrępowani byliśmy u mnie, na wsi.
Kiedy nadeszło lato Antoni przyjeżdżał do mnie co dzień.. Czasami nawet rowerem pokonywał te kilkadziesiąt kilometrów. Nareszcie byliśmy sami; w zaroślach nadrzecznych, w lesie, w rozległej przestrzeni pól. Tak ze sobą zżyci i tak mocno związani, że nie było miejsca na kokieterię. Nie chciało mi się nawet robić makijażu, obrysowywać czarną obwódką oczy, a bez tego wyglądałam nieszczególnie. Zresztą, po co? I tak pójdziemy popływać w Świdrze.
Ale jesień zbliżała się nieuchronnie.
Zawsze tak było, że ktoś czuwał nade mną, ktoś z bliższego, czy dalszego otoczenia serdecznie się o mnie troszczył. Wtedy też. Okazało się, że mogę zarobić trochę pieniędzy u chłopa z pobliskiej wsi, pracując przy zbiorze marchwi. Nie mogłam odmówić. Praca była prosta. Trzeba było wyrywać marchew, znosić na stos, a potem siedząc w kucki wokół stosu razem z innymi kobietami, odcinać nożem natkę, a marchew ładować do worków. I trzeba to było robić szybko. Antoni przyjeżdżał rzadziej, bo nudził się siedząc na skraju pola. Czasami zjawiał się pod koniec dnia .Byłam zmęczona, brudna , zaniedbana. A więc ja też wolałam, żeby na razie nie przyjeżdżał.
We wrześniu byłam już wolna, zawiadomiłam o tym Antoniego, ale on podobno wyjechał. Nie było go w domu od kilku dni. Mama postanowiła pomieszkać przez jakiś czas w Warszawie u życzliwej ciotki. Zostałam zupełnie sama, a Antoni się nie pojawiał.
Jesień tamtego roku była wyjątkowo chłodna. Musiałam ciepło się ubierać i palić w żelaznym piecu. W tych dniach, korzystając z nieobecności mamy pisałam sztukę, pochłonięta tym, chociaż to była wciąż ta sama scena pierwszego aktu. Kiedy przyjechał Antoni, siedziałam nie umyta i okutana w dziurawą chustę. Kiedy wszedł byłam uszczęśliwiona Ale Antoni wydawał się jakiś inny, chłodny i zakłopotany, a to sprawiło, że dostrzegłam z całą przykrą wyrazistością bałagan w pokoju i swoje zaniedbane ręce. Byliśmy wreszcie sami, wszystko mogło się wydarzyć, tylko że, z jakiegoś powodu wydawało się to niemożliwe. Czyżby dlatego, że wyglądam tak, jak wyglądam? Nigdy wobec Antoniego nie przejmowałam się swoim wyglądem. Byłam pewna jego miłości.
Zbyt pewna. Bo on wyraźnie zmieszany przyjechał powiedzieć mi, że to już koniec, że on nie może dłużej, że chce żyć swoim własnym życiem i nareszcie być sobą ... W pierwszej chwili wydało mi się, że to niemożliwe. Byłam oszołomiona, roztrzęsiona... A potem poczułam okropny ból. Ból i przerażenie. Trochę zaniepokojony, chciał jak najszybciej wyjść. Pełna rozpaczy za wszelką cenę chciałam go zatrzymać. Czułam, że sobie nie poradzę, że się uduszę z bólu. Płakałam. Strasznie płakałam. Nie mogłam powstrzymać płaczu, a nawet zaczęłam krzyczeć:
– Zostań!
Ale on miał coraz większą ochotę uciec, wreszcie się udało. Spieszył się na autobus. Gdybym go zatrzymała, musiałby czekać na następny. Chyba pomyślałam o tym nawet dość trzeźwo. Ale nic z tego. Zbiegł ze schodów. Czy pobiegłam za nim? Nie. Tego nie zrobiłam. A może? Nie pamiętam. Pamiętam tą przeraźliwą, rozdzierającą rozpacz i płacz, który nie przynosił ulgi.

*

Od tego dnia stałam się kimś innym, kimś bez znaczenia. Na niczym mi już nie zależało. Byłam zdolna tylko do poczynań najprostszych, ot takich, żeby przetrwać. A jednocześnie ani przez chwilę nie mogłam wytrzymać w czterech ścianach pokoju. Nie mogłam znieść ani chwili samotności. Gdzieś iść – tylko gdzie? Mamy nie było. No cóż. Z jej współczuciem byłoby jeszcze ciężej. Ależ nie. To przecież nie pierwszy raz. Ona powiedziałaby, że to minie i że po jakimś czasie pewne wydarzenia nie wydają się takie straszne. Poczułabym się lepiej. A więc muszę pojechać do mamy. Natychmiast. Nie. Kiedy to pomyślałam było już za późno.
Rano, następnego dnia, ktoś wchodził na schody. Dopadłam drzwi, pełna nadziei. Ale to był ktoś obcy. Sklepowa z karteczką. Dzwoniono do sklepu i proszono, żeby przekazać wiadomość. Mama miała atak. Zabrało ją pogotowie. Jest teraz w rejonowym szpitalu. W O. Poczułam dziwny chłód. O której autobus? Nie, o tej porze nie ma autobusu. Pójdę piechotą. To przecież tylko dziesięć kilometrów... Dziesięć kilometrów szosą, okrężną drogą, tak, ale przez pole, na przełaj będzie bliżej. Wybiegłam z domu. Konieczność działania i to nowe nieszczęście głuszyło tamte. To dziwne. Było mi bardzo ciężko i jednocześnie nieco lżej . Początkowo biegłam leśną drogą i mogłam płakać. Niski brzeg rzeki, kładka, olszyny i dalej otwarta przestrzeń. Jesienne pola, szaro rude i suche. Ugory nastroszone szeleszczącym zielskiem. Wydawało mi się, że nie muszę trzymać się żadnej drogi, że wystarczy iść w stronę, gdzie było niewidoczne miasto. Na nogach miałam pończochy ufarbowane na niebiesko. Nie zwróciłam uwagi, że jakiś badyl wczepił się w pończochę. Zrobiła się dziura. Potem druga. Kiedy dotarłam do miasta, dziury w pończochach rozłaziły się po całych łydkach. Znowu płakałam. Tak bardzo mi było teraz szkoda tej jedynej pary niebieskich pończoch.
Mama czuła się lepiej. To był pierwszy udar, stosunkowo łagodny. Ale nadejdą następne.

Opublikowano

Czytałam Pani poprzednie opowiadanie i cały czas mi się wydaję, że ma Pani niesamowitą klasę pisarską. Nie wiem jak inaczej to określić. To bardzo dojrzały sposób pisania.

Czasami jednak chciałabym by poświeciła Pani więcej czasu na opisanie emocji. Jest pięknie, a najlepiej żeby było cudownie (;

Opublikowano

Dziękuję Pani Marto. Wydaje mi się jednak, że dystans, to mój niezamierzony znak firmowy. A może to rezultat bardzo długiego pisania, przeróbek, poprawiania, nagrywania, odsłuchiwania i tak dalej, aż wszystko, co wydaje się zbędne odpada. A może dlatego, że cofam się daleko w przeszłość? Moje obecne życie jest tak pełne złych emocji, że pisanie o czymś takim było by dodatkową nieprzyjemnością.

  • 2 tygodnie później...
Opublikowano

Dojrzałe pisanie... niezauwazyłam. Ale jak ze śpiewaniem bargrać każdy może. Cieżko sie czyta. Moje króciótkie baj-opowiadanko choć było zabawne. Tu wieje nudą. Fakt zabrakło emocji... Nie warto wysmiewać kiedy samemu nie jest sie doskonałym.

Opublikowano

Sama usunęłam. Po co wysłuchiwać komentarzy które wskazują na zarozumialstwo ja analizuje racjonalnie i nie musisz mnie pouczać. A faktycznie nie lubie nudnej pisaniny tego za duzo jest na rynku i słabo sie sprzedaje. Pozdrawiam.

Opublikowano

Oczywiście, że sama usunęłaś, ale nie dlatego, żeby nie czytac "komentarzy które wskazują na zarozumialstwo ", ale dlatego, że po prostu nie potrafisz znieść krytyki.

Ponad to- wesoła twórczość, która nie wnosi nic, jest oczywiście bardzo miła. Ach, a to co zabawne dla Ciebie nie musi być zabawne dla innych. Ależ oczywiście samouwielbienie jest tu widoczne od jakiegoś czasu.

Opublikowano

droga Marto
Twoja proza ma swój styl i dobrze ją sie czyta. Emanujesz niesamowitą energią. A zarozumiała nie jestem krytyka winna być rzeczowa nie wyśmiewawcza, a ludzie którzy tego nie rozumieją to inna sprawa. Faktem jest że będąc oblatanym w pisaniu nie znaczy tworzyc wartościowe teksty.

  • 2 tygodnie później...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Ezra: I mop Wiki w pomiarze
    • @Annna2    Kluczem do interpretacji jest malarstwo, utwór Pounda, jego biografia, sama historia, a także słowa 6 i 7 strofy.   Rozmowy na temat biografii Pounda nie podejmę, bo chciałam to wypowiedzieć wierszem. Jakaś myśl jest.   Ale nie trzeba interpretować tak, jak ja bym chciała. Bo wiersz jest wieloznaczny.    Trochę podpowiadam, bo chciałabym uniknąć posądzenia, że wiersz jest "pusty".   Jeśli ktoś napisze, że trudny...może tak. Ale już słowa ostatnich wersów mogą nasuwać jakąś myśl. Której ja jednak nie chcę rozwijać. Po to wiersz był napisany, żebym mogła się wypowiedzieć w formie wiersza:)   Jeśli nie zostanie to zinterpretowane w taki sposób, a uniwersalnie, to też tak może być.    Wiersz można rozszyfrować, ale nie trzeba. Jeśli ktoś się ograniczy do samego porównania do utworu Ezry Pounda „Na stacji metra” i zinterpretuje estetykę, podstawową myśl, przesłanie filozoficzne, też będzie dobrze.   Jeśli do samej estetyki- też. Ale to nie znaczy, że nie ma głębszych interpretacji.   Nie trzeba wielkich kompetencji- tylko niewielkiej znajomości biografii poety i zestawienia z wierszem Pounda.   Dalej potrzebna jest odwaga, bo jeśli coś się kojarzy, to pewnie kojarzy się tak, jak powinno.   Do tych, którzy nie lubią się zastanawiać i ich to irytuje, można zinterpretować literalnie!   Wiersza nie trzeba dekodować. Można go odczuć. Każda myśl, która jest moją myślą, Twoją myślą, jest właściwa.   Czy pusty? Kwestia nastawienia i poglądów. @Annna2 dziękuję

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

        moja tyrada nie tyczy się Ciebie chodzi o osoby, które nie lubią takich wierszy i podejrzewają, że za słowami pustka
    • @iwonaroma  "Aniołowie nie mają skrzydeł, mają ludzkie twarze"  Czeslaw Miłosz. Pozdrawiam ciepło, udanej niedzieli. 
    • Mokre Boba jaja boberkom
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

        @LessLove Bardzo dziękuję za tak obszerną wypowiedź. Przeczytałam wnikliwie tak, jak potrafię, tzn.jakie są możliwości mojej percepcji :)   Właściwie zgadzam się z prawie całkowicie z tym, co napisałeś wyjąwszy to, że mój tekścik jest obojętny wobec Istnienia - cechy boskiej. Nie. Ten który jest - jest ponad (tym materialnym) życiem i ponad śmiercią, która dotyczy tylko życia, które znamy tu, na Ziemi. Ale On nas zna i chce, byśmy poznali, dotarli/wrócili do niego. Tak jak piszesz, jesteśmy oddzieleni i to jest nasz grzech. Pisząc - 'życiu życie a śmierci śmierć' - pisałam o tym, co dotyka nas, ludzi - co nie znaczy, że neguję istnienie tego, co jest ponad światem ludzkim (no i pod nim :)). Ateiści nie mają problemu w widzeniu tego, co jest pod nimi, ale mają trudność w zobaczeniu tego, co jest nad nimi. Choć z drugiej strony oni są też w drodze, szukają i nie chcą ślepej wiary i może tym sposobem łatwiej im szukać też w sobie a nie na zewnątrz? Choć to oczywiście nie reguła.    Tworzenie (życie, synteza) i śmierć (rozpad, analiza) istnieją w pewnym interwale rzeczywistości. Ale jest jeszcze rzeczywistość boska, gdzie istnieje tylko życie (tworzenie, synteza) i rzeczywistość demoniczna, gdzie istnieje tylko śmierć (rozpad, analiza). My, ludzie - pośrodku, trochę tego, trochę tego. No i mamy dwie główne drogi (oprócz oczywiście wielu wielu dróg , w których synteza i analiza mieszają się w różnych proporcjach - w różnym czasie i kontekście). No ale w rozwoju, tak czy siak, dochodzimy 'do ściany ', kiedy pozostaną tylko te dwie główne drogi i trzeba będzie dokonać wyboru, synteza czy analiza, życie czy śmierć.  Rzeczywiście, fizyka pomaga to zrozumieć poprzez to, że w punkcie krytycznym zachodzi przemiana (np.kwantu w falę lub w drugą stronę - fali w kwant). Od razu zaznaczę, że w liceum miałam tróję z fizyki :) Nie lubiłam jej i nie rozumiałam, może dlatego, że nauczycielka też jej nie lubiła, do czego nam się przyznała :);) Chciała studiować co innego, ale się nie dostała, a na fizyce było dużo miejsc, wystarczyło zdać jako tako. Ale teraz lubię sobie posłuchać ciut ciut z tego zakresu i w sumie zdumiewa mnie, że ludzie, którzy mają mniej więcej taką samą wiedzę z zakresu fizyki na najwyższym ludzkim poziomie (bo przecież nawet jak nie odkrywają czegoś sami to istnieje między nimi przepływ wiedzy, informacji) - są odmiennego światopoglądu w kwestii tego, czy Bóg istnieje czy nie istnieje. Ale to takie ludzkie... Jesteśmy podzieleni także w tym obszarze. Tak jak zauważyłeś, często nie podajemy sobie ręki a wręcz istnieje rozłam a często gęsto wzajemne zwalczanie się w obszarze nauki i teologii. Czytałam fascynującą autobiografię Marka Abramowicza "Między Bogiem a prawdą" (polecam, jeśli nie czytałeś, oprócz wątków osobistych także fizyka i deklaracja wiary). Jest w sumie naukowcem ewenementem, bo często podkreśla swoją wiarę, inni fizycy (ci z górnej półki) cicho siedzą w tej kwestii. Wspominasz księdza Hellera. Mnie na myśl przychodzi ksiądz profesor Sedlak, który mimo, że był księdzem był też zagorzałym naukowcem, a w dodatku, o zgrozo ! ;) poszukującym też w obszarach tzw.parapsychologii(i przez to  negowanym w swoim teologicznym środowisku). Ale tacy ludzie są światełkiem nadziei, że wszystko da się da połączyć (synteza).  Tak jak piszesz, jest jedna PRAWDA ale póki co, dążymy do niej różnymi dróżkami i na różny sposób. Każdy z nas ma swój kawałek pizzy ;) Może tak: prawdzie - życie  kłamstwu - śmierć    :)   Dzięki i zdrówka       
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...