Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

NIEBIESKIE POŃCZOCHY

W zakamarkach szuflad, w dawno nie otwieranych książkach, znajduję pamiątki po Antonim; zdjęcia, karteczki, ręcznie malowane chińskie zakładki, nawet zasuszony bukiecik. Dawał mi te drobiazgi i nie tylko to. Zawsze gotowy do poświęceń, po zajęciach na ASP odprowadzał mnie na przystanek w Wawrze, skąd odjeżdżał mój pekaes. W uliczce kłębił się zmarznięty, zniecierpliwiony tłum, a my, przytuleni, objęci, staraliśmy się nawzajem ogrzać. Ogień, złudne uczucie ciepła, żarzył się na końcu sporta, trzymanego przez rękawiczkę.
Tej zimy, zniechęcona i pełna niewiary udawałam, że coś maluję, ale przesiadywanie w pracowni wydawało mi się okropnie nudne. Wciąż jednak jeździłam na Myśliwiecką na zajęcia z tkactwa do kalekiego profesora S. On jeden umiał obudzić we mnie resztkę malarskiej wrażliwości. Ale i to traktowałabym jako przymus, gdyby nie obecność tam Aleksandra. Aleksander nie był studentem ASP i jako wolny słuchacz przychodził kiedy chciał, a kiedy się pojawiał, życie jak gdyby nabierało głębi.
Za to w pracowni malarstwa, na Krakowskim Przedmieściu, atmosfera stawała się ciężka. Każdy z nas dyskretnie pilnował swojego dobytku. Jeden z kolegów (obecnie profesor na emeryturze) podbierał innym farby, błękity i ultramarynę. Malował duży abstrakcyjny obraz, kwadrat w kwadracie na niebiesko.
Nie lubiłam pracowni i zajętych wyłącznie sobą, milczących kolegów. Nie lubiłam nawet zapachu farb. Nic mi nie wychodziło. Gdzieś się podziała moja wyobraźnia. Osiemnastolatek z pierwszego roku powiedział pogardliwie, że jestem stara. Do tej pory byłam młoda, nawet bardzo , a teraz stawałam się stara nieodwołalnie. Miałam dwadzieścia dwa lata i już nie było odwrotu z drogi ku nieuchronnej starości.
U profesora S. tkałam gobelin ze sznurów i to samo robił Aleksander. Och Aleksander. Delikatny i nieprzeciętnie inteligentny – tak mówił profesor. I utalentowany. Nigdy nie zdawał do Akademii, studiuje filozofię, ale popatrzcie na jego gobelin – jaki piękny. Aleksander zarumieniony, nieśmiały, a jednocześnie pełen poczucia wyższości, z odcieniem pewnego lekceważenia w stosunku do mnie. Nie tak jak Antoni, który traktował wszystko, co powiedziałam, jak wyrocznię. Aleksander domyślał się zapewne, że zależy mi na jego obecności, ale nie usiłował tego wykorzystać.
Antoni przyjeżdżał do mnie do pracowni prosto z Politechniki obładowany tubą na rysunki. Właściwie tylko po to, żeby mnie odprowadzić do Wawra.
Tymczasem zima zelżała. I nie wiadomo kiedy zrobiło się prawie ciepło.
Opowiadałam w pracowni gobelinu, jaka piękna jest wiosna na wsi, szczególnie
tam, gdzie mieszkam, a to tak niedaleko przecież, autobusem nie cała godzina jazdy... W końcu udało mi się zaprosić Aleksandra. Miał przyjechać w niedzielę. Wiedziałam, że Antoni w tym dniu ma jakieś swoje rodzinne obowiązki; byłam wolna i mogłam spotkać się z Aleksandrem. Nie robiłam sobie zbyt wielkich nadziei. Aleksander obiecał, że przyjedzie, ale mógł przecież się rozmyślić. A jeśli przyjedzie? Czym go poczęstuje? Nie było wyboru. W grę wchodziła jedynie jajecznica. Za to nasz jedyny, bardzo ciasny pokój umeblowany był antykami należącymi niegdyś do właściciela dworu. Dwór został po wojnie upaństwowiony i mieścił się tam Dom Dziecka. Mieszkałyśmy z mamą w domku myśliwskim, wciąż jeszcze należącym do rodziny nieżyjącego już właściciela. Z Domem Dziecka nie miałyśmy nic wspólnego. Wynajmowałyśmy ten pokoik. W domku zachowały się jeszcze tu i tam ślady przeszłości . Ale w parku, nad którym pieczę powierzono Domowi Dziecka, wycięto tamtej zimy długą aleję majestatycznych dębów.
Poszłam na przystanek o umówionej godzinie wmawiając sobie, że Aleksander na pewno nie przyjedzie. Ale przyjechał. Wysiadł z autobusu. Widocznie był ciekaw, co z tego wyniknie.
- Cześć – powiedział i jak zawsze wyglądał na zażenowanego. To mi się podobało, ta delikatność i nieśmiałość, którą tak starannie osłaniał tajemnice bogatego wnętrza. Przeszliśmy na drugą stronę asfaltowej drogi w stronę domku myśliwskiego. Bezlistne korony drzew na tle błękitnego nieba, nabrzmiałe od soków, czerwonawo-zielonkawe wyglądały jak delikatne wachlarze oświetlone popołudniowym słońcem. Nie wmawiałam mu, że jest pięknie na wsi, niech sam się
o tym przekona. Jedyne, co nas czekało, to spacer. Mieliśmy sobie zapewne dużo do powiedzenia. O sztuce? Byłam pełna podziwu dla jego inteligencji nic pewnego na ten temat jeszcze nie wiedząc. I dla tej głębi jego duszy, na dnie której ukryty drzemał wielki talent. Wszyscy mówili o jego wielkim talencie, szczególnie profesor S., więc należało w to wierzyć. Dla mnie Aleksander był kimś nierzeczywistym. Nie wyobrażałam sobie, że mógłby mnie kiedykolwiek dotknąć. Wydaje się, że nie zamierzał. Przyjechał ubrany bardzo starannie, bardzo porządnie, ciepło.
Ach! Jakże ja jestem ciekawa, o czym myśmy wtedy rozmawiali. Gdyby można
było przeniknąć pamięcią w tamto niedzielne popołudnie. Chwile milczenia zapewne były rzadkie i zaraz przerywane, bo milczenie w takiej sytuacji prowadzi do zbliżeń, do pocałunków. Po prostu, nic innego nie przychodzi wtedy do głowy, a miedzy nami nic nie zaszło, nawet dotkniecie ręki. Spacer nie był długi, na polach musiało być zimno, a więc las, a z lasu prosto do domu. Trochę się bałam, czy sobie poradzę z poczęstunkiem. Słusznie się bałam. Mama zaczytana jak zawsze, pilnowała pokrojonej słoniny i ognia pod kuchnią, żeby nie zgasł. Reszta należała do mnie. Aleksander przez chwilę musiał pozostać sam usadowiony w stylowym fotelu, przy mahoniowym stole o wygiętych nogach, tuż obok marmurowego blatu ozdobionej intarsją umywalki. Mógł zdjąć płaszcz. Było ciepło. Dużą część pokoju zajmował ozdobny, żelazny piecyk. Jajecznicę przyrządzałam w zakopconej kuchence przerobionej z korytarzyka. Nie wiem dlaczego trzęsły mi się ręce. Czyżby tak bardzo mi zależało na tym, żeby dobrze wypaść? I dlatego się nie udało?. Mama wyszła z domu. Nie chciała przeszkadzać w rozmowie. Jajecznica się przypaliła. Nic innego nie było. Zapewniał, że nie jest głodny, Spieszył się na autobus. I to wszystko. Odprowadziłam go na przystanek. Żadne z nas nie wspomniało o ponownym spotkaniu, takim jak tego dnia, bez świadków, na osobności.
Antoni o niczym nie wiedział, niczego się nie domyślał. W następną niedzielę, to ja byłam zaproszona do jego domu na obiad w rodzinnym gronie. Wiosną stan mojej garderoby jak gdyby jeszcze się pogorszył. Nosiłam przenicowaną, starą budrysówkę, przerobioną na wiosenny płaszcz. Na zdjęciach, które mi Antoni robił tej wiosny, wyglądam fatalnie. I tak się czułam. Byłam bardzo onieśmielona za każdym razem, kiedy się tam znalazłam. To pewno z powodu ojca. Wydawało mi się, że jest surowy. Pracował na kierowniczym stanowisku w pewnej instytucji, mającej siedzibę w pałacu, na Krakowskim... Powiedziałam kiedyś śmiejąc się, odrobinę zażenowana, że ten pałac należy od kilku pokoleń do mojej rodziny, a teraz częściowo również do mnie. Jedyne, co przyszło wtedy do głowy ojcu Antoniego, to to, że może złapać mnie na kłamstwie. Ale tej niedzieli wszystko się wyjaśniło. Dotarł do dokumentów i okazało się, że mówię prawdę.
Rodzina Antoniego zajmowała połowę willi. Trzy pokolenia, a na dodatek kuzyn i służąca. Ciasno. Antoni i jego kuzyn gnieździli się w niedużym, przechodnim pokoju. Kiedy siedziałam u nich na tapczanie (o niczym innym mowy być nie mogło) czułam się skrępowana. O wiele mniej skrępowani byliśmy u mnie, na wsi.
Kiedy nadeszło lato Antoni przyjeżdżał do mnie co dzień.. Czasami nawet rowerem pokonywał te kilkadziesiąt kilometrów. Nareszcie byliśmy sami; w zaroślach nadrzecznych, w lesie, w rozległej przestrzeni pól. Tak ze sobą zżyci i tak mocno związani, że nie było miejsca na kokieterię. Nie chciało mi się nawet robić makijażu, obrysowywać czarną obwódką oczy, a bez tego wyglądałam nieszczególnie. Zresztą, po co? I tak pójdziemy popływać w Świdrze.
Ale jesień zbliżała się nieuchronnie.
Zawsze tak było, że ktoś czuwał nade mną, ktoś z bliższego, czy dalszego otoczenia serdecznie się o mnie troszczył. Wtedy też. Okazało się, że mogę zarobić trochę pieniędzy u chłopa z pobliskiej wsi, pracując przy zbiorze marchwi. Nie mogłam odmówić. Praca była prosta. Trzeba było wyrywać marchew, znosić na stos, a potem siedząc w kucki wokół stosu razem z innymi kobietami, odcinać nożem natkę, a marchew ładować do worków. I trzeba to było robić szybko. Antoni przyjeżdżał rzadziej, bo nudził się siedząc na skraju pola. Czasami zjawiał się pod koniec dnia .Byłam zmęczona, brudna , zaniedbana. A więc ja też wolałam, żeby na razie nie przyjeżdżał.
We wrześniu byłam już wolna, zawiadomiłam o tym Antoniego, ale on podobno wyjechał. Nie było go w domu od kilku dni. Mama postanowiła pomieszkać przez jakiś czas w Warszawie u życzliwej ciotki. Zostałam zupełnie sama, a Antoni się nie pojawiał.
Jesień tamtego roku była wyjątkowo chłodna. Musiałam ciepło się ubierać i palić w żelaznym piecu. W tych dniach, korzystając z nieobecności mamy pisałam sztukę, pochłonięta tym, chociaż to była wciąż ta sama scena pierwszego aktu. Kiedy przyjechał Antoni, siedziałam nie umyta i okutana w dziurawą chustę. Kiedy wszedł byłam uszczęśliwiona Ale Antoni wydawał się jakiś inny, chłodny i zakłopotany, a to sprawiło, że dostrzegłam z całą przykrą wyrazistością bałagan w pokoju i swoje zaniedbane ręce. Byliśmy wreszcie sami, wszystko mogło się wydarzyć, tylko że, z jakiegoś powodu wydawało się to niemożliwe. Czyżby dlatego, że wyglądam tak, jak wyglądam? Nigdy wobec Antoniego nie przejmowałam się swoim wyglądem. Byłam pewna jego miłości.
Zbyt pewna. Bo on wyraźnie zmieszany przyjechał powiedzieć mi, że to już koniec, że on nie może dłużej, że chce żyć swoim własnym życiem i nareszcie być sobą ... W pierwszej chwili wydało mi się, że to niemożliwe. Byłam oszołomiona, roztrzęsiona... A potem poczułam okropny ból. Ból i przerażenie. Trochę zaniepokojony, chciał jak najszybciej wyjść. Pełna rozpaczy za wszelką cenę chciałam go zatrzymać. Czułam, że sobie nie poradzę, że się uduszę z bólu. Płakałam. Strasznie płakałam. Nie mogłam powstrzymać płaczu, a nawet zaczęłam krzyczeć:
– Zostań!
Ale on miał coraz większą ochotę uciec, wreszcie się udało. Spieszył się na autobus. Gdybym go zatrzymała, musiałby czekać na następny. Chyba pomyślałam o tym nawet dość trzeźwo. Ale nic z tego. Zbiegł ze schodów. Czy pobiegłam za nim? Nie. Tego nie zrobiłam. A może? Nie pamiętam. Pamiętam tą przeraźliwą, rozdzierającą rozpacz i płacz, który nie przynosił ulgi.

*

Od tego dnia stałam się kimś innym, kimś bez znaczenia. Na niczym mi już nie zależało. Byłam zdolna tylko do poczynań najprostszych, ot takich, żeby przetrwać. A jednocześnie ani przez chwilę nie mogłam wytrzymać w czterech ścianach pokoju. Nie mogłam znieść ani chwili samotności. Gdzieś iść – tylko gdzie? Mamy nie było. No cóż. Z jej współczuciem byłoby jeszcze ciężej. Ależ nie. To przecież nie pierwszy raz. Ona powiedziałaby, że to minie i że po jakimś czasie pewne wydarzenia nie wydają się takie straszne. Poczułabym się lepiej. A więc muszę pojechać do mamy. Natychmiast. Nie. Kiedy to pomyślałam było już za późno.
Rano, następnego dnia, ktoś wchodził na schody. Dopadłam drzwi, pełna nadziei. Ale to był ktoś obcy. Sklepowa z karteczką. Dzwoniono do sklepu i proszono, żeby przekazać wiadomość. Mama miała atak. Zabrało ją pogotowie. Jest teraz w rejonowym szpitalu. W O. Poczułam dziwny chłód. O której autobus? Nie, o tej porze nie ma autobusu. Pójdę piechotą. To przecież tylko dziesięć kilometrów... Dziesięć kilometrów szosą, okrężną drogą, tak, ale przez pole, na przełaj będzie bliżej. Wybiegłam z domu. Konieczność działania i to nowe nieszczęście głuszyło tamte. To dziwne. Było mi bardzo ciężko i jednocześnie nieco lżej . Początkowo biegłam leśną drogą i mogłam płakać. Niski brzeg rzeki, kładka, olszyny i dalej otwarta przestrzeń. Jesienne pola, szaro rude i suche. Ugory nastroszone szeleszczącym zielskiem. Wydawało mi się, że nie muszę trzymać się żadnej drogi, że wystarczy iść w stronę, gdzie było niewidoczne miasto. Na nogach miałam pończochy ufarbowane na niebiesko. Nie zwróciłam uwagi, że jakiś badyl wczepił się w pończochę. Zrobiła się dziura. Potem druga. Kiedy dotarłam do miasta, dziury w pończochach rozłaziły się po całych łydkach. Znowu płakałam. Tak bardzo mi było teraz szkoda tej jedynej pary niebieskich pończoch.
Mama czuła się lepiej. To był pierwszy udar, stosunkowo łagodny. Ale nadejdą następne.

Opublikowano

Czytałam Pani poprzednie opowiadanie i cały czas mi się wydaję, że ma Pani niesamowitą klasę pisarską. Nie wiem jak inaczej to określić. To bardzo dojrzały sposób pisania.

Czasami jednak chciałabym by poświeciła Pani więcej czasu na opisanie emocji. Jest pięknie, a najlepiej żeby było cudownie (;

Opublikowano

Dziękuję Pani Marto. Wydaje mi się jednak, że dystans, to mój niezamierzony znak firmowy. A może to rezultat bardzo długiego pisania, przeróbek, poprawiania, nagrywania, odsłuchiwania i tak dalej, aż wszystko, co wydaje się zbędne odpada. A może dlatego, że cofam się daleko w przeszłość? Moje obecne życie jest tak pełne złych emocji, że pisanie o czymś takim było by dodatkową nieprzyjemnością.

  • 2 tygodnie później...
Opublikowano

Dojrzałe pisanie... niezauwazyłam. Ale jak ze śpiewaniem bargrać każdy może. Cieżko sie czyta. Moje króciótkie baj-opowiadanko choć było zabawne. Tu wieje nudą. Fakt zabrakło emocji... Nie warto wysmiewać kiedy samemu nie jest sie doskonałym.

Opublikowano

Sama usunęłam. Po co wysłuchiwać komentarzy które wskazują na zarozumialstwo ja analizuje racjonalnie i nie musisz mnie pouczać. A faktycznie nie lubie nudnej pisaniny tego za duzo jest na rynku i słabo sie sprzedaje. Pozdrawiam.

Opublikowano

Oczywiście, że sama usunęłaś, ale nie dlatego, żeby nie czytac "komentarzy które wskazują na zarozumialstwo ", ale dlatego, że po prostu nie potrafisz znieść krytyki.

Ponad to- wesoła twórczość, która nie wnosi nic, jest oczywiście bardzo miła. Ach, a to co zabawne dla Ciebie nie musi być zabawne dla innych. Ależ oczywiście samouwielbienie jest tu widoczne od jakiegoś czasu.

Opublikowano

droga Marto
Twoja proza ma swój styl i dobrze ją sie czyta. Emanujesz niesamowitą energią. A zarozumiała nie jestem krytyka winna być rzeczowa nie wyśmiewawcza, a ludzie którzy tego nie rozumieją to inna sprawa. Faktem jest że będąc oblatanym w pisaniu nie znaczy tworzyc wartościowe teksty.

  • 2 tygodnie później...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • []

      Postarzały mężczyzna zaczął opowiadać. 

      — Jeśli Państwo pozwolą, to chciałbym podzielić się historią pewnego człowieka, który trafił do Piekła.

      Rozejrzał się powoli.

      — Piekło może być podobne do miejsca, w którym właśnie się znajdujemy. Podobne — zaledwie. Tam, każda postać nosiła maskę.

      Zapadła cisza.

      []

      Ciemność przylegała do skóry.
      Okowy były brudne i oślizgłe.
      Chłód stali palił boleśnie.
      Było gorąco, a potem zimno.
      Diabły siedziały dalej. Nie zwracały na niego uwagi. Grały w karty.

      []

      — Zaczynam być ciekawa.

      — Oszukiwali?

      Śmiech przeciął ciszę.

      []

      — Witamy, chłopczyku.

      — To i tak stosunkowo wysoki tytuł.
      Czyżby pojawiła się pokusa na mały zakład?

      Głos był wszędzie.

      — Twój widok.

      Mlasnął z niesmakiem.

      — Stawiam wszystko, że nie masz nam nic do zaoferowania. Ciało… daruj. Mamy wyższe ambicje.

      Ktoś splunął w jego kierunku, a ślina spłynęła mu po twarzy.


      — Cóż mógłby nam zaproponować?

      — Ja… 

      Wyszeptał z trudem.

      — Ty. Rzecz jasna, że ty, czyli niczyj.

      — Bezpański.

      — Bezpański… ładnie powiedziane.

      — Trafnie, przede wszystkim.

      Uderzył talią o stół.

      []

      — Zaraz, zaraz. Skąd wiadomo, kto kim był?

      — Za chwi… 

      — Czego chciały Diabły?

      Barman przeciął odpowiedź.

      []

      Ból stępiał. Kontury gęstniały. W ustach pojawił się niesmak. 

      — Mości Panowie, czas na pierwszą rundę. To będzie przyjemność.

      Diabeł ściągnął cylinder i ukłonił się.
      Pozostali gracze przesunęli żetony. Jego stos nie zmniejszył się.

      — Ryzykować czy nie ryzykować?

      — Ryzykować? — odezwał się środkowy.

      — Państwo gotowi? Poprosimy o karty.

      Krupier klasnął, a talia zaczęła tasować się sama.

      — Panowie. Bez tradycji?

      Odezwał się Elegancki. Lekko uniósł dłonie.
      Wstał spokojnie. Wskazał na bar. Zatoczył w powietrzu krąg.
      Pusta butelka rozbiła się mężczyźnie na głowie. Na chwilę poczuł ulgę. 

      — Tradycji stała się zadość.

      — Powiem.

      Wykrztusił mężczyzna.

      — Powiem.

      Ryknęli wszyscy. Elegancki zawył jak wilk.
      Środkowy tylko parsknął i splótł dłonie. Czekał.
      Zrobiło się goręcej, a potem zimniej.

      — Bardzo chętnie wysłuchamy tej historii… 

      — może…

      — …miłosnej?

      Elegancki zawył jeszcze głośniej. Krupier strącił cylindrem stos żetonów. Rozsypały się po stole.
      Powietrze reagowało na ich głos.

      — Bo ja…

      — Bo ty.

      — Cisza!

      Powietrze zatrzasnęło się.

      — Jestem tchórzem.

      []

      — Nieźle. Ciekawe, że głos potrafi zrobić więcej niż słowa.

      Dziewczyna zmarszczyła brwi.

      — A dlaczego w Piekle miałoby zabraknąć barmana?

      Barman uśmiechnął się. Nie zauważył, że przestał wycierać szkło.

      — Nie musiało.


      []

      Mężczyzna podniósł głowę.

      — Panowie pozwolą.

      Pierwsza z kart pojawiła się na stole. Diabły milczały w bezruchu.

      — Poznałem ją wtedy, gdy nie powinienem był się odwracać.
      Na początku tylko na siebie patrzyliśmy. Za długo.

      Zatrzymał się. W gardle zacisnął się żelazny uścisk. Wziął głęboki oddech.
      Środkowy głaskał maskę.

      — Widywaliśmy się częściej. Zbieraliśmy kwiaty.

      Elegancki z trudem powstrzymał chichot.

      — Spacery dłużyły się, rozmowy przeciągały. Dłonie znajdowały się same.

      Środkowy chrząknął. Gorycz zalała mężczyznę. Coś truło go od środka. Płakał, ale kontynuował.

      — Myślałem, że wszystko ułoży się samo.

      Szlochał dalej. Musiał to powiedzieć.

      — Miałem powiedzieć jej coś ważnego… Długo na mnie patrzyła.

      Na stole pojawiła się kolejna z kart.

      — Dosyć — uciął Środkowy.

      Głowa opadła w dół. Nie skończył.

      []

      Gdy mężczyzna skończył mówić, ktoś upuścił szklankę.

      — Cholera. Teraz?

      Barman porwał zmiotkę i szufelkę.

      Starszy siedział z zaciśniętymi ustami.
      Młodszy kręcił guzikiem koszuli.
      Dziewczyna oparła głowę na dłoniach.
      W barze zrobiło się cieplej.

      — Co było dalej?

      Młodszy podniósł gwałtownie głowę.

      — To nie koniec, prawda?

      — Nie… nie koniec.

      []  

      Gdy otworzył oczy, przy stole trwała zażarta dyskusja.

      — Panowie. No to jak będzie? Mam jasność.

      Zaśmiał się krótko. Przesunął na środek stołu kilka żetonów. Rozparł się wygodnie.

      — Twój ruch.

      Skinął na Krupiera. Ten wyciągnął kieszonkowy zegarek i zerknął.

      — Skąd ten pośpiech? Dojrzałe decyzje wymagają czasu.

      Kiwnął głową w stronę mężczyzny. Coś ścisnęło go. Lód stali wbijał się w skórę.

      — Przede wszystkim, skąd nagła skłonność do ryzyka?

      Środkowy spojrzał na Eleganckiego. Ten pochylił się delikatnie i poprawił mankiet. Nie odpowiedział.

      Krupier przeliczył żetony. Pstryknął palcami. Był przy mężczyźnie.

      — To ty za to zapłacisz. Tak czy inaczej.

      Serce uderzyło gwałtownie. Pstryk — znów siedział przy stole.

      — Sprawdzę.

      Wskazał na pulę. Żetony zawisły w powietrzu. Wyrównał stawkę.

      — Pas.

      Środkowy rzucił kartami. Splótł dłonie przed sobą.

      — Skoro pas, to pas.

      Cisza.

      — Jak pas to pas! — wrzasnął Elegancki.

      Wstał gwałtownie. W następnej chwili trzymał w dłoni pasek. Powietrze drgało z gorąca. Mężczyzna zdążył tylko zamknąć oczy.

      Leżał na ziemi. Skulił się.

      — Nie powiedziałem jej.

      []

      Siedział sam w długim tunelu. Migotało rubinowe światło.
      Zimno wchodziło pod skórę.
      Krople wody spadały głośno. Zbyt głośno. 

      []

      Diabły rozkoszowały się oceną.
      Maski leżały na stole.

      — Panowie. Z pewnością tchórz, ale jest jeszcze jeden ważny element. Naiwność.

      Zadarł głowę Krupier i przymknął oczy.

      — Zakończy się fatalnie — to więcej niż oczywiste.

      Elegancki Diabeł ziewnął i zapalił cygaro. Rzucił nogi na stół.

      — Moje zwycięstwo w pierwszej rundzie było… nieuniknione. 

      — Sądzę, że wystarczy odrobina stosownej motywacji… i skromna łapówka.

      Krupier uśmiechnął się.

      — Nie za duża. Są też inni, a jak dobrze wiemy… trzeba się dzielić.

      Zatarł przed sobą dłonie. Śmiech był krótki.

      [] 

      Z daleka usłyszał kroki. Powolne. Pewne.
      Przez chwilę pomyślał, że to…

      Cylinder nie pozostawiał wątpliwości. 
      Diabeł jednak ściągnął go i wziął pod ramię.

      Zrobiło się cieplej. Światło przestało migotać.

      — Nie cierpię tego prostaka. Klnę każdą chwilę w jego towarzystwie.

      Prychnął. Mężczyzna drżał.

      Diabeł kucnął. Zaczął przecierać jego dłonie. Pachniał wanilią.

      — Hierarchia jest wszędzie. Ja też jestem na dnie. Delikatność źle się tu kończy.

      Podciągnął rękaw.
      Na przedramieniu biegły cienkie, poprzeczne blizny. Jedna przy drugiej.
      Opuścił rękaw.

      — Wybacz… tę tkliwość. Nie po to tu jestem. Pozwolisz?

      Klęknął. Odłożył cylinder.
      Położył dłoń na łańcuchu — metal rozpłynął się bez dźwięku.

      Dotknął jego nadgarstków. Oddech mężczyzny wyrównał się.
      Ramiona opadły.

      — Dlaczego?

      — Nawet my potrafimy mieć nadzieję.

      Jego oczy błysnęły.

      — Ty też?

      — Bystry i zawzięty. Wiedziałem, że to nie koniec.

      — To nie koniec.

      — Pomóżmy sobie.

      Odczuł ciepło słów na skórze.

      — Czego chcesz?

      Diabeł uniósł głowę.
      Patrzył długo.
      Nie odezwał się.

      []

      Starszy wstał. Krzesło zgrzytnęło o podłogę.

      — Przepraszam. Potrzeba.

      Odszedł szybkim krokiem. Oblał twarz zimną wodą. Nie spojrzał w lustro.

      Wrócił.

      Barman wyraźnie się ożywił. Sięgnął pod ladę i wyciągnął butelkę.

      — Szkocka. Rocznik sześćdziesiąty siódmy. Rzadko się zdarza.

      Nalał wszystkim. Sobie również — lecz swoją szklankę wsunął pod ladę.

      — Za historię.

      []

      Siedział przy barze. Bar zmienił się, lśnił. 

      Mężczyzna miał ochotę dotknąć blatu. Widział i słyszał wyraźnie.

      — Panowie, czas najwyższy. Stawki poproszę. Zaczynamy drugą rundę.

      Diabeł ukłonił się. Gracze dostali karty.

      — To obelga. Psy przy stole.

      Syknął elegancki. Pozostali zaśmiali się krótko.

      — Mam nadzieję, że będzie ostrzej.

      — Oby.

      Złożył dłonie środkowy. Spojrzał na Krupiera.
      Odetchnął wolno. Płomienie świec cofnęły się wraz z wydechem.

      — Czekamy… z niecierpliwością.

      Zimny głos przytłumił światło. Na stole pojawiła się karta.

      — Mam mówić dalej?

      Pstryk. Przed mężczyzną pojawiła się szklanka. Zapach dotarł natychmiast.

      Wanilia.

      []

      Barman szybko chwycił szklankę i powąchał zawartość.
      Młodszy mężczyzna i dziewczyna spojrzeli na niego pytająco.
      Uśmiechnęli się pod nosem.

      — Nie…

      Rozejrzał się nerwowo. Zarumienił się.

      []

      — Okłamywaliśmy się od początku. Pięknymi słowami przykrywaliśmy ból. 

      Ktoś pociągnął nosem. Zapach uderzył w nozdrza.

      —  Tylko dla siebie. Godziny. Dni. Bez początku i końca.

      — Czyli nie pożądanie… tylko konsumpcja.

      Wycedził elegancki Diabeł i wstał.
      Chwycił wieszak i przycisnął do siebie.
      Otwartą dłonią przeciągnął od pasa w górę.
      Wciągnął powietrze zbyt wolno, zbyt głęboko.
      Jego kształt falował.
      Czas zastygł.
      Środkowy obrócił wolno maskę. Elegancki wrócił na miejsce.

      — Muszę przyznać… — zebrał się w sobie mężczyzna.

      — …że to było miłe?

      — Tylko na chwilę.

      Na stole pojawiła się karta.

      Diabeł wskazał palcem w górę. Światło świec zgasło.
      Zrobiło się zimniej.
      Krótkie dmuchnięcie. Świece znów zapłonęły.
      Wszystkie żetony środkowego znalazły się na środku stołu.

      — Va banque. 

      Obrócił głowę na obie strony. Diabły powolnie odłożyły karty.

      — To nie koniec historii?

      Mężczyzna zadygotał na dźwięk zimnego głosu.
      W gardle pojawiła się suchość.
      Oddech urwał się w pół taktu. Zamarł.
      Miał wielką ochotę wypić zawartość szklanki… 
      Nie zrobił tego.

      — Nie uniosłem jej żaru — zrobili to za mnie.

      [] 

      Starszy długo i ślepo patrzył w jeden punkt. 

      — Domyślam się, że nie chcielibyśmy wchodzić w szczegóły?

      Młodszy potarł brodę.

      — Lepiej nie.

      — Nie napił się ze szklanki?

      — On nie, ale ja chętnie to zrobię.

      Zrobiło się późno. 

      []

      — Moja kolej.

      Oczy Diabła zapłonęły. Ledwie poruszył dłonią.
      Zanim zrozumiał, leżał na ziemi. Coś zacisnęło się na jego karku.

      Diabeł zapalił cygaro. Drugi koniec trzymał w ręku.

      — Chodź… przejdziemy się.

      Ruszył w ciemność, ciągnąc go za sobą.

      []

      Do baru weszły dwie, roześmiane dziewczyny.

      — Zamknięte!

      Krzyk padł, zanim drzwi zdążyły się domknąć.

      — Ale przecież…

      Dziewczyny spojrzały po sobie. Żachnęły. Obróciły się na pięcie i wyszły.

      []

      Znajdował się teraz na peronie.
      Związany i niemy. 
      Mógł jedynie obserwować.
      Ciężar osiadł w piersi.
      Diabeł siedział rozparty, z ręką na oparciu ławki.
      Oddzielały ich tory.

      — Od początku wiedziałem, że to obelga. Psy przy stole?

      Warknął, kręcąc przy tym głową.

      — Klasyka. Nieśmiertelna.

      Zawył głośno.

      Na peronie zaczęli pojawiać się ludzie. Zajęci zwykłymi sprawami. Dzieci biegały. Dorośli sprawdzali zegarki.
      Nagle z jednej strony peronu wyszła para.
      Mężczyzny nie rozpoznał.
      Ją — od razu.

      Szarpnął się, ale liny tylko zacisnęły się mocniej. Diabeł zaczął czytać gazetę. 
      Szli blisko, trzymając się za ręce.
      Szeptali sobie do ucha.
      W pewnym momencie wskazała w jego stronę — na zegar nad nim.
      Pożegnali się, gdy nadjechał pociąg.
      Ona wsiadła. 

      W tej samej chwili z drugich drzwi wysiadła inna. 
      Czekający na nią mężczyzna wyrzucił ręce w górę i podbiegł do niej. Uścisnęli się.
      Trzymali się teraz za dłonie, a on zabrał jej bagaż.
      Odeszli w drugą stronę.

      — Podziwiam, jak regularnie kursują tutaj pociągi.

      Odezwał się w końcu Diabeł.

      Kolejna para. Kolejny pociąg.

      []

      — Panowie! Wielki finał! Czas na ostatnią rundę.
      Pytanie, które mam śmiałość postawić, jest proste…
      Czy psy zaczną w końcu szczekać?

      Mężczyzna nie zareagował. Był wyczerpany. W głowie wciąż słyszał dźwięk pociągu. Wciąż widział sylwetki kolejnych osób.
      Diabły przesunęły kilka żetonów na środek stołu.

      — Tradycyjnie poprosiłbym o stawkę na wejście i…

      — Pas.

      — Ja również.

      Kart nie rozdano.

      Siedział na krześle. Oddech przyspieszył.

      — Tym razem, łatwo nie będzie.

      Zimny głos uderzył go.
      Środkowy Diabeł machnął dłonią. Zostali sami.
      Ściągnął maskę i położył ją obok. Mężczyzna nie potrafił go ujrzeć.
      Brakowało mu tchu.
      Pstryk.
      Mężczyzna siedział teraz przed lustrem. 
      Było zakurzone.
      Milczało.

      []

       


        

       

       

       

        

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...