Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Do AA przywlokła mnie niemal siłą. Osoba ekspansywna, apodyktyczna i władcza. Pod każdym względem doskonała. Taka była moja mama, która miała nosa do ludzi i potrafiła swatać zranione dusze jak nikt na świecie.
- Chodź, poznasz Zbyszka. To facet po przejściach, alkoholik. Jego też rzuciła kobieta.
To mi się spodobało. Facet, który zapija się na śmierć, musi mieć powód. Miesiąc po tym jak odeszła wypisał jej imię na ścianie swego M1. To był jego ostatni miesiąc sam na sam z butelką i lustrem. Pił i palił papierosy, jeden za drugim. W akcie desperacji napisał list do Boga: "Boże, przytulam się do ściany" i za wszystkie pieniądze jakie posiadał przy sobie nakupował siwuchy, później poszedł do piwnicy z zamiarem zapicia się na śmierć. Uratowało go tylko to, że zanim skończył pić stracił przytomność. Kiedy go zobaczyłem, miałem wrażenie, jak bym znał tego człowieka od dziesiątków lat. Opuchnięta gęba i przebarwienia skóry, widok dobrze mi znany. Twarz nakarmiona zmarszczkami, ściśnieta grymasem cierpienia i tęsknoty. I pomyśleć, że Zbi był facetem po studiach. Cholera wie co tam za kierunek robił, on sam chyba nie bardzo to pamiętał. Był przecież zlepkiem wczorajszych dni, wrakiem na mieliźnie, cieniem człowieka z kaesem na karku. Z taką niewydolnością serca i pięćdziesiecioprocentowym uszczerbkiem na zdrowiu, mógł żyć tylko Zbi - włóczega duszy prześladowany przez fatum.
Zbi miał kobietę na studiach. Szaleli za sobą. Mieli plany, marzenia i ten skarb - miłość niemal do szaleństwa. To jest już ten stan, kiedy bez drugiego nie można jeść, oddychać, żyć... Tak oto ich wspólne plany staneły przed ołtarzem. Na tydzień przed ślubem puściła go kantem z nalepszym kolegą z roku. Zbi nie wytrzymał i zaczął chlać. Jak skończył studia? Nikt nie wie. Na uczelni znano go dobrze. Krążyła o Zbi obiegowa opinia. Kiedy ktoś się napił za mocno na imprezie, to mówiono do niego: "Napiłeś się jak Zbyszek". Zbi pił, by zapomnieć o swoim złamanym sercu i o kobiecie, która była dla niego wszystkim co miał. Przemierzył z nią całą Europę. Pokazał życie barda, kiedy na skwerkach Paryża i Wiednia grał na akordeonie pieśni francuskich poetów. Kiedy z grania na "Piazza San Pietro" żywił ich dwoje i opiewał jej piękno w sercu Wiecznego Miasta. W ten sposób wpisywał ją w panteon bogiń, które stają się zgubą dla swoich błędnych rycerzy.
Po swojej nieudanej próbie z samozniszczeniem, ocknął się dopiero na wytrzeźwiałce i pod okiem pani Mani doszedł do stanu możliwej używalności władz cielesnych i umysłowych. Byłem jej wdzięczny, kiedy słuchałem gitarowych zaśpiewów o Griszy i Saszy co to z radosnym sercem szli do kołchozu. To zbyszkowe granie mialo swój niepowtażalny charakter, swojski i ludyczny. Kiedy brał do ręki stare ruskie wiosło sprzed 20 lat pierwszysraz w życiu widziałem kogoś, kto żyje poezją, sam stając się jej najlepszym przejawem. Zaśpiewywaliśmy się do białego rana w stachurowskich pieśniach. Pisaliśmy wtedy kilka własnych i nigdy nie było końca poetyckim biesiadom. Zawsze, gdy go zapraszałem do siebie, słyszałem tylko pytanie: "Będzie czarna kawa i papierosy?". "Jasne Zbi. Wpadaj. Drzwi mojego domu stoją przed Tobą otworem". Zarywaliśmy całe noce na czytanie poetów wykletych. Rankiem budził mnie i śpiewał coś co ułożył, gdy spałem. W Jego przebarwionej wymuszoną abstynęcją twarzy i przekrwionych oczach widziałem jakiś błysk, jakby płomiń nadzieii na cokolwiek, co będzie lepsze niz to piekło z którego wrócił. Cedził przez zęby: "Ojczyzną moją jest muzyka a ty mi jesteś jak ta nuta rzewna..." - zagięty na gitarze jak gwóźdź.

Mi także kobieta złamała duszę. Mięliśmy więc tę samą ranę. Jak mawiał Sted: "Z bliźnim się można zabliźnić" - dlatego Zbi potrzebował mnie a ja jego.

- Otwieraj! - Krzyczałem mu prosto w twarz, podając butelkę drżącymi rękami. Widziałem jak przełyka ślinę i jak cedzi słowa przez zaciśnięte zęby.
- Myślisz, że nikt nie widzi i nie wie, że robisz z siebie degenerata!? Ale pamiętaj nie jesteś sam. Ja jestem z tobą. Masz tu kurwa przyjaciół. Myślisz, że pozwolimy Ci na to, abyś zniszczył siebie i swoje życie, to się mylisz. Otwieraj! Pijemy razem. Jak chcesz się znowu zapić to zrobisz to ze mną. Otwieraj!
Głos grzązł mi w gardle. Ręce odmawiały posłuszeństwa. Widziałem, jak ślini się coraz bardziej. Miałem szum w głowie a serce powoli wyłamywało mi się z piersi.
- Co nie chcesz pić ze Mną? Strach Cię obleciał?
Nagle Zbi wyrwał mi butelkę i sprawnym ruchem uderzył nią o rant pomostu tak zmyślnie, że utrącił szyjkę. Dalej podniósł ją do ust. Ale zawahał się. Patrzył na mnie wilczym wzrokiem. Widziałem jak łzy napływają mu do oczu.
- Nie chcę. Nie. Prosze Cię M pomóż mi. Kurwa, pierdolone...jak boli, boli mnie. Dlaczego? Pomóż bo umieram.
Złapałem ręką za butelkę w miejscu, w którym szkło miało ostre zakończenia i ścisnąłem ile sił. Na mojej dłoni Zbi zacisnął swoją aż pojawiła się cienka strużka krwi. Siłowaliśmy się w milczeniu aż zsiniały nam ręce. Wyrwałem mu ja po chwili i wrzuciłem do wody. Kręgi wygasły powoli i jezioro odzyskało gładkośc lustra. Obaj oddychaliśmy ciężko i mięliśmy łzy w oczach.
- Dzięki bracie - powiedziałem a głos łamał mi się przy każdej sylabie.
- Skończyłem... rozpoczynaj - powiedział Zbi i wiedziałem, że piekło chociaż tego dnia pozostało puste.


Któregoś upiornego ranka obudził mnie śmiertelnie przejęty.
- Te poeta! Wstawaj! Mam złotą myśl. Ty M masz tam znajomości w tym ośrodku. Znasz ludzi, zaangażujesz się. - Zbi miał już wszystko poustawiane.
- Zaraz Zbi. Czekaj. Nie widzisz, że śpię?
Zbi zdjął z pleców gitarę niczym myśliwy łuk i już po chwili śpiewaliśmy wszystkie piosenki, które udało nam się ułożyć od kiedy tylko podaliśmy sobie prawice na znak przyjaźni. Później przyszedł czas na wiersze i poematy. Od kilkugodzinnego recytowania rozbolały nas uszy i postanowiliśmy zająć się stroną organizacyjną. Na pierwszy ogień poszły wszystkie telefony do całej paczki i już po niemal godzinie mięliśmy na 12 metrach kwadratowych kilkunastoosobową naradę strategiczną na temat pomysłu Zbi, aby wystąpić z materiałem autorskim na wieczorze poezji w miejscowym ośrodku. Gawiedź przytaknęła i w pokoju zrobiło się jak w klubokawiarni - papieroski, kawa i szekspirowskie bla, bla, bla.

Moja wrodzona cecha organizatora wzięła górę nad literackim zamieszaniem w momencie, kiedy towarzystwo miało w organizmie więcej kofeiny niż krwi. Wywaliłem hołotę z domu na miasto w celu zrobienia reklamy przyszłej imprezie. Kodżo zabrał wiosło i poszli grając na skwerkach.
Nazajutrz miałem już opracowany plan przygotowywania całej imprezy. Najpierw chodnik zaprowadził mnie do pani K z miejskiego ośrodka. Kobieta wyglądała mi na uzależniona od wyszukiwania miejskich talentów. To od niej dowiedziałem się, że w ośrodku kultury istnieje Klub Ludzi Artystycznie Niewyżytych, ale brakuje mu kadry a nasz pomysł jest jak najbardziej do zrealizowania. Zaprosiła całą paczkę na kawę i ciasteczka. Bardzo chciała nas poznać. I już na drugi dzień cała trupa zległa gdzie tylko było można na kameralnej sali, chcąc zaprzyjaźnić się z miejscem naszego przyszłego występu. Wymianie pomysłów towarzyszył akompaniament Kodża i śpiewy małej K. Moondek nieobecnym wzrokiem wierszował jakiś ćpuński poemat jednej z tutejszych klubowiczek i powoli porywał ją na swoją bezludną wyspę, czyli do M1 na ulicy K. Duża E spotkała tam ponoć swojego wyśnionego Jimma Morissona, niejakiego Wojtka, który miał buty ze skóry krokodyla. Zbi przyszedł ze swoją świerzutką muzą Katrin i co rusz przerywał nasze dysputy opiewając przy dźwiękach gitary swą nową Dulcyneę. Kodżo wyrwał z domu i przyprowadził ze sobą Pawła, wiernego fana Pink Floyd. Właśnie ćwiczył solo z "Dark Side of The Moon", wbity z gitarą w swój twórczy fotel. Przyszedł tak jak go Kodżo zastał, w laczkach i ze słuchawkami na uszach.
Na planecie dziwaków wiekie poruszenie. Ktoś musiał się zając plakatami, ktoś ułożeniem programu, zaproszeniem specjalnych gości, generalnie chodziło o szum wokół całej sprawy. Efekty spotkania u pani K przerosły nasze pierwsze oczekiwania. Chyba wszyscy bez wyjątku złapali bakcyla organizacyjnego, bo natychmiast po opuszczeniu sali artystycznej rozlecieli się do swoich wcześniej otrzymanych obowiązków. Zostałem sam na placu przed domem kultury i dotarło do mnie, że mam misję. Jestem potrzebny moim przyjaciołom, innym ludziom, temu miastu a przede wszystkim sobie samemu. Czułem się jak szkło powiększające, kiedy skupia w sobie promienie słońca - płonąłem wewnętrznie i zapalałem innych. Widziałem, że jestem potrzebny, ponieważ byłem ogniwem spinającym wszystkie światy ludzi, którzy mnie otaczali. Światy odległe, niekiedy niemożliwie odległe. Jednak coś we mnie samym ciągnęło mnie do szaleństwa, któremu na imię szczęście. Czułem się tak, jakby życie naprawdę było piękne.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.




Oj Judyt Judyt...
czasem szukamy w śmieciach, czasem w kwiatach
"są tam dzieci o poranku"...

mrs
no może i tak Marku, ale przejedź z góry do dołu
po wierszach- tak, zauważasz w kwiatach więcej
czy w śmieciach?
chociaż swoją drogą to śmieci w tym świecie są
chwytliwsze(niestety)
Opublikowano

"Jak śmierć potężna jest miłość,
żar jej to żar ognia"... Pnp

W śmieciach i na wysypiskach ludzkich losów; w rubieżach szklanych domów i na zakolach dróg; w rwących nurtach zwątpienia i w potrzasku bez wyjścia; na scenie samotności i w tłumie bezsilnego krzyku - tam...


mrs

Opublikowano

Powinieneś wrzucić ten kawałek na prozę. Jest tam kilka osób, które trochę podpowiedzą np.Rachel, Ania Ostrowska...
Zanim to zrobisz, przeczytaj jeszcze raz dokładnie i popraw błędy, spacje itp.
Jest pomysł, klimaty, przesłanie, ładna poetyka - "Kręgi wygasły powoli i jezioro odzyskało gładkośc lustra". Początek nieco słabszy od reszty. Zakończenie całkiem,całkiem :) "Czułem się jak szkło powiększające, kiedy skupia w sobie promienie słońca - płonąłem wewnętrznie i zapalałem innych. Widziałem, że jestem potrzebny, ponieważ byłem ogniwem spinającym wszystkie światy ludzi, którzy mnie otaczali. Światy odległe, niekiedy niemożliwie odległe. Jednak coś we mnie samym ciągnęło mnie do szaleństwa, któremu na imię szczęście. Czułem się tak, jakby życie naprawdę było piękne."
Przeczytałam z zaciekawieniem, odnalazłam trochę swoich klimatów.
Pozdrawiam Stachu rowo ;)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.




A nie mogę jeszcze na prozę, bo tam jest takie dziwne coś, że kiedy walniesz teks i go skasujesz, bo trzeba poprawić, to później nie dasz rady ponownie. Poczekaj sobie kolego tydzień ;) I czekam.
Tekst jak najbardziej do dopracowania.

Pozdrawiam
Stasiukowo :)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...