Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

W wigilię dnia wszystkich świętych byłem z Anną Burgundzką na piwie. Wielka to dama, ze wspaniałymi manierami, a przy tym taka mała, krucha i zagubiona. Trzeba ją otoczyć grubym, archanielskim, skrzydlatym ramieniem Gabriela grubego.
Co było? Była złota piana piwa. Piwo z sokiem malinowym, heineken, papierosy, szklana popielniczka, podstawki pod piwo. Atmosfera lokalu gęsta od dymu, rozjaśniona przyćmionym światłem, jazzową muzyką i malutkimi świeczkami. Komu świeczka? Panu Bogu? A co daje Pan Bóg? Pan Bóg daje muzykę przetykaną marzeniem i wspomnieniami, które dopiero nadejdą, ziszczą się niebawem.
Dzień później wstałem wcześnie, lecz później znów położyłem się spać. A kiedy wreszcie wstałem, zjadłem śniadanie. Potem poszedłem do kościoła.
Rozmawialiśmy o tym kazaniu z Anią. To kazanie było o świętości. Każdy człowiek jest święty.
Lecz nie każdy jest ludzki. Dajmy na to taki pan Miecio. Swoimi obcęgami nadaje światu nowe obroty. Jest przyjazny, dobry, uczynny, nawet najgorszej jędzy naprawi pralkę. A taka pani Ala? Taka pani Ala to się opiekuje biedotą miejską. Dba o najmniejszych, o najbardziej szarych. Ona ma gest.
Pralinka też ma gest, ale namawia mnie bym udał się do burdelu. Najlepiej w dzień zaduszny.
Przecież to będzie kicz kiczem poganiany.
A ksiądz opowiadał o cywilizacji śmierci. Wiele pięknych słów powiedział. O tych kwiatach, zniczach i światłach. Że to tylko powierzchnia. Że tak naprawdę pod spodem czai się świętość gotowa do skoku. Niech zatem przenika do gardeł.
Do dusz.
Po kościele udałem się do domu wziąć znicze, bowiem na cmentarz miałem pojechać sam. Jak kawaler, który odwiedza groby swojej rodziny. Mama nie mogła ze mną jechać. Miała bowiem złamany palec. No i znów święta spędzam sam. A to przecież już było. Było wiele razy. Zawsze jest tak samo. A wszystkich świętych to moje ulubione święta.
Wsiadłem do autobusu i próbowałem patrzeć przez szybę, ale szyba była zaparowana, krajobraz był zamazany i w pewnym stopniu także załamany. Są bowiem połamane znicze, jest połamana przestrzeń.
Wysiadłem na cmentarzu. Przechodziłem koło stoisk ze zniczami. Upatrzyłem sobie jeden, który zapalę Bursztynkowi, ale dopiero później, później, później.
Chodziłem między alejkami, po tych cmentarnych labiryntach. Zapalałem kolejne znicze. I nie znałem tych zmarłych ludzi i byli oni mi obcy, aż wreszcie trafiłem na grób babki Janki.
Stanąłem nad nim jak wyrodny wnuk. Miałem parasol, kurtkę, czapkę. Stałem pod parasolem i myślałem.
Pralinka chce mnie wysłać do burdelu. Najlepiej w dzień wszystkich świętych, bo to będzie kicz kiczem poganiany, a kicz przecież w swych spazmach jest przepiękny. Te kolorowe kokardki na tle szarości i czerni. Te wyścielane, kolorowe łóżka, te obrazy. A Pralinka chce mnie wysłać do burdelu, a ja dla ciebie babciu nie byłem taki dobry. Kiedy tutaj stoję, to pada przeze mnie deszcz i nawet nie mogę się bronić czarnym parasolem. A przecież w swoim żółtym szlafroku dzwoniłaś kluczami. I mówiłaś, że ci się przykrzy samej w domu siedzieć.
A ja chciałem, żebyś sobie już wreszcie poszła, bo lubiłem być sam. Sam ze sobą najbardziej lubiłem przebywać. Nienawidziłem czyjejś obecności. Dopiero teraz widzę jak bardzo byłaś mi potrzebna i jak potrzebna jesteś mi nadal. W swym żółtym szlafroku z kluczami w kieszeniach
Myślę o twoich synach i wnukach, myślę o twoim mężu. Myślę ile chwil razem spędziliśmy i jak bardzo się martwiłaś, gdy byłem niegrzeczny. Teraz jestem starym chłopem. Teraz jestem wreszcie starym, grubym chłopem. Babciu dziękuję ci.
No i zapaliłem znicz. Postałem chwilę nad grobem, ale czasem czułem, że już nie mogę dłużej stać, że deszcz jest zbyt silny i że śmierć przestaje być ważna wobec tego deszczu. No i trochę pomagał mi ten czarny parasol, bo to przecież takie poetyckie, takie trochę z Kantora, a trochę z Emira Kusturicy. Postałem jeszcze chwilę, potem poszedłem na grób dziadka Staszka.
Na grobie dziadka zapaliłem dwa znicze ( tak jak na grobie babki ). Złożyłem ręce do modlitwy. Wiele myślałem o moim dziadku. Że był naprawdę potężnym chłopem i giął w rękach podkowy. Że był niezrównanym majstrem, że miał swoją skrzynkę z narzędziami, ukrytą w kuchennej szufladzie, do której ja często zaglądałem, bo chciałem być takim majstrem jak dziadek. Bardzo bym kochał teraz mojego dziadka i myślę, że z niejednego kłopotu by mnie wybawił. A tych kłopotów zdarzało mi się mieć całkiem sporo.
Pamiętam dziadku, jak kiedyś kupiłeś mi takie dwie obrączki zaręczynowe. Dla mnie i mojej dziewczyny ze szkoły podstawowej, Ani. I ja byłem tak przejęty, a ty przecież wiedziałeś, że w swoich oczach stanę się kimś ważnym. Umiałeś sprawić dziadku, że stawałem się kimś ważnym.
Potem poszedłem znowu na grób babki Janki i znów chwilę pomyślałem.
A Pralinka wysyła mnie do burdelu. Mówi, że by mi dobrze zrobiło. A to przecież kicz kiczem poganiany, ta powierzchnia, te jesienne liście, te znicze, te ognie, te ciemności, te kwiaty. W burdelu być może spotkałbym kogoś ważnego. Myślę, że mógłbym spotkać kicz, który sam kiedyś stworzyłem i w który kiedyś usilnie wierzyłem.
A pod tą powierzchnią czai się świętość gotowa, by wskoczyć do gardła.
Z wolnym gardłem wychodziłem z cmentarza. Kupiłem upatrzony znicz. Wsiadłem do autobusu. Słuchałem jak przepływa krajobraz, bo nie mogłem na niego patrzeć, szyby były brudne, zaparowane.
W domu porozmawiałem przez gg z Anną Burgundzką. To jest wielka dama, o wielkich manierach. Ona, ja myślę, że ona potrzebuje opieki skrzydlatego ramienia Gabriela Grubego, który kiedyś cały był z błękitów, puchów i dzwoneczków.
Po obiedzie zrobiłem sobie kawę i zapaliłem papierosa. Odezwał się do mnie Bartek Baran. Chce się ze mną spotkać jutro.
O godzinie piątej po południu przyjechały chłopaki. Grzesiek i Pichu. Pojechaliśmy do Tuchowa, do Eweliny, do Bursztynka.
Przegadaliśmy dużo nad tym grobem i ja sobie zbyt wiele z Bursztynkiem nie porozmawiałem. Bardzo ją kochałem kiedyś, ale zbyt wiele…
Zbyt wiele sobie z Bursztynkiem nie porozmawiałem, bo cały czas wspominaliśmy dawne czasy liceum. Nad grobem naszej wspaniałej koleżanki Eweliny.
Spotkaliśmy jej dziadziusiów. Dziadziuś spytał czy będziemy w przyszłym roku. Odpowiedziałem:
- Będziemy.
I dziadek mnie uściskał.
Bardzo kochałem Bursztynka swoją piękną szczeniacką miłością. Bardzo kochałem Bursztynka swoją piękną szczeniacką miłością. Bardzo kochałem Bursztynka swoją piękną, szczeniacką miłością. Bardzo. B.
A przecież była wódka i były papierosy i było szaleństwo. Lanie przez okno, wystawianie fajfusa na widok publiczny, mokre papierosy. Picie na umór. Widzenie, wizje, wypalanie się.
Dzięki tobie Bursztynku istniałem i dzięki tobie na chwilę przestałem istnieć.
I dzisiaj znów istnieję mniej więcej, aż do wyrwania snom oczu aż do przebudzenia we mgłach, bo przecież zmyć brud z przeźroczystej powłoki nie jest łatwo.
Poleciłaś mnie dziewczynie ziemi. Poleciłaś mnie dziewczynie glinie. Dziękuję ci bursztynku, wybacz mi wszystkie moje potknięcia.
Myślę o tobie jako o dziewczynie przeźroczystego obłoku. Myślę też, że ziemia jest tak strasznie trudna i tak bardzo niepoetycka.
A przecież jeszcze pamiętam dziadka Eweliny i jego czapkę i jego żonę. Pamiętam jego dobroć w oczach. Pamiętam łzy babci Eweliny. Moje kochanie, moja kochana, moja kochana.
Zmarła, gdy miała 17 lat. Byliśmy odwiedzić ją po raz ósmy. Osiem lat już tam jeździmy. I nic przecież się nie zmienia. Dalej rośnie ta tragedia. I kwiaty dalej są białe, nieskazitelnie piękne. I palą się białe znicze. I z tabliczki spogląda śliczna Ewelina i do wszystkich się pięknie uśmiecha. A ja w tej bieli poczułem się bliski Ewelinie. Przez cały rok wierzę, że daje mi wskazówki. Myślę, że wspaniały, naprawdę wspaniały z niej bursztynek.

Nic mi już nie pozostało w domu. Dom jest ciemny. Dom jest jasny. Dziewczyny z gliny, świtała i powietrza. Wszystkie kłęby dymu. Nieistniejące spotkania. Moi serdeczni przyjaciele. Nie odbyte podróże. To kiedyś mogło się przytrafić. Słucham jedynie szumów. Nie potrafię ich nazwać.
To się nazywa. Wszyscy wiemy, jak to się nazywa. Boże, ile bym dał…
Żeby…
To, co przemilczane jest najmniej istotne. Tęsknię za herbatą, a mam kawę. Przespawszy świt…
To, co przemilczane jest zupełnie nieważne.
Dom jest z milczenia.
Światło. Choć światło. Nie ma.
Jutro idę do kościoła na godzinę piątą po południu. Kroję brzeg. Nieba? Niknie i nie trzeba.
Więc po co? Po to, żeby wypowiedzieć i przyjąć godnie swoje niepowodzenie. Ale dobrze, że kocham jej ziemistość i światło pod skórą. .




.

Opublikowano

"Do dusz.
Po kościele udałem się do domu wziąć znicze, bowiem na cmentarz miałem pojechać sam. Jak kawaler, który odwiedza groby swojej rodziny. Mama nie mogła ze mną jechać. Miała bowiem złamany palec. No i znów święta spędzam sam. A to przecież już było. Było wiele razy. Zawsze jest tak samo. A wszystkich świętych to moje ulubione święta.
Wsiadłem do autobusu i próbowałem patrzeć przez szybę, ale szyba była zaparowana, krajobraz był zamazany i w pewnym stopniu także załamany. Są bowiem połamane znicze, jest połamana przestrzeń."

To tylko fragment, ale cały tekst przyprawia o lekki zawrót głowy. Wygląda tak, jakby pan siadł do kartki papieru, zanim postanowił Pan, o czym chce pisać. Nie będę już wypominać powtórzeń (w powyższym fragmencie jedynie trzy razy użyte 'bowiem'...), bo to kwestia drugorzędna. Nie zapytam, po co nam tu Kantor, myślałam i nie doszukałam się ewentualnej aluzji...

O czym Pan chciał napisać? Proszę to przemyśleć i napisać jeszcze raz. Nie zdziwię się, jak do tego nie dojdzie. Może powyższa rada to zbytnia zuchwałość z mojej strony. Widzę jednak potencjał, potrafi Pan budować klimat. W pewnym momencie łączy Pan nawet trzy płaszczyzny czasowe: przeszłość - wspomnienia o babci, teraźniejszość - scena przy grobie, przyszłość - wizje o burdelu, nieświadome puszczanie wodzy fantazji, impresjonistyczny strumień jaźni, obsesje. Płynne przejścia z mikro do makrokosmosu, podejrzewam tylko, że nieświadomie poczynione.

Ogarnąć chaos tekstu zadaniem sobie dwóch pytań: kim jestem? i o czym chcę pisać? A potem pisać, pisać, pisać.

Życzę powodzenia i proszę wybaczyć, że nie krytyka a instruktarz z mojej strony, ale narazie Pański tekst nie nadaje się do krytyki, nawet tej konstruktywnej...

Opublikowano

To nie była krytyka poparta merytoryczną argumentacją. Były to raczej arbitralne stwierdzenia kogoś, komu się takie pisanie nie podoba ( nie wiadomo czemu: nie czuje? nie rozumie? ). Cenię szczerość w czytelniku, a nie nadymane, pseudokrytyczne wynurzenia kogoś, kto pozuje na arbitra, chciałby nim być, a nim nie jest, ponieważ mu sporo brakuje.
Z pozdrowieniami

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Łukasz Wiesław Jasiński, dziękuję :)
    • @Berenika97 Łydka, łydka ;)
    • @Berenika97 uszanowanie dla supermocy kobiety ;)
    • Każdego jednego roku,  ten sam rozkaz z dowództwa. Głupi, niedorzeczny  i zupełnie pozbawiony sensu. Celu również. Bo od zarania  ta droga jest zamkniętym szlakiem. A dla miejscowych  jest drogą do samego piekła. Nie wychynie na nią nikt z pobliskich wsi. Choćby ją wybrukować studolarówkami a żwir zamienić na bryłki złota. Konie płoszą się  gdy tylko poczują jej dotyk pod kopytem. Samochody psują się  lub zachłystują nagłym odcięciem paliwa. Nie ma śmiałka  co przemierzył Lincoln Road na stopach. A jeśli nawet kto kiedy próbował, to jego szkielet pewno nadal bieleje  pośród dzikiej kniei  lub w nurcie potoku Manson. Droga oficjalnie figuruję  na mapach i przewodnikach. Mało tego,  byłaby świetną, miejscową atrakcją. Lecz nikt nie chce igrać z siłami, których w pełni nie potrafi wyjaśnić. Z żywą legendą o starych czasach.     Dziś jest ten szczególny dzień w kalendarzu. Dwudziesty siódmy grudnia. A kto tego dnia utknie na Lincoln Road, szczególnie niedaleko mogiły  i starego mostku na Manson. Ten jest stracony dla świata. Jest to tak niedorzeczna  acz wryta  w świadomość miejscowych legenda, że od przeszło dwudziestu lat, wojskowi z pobliskiej bazy  trzymają wartę na całej jej długości w tym jednym dniu. Od kilku lat panuje spokój,  choć różnie bywało. Wiele patroli przepadło bez wieści. Odnajdywano po nich broń, mundury, czasem zbłąkane i przerażone konie. Inni odnajdywali się  po wielu tygodniach  lub nawet miesiącach. Odarci nie tylko z ubioru ale i zmysłów. Lądowali w szpitalach dla obłąkanych. Bredzili w kółko o Lincoln Road. O mostku na Manson. O postaci, która pojawia się  na jego spróchniałych deskach, dwudziestego siódmego grudnia. O masakrze z czasów secesji. O dziejach przeklętej kompanii konfederatów. Może to tylko głupia legenda. A może fakty w postaci  zaginionych i pomylonych żołnierzy, są dostatecznym dowodem ku temu, że w te końcowe dni roku, patrolowanie Lincoln Road jest koniecznością. Dla spokoju duszy i sumienia żyjących.   Był to ich ostatni nawrót,  niedaleko rogatek Pinehead w stronę mostku. a dalej za nim  Lincoln wpadała i kończyła się  na międzystanowej ku Chesterfield. Tam klątwa i legenda już nie sięgały. Wieczór przechodził powoli we wczesną noc. Śnieg znaczył drogę szeroką, białą wstęgą. Nie było go wiele. W tym roku zima  nie przyszła jeszcze w całej swej pełni. Światła ich ciężarówki wrzynały się jak noże, daleko w pustą przestrzeń. Las wydawał się wtedy jeszcze mroczniejszy  i pełen złych przeczuć i istot, którym zupełnie nie w smak  była obecność ludzi.     W szoferce jechało ich dwóch  a pięciu pod bronią  jechało na pace pod płachtą z brezentu. Na figlarzy, głupców i rozbójników wystarczy, lecz czy takie środki  będą skuteczne na przeciwdziałanie klątwie. Żaden z nich wolał tego nie sprawdzać. Pokonali ostrożnie, wyboisty łuk  i wyjechali naprzeciw zjawisku,  które całkowicie ich zaskoczyło. I nie, nie było to nic nadprzyrodzonego. Wręcz przeciwnie,  były to rażące ich  światła osobowego wozu zaparkowanego na poboczu. Obok otwartych drzwi od strony kierowcy, dostrzegli ludzką postać, gdy oświetlił ją błysk reflektorów, żołnierze rozpoznali w niej nie potwora a niewiastę o bardzo przerażonej lecz naznaczonej ulgą ratunku minie. Zatrzymali się praktycznie u jej stóp.   Wysiedli dopiero po dłuższej chwili. Nie byli pewni  w środek czego tak naprawdę trafili.  Jadąc tym odcinkiem pół godziny wcześniej  natrafili tylko na pustkę. Czy kobieta była tu zupełnym przypadkiem? A może słyszała o tym  co dzieje się tutaj w tym dniu  i szukała mocnych wrażeń. Jedno było pewne. Nie znali jej,  więc nie mogła pochodzić z Pinehead. A do tego jej samochód  był wyssany z paliwa do cna. Gdyby wjechała tutaj godzinę później, musiałaby wracać na własną rękę przez las i uważać na postać jeźdźca zza plecami. Mogła to być też podpucha albo pułapka. Nie mogli tego wykluczyć.     Kapral wysiadł pierwszy i uderzył kilka razy otwartą dłonią w karoserię  dając znak tym z tyłu by ich osłaniali. Nie minęła nawet minuta  a już muszki pięciu garandów były wycelowane w przerażoną kobietę. Nie wyglądała jakby zamierzała walczyć  a raczej uciekać gdzie pieprz rośnie. Nie przejmując się  wycelowanymi w siebie karabinami,  rzuciła się z płaczem ku kapralowi. Nieważne dokąd prowadzi ta przeklęta droga ale chcę jak najszybciej znaleźć się  jak najdalej stąd. Zabierzcie mnie stąd błagam. Kapral dał jasny sygnał by opuścić broń. Wykonali rozkaz. Lecz nadal byli w niemałym szoku, że w tym dniu natrafili tu na żywą osobę.     Niech Pani wsiada czym prędzej do szoferki, droga jest zamknięta …  szczególnie dzisiejszej nocy… po drodze wszystko Pani nam opowie. Niestety na wstępie zaznaczę,  że jesteśmy zmuszeni  dokończyć wykonanie patrolu. Przejedzie z nami Pani jeszcze kilka kilometrów do drogi stanowej a potem zawrócimy do Pinehead  gdzie zostanie Pani u nas w bazie. O samochód proszę się nie martwić. Odholujemy go jutro za dnia do Pinehead.     Kobieta wpadła w histerię już po kilku pierwszych słowach kaprala. Wracać do drogi stanowej!? Przez ten stary most, który mijałam jadąc tu!? Więc proszę mnie zastrzelić tu i teraz, bo nie wrócę na ten most choćby i z uzbrojoną po zęby dywizją wojska. Zresztą na nic Wam te śmieszne karabiny. Tam mieszka coś, czego kule się nie imają. Zastrzelcie mnie albo zostawcie tutaj. Wolę czekać na śmierć tutaj, niż jechać prosto w jej objęcia. Jeśli wjedziecie na most, nie wrócicie już tutaj. Macie moje słowo.     Byliśmy na nim tylko tego dnia  co najmniej dziesięciokrotnie  i jak widać żyjemy. Boi się Pani w nagłym szoku,  własnego cienia. A cieni nie należy się bać. Cienie to cienie. A jeśli to cienie przeklętych dusz!? Widziałam ich jak teraz widzę Was. Kompanię pod bronią, lecz bez głów. Nie wrócę na most. Nie ma Pani wyjścia. Mam rozkaz odstawiać  wszelkich cywili do bazy  tak by nikt nie włóczył się po tej drodze. Nic dziwnego to przeklęta droga! Niebezpieczna i stara,  ze skruszałym mostem,  który grozi zawaleniem. Pilnujemy porządku a nie śledzimy duchy droga Pani. Dał znak dwóm podkomendnym a Ci bez zbędnych wyjaśnień i ceregieli,  siłą wrzucili wręcz kobietę do szoferki. Poza wzrokiem kaprala ale jeden z nich wracając na pakę dyskretnie się przeżegnał i ucałował krzyżyk zawisły na szyi...            
    • @Gosława uszanowanie dla miłej Pani! :)
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...