Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Chciałbym się poskarżyć.
A właściwie zapytać, czy dobrze postąpiłem. Sprawa dotyczy ostatnich Świąt Bożego Narodzenia. Nie było śniegu i to mnie wystarczająco wkurzyło. Nie było nawet ani odrobiny mrozu! Siedziałem w domu, tuż przed świętami i pogrążałem się w przesłodkiej, wszechogarniającej błotnisto - deszczowej depresji, no wiecie szare krople płynące po szybie, para chowająca się wspólnie pod parasolem i takie tam pierdoły. Choinka mnie mierźiła, bo czułem nastrój bardziej pierwszolistopadowy, niż grudniowo - zimowy, więc nawet na nią nie spoglądałem. Po co? Pies spał pod nią głodny, bo w taką pogodę nawet do sklepu po puszkę nie chciało mi się pójść.
I nagle, z odrętwienia wyrwał mnie telefon. Masz ci los! Bo mi źle w tym moim nieszczęściu było. Podniosłem słuchawkę i klasycznym "Halo!" nawiązałem rozmowę.
- Może by my do Tesco pojechali?
Kuzynka! Dżises! Taż jej nie odmówię.
- Do Tesco? - pytam.- To czterdzieści kilometrów!
Jakby we wiosce u nas sklepów już nie było i po durnego karpia trzeba by walić do Marketu w województwie.
No, ale uległem.
Godzinę później już łaziłem z debilnym koszykiem w łapie, wśród półek i uśmiechniętych dziewic - Mikołajów, co na konsumpcję ciasteczek zapraszały, albo perfumką się chlapnąć, namawiały. Musiałem znosić te wszystkie okrzyki kuzynki z cyklu: "O popatrz - promocja!", "O popatrz, to by mi się przydało!", "O popatrz, jakie tanie!", "O popatrz! Okazja!". Mdliło mnie jak diabli, ale dzielny byłem. Miarka się przebrała ( a właściwie przebierać się zaczęła ), dopiero przed kasą. Kurwa! Jaka tam kolejka była! Wierzycie? Na wiosce tylu ludzi nie ma, co tutaj w jednej kolejce! No ale nic, stoję. Trzymam ten koszyk pełen pierdół i łacha ciągnę z chichoczącej kuzynki. Ona nic nie czai! W ogóle używa takich słow, że ciężko ją zrozumieć. Jakieś tam: "O co ci kaman!", albo " ale zajefane tipsy!" Nic to. W pewnym momencie moją uwagę przykuwa jakiś dzieciar. Wisi ojcu na rękawie, obok spanikowana świątecznym szałem matka, a ten drze mordę!
- Tatoooo! Tatoooo!
I ryczy w niebogłosy. - Tato kup mi Snickersa, i tato sru batonik do wózka, Tato, kup mi gumę i tato sru do wózka, tato kup mi... i tato sru, jak się domyślacie, do wózka.
"Nie dam rady" - myślę sobie. Z jednej strony napiera kuzynka, że to zajefajnie, że się ten obciachowy post kończy i będzie można na balety pójść jakieś ciacho wyhaczyć, z drugiej ten bachor i nieprzytomni rodzice. Cały wózek prezentów, żadna tam niespodzianka, bo gówniarz już sam sobie wybrał co chce i już wie co dostanie! I jeszcze naciąga starych, a starzy jadą z tym koksem i... do wózka.
Patrzę dalej, w wózku tak: Coca - cola, pizza jakieś tam Tomato - Italiano, Panga, hamburgery, sosy Tesco, stosy Lay`s - ów, Crunchips - ów i czegośtamjeszcze w złotych paczuszkach, samochodziki dla gówniarza, Kapitan Planeta dla gówniarza, kij bejsbolowy dla gówniarza, cyfrówka dla gówniarza i myślę sobie:
"A gdzie karpik? Gdzie sianko pod obrus? Gdzie niespodzianki ślicznie i skrupulatnie zapakowane drobiazgi, najlepiej własnoręcznie wykonane? Gdzie kolęda? Gdzie uśmiech i życzliwość dla bliźniego? Gdzie atmosfera świąteczna? Gdzie opłatek? Stopiło się ze śniegiem, czy jak?"
Jakoś dźwignąłem, przepuściłem się przez kasę, kuzynia zapłaciła i taszczymy te klamoty na parking do samochodu. No i pech! Tuż obok stoi gablota, klapa otwarta, a przy niej znajoma rodzinka pakuje to wszystko do środka. Dzieciar dalej drze mordę! Że on chciał jeszcze grę, że on chce Mac Drive`a, MacZestaw, że nie chce tej durnej choinki, że nie pojedzie do babci, bo tam wiocha i pizzy nie ma. Słucham tego i żal mnie ściska, kuzynka nic nie kuma, tylko sadzi dalej durne teksty: "Ty, popatrz jakie ta wieśniara ma laczki! Ale siara!"
Do rodzinki podchodzi jakiś facet, chyba znajomy, bo zaczynają rozmawiać. Nie! O zgrozo! To nie znajomy, to właściciel restauracji, tak wynika z rozmowy, dopinają ostatnie szczegóły kolacji wigilijnej. W restauracji!!! Czujecie? Wigilia? Kelnerki, srejnerki, muzyka z kompa i zero klimatu.
"Boże!" - sobie myślę i blada rozpacz mnie ogarnia. Smutek i żal. Od razu przypominam sobie babcine ciasta, szyneczkę na kartki wystaną przez matkę w kolejce ( jedyną szyneczkę w ciągu roku! ), głodówkę od samego rana i ekstra barszczyk dopiero wieczorem, kolędy śpiewane przez kobiety i rozmowy mężczyzn o życiu. Ale przede wszystkim klimat! Świeżutka choinka, skromne prezenty, których zdobycie sprawiało jednak, że ich ranga rosła niepomiernie. Skarpety! Jezu skąd skarpety? i jakie te skarpety! Ciepłe! Wełniane! Zegarek!. Matko Boska, gdzie ty dostałeś ten zegarek? Jaki piękny ten zegarek. Ale gdzie teraz baterie kupić? I banany! Jezu! Banany! Prawdziwe!
I patrzę na tego bachora co się tak drze, i ma gnój wszystko i jeszcze dwa razy więcej, i nie wie co to święta i jego rodzice zapomnieli co to święta, i nie uczą go co to święta, a rozpuszczają gnoja, i na kuzynkę patrzę i na kierownika restauracji patrzę i znowu na dzieciaka, i huk mam w głowie, i chaos, i nerwy mi puszczają, i nie wytrzymuję!
Wyrywam bejsbola z wózka, szybkim ciosem roztrzaskuję łeb dzieciaka. Pada. Dobiegam do rodziców, kuzynka drze się w niebogłosy. Rozpieprzam łeb matce i ojcu gówniarza, padają na ziemię, jeszcze żyją, ale krew zalewa im twarze, kierownik restauracji rzuca się na mnie, ale dostaje kopa w brzuch, pada na ziemię i tam butuję go do utraty przytomności. Podbiega do mnie kuzynka i jej: " Co ty zrobiłeś?" jest równocześnie jej ostatnim zdaniem w życiu.
Napierdalam teraz wszystkich na glebie jak leci, napierdalam w zmasakrowane ciała: dzieciaka ( niech się gnój nauczy szacunku do świąt! ), jego starych, szefa restauracji, kuzynki, napierdalam każdego, kto do mnie podleci: "za Mikołaja!", " za choinkę", "za rodzinne kolędowanie", "za to, że wszystko, kurwa jego pierdolona mać zepsuliście!", "że tylko żrecie i kupujecie, kupujecie i żrecie!"
A szlag z wami! A zdychajcie dranie!
Napierdalam do utraty tchu, krew obryzguje mi twarz, kurtkę, wypluwam ją, cudzą, złą krew innowierców, zdrajców, nieświętych. Masakra wprawia mnie w ekstazę, jestem wielki, mam swój prywatny Dżihad! Swoją ekstazę! Napierdalam do utraty świadomości, do pierwszego i do drugiego orgazmu. Ślizgam się po nerach, żołądkach wypchanych Coca colą i hamburgerami, po wątrobach zniszczonych przez Martini, po kichach, sercach. Ślizgam się i napieprzam bejsbolem, aż urywa mi się film!
- Słuchaj, a może byśmy wrócili na odzieżowy? Nie mam butków na dyskotekę... - dźwięczny głos kuzynki wyrywa mnie z odrętwienia, wzdrygam się, spoglądam na rodzinkę. Odjężdżają z parkingu w sobie tylko znanym kierunku...

Opublikowano

tam butuję go do utraty przytomności"

tam butuję go aż traci przytomność, bo inaczej brzmi jakbyś tracił przytomność butując kolesia. Tekst zaskakujący, w twojej tzn tej która Ci najlepiej leży, tematyce społeczno/obyczajowo/filozoficznej

ale rozczarowałem się końcem i celą, ta masakra powinna być raczej potraktowana jak wizja narratorska, którą zaraz koryguje rzeczywistość(np. pytanie kuzynki: odwieziesz wózek?), a w puencie byłoby wtedy ciekawiej
zdrówko
Jimmy
ale wymiata i tak

  • 4 tygodnie później...
Opublikowano

Kurwa, mam teraz w dupie doszukiwanie się jakiś tam niedociągnięć warsztatowych! Świetny tekst! Rytm! Jest rytm, który uprawdopodobnił masakrę! To "Dzień świra"! Zdaje mi się, że podczas pisania miałeś w głowie ten film. Ale Jimmiego podpowiedz co do zakończenia opowiadania, moim zdaniem, warta jest przynajmniej zastanowienia.
Pozdrawiam mojego ulubionego autora na "poezja org " :-)
Ps
Szkoda, że od morza do gór jest tak daleko.
Ciekawe, czy kiedyś wypijemy jakieś piwko razem :-))

Opublikowano

Donie, gdzieś Ty się podziewał? Dzięki za przychylne słowa :) Jak znam życie, na pewno znalazłeś u mnie mnóstwo literówek!
Kiedyś uwielbiałem jeździć nad morze! Ostatnimi czasy byłem w Dziwnowie i Pogorzelicy, ale taką mam teraz pracę, że nigdzie nie jeżdżę. Tyle czasu pochłania. A może Ty byś w góry się wybrał?

Opublikowano

A ja zmieniłem pracodawcę i teraz jeżdżę sobie po Europie :-)) Tydzień temu, podczas tego długiego weekendu byłem w górach, dokładnie w Karpaczu. Zajechałbym do Ciebie, gdybym był w twoich okolicach, ale Ty wciąż nie dajesz na siebie żadnego namiaru. Jakbyś zmienił zdanie, to napisz mi wiadomość prywatną.
Może niedługo coś napiszę o tych moich ostatnich wyjazdach, ale raczej zamieszczę to pod innym pseudonimem.
Pozdrawiam serdecznie

  • 2 miesiące temu...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...