Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Sprawy czasem przybierają taki obrót, że nawet Bartek się go nie spodziewa. No, ale zacznijmy od początku.
A zaczęło się od piratów. Bartek, który na studiach specjalizował się w literaturze angielskiego renesansu, umyślił sobie napisać pracę magisterską o piratach. Nawiasem mówiąc, bardzo lubił odpowiadać na pytanie “co mają piraci do renesansu” - jego odpowiedzi, utrzymane raczej w stylu barokowym niż renesansowym, miały niemałą wartość merytoryczną, mimo to jednak mało kto był w stanie wysłuchać ich uważnie do końca, a co dopiero zapamiętać. Nikt zatem dokładnie nie wiedział, jak to było; no, może poza samym promotorem, doktorem Gdańskim, któremu temat niebywale się spodobał.
Ale zaraz - w tym, że to piraci byli siłą sprawczą przyszłych wydarzeń, nie ma przecież cienia przesady! To właśnie dzięki nim zawiązała się między Bartkiem a doktorem Gdańskim nić porozumienia i – nie należy bać się tego określenia – męskiej przyjaźni. Do tego stopnia, że gdy w lipcu, tuż po bartkowej obronie, doktor Gdański miał brać ślub, zaprosił Bartka na wieczór kawalerski.
Bartek, owszem, czuł się wyróżniony, ale bardziej może nawet zakłopotany. Nie zdarzało mu się przecież nigdy wcześniej biesiadować w towarzystwie pracowników naukowych, jeśli nie liczyć instytutowych wigilii. Nie śmiał, naturalnie, zaproszenia odrzucić, choć z początku myślał, żeby wykpić się obowiązkami czy chorobą; w końcu jednak stawił się na balandze w pełnej krasie: w najlepszym garniturze i z naręczem kwiatów.
Kwiaty jednak zdały się na nic, choć doktor Gdański oczywiście je przyjął; najlepszy garnitur zdał się na jeszcze mniej, bo towarzystwo (łącznie z samym doktorem Gdańskim) odziane było w dżins, sztruks i flanelę. Ubrania zresztą – nie wyłączając jedwabnego krawata i znakomicie wykończonej marynarki Bartka (przednią markę dało się poznać po prążkowanej podszewce) szybko zostały przez właścicieli porozrzucane po całym lokalu w akcie ogólnej euforii, jaka ogarnęła biesiadników, gdy na scenie pojawiły się skromnie, lecz schludnie odziane tancerki.
Kilku uczestników libacji Bartek znał ze studiów; był wśród nich chudy, choleryczny doktor filozofii, niejaki Mściński, był odziany jak zwykle na czarno amerykanista doktor habilitowany Kozłowski, nie zabrakło nawet jowialnego profesora Lanckorońskiego, kierownika zakładu literatury angielskiej i zatwardziałego kawalera. “Ilość alkoholu, jaki jednostka może wypić” - zaobserwował Bartek - “jest liczona na jeden tytuł naukowy; magister i doktor mogą wypić właściwie tyle samo, ale doktor habilitowany – już dwa razy więcej, a profesor doktor habilitowany – temu już w piciu nikt nie dorówna”.
- Wojteczku, a czy ty wiesz – zapytał profesor doktor habilitowany Fryderyk Wilhelm Jarzęba-Lanckoroński (z tych Jarzębów-Lanckorońskich), obejmując poufale doktora Gdańskiego – czy ty wiesz, że po ślubie to już koniec z ruchankiem na boku? Schluss, end, fin. Comprenez-vous? No, przynajmniej na parę lat.
Profesor poklepał doktora po plecach, po czym huknął gromko:
-Ale ty się nie bój, Wojteczku, ty nie bój nic! Masz wiernych przyjaciół, którzy ci w męczarni ulżą. O tak, Wojteczku, na nas możesz liczyć. Comprenez-vous?
Bartek, który nie znał francuskiego ani odrobinę, nie zrozumiał, o co pytał profesor, nie mniej jednak przytaknął z entuzjazmem – razem z resztą gości.
-No dalej, bracia rodacy – grzmiał profesor Lanckoroński - zróbmy ściepę na ostatni coitus extramatrimonialis dla kolegi doktora! Tu nieopodal mieści się wcale przytulny przybytek zaspokajania żądz cielesnych o wdzięcznej nazwie “Alexis”! Comprenez-vous?
Biesiadnicy wyciągnęli portfele, drżącymi dłońmi odliczyli walutę – dwudziestki, pięćdziesiątki, setki – i podali je profesorowi Lanckorońskiemu.
Uczony w skupieniu poślinił palec, przeliczył banknoty, wśród których była ostatnia bartkowa pięćdziesiątka i zawołał radośnie:
-Znakomicie, znakomicie; zawsze powtarzam, że naród polski, choć ubogi, na szczytny cel grosza nigdy nie poskąpi! Wojteczku, kochany! - zwrócił się wreszcie do doktora Gdańskiego, o którym przez ten czas prawie już zapomniano – Wojteczku kochany, za te pieniądze, to ty się w Alexisie nadymasz do upadłego, dosłownie i w przenośni! Comprenez-vous? Chodźmy tam, chodźmy czem prędzej, póki noc młoda!
Profesor Lanckoroński ciągnął doktora Gdańskiego do wyjścia, a tamten coraz słabszy stawiał mu opór. Bartek, który nagle zdał sobie sprawę z powagi sytuacji, przebiegł wzrokiem po twarzach zebranych, którzy podzielili się mniej więcej po połowie – część z nich, pobladłszy, z zaciśniętymi wargami kiwała przecząco głową, jakby chcieli samych siebie utwierdzić w przekonaniu, że “to nie uchodzi”; druga część, a wśród nich znani już Bartkowi filozof Mściński i amerykanista Kozłowski, rwała już do wyjścia, gestami zachęcając resztę do pójścia w ich ślady.
-Chwała tym, co z nami! – zakrzyknął profesor Lanckoroński, gdy wreszcie udało mu się porwać z miejsca doktora Gdańskiego – im dziś pisane śniade uda bułgarskich branek! Zdrajcy i tchórze niechaj wracają do pustych domów! A tertium... - dodał po chwili, patrząc na twarz Bartka, na której malowało się wahanie – tertium non datur! Comprenez-vous?
Bartek nigdy jeszcze nie odwiedził agencji towarzyskiej – był bowiem wbrew sprawianym pozorom młodzieńcem wielkiej nieśmiałości – i nie miał wcale ochoty tego zmieniać. Nadal jednak czuł pewną więź podległości łączącą go z profesorem Lanckorońskim i innymi pracownikami instytutu, a nade wszystko – darzył doktora Gdańskiego sympatią tak szczerą, że nie darowałby sobie, gdyby go opuścił w godzinie próby. Bo że to była swego rodzaju próba męskości, Bartek wiedział doskonale.
Uderzył otwartymi dłońmi w stół, chcąc dodać sobie animuszu, odnalazł gdzieś na podłodze lokalu swoją markową marynarkę, narzucił ją nonszalancko na ramiona i dziarskim krokiem ruszył do wyjścia, przy akompaniamencie oklasków dołączając do reszty.
-Naprzód, do Alexisa, póki młodości! - ryknął jeszcze profesor Lanckoroński - Nocy, o nocy – urwał na chwilę, szukając w myślach cytatu z literatury angielskiej, w końcu jednak poddał się: - Vorweile doch, du bist so schoen!
Grupa prowadzona przez profesora Lanckorońskiego, w skład której wchodzili – oprócz Bartka, filozofa Mścińskiego, amerykanisty Kozłowskiego i samego doktora Gdańskiego – także dwaj krępi panowie o wyglądzie niezbyt rozgarniętym, skierowała się Alejami Jerozolimskimi w stronę centrum, czyniąc przy tym niemało hałasu. Było już dobrze po północy, noc była ciepła i duszna, latarnie oświetlały chodnik żółtawym światłem, a gwiazdy zdawały się być zawieszone tuż nad blokami, niemal na wyciągnięcie ręki. Tyle, że to bynajmniej nie gwiazdy były wtedy tym wesołym kompanom w głowie.
Jest to – z punktu widzenia techniki narracji – moment nad wyraz odpowiedni na przybliżenie wyglądu bohaterów, w miejscu bowiem, do którego się udawali, wygląd niemałe miał znaczenie. Oto profesor doktor habilitowany Fryderyk Wilhelm Jarzęba-Lanckoroński był mężczyzną nie pierwszej już młodości, tęgim i rubasznym, acz niepozbawionym przy tym pewnej finezji czy nawet elegancji w ruchach. Szpakowate włosy – wcale jeszcze gęste – zaczesywał gładko do tyłu, a twarz zdobiły mu wypielęgnowane wąsy i spiczasta kozia bródka. Gdyby tak odziać go w odpowiedni dla minionej epoki garnitur, białą koszulę z nakrochmalonym kołnierzykiem, kamizelkę przeciętą złotą dewizką, gdyby na głowę wcisnąć mu aksamitny chapeau claque, gdyby mu dodatkowo kazać się podpierać smukłą czarną laską – wyglądałby jak prawdziwy bourgois z przełomu XIX i XX wieku. Doktor Gdański natomiast był bladym, przygarbionym i niezgrabnym człowieczkiem niskiego wzrostu, zwieńczonym nieproporcjonalnie dużą głową; wiecznie w tych samych czarnych mokasynach na grubej podeszwie ze ściętymi czubkami, porozciąganych i spranych podkoszulkach wpuszczonych w wysoko podciągnięte płowe jeansy. Oczy miał wodniste i wyłupiaste, zawsze podkrążone, twarz zarośniętą, głębokie zakola na rzadkich włosy koloru stalowoszarego. W chwilach wzruszenia – a bardzo łatwo ulegał wzruszeniu – jąkał się i zacinał; zwykł dla pokrycia zażenowania podciągać spodnie, które i bez tego nosił nieprzeciętnie wysoko.
W drodze do agencji Alexis doktor Gdański co i rusz chwytał za pasek i ciągnął do góry tak mocno, że aż płowe jeansy odsłaniały nie tylko wychodzące z czarnych półbutów beżowe skarpety, ale i blade, pajęcze łydki. Gdy drużyna wreszcie stanęła pod jednym z wielkich bloków, gdy profesor Lanckoroński wybrał numer na klawiaturze domofonu, gdy powiedział do mikrofonu wesołe: “oto stoję u waszych rozpustnych bram ja, niejaki Jarzęba-Lanckoroński, sługa uniżony, dziś w roli koryfeusza, a za mną chór jurnych młodzieńców”, gdy wszyscy ścisnęli się w cuchnącej moczem windzie, gdy wjeżdżali nią na trzecie czy trzynaste piętro, doktorowi Gdańskiemu pozostało już tylko kurczowe trzymanie w obu rękach paska od spodni, jakby w obawie przed tym, co nieuchronnie się zbliżało. Na samą myśl o tym, że już za moment będzie zmuszony zdjąć swoje płowe jeansy, Gdański dostawał gęsiej skórki.
“Salon masażu Alexis” - głosił niezbyt zachęcający napis na drzwiach, w które zapukał wreszcie profesor Lanckoroński. Coś błysnęło w judaszu, w następnej sekundzie zgrzytnął otwierany zamek, potem drugi, trzeci – zgrzytnęła nieskończona, jak się wydawało Bartkowi – ilość otwieranych zamków, po czym w drzwiach ukazała się podstarzała upadła anielica rozpusty z niedwuznacznym papierosem w ustach.
-Całuję rączki mojej dobrodziejki! - Lanckoroński ujął spracowaną dłoń burdelmamy w swoje pulchne dłonie i zbliżył ją do własnych ust, zachowując bezpieczną odległość.
-Witam szanownych panów, proszę się rozgościć, niech się panowie czują jak u siebie! - zaszczebiotała ochryple gospodyni przybytku, rumieniąc się i wijąc w zapraszających gestach.
Weszli do środka, wycierając po kolei buty: profesor Lanckoroński, za nim doktor Gdański, filozof Mściński, a na końcu Bartek. No właśnie – na końcu, bo okazało się, że amerykanista Kozłowski i dwaj krępi panowie o wyglądzie niezbyt rozgarniętym gdzieś zniknęli. Nikt nie mógł sobie przypomnieć, kiedy widział ich po raz ostatni i czy jechali razem z resztą w windzie, czy nie.
-Zrejterowali! - zawyrokował Lanckoroński ze zgrozą w głosie. Zapadło milczenie.
Upadła anielica powiodła ich do ciasnego pokoiku, w którym ledwie starczyło miejsca na czerwoną kanapę z mocno poprzecieranej ekologicznej skóry. Ściany i sufit pomieszczenia pomalowane były na ten sam odcień. Siedzący w rogu pokoju potężny mężczyzna w sportowym ubraniu, z wielkim złotym łańcuchem na szyi, w milczeniu zlustrował całą czwórkę ponurym spojrzeniem rzucanym spod nisko sklepionego czoła. Profesor Lanckoroński uśmiechnął się do niego delikatnie, po czym usiadł na kanapie; pozostali usiedli obok niego, kuląc ramiona, by zmieścić się na ciasnym meblu.
Burdelmama, która w międzyczasie zdążyła już gdzieś zniknąć, pojawiła się znowu, prowadząc za sobą pięć potarganych kobiet w czerwonych, satynowych szlafroczkach. Niewiasty ustawiły się przed klientami w równym szeregu i jak na komendę zdjęły satynowe szlafroczki.
-Nasz przyjaciel – zagaił Lanckoroński – obecny tutaj doktor Wojciech Gdański, wybitny znawca literatury angielskiej doby renesansu, żegna się dziś ze swoim dotychczasowym stanem cywilnym. Comprenez-vous? Niech się zatem zabawi po raz ostatni, niech użyje sobie; to dla nas radość, móc za niego dzisiaj zapłacić. No, dalej, Wojteczku, wybieraj! A że jest w czym, to przecież widzisz.
-Ależ nie śmiem... - wyjąkał doktor Gdański – nie śmiem, panie profesorze, pan musi wybrać pierwszy, jako starszy, godniejszy...
-Tu nie o godność się rozchodzi, Wojteczku; tu o coś znacznie ważniejszego się rozchodzi, tu się rozchodzi o pewien tradycją uświęcony porządek rzeczy! Dziś jest twój wieczór, Wojteczku, twoja ostatnia kawalerska noc. My mamy zamiar cieszyć się kawalerską wolnością jeszcze przez długie lata, albo nawet – jak moja skromna osoba – do śmierci samej...
W tym miejscu profesor urwał na chwilę, obrócił się w stronę obnażonych dam przestępujących niecierpliwie z obcasa na obcas i rzucił im krótkie:
-Przepraszam panie, proszę się okryć jeszcze na chwilę, nie chcielibyśmy przecież, aby wystygła w paniach ich gorąca krew! Mam koledze coś do wyjaśnienia, to nie potrwa nawet minuty.
Sprzedajne piękności popatrzyły po sobie, podniosły czerwone satynowe szlafroczki i na powrót się nimi okryły. Profesor Lanckoroński kontynuował:
-Widzisz, Wojteczku, ty już umierasz. W pewnym wąskim sensie, naturalnie – umierasz dla kameralnych burdelików, umierasz dla gorących ud najemniczek Erosa i umierasz dla zimnego szampana pitego w ich towarzystwie. A przed nami jeszcze szmat życia usłanego podobnymi uciechami. Dlatego wiedz, że z radością, acz nie bez odrobiny litości czy przynajmniej współczucia, odstępujemy ci najpiękniejsze skarby tego przybytku do twojej wyłącznej dyspozycji. Bądź dziś, po raz ostatni, naszym gościem; i prosimy, nie rób nam przykrości ograniczaniem się do jednej potrawy, bo oto wyprawiamy dla ciebie ucztę. Nie żałuj sobie niczego, choćby przez szacunek dla swych gospodarzy! A poza tym... - dodał zmienionym głosem, kierując swoje słowa już to do siedzącego w rogu potężnego, sportowo odzianego alfonsa, już to do podstarzałej burdelmamy - poza tym, ja nie widzę wśród pań swojej faworyty; no właśnie! Czy jest dzisiaj w pracy moja Ilonka?
-Jest, jest! - przytaknęła żarliwie podstarzała anielica, aż niedwuznaczny papieros o mało nie wypadł jej z ust. - Ilona jest, ale ma właśnie klienta. Będzie wolna za niecałe pół godziny.
-Poczekam zatem na nią – oznajmił, po czym zwrócił się ponownie do kolegów, jakby tytułem wyjaśnienia: - W moim wieku, panowie, pół godziny w tą czy w tamtą w tych sprawach nie robi szczególnej różnicy. Tymczasem proszę, Wojteczku, wybieraj! Panie niech już zzuwają swe zwiewne przyodziewki!
Doktor Gdański, który słuchał całej tyrady profesora Lanckorońskiego ze spuszczoną głową, nagle wstał z rozmachem, uderzając otwartymi dłońmi w uda (Bartkowi ten gest wydał się dziwnie znajomy) i – chociaż wydawało się to już niemożliwe – podciągnął spodnie. Niewiasty ponownie zrzuciły z siebie szlafroczki.
Nie były zbyt piękne. Właściwie: nie były piękne wcale, chociaż niewiele można im było zarzucić. Wszystkie wyglądały bardzo podobnie, jak odlane z jednej formy, były nawet podobnego wzrostu; wszystkie miały niedbałe fryzury, wszystkie były przygarbione, o biustach obwisłych ze znużenia; różnice sprowadzały się właściwie tylko do kolorów włosów, oczu i skóry.
-Dobry wieczór paniom – powiedział do nich doktor Gdański, kłaniając się lekko.
Kobiety, których miny i biusty stawały z każdą sekundą coraz bardziej znudzone, dalej stały przed nim w milczeniu, chociaż Gdański miał nadzieję, że chociaż zachichoczą. Patrzył im prosto w obute stopy, bo gdy tylko podnosił wzrok, jakaś siła kazała mu go z powrotem opuścić.
-Po... poproszę panią, jeśli... jeśli można – wyjąkał, wskazując pierwszą od lewej, o ciemnym odcieniu skóry, słomkowych włosach, zielonych oczach i brązowych sutkach.
Wybranka wystąpiła z szeregu, westchnęła głęboko i podeszła do doktora Gdańkiego.
-Ależ Wojteczku – wtrącił się nagle profesor Lanckoroński - prosiłem cię przecież, nie rób nam przykrości! Nie możesz dziś poprzestać na jednej gołąbeczce, zabrania ci tego savoir-vivre. Comprenez-vous? Prosimy, weź choć dwie!
Doktor Gdański chwycił za pasek od spodni.
-I... i jeszcze panią. Panią też... poproszę – wskazał na drugą od lewej niebieskooką brunetkę o jasnej karnacji i różowych sutkach.
Obie niewiasty zniknęły z doktorem Gdańskim w głębi korytarza.
-Znakomity wybór, Wojteczku! Wspaniały zestaw kolorystyczny! - wołał jeszcze za nimi profesor Lanckoroński, a w jego gromkim śmiechu słychać było drwinę.
Bartek wtedy dopiero zrozumiał, co się święci; wtedy dopiero dotarło do niego z całą mocą to, z czego wcześniej nie do końca zdawał sobie sprawę; to mianowicie, że niedługo nadejdzie jego kolej i to on będzie musiał wybrać z pozostałych dziewczyn (o ile w ogóle jeszcze będzie jakiś wybór). A przecież nie miał najmniejszej ochoty korzystać z usług sprzedajnych niewiast; wiedział dobrze, że następnego ranka nie mógłby spojrzeć sobie w oczy. Poza tym, myślał sobie, z całej piątki podobała mu się tylko ta druga od lewej, brunetka z różowymi sutkami. A w ogóle to przecież nie było go stać... Ile taka prostytutka może brać? Na pewno więcej, niż byłby skłonny jej zapłacić... Zresztą – to bezprzedmiotowe rozważanie, i tak nie miał przy sobie ani grosza, ostatnią pięćdziesiątkę dał na składkę dla doktora Gdańskiego...
Tymczasem wybierał już doktor Mściński; na Bartka szczęście – wybierał długo; macał dziewczynom piersi, szczypał w uda, rozchylał pośladki, namyślał się bez końca...
Trzeba się jakoś zręcznie wymówić, pomyślał Bartek. Żeby wyjść z twarzą. Tak, właśnie tak: zachować twarz. Najlepiej wymyślić jakąś dumną i ciętą ripostę... Na przykład “jestem za młody, żeby za to płacić!”, albo: “to one powinny mi płacić za te chwile rozkoszy!”... Lepsze to pierwsze. Tak, wstać po prostu, narzucić na plecy marynarkę i wyjść! Doktor Gdański mi to wybaczy!
I już widział siebie w drzwiach wyjściowych, już zrobił w myślach próbę generalną całego przedsięwzięcia, już się podrywał z miejsca, gdy nagle do czerwonego pokoiku wpadła szybkim krokiem Olimpia Nowak; nie patrząc na nikogo podeszła prosto do sportowo odzianego alfonsa, ucałowała go, wręczyła mu paczuszkę i powiedziała:
-Trzymaj, Janek. I nie zapominaj na drugi raz, bo nie zawsze będzie mi się chciało biec do ciebie w środku nocy!
-Dzięki, kurwa – powiedział alfons speszony, po czym dodał jeszcze: - zajebista jesteś.
Wtedy dopiero Olimpia omiotła wzrokiem twarze zgromadzonych mężczyzn; już obracała się w kierunku wyjścia, gdy nagle jej spojrzenie ugrzęzło w znajomych oczach Bartka.
Znali się wcześniej z uczelni, zostali sobie przedstawieni, ale wtedy patrzyli na siebie dobrą chwilę, zanim się rozpoznali, a i potem długo jeszcze mrugali w niedowierzaniu i nadziei, że to się im tylko zdaje. Pod wpływem napięcia, jakie wytworzyło się między nimi, wypełniając momentalnie całe pomieszczenie, doktor Mściński zastygł z dłońmi na pośladkach jednej z dziewczyn.
Bartek przełknął głośno ślinę, serce mu stanęło; czuł się tak, jakby ktoś manipulował potencjometrem “brightness” w jego głowie. Dokładnie tak jak wtedy, gdy w dzieciństwie matka przyłapała go na oglądaniu niemieckiego czasopisma pornograficznego.
-To ja już pójdę – wydusił wreszcie przez ściśnięte gardło. - Czas na mnie. Miłej zabawy, panowie, i dobranoc.
Wstał i po prostu wyszedł. Dopiero na klatce schodowej zauważył, że Olimpia wyszła za nim.
Już czekając na windę zaczęli się sobie tłumaczyć. On – bardzo mgliście - że to był wieczór kawalerski jego promotora, że to właściwie przypadek, że trafili do agencji towarzyskiej i że właśnie wychodził, bo chciał tylko zobaczyć, jak wygląda prawdziwy burdel. Ona – jeszcze bardziej mgliście – że w Alexisie pracuje jej przyrodni brat i że po prostu przyniosła mu kanapki, bo mieszka niedaleko, a on zapomniał je zabrać z domu...
Potem umówili się na kawę, żeby jeszcze raz wszystko sobie wyjaśnić, a potem umówili się po raz kolejny... widywali się prawie codziennie, wyjaśnieniom nie było końca. Wreszcie po kilku tygodniach postanowili zamieszkać razem.
A doktor Gdański... gdy niewiasty zapytały go, co chce robić, poprosił je tylko o jedną rzecz - wskazanie bocznego wyjścia z lokalu. Chwilę później jechał już taksówką do domu. Od przybytku czasem jednak boli głowa.

  • 1 miesiąc temu...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...