Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Konkurs im. Kościotrupków organizowany był co rok. Cieszył się on dużą popularnością. Bynajmniej nie ze względu na błyskotliwość jego laureatów, ale z innego powodu. Otóż wszyscy z wielkim zainteresowaniem śledzili powolne ruchy jurorów, którzy – jak nazwa konkursu wskazuje – rekrutowali się spośród pacjentów oddziału geriatrycznego. Z chwilą ogłoszenia konkursu, bukmacherzy obstawiali, któremu z członków żiri, jako pierwszemu wypadnie balkonik z dłoni, któremu wypadnie proteza uzębienia, który najdłużej wytrzyma bez respiratora. Najbardziej brutalne były te zakłady, w których obstawiano śmierć przewodniczącego komisji. Tak czy siak, co rok zbierało się to grono staruszków i staruszek (niektórych nawet zwożono erkami z całymi zestawami do podtrzymywania życia), by trzęsącymi się dłońmi postawić krzyżyk przy nazwisku jednego z kandydatów do nagrody im. Kościotrupków. Wówczas to zwycięzca, który zebrał najwięcej takich krzyżyków, wychodził na mównicę i wygłaszał kilka słów standardowego przemówienia. Warunek był taki: kandydat musiał mówić krótkimi, komunikatywnymi zdaniami i w miarę możliwości głośno. Organizatorom chodziło o to, by szanowne grono jurorów dosłyszało i zrozumiało przemówienie, zanim zapadnie w przedśmiertną śpiączkę.
Warto też powiedzieć kilka słów o nagrodzie w tym konkursie. Jej fundatorem był legendarny Stefan, który onegdaj zbił fortunę sprzedając paszę dla koni, na których Templariusze podróżowali do Jerozolimy w trakcie siedemnastej krucjaty. Nie tylko stał się wówczas potentatem w zakresie produkcji karmy zwierzęcej, ale zyskał przydomek: Pasza. Po śmierci Stefana Paszy interes nie szedł już tak dobrze. Templariusze znaleźli tańszych dostawców końskiego paliwa, zatem potomkowie Stefana postanowili, że minifortunkę wpłacą na konto i będą żyć z odsetek. Żeby nie płacić tzw. podatku Belkiwoku od zysku z oszczędności, postanowili część odsetek przeznaczyć na nagrodę w konkursie, który zaczęli organizować. Kwota ta zależna była od aktualnego kursu dolara i koniunktury na światowym rynku handlu obligacjami. Nie była ona duża, zwykle jednak wystarczała na pokrycie kosztów dojazdu, zakwaterowania i wyżywienia, pod warunkiem, że laureat stołował się w jadłodajni studenckiej Pikolo.

W jednej z edycji tego konkursu postanowił wziąć udział Dżak, kierując się proroctwem Miłosza. Wiedział, że wygra ale mimo to czuł drobną niepewność. Myślał:
- A co, jeżeli to wszystko sobie tylko uroiłem?
Szybko jednak tłumił ową wątpliwość. Teraz, gdy miał czarny garnitur i kapotę, cylinder i laskę, nie miał już odwrotu, musiał być wieszczem. Zresztą jakoś nie widział siebie w roli kasjera na kasie w jakimś sklepie. A tylko to mógł robić po studiach fizjologii polskiej, na które się zapisał. Czekał zatem cierpliwie na kopertę z zaproszeniem po odbiór nagrody.

Samospełniające proroctwa mają to do siebie, że się spełniają, a zwłaszcza te, których autorem był Czesław Miłosz. Dlatego tydzień po tym, jak Dżak wysłał w zalakowanej kopercie siedem swoich rymowanek na konkurs o nagrodę Kościotrupków, zapukał listonosz do drzwi. Nareszcie dotarł oczekiwany list od Kościotrupków. Uradowany Dżak poszedł do kuchni, by nad czajnikiem otworzyć kopertę. Zawsze tak traktował listy, w przekonaniu, że lasy należy chronić. Dlatego otwierał je za pomocą pary wodnej, by ich nie uszkodzić i móc ponownie wykorzystać kopertę. Otworzywszy ją ostrożnie, wyjął ze środka list i przeczytał:
„Niniejszym, zapraszamy pana na uroczystą galę wręczenia nagród. Galę poprowadzi Tomasz Camel. Obowiązuje strój wieszcza...” – Dalej było standardowe bla, bla, bla, którego normalni ludzie nie czytają, ale Dżak nie był już zwykłym, normalnym człowiekiem. Dlatego też czytał cały tekst korespondencji do końca, a kiedy skończył zaczął od nowa lekturę tym razem uzupełniwszy ją o głośne odczytanie nagłówka i stopki z papieru firmowego, na którym napisany był ów list.
- Od kogo to? – zapytał zaciekawiony Adamski, który właśnie przyszedł do kuchni zrobić sobie kanapkę z salcesonem.
- Ubieraj się – odpowiedział Dżak – Jedziemy po nagrodę.
- Jaką nagrodę?
- Zobaczysz, ubieraj się – powiedział szybko Dżak, starannie chowając list do koperty.
- Nigdzie nie pojadę, póki mi nie powiesz co to za nagroda – odpowiedział Atomizer i usiadł na taborecie tyłem do swojego przyjaciela.
- Nie rozumiem co się z tobą ostatnio dzieje. Stałeś się taki dziwny, inny niż byłeś – dodał z wyrzutem nadąsany. Dopiero wówczas Dżak zorientował się, że jego kochany poczuł się zaniedbany, niedopieszczony, a nawet opuszczony. Podszedł do niego, położył mu dłonie na ramionach, zaczął go delikatnie masować, mówiąc:
- Wiem, że ostatnio było nam ciężko. Ale zobaczysz, teraz będzie lepiej, będziemy bogaci. Będę występował w telewizji. No już nie gniewaj się.
Adamski lubił jak się go prosi. Szczególnie uwielbiał w taki sposób przekomarzać się z Dżakiem. Udawał nadąsana primabalerinę, którą należy udobruchać. Zwykle taka zabawa kończyła się obietnicą kupienia lizaka i szaloną orgietką w alkowie, dlatego też i teraz Atomizer złagodniał. Odwrócił się do przyjaciela i spoglądając mu w oczy zapytał:
- A kupisz mi coś za tą nagrodę?
- Kupię ci, kupię – odpowiedział z uśmiechem Dżak.
- A co?
- Kupię ci lizaka i zapłacę za hosting i domenę twojej strony internetowej.
- Hurra! – krzyknął uradowany Adamski i zaczął ściskać przyjaciela. W jego oczach pojawiły się łzy szczęścia.
- Dobrze, dobrze, już przestań. Musimy się spieszyć, bo nam pociąg ucieknie – powiedział Dżak, starając się opanować radość ukochanego.
Po minucie chłopcy wystrojeni stali już w drzwiach wyjściowych. Dżak przebrany za Wokulskiego, Atomizer całkiem zwyczajnie: dres Najki, na nogach buty firmy Adiidas, łańcuszek z tombaku na szyi i czapeczka z daszkiem z logo Riboka. Już mieli wychodzić, gdy nagle Dżak powiedział:
- Może dotkniemy się pisiorami? Jestem trochę spięty.
- A ile mamy czasu do pociągu? – zapytał Atomizer.
- Niewiele, ale tak na szybcika. Bez żadnych uczuć.
- Okej.

Minęła kolejna minuta i chłopcy, zapinając rozporki, stali już na przystanku linii 103 w oczekiwaniu na autobus. Jeden rozmyślał o samospełniajacym się proroctwie, drugi o własnej stronie internetowej i o tym, że wreszcie spełni się jego marzenie bycia adminem – panem życia i śmierci wirtualnych userów. Żaden z nich nie zauważył przyglądającej się im uważnie grubej dziewczynki. Była to poetka Lusia Szczurek, która marząc o karierze wieszcza, nigdy w życiu nie opuściła żadnego konkursu poetyckiego. Także i ona zmierzała do tego samego celu, co dwaj przyjaciele. Ich drogi miały się skrzyżować w przedziale pociągu, w którym odbyli wspólną podróż do miejsca, o którym wspominał Miłosz w swoim proroctwie.

Opublikowano

Czyta się szybko i łatwo. Bardzo zgrabne zdania, tekst pobudzający wyobraźnię. To wszystko skłania do sięgnięcia po wcześniejsze części, które gdzieś mi umknęły. Brak czasu :)
Nie podobają mi się jedynie obcojęzyczne wyrazy pisane po polsku. Trochę to razi.
Świetna dynamika i klimat. Gratuluję tekstu.

Opublikowano

Oczywiście z niecierpliwością czekam na kolejną część. Tekst dowcipny, błyskotliwy. Polska pisownia obcojęzycznych wyrazów mnie akurat nie drażni.
Szkoda, ze kolejne 6 dni musi uplynąć do przeczytania dalszej części.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   - Oby Njord podarował nam dobre wiatry, moje dzieci – mawiał ojciec do Vivian i Hespera przed każdym wejściem na statek. Łowili dorsze i halibuty, czasem homary. Morze zazwyczaj było spokojne. 

        W domu nie głodowali. Nawet jeśli dzieciom po wielu godzinach rejsu zaczynała doskwierać monotonia i rozrabiały na pokładzie, to pracę ojca darzyły szacunkiem. Co dzień na stół trafiała świeża ryba. 

        Hesper był kłopotliwym chłopcem. Wspinał się na maszty i pokazywał język wołającym za nim marynarzom. Bujał się na linach, rozplątywał supły. Nierzadko przemycał na pokład farby i pędzle, skrzętnie ukryte pod kamizelką.  Każdego popołudnia ktoś zmywał mopem namalowane przez niego murale. Załoga pokpiwała z jego dzieł inspirowanych Alidą Withoos. Jemu mówili, że niewieścieje, a między sobą szeptali o jego talentach. Twierdzili, że ma potencjał na wielkiego artystę, lecz nikt nigdy nie powiedział mu tego w twarz.

        Vivian na morzu odnajdywała spokój, którego nie mogła zaznać na lądzie. Uwielbiała wpatrywać się w bezkresne wody i słuchać ich szumu. Wyobrażała sobie, co kryje się za horyzontem. Dopiero gdy jod dostawał się do jej nozdrzy czuła, że naprawdę oddycha. Ścigali się z Hesperem w ilości złowionych ryb. Przed zmrokiem ojciec ważył ich zdobycze. Zwycięzca otrzymywał tabliczkę czekolady. Hesper przeważał siłą fizyczną i niemal zawsze pokonywał starszą siostrę.

        Ojciec dbał, by jego dzieci miały fach w ręku. Uczył ich wiązać węzły, sprawdzał czy pamiętają ich nazwy i zastosowanie; pokazywał jak zarzucać sieci i jak uniknąć szkorbutu, kazał im uczyć się na pamięć każdej części pokładu. Tym samym zapewniał im przyszłość, wyjście awaryjne, gdyby ich plany się nie powiodły.

        Przed zachodem słońca, kierując się do portu, stawali we trójkę na dziobie i podziwiali horyzont. Pewnego razu zadał im pytanie poprzedzone ociężałym westchnieniem, jak gdyby przez długi raz zbierał się do tego, co ma powiedzieć.

        - Powiedzcie mi, dziatki, macie jakieś marzenia?

        - Być bogatym! – wykrzyknął od razu Hesper, którego sny o zostaniu światłym malarzem zostały stłamszone przez złośliwości marynarzy. 

        Vivian zastanawiała się przez moment. Do tej pory nie rozmyślała nad swym losem, nie szukała sensu istnienia. Do szczęścia wystarczyły jej wyprawy w morze i słuchanie szumu fal. Cieszyło ją, że rodziny nie dotyka głód. 

        - Pragnę spokojnej duszy, tato – powiedziała. Uśmiechu ojca nie było widać pod gęstym wąsem, ale zawsze wiedziała, kiedy się pojawiał – A ty? 

        - Ja już mam wszystko, co miałem… choć jest jedna rzecz, o której marzę skrycie każdej nocy…

        - Co to takiego? – spytało równocześnie rodzeństwo. Nie mogli doczekać się, aż usłyszą nową historię.

        - Jak myślicie, co znajduje się za horyzontem? – każdą opowieść ojciec poprzedzał pytaniem. 

        Nieznane lądy? Nowe cywilizacje? Dzikusy? Skarby? Koniec świata?, padały odpowiedzi i fakt – każda z nich mogła być tą poprawną, lecz on na myśli miał tylko jedną. 

        - Zgadza się, moi mali. Mnóstwo, mnóstwo skarbów…

        - Co to za skarby? – Hesperowi oczy zabłysły na wieść o bezpańskich bogactwach.

        Ojciec roześmiał się ciepło.

        - Oczka ci się świecą, synku – pogładził chłopca po głowie – Pewnie widzisz już te wszystkie skrzynie ze złotem i klejnotami, które zostawili po sobie piraci. Tak, to też znajdziemy na wyspie Hollowstone, lecz prawdziwy skarb kryje się w jaskini przy brzegu.

        Dzieci milczały, w napięciu czekając na to, co dalej usłyszą; zachwycały się obrazami tworzącymi się w ich głowach.

        - Można tam wpłynąć tylko łodzią. Podobno na środku jeziora rośnie drzewo o liściach czerwonych jak krew i miękkiej, brunatnej korze. Mówi się, że jego sok zapewnia zdrowie na pięćdziesiąt lat! Żadna choroba nie jest ci straszna! 

        Zapał ostygł w sekundę. Vivian i Hesper spodziewali się usłyszeć o górach monet. Zdrowia oboje mieli w dostatku.

        - Teraz mnie nie rozumiecie, ale z czasem… z czasem sami dojdziecie do tego, jak bardzo jest to ważne.

        - Jak tam się dostać, tato? - zapytała Vivian po kilku minutach ciszy, podczas których ojciec wpatrywał się markotnie w horyzont. Z westchnieniem wyprostował plecy.

        - I to, moja córeczko, jest najtrudniejsze do wykonania… Otóż drogę na wyspę mogą wskazać jedynie duchy żeglujące po Morzu Dusz od początku istnienia. Kiedyś powstała pieśń, która przywołuje je i wszystkich, którzy spoczęli pod falami, chcąc napić się soku z drzewa Arbivon. 

        - Dlaczego ten sok nie daje nieśmiertelności. Ja nie chcę umierać! - zawołał rozczarowany Hesper, na co ojciec roześmiał się serdecznie. 

        - Prędzej, czy później wszystko obróci się w proch. Poza tym, gdzieś tam czeka na nas lepsze miejsce - powiedział, spoglądając w niebo.

        Wszystkich bywających w porcie ludzi Vivian i Hesper znali od najmłodszych lat. Kiedy przychodzili z ojcem, marynarze i ich żony głaskali ich czule po łowach, pytając o zdrowie. Przed wejściem na statek ojciec lubił uciąć sobie pogawędkę z kobietami żegnającymi mężów. Rodzeństwo oglądało wtedy kilkumetrowy, strzelisty monolit. Czytali na głos wyryty na nim cytat: Pamięci tym, co wybrali Morze i spoczęli na jego dnie. Pod spodem spisano nazwiska żeglarzy, którzy nie powrócili ze swoich wypraw i zostawili rodziny.

        Nocami ojciec chwytał za lupę i przy świetle kilku świeczek studiował mapy. Latami szukał informacji o Hollowstone. Wertował książki, wypytywał kolegów i co jakiś czas zagajał starego Hermita, nie skorego do wspominek. Jak trafił na właściwy trop, nigdy rodzinie nie ujawnił. Pewnego poranka wszedł do kuchni z tobołkiem na plecach i oznajmił, że zbiera załogę. Ucałował żonę, pokrzepił dzieci i rzucił na stół garść monet i zwinięty w rulon papier - testament mający wejść w życie po roku jego nieobecności. 

        Vivian co świt i po zmierzchu wyruszała z latarnią na plażę. Wypatrywała statków powracających do portu. Składała modły, by na którymś pokładzie wracał do niej jej ojciec. Bogowie jednak nie byli łaskawi. Dni mijały, ewoluując w tygodnie, miesiące, aż w końcu i lata. Dopiero skończywszy osiemnaście lat, Hesper przestał wypytywać w każde urodziny, czy tata zjawi się z prezentem. Dorosłość rodzeństwo osiągnęło pod okiem jedynie matczynym, pod okiem smutnym i wyczerpanym. Nazwisko Carsena Vissera zostało wyryte na monolicie na wieki.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...