Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Naszym bohaterem jest Janek Słoneczko, lat 21, student. Dzisiaj, to jest w poniedziałek, ma pisać egzamin. Zaraz po egzaminie zostanie aresztowany.
Póki co, śpi spokojnie w mieszkaniu, które wynajmuje, z dwoma kolegami, studentami.
- Już nie śpię. Nie gadaj tak głośno. Człowiek próbuje się tu wyspać… Hej, jakie aresztowanie! Niby za co?! Ja nic nie zrobiłem!
Wracając do egzaminu – Janek powinien się spieszyć - jest już po ósmej, a jeśli mnie dobrze poinformowano, egzamin zaczyna się punkt dziewiąta.
- O cholera! Prawie zaspałem! Lepiej powiedz mi o co chodzi z tym aresztowaniem. Za ściąganie nie ląduje się w więzieniu.
Podobno… ja w każdym razie nie wiem. Jestem tu tylko narratorem.
- A może po prostu nie powinienem iść na ten egzamin? Zdążyłbym się gdzieś ukryć, czy coś...

Tak czy inaczej, Janek Słoneczko ubrał się, wyszczotkował zęby i poszedł na egzamin. Wyjście ze swoim psem – Niuchaczem powierzył współlokatorowi jeszcze wczoraj wieczorem.
Zanim otworzył drzwi, zawahał się chwilę i powiedział półgłosem:
„Chyba przesadziłem z tą nauką. Siedzenie dniami i nocami nad chemią musiało źle odbić się na moim zdrowiu psychicznym. Słyszeć jakieś głosy z nieba – to na prawdę głupie! Weź się w garść, czeka cię trudny egzamin!”
Ja osobiście nie uważam, że słuchanie moich wypowiedzi jest głupie. Co to za bohater, który obraża narratora?! Głupsze jest gadanie do siebie.

* * *
Wracając do naszego Janka. Właśnie teraz pisze egzamin. Ściąga, napisana na wszelki wypadek, przydaje się świetnie spełniając rolę przenośnego mózgu. Łatwiej zapisać wiedzę na kartce, niż między neuronami. Każdy student to wie. Poza tym Profesor jest bardzo uprzejmy – wygląda na to, że przez cały egzamin zamierza rozmawiać ze swoją blondwłosą asystentką.

Egzamin skończony. Janek zapomniał już o porannej rozmowie ze mną. Wkrótce sobie przypomni.

Niedaleko drzwi wyjściowych z auli głównej, gdzie studenci drugiego roku pisali swój ostatni egzamin tej sesji, stoi dwóch dżentelmenów w czarnych garniturach. Czekają. Gdy drzwi się otwierają i z sali zaczynają wychodzić studenci, na ich twarzach pojawia się wyraz czujności i usilnego skupienia. Na mgnienie oka spoglądają na zdjęcie, które jeden z nich wyciągnął z kieszeni. Jest!
Janek Słoneczko wychodzi z auli. Mężczyźni podchodzą do niego. Janek zaczyna czuć niepokój, który wzmaga się, gdy jeden z nich pokazuje broń, a drugi wyciąga odznakę. Nagle Janek przypomina sobie poranną rozmowę i jednocześnie uświadamia sobie, że jest już za późno na ucieczkę. Wszystko stracone.

Jeden z funkcjonariuszy - bo są to funkcjonariusze Agencji Specjalnej - mówi:
- Pójdzie Pan z nami. Tylko bez żadnych numerów. W razie próby ucieczki będziemy strzelać.
- Ale ja nic nie zrobiłem! Jestem niewinny. Owszem, ściągałem, ale to przecież nie jest karalne, prawda?!
- Został pan oskarżony. Dostaliśmy telefon Z Góry. Musimy pana zatrzymać. Zostanie pan zaraz przesłuchany. – funkcjonariusz przerwał. Zapadła krótka chwila ciszy, po czym dodał: Masz prawo zachować milczenie. Wszystko co powiesz... Choć nie, to nie tak… Powinno być… Wiem: nie masz żadnych praw.
- Narratorze zrób coś! Proszę!

Narrator pominie milczeniem powyższą prośbę.
Janek Słoneczko został zabrany do Specjalnego Budynku Przesłuchań Specjalnej Agencji. Tamże, Generalny Przesłuchujący postawił mu zarzut.

Po przesłuchaniu Janek został przetransportowany do najbliższego wiezienia o zaostrzonym rygorze. Dostał nieodzowny pasiak i celę. Celę, którą zamieszkiwał już potężny, wytatuowany kryminalista o przezwisku Cienki z bardzo zaskakującym wysokim głosikiem. W sumie, sądząc po ksywie, wcale już nie tak zaskakującym.

* * *
- Ciekawe co z moim pieskiem… chciałbym być na jego miejscu. On to ma życie – dają mu jeść, wyprowadzają na spacery, a poza tym może przez cały dzień leniuchować. Narratorze może mógłbyś coś z tym zrobić? Zamienić nas miejscami czy coś?
Myślę, że to nie jest najlepszy pomysł. Ale, jeśli jednak bohater jest aż tak zdeterminowany, to powinien wiedzieć, że pod pryczą jest skrytka. Musi wyjąć luźną cegłę. Tak… Znajdzie tam starą lampę.
- Lampę?
Tak lampę. Następnie trzeba ja potrzeć. Tylko delikatnie…
- Ty chyba żartujesz? Prawda?
Ja nigdy nie żartuję.

Janek znajduje lampę. Delikatnie ją pociera. Nagle z dzióbka zaczyna wydobywać się zielonkawy dym, lampa cała się trzęsie. W tym samym momencie Janek wyrzuca ją na ziemię, a po chwili z lampy wydobywa się dżin. Wielki, zielony dżin… No w sumie to wcale nie jest on wielki… raczej malutki, ale za to zielony. Ubrany w najlepszy garnitur od Armaniego. I buty, z krokodylej skóry.
- Czego chcesz, młody? I lepiej się pospiesz – nie mam czasu. Za dwie minuty rozpoczyna się zebranie zarządu, na którym koniecznie muszę się zjawić.
- Ja… chciałbym zamienić się miejscami z moim psem…
- Chyba zwariowałeś chłopcze! Zresztą muszę już lecieć! Do widzenia.
I dosłownie dżin odleciał. Może to i dobrze. W końcu Janek po pięciu minutach bycia psem, stwierdziłby, że był to zdecydowanie zły pomysł. Na szczęście nie musi tego stwierdzać na własnej skórze, w każdym razie.

* * *
Następnego dnia, to jest we wtorek, Polska zadrżała. A to na skutek nagłówków gazet. A wśród nich: „Student zatrzymany przed salą egzaminacyjną!”, „Janek S. alias ‘Twarożek’ – wróg publiczny numer 1”.
- Hej! Jaki Twarożek?!
Mam napisane, że Janek Słoneczko lubi twarożek, czy coś jest nie tak? Zostałem źle poinformowany?
- No tak...
A wracając do mediów – rozgorzała w nich burza. Każda gazeta próbowała dodać coś od siebie szukając nowych doniesień – niektórych, co trzeba podkreślić, wyjątkowo absurdalnych. Mnożyły się różnorakie wersje wydarzeń i podejrzenia. Padały słowa: bomba, psikus, terroryzm i łobuziak. Wypowiadali się politycy, dziennikarze i specjaliści. Utworzono nawet Fanklub Twarożka oraz Ligę Przeciwko Twarożkowi. Agencja Specjalna próbowała zasłaniać się dobrem śledztwa, jednak w końcu, musiała uchylić rąbka tajemnicy i wyjaśnić dlaczego zatrzymano studenta:
„Janek S. znany jako Twarożek został zatrzymany pod zarzutem.”

- No dobra, ale powiedz mi skąd, do cholery, oni wzięli tego Twarożka?!
Cóż, prasa potrzebuje jakiejś chwytliwej nazwy na każdego, bardziej rzucającego się w oczy przestępcę. To oczywiste. Rozmawiali z kolegami Janka i dowiedzieli się, że lubi on twarożek. Stwierdzili, że to pasuje – wpisuje się w modę na ksywy bandytów. Wieprzowina, na przykład.
Tak czy inaczej dziennikarze chcieli wiedzieć więcej – naturalnie. Oficjalne oświadczenie przedstawiciela Agencji im nie wystarczyło. Uruchomiono więc wszystkie kontakty i następnego dnia nastąpił kolejny wstrząs. Opublikowano na łamach Gazety tajny raport z przesłuchania Janka S. Ujawniono prawdziwy powód aresztowania. Ponadto podano, co najbardziej wstrząsnęło opinią publiczną, że przesłuchiwany był bity i poniżany.
- Hej! Ale ja wcale nie byłem bity... i poniżany. W sumie policjanci byli całkiem mili. Dali mi kawę i ciastka. Opowiedzieli kilka dowcipów i pocieszali mnie, mówiąc, że za dwadzieścia lat na pewno będę już wolny.
Janek… jak on nic nie rozumie. Powinien się cieszyć. Dzięki temu lud jest po Jego stronie. Kocha go. Ubóstwia. A poza tym prasa zaczęła wywierać nacisk na władzę, żeby wypuścić „Twarożka”. Tak, zdecydowanie powinien się cieszyć.
- Ale co będzie z tymi policjantami?
Cóż najwyżej zostaną wyrzuceni z pracy. Ale nie sądzę. Chwileczkę – sprawdzę. Nie. Nie zostali wyrzuceni z pracy. O dziwo cała sprawa ma szybko ucichnąć, gdy tylko wyjdziesz z więzienia.
- Czyli mam wyjść z więzienia? Kiedy?
Cóż, w scenariuszu jest napisane, że Janek Słoneczko wyjdzie z więzienia, ale autorowi zawsze może przyjść jakiś lepszy pomysł do głowy… Więc nic nie jest przesądzone.
- Lepszy?! To znaczy, jaki…?
No, lepszy. Wracając do sprawy… Nie rozpraszaj mnie, chłopcze. Nie masz tu już nic do powiedzenia. Od tej pory tylko ja tu będę mówił. Zrozumiano?
Tak, dobrze. Wróćmy do biegu wydarzeń.

Prasa się rozszalała. Politycy zaprzeczali sobie nawzajem i sobie samym. Opozycja występowała przeciw rządzącym, a rządzący twierdzili, że to wszystko wina opozycji. Ogólnie mówiąc normalna sytuacja w demokratycznym państwie. W końcu Agencja umorzyła sprawę przeciwko Jankowi S. uzasadniając to brakiem wiarygodnych dowodów. Janek Słoneczko wyszedł z więzienia jako bohater.

* * *
O…, właśnie wychodzi z bramy. W ciągu kilku sekund otacza go tłum dziennikarzy i fotoreporterów. Janek wygląda na nieco spłoszonego i próbuje odpowiadać na pytania. Stara się wyperswadować pewnej pani w czerwonej garsonce i ciemnych okularach, że cała Polska nie musi wiedzieć jakiego koloru nosi majtki i dlaczego akurat takie oraz skąd nauczył się tak pięknie zawiązywać krawat, bo przecież nie od ojca, który zmarł gdy Janek miał 5 lat.
- Co mój Tata umarł? Kiedy?
Nie umarł. Pani pomyliły się dane z innego wywiadu.
- To dobrze. A teraz chciałbym, żeby Ci wszyscy dziennikarze zostawili mnie w spokoju!
W tym monecie Janek okazuje się niewdzięcznikiem. Przecież jest gwiazdą – to jego obowiązek – udzielanie wywiadów i pozowanie do zdjęć. Naprawdę, przecież taka Paris Hilton, na przykład, jakoś nigdy nie narzeka jak jej robią zdjęcia.
- Nie jestem Paris Hilton! Weź ich ode mnie!
No dobrze, już.

* * *
Znajdujemy się w niewielkim pokoiku, którego okna wychodzą na sad. Przy parapecie kwitną słoneczniki. W pokoju, na kanapie w pozycji horyzontalnej spoczywa Janek Słoneczko. Czyta książkę.
- Bardzo dobra książka. Taka prawdziwa… Powiedz mi narratorze, czy to już koniec?
Tak, w zasadzie, to jest już koniec.

Jak widać wszystko dobrze się kończy. Dziennikarze męczyli Janka tylko tydzień, potem zajęli się nie cierpiącą zwłoki sprawą nowej żony Znanego Piosenkarza – zdaje się, że piątej, ale pewności nie mam.
A ponieważ historia się skończyła, możemy razem, jeśli oczywiście masz ochotę Janku, powiedzieć ostatnie słowo.
- Bardzo chętnie.
:
KONIEC

A jeszcze jedno.
- Co? Autor jednak się rozmyślił, mam już dość jego pomysłów - są męczące. Jeśli chce pisać kolejne opowiadanie niech znajdzie sobie innego bohatera!
Spokojnie, autor nie zmienił zdania. Po prostu zapomniałem dodać jedno ważne stwierdzenie:
Wszelkie podobieństwa do rzeczywistych osób, miejsc i sytuacji są jak najbardziej zamierzone.
- Aha…

Opublikowano

Szczerze mówiąc po przeczytaniu mam mieszane uczucia. Dominuje poczucie chaosu w tekście, spowodowane chyba nie końca przemyślanym zmienianiem czasów - w każdym razie ja nie łapię zamysłu autora. Poza tym trochę usterek językowych i interpunkcyjnych. Jeśli chodzi o treść, to sprawa czysto subiektywna - ja za tego typu satyrycznymi obrazami nie przepadam, ale innym na pewno może się spodobać. Pozdrawiam - Ania

Opublikowano

wprowadziłem kilka poprawek, teraz powinno być lepiej [istnieje też pewna możliwość, że wcześniej tekst został przeze mnie źle wklejony...]
co do dalszych wskazówek, to proszę o dokładniejsze, jeśli można - zawsze będzie łatwiej

serdeczności

Opublikowano

Rzeczywiście, w moim odczucie początek teraz jest lepszy; czyta się bardziej płynnie. Jeśli chodzi o poprawki techniczne, to proponuje rozważenie przykładowych zmian jak niżej (przy czym zastrzegam, że to jest amatorszczyzna; nie jestem nauczycielem polskiego):
- "Póki co śpi spokojnie w mieszkaniu, które wynajmuje, z dwoma kolegami, studentami." - brakuje przecinka po "co"
- "Wracając do egzaminu – Janek powinien się pospieszyć - jest już po ósmej, a jeśli mnie dobrze poinformowano egzamin zaczyna się punkt dziewiąta." - brakuje przecinka po "poinformowano"
- "Tak czy inaczej Janek Słoneczko ubrał się, wyszczotkował zęby i poszedł na egzamin." - brakuje przecinka po "inaczej"
- "Zanim otworzył drzwi zawahał się chwilę i powiedział półgłosem:
„Chyba przesadziłem z tą nauką. Siedzenie dniami i nocami nad chemią musiało źle odbić się na moim zdrowiu psychicznym. Słyszeć jakieś głosy z nieba – to na prawdę głupie! Weź się w garść, czeka cię trudny egzamin!” "- brakuje przecinka po "drzwi", poza tym, ta wypowiedź Janka nie jest skierowana do narratora więc chyba nie powinna być wyróżniona kursywą,
- "Jeden z funkcjonariuszy. Bo są to funkcjonariusze Agencji Specjalnej. Mówi:" - w moim odczuciu rozdzielenie na trzy zdania brzmi sztucznie, lepiej by było " Jeden z funkcjonariuszy, bo są to funkcjonariusze Agencji Specjalnej, mówi:"
- "Owszem ściągałem, ale to przecież nie jest karalne, prawda?!" - brakuje przecinka po "owszem"
- "Zostanie pan zaraz przesłuchany." – "Pan" zamiast "pan" i niepotrzebna kropka po "przesłuchany"
- "Ale, jeśli jednak, bohater jest aż tak zdeterminowany, to powinien wiedzieć, że pod pryczą jest skrytka." niepotrzebny przecinek po "jednak"
- "W tym samym momencie Janek wyrzuca ją na ziemię, a po chwili z lampy wydobywa się dżin." może lepiej byłoby "upuszcza ją na ziemię"
- "Ja… chciałbym zamienić się miejscami z moim psem…" - po wielokropku "Chciałbym"
- "Na szczęście nie musi tego stwierdzać na własnej skórze, w każdym razie." proponowałabym: "Na szczęście, nie musi tego stwierdzać na własnej skórze."
itp. itd.
Pozdrawiam - Ania

Opublikowano

dzięki za pomoc i zauważenie tych przecinków - ostatnio jest z tym u mnie problem.
co do "Pan" --> to wszystkie zmieniłem, jednak, na małe litery - wielkie były tu zbędne; chyba, że cały wyraz byłby wielkimi, ale moim zdaniem to niekonieczne :)
"upuszcza" nie będzie odpowiednie, bo Janek lampę wyrzuca ;P - nie robi tego, w każdym razie, przez przypadek

jeszcze raz dzięki za pomoc, sam jeszcze ten tekst przelecę i może coś jeszcze znajdę :)

serdeczności

Opublikowano

nie przeczytałam jeszcze całego tekstu, ale wróce do niego, powiem Ci, że podoba mi sie taka konstrukcja i takie relacje narratora, naprawde ciekawy pomysł

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...