Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Po pierwszej nocy na wsi Dżak poczuł się jakby lepiej. Świeże powietrze, pianie koguta, zapach siana z siennika, na którym spał natchnęło go niezwykłym optymizmem. Wstał, ubrał się i zaczął się szykować do porannej toalety. Jako że nie było w izbie kranu z bieżącą wodą, ani nawet miednicy, postanowił wyjść na dwór, by umyć się przy studni, która była na podwórzu. Z poddasza do sieni prowadziły kręte schody. Kiedy po nich schodził jego nozdrza przyjemnie łechtał zapach jajecznicy z kiełbasą i cebulką smażonej na maśle. Pomyślał wówczas:
- Pewnie dla mnie.
Jednak najpierw, zanim uda się na śniadanie, chciał umyć zęby. Wyszedłszy na zewnątrz jego oczom ukazał się sielski krajobraz chłopskiej zagrody. Między kurami hasał beztrosko kundel Fafik, który obszczekiwał właśnie konie przy korycie z wodą. W rogu podwórza stał wóz drabiniasty, przygotowany do zwożenia siana, na środku podwórza była studnia z piaskowca. Opędzając kury, który najwyraźniej przywykłe do widoku człowieka, dziobały go w nogawki, Dżak zbliżył się do studni. Nie bez trudu ściągnął z niej drewniana pokrywę i zaglądnął do środka.
Wówczas stało się coś dziwnego. Całkowicie zamurowany oglądał swoje odbicie w lustrze wody, by po chwili odskoczyć od studni wystraszony. Zlany zimnym potem, chwyciwszy się za czoło bezsilnie opadł na ziemię mamrocząc:
- Mam pryszcza, mam pryszcza, mam pryszcza.
Całej scenie przyglądała się brzydka, piegowata i na dodatek ruda dziewczyna. Była to córka gospodarzy. Podeszła ona do skulonego i rozpłakanego Dżaka, który w pozycji embrionalnej leżał na środku podwórza, dotknęła delikatnie pukla jego włosów i sepleniąc powiedziała:
- Ceść, co tu robis? Cemu tak lezys na ziemi? Tu są kuze kupki i moze ci sie coś psykleić.
Dżak błyskawicznie ocknął się. Świadomość, że do którejś z części jego ciała może być właśnie w tej chwili przyklejona kurza kupa zadziałała na niego mobilizująco. Zarwał się na nogi i zaczął oglądać to ręce, to koszulkę, to spodnie.
- O! Tu mas psyklejoną kupkę – zachichotał rudzielec, wskazując na pośladki Dżaka.
Nie chcąc brudzić rąk Dżak powiedział:
- To weź mi to wyczyść – po czym odwrócił się do niej tyłem.
Dziewczynka uklękła na dwa kolana, objęła Dżaka w pasie i zaczęła zlizywać wilgotną plamę ze spodni. Skonfundowany Dżak zapytał:
- Co ty wyprawiasz?
- Slizuję kupę – odparł rudzielec i dodał – Jestem znaną lizodupcynią, lubię się podlizywać, zwłaszcza ludziom z miasta.
- Trochę godności kobieto! – wykrzyknął Dżak i wyrwał się z jej objęć. Nie to, żeby mu się nie podobało owo podlizywanie, ale dlatego, że jeszcze w tym czasie był w pełni przekonany, że istnieje coś takiego, co się nazywa godnością. Ruda brzydula, cały czas pozostając na klęczkach zaczęła płakać. Dżakowi zrobiło się żal smarkuli. Podszedł do niej, odgarnął jej rude włosy z piegowatej twarzy i powiedział:
- Już dobrze, nie becz.
- Ty nie rozumies – sepleniła przez łzy dziewczyna – Ja chcę się podlizywać, muse się podlizywać, lizanie dup wselkich to moje pseznaczenie!
- Skoro tak mówisz, to masz.
Dżak odwrócił się ponownie do dziewczyny, by ta dokończyła dzieło. Wiedział bowiem, że nie można bez konsekwencji wystąpić przeciwko przeznaczeniu, nawet gdy te nie było jego udziałem. Pełen zrozumienia dla losów jednostkowych stał cierpliwie. Postanowił nawet ściągnąć spodnie i slipki, by nie stawać na drodze do pełni szczęścia tego rudzielca, którego spotkał na swojej drodze życia. Samo lizodupstwo trwał dobry kwadrans. Dżak, o ile na początku czuł pewien dysonans między wartościami, które wyniósł z domu, a rzeczywistością spod znaku „lizodupków”, teraz czuł tylko błogą przyjemność. Ciepłe uczucie, mające swoje źródło w ciepłym zakończeniu języka, utrwaliło się na zawsze w jego psychice. Pomyślał sobie wówczas:
- Jak bardzo wartościowi są ci wszyscy, którzy mi się podlizują. Od tej pory będę się tylko takimi ludźmi otaczał. To takie przyjemne.
Z tej egzystencjalnej refleksji wydobył go głos rudzielca:
- Skońcyłam.
Rudzielec ocierając usta wstał z klęczek i wielkimi, naiwnymi oczami z widocznym usatysfakcjonowaniem spoglądał na Dżaka.
- A jak ty się właściwie nazywasz? – zapytał Dżak.
- Jestem Andronia de Prowincja – odparła.
- Serio? – zapytał jakby z niedowierzaniem Dżak.
- No.
Dżak zasmucił się na chwilę. Znał bowiem źródłosłów jej imienia. Był prymusem, a z polaka już od podstawówki miał same piątki, a później po reformie stopni, to tylko same szóstki nawet, gdy musiał je wyprosić u nauczycieli. Wiedział zatem, że rzeczownik „andronia” wywodzi się od słowa: androny. Oczywiście zignorował kontekst grecki, kierując się sensem współczesnym narzuconym przez uzus społeczny, w którym wyraz androny funkcjonował w związku frazeologicznym: „pleść androny”. Postanowił jednak nie mówić o tym dziewczynie, u której na twarzy ciągle była widoczna satysfakcja ze skutecznego podlizania się. Zagadnął zatem o nazwisko i o to, co go najbardziej frapowało, a mianowicie o łącznik: „de”.
Dziewczyna zaczęła opowiadać, o tym jak to ludzie na prowincji lubią prowincję i dlaczego to właśnie uwielbienie znalazło wyraz w jej nazwisku. Opowiedziała także o łączniku: „de”.
Z tej całej pogawędki Dżak zrozumiał tylko, że przywilej związany z łącznikiem „de” związany jest z pewnym stanem urodzenia, który właściwy jest dla hrabiów, margrabiów i innych szlachetnie urodzonych. Tak mu się to spodobało, że postanowił od tego czasu sam udawać hrabiego. Pomyślał:
- Szlachcianki nie mogą podlizywać się osobą niskiego stanu. Muszę zatem mieć coś w sobie z hrabiego, zatem jestem hrabią!
I taką oto drogą, prostego sylogizmu, Dżak obwołał się hrabią. Postanowił o tym jednak póki co milczeć.
Ale wracając do zdarzenia z rudzielcem. Po ablucji rectalnej Dżak zapomniał na jakiś czas o pryszczu na czole. Za pomniał także o higienie jamy ustnej i umyciu pach. Poczuł się głodny. Przypomniał sobie ten zapach jajecznicy, który łechtał jego nozdrza, gdy schodził z poddasza. Pożegnał się z Andronią i udał się z powrotem do domu na śniadanie.
Gdy wszedł do kuchni zastał w niej gospodarzy, którzy minionego wieczoru udzielili mu gościny. Starsza pani krzątała się przy garnkach, stojących na rozgrzanej płycie pieca, gospodarz zaś odkrajał grubą pajdę wiejskiego kołacza.
- Co jest na śniadanie? – zapytał Dżak.
Gospodarz spojrzał przez chwilę na niego i powiedział:
- To co widzisz, suchy chleb.
- A co do chleba?
- Nic – odparł gospodarz wracając do rytuału podziału kołacza na grube pajdy.
Dżak poczuł się por raz kolejny oszukany przez polskich chłopów. Co więcej, był wręcz zaszokowany sposobem gościny, jaki zaoferowała mu jego, daleka ale jednak, rodzina.
- Sami zjedli jajecznicę z kiełbasą i cebulą, a dla mnie zostawili suchy chleb. Tego im nigdy, przenigdy w życiu, ale to prze prze prze prze przenigdy nie wybaczę – przysiągł sobie w duchu. Obrażony, bez żadnego słowa wyszedł z kuchni.
- Ufff – odsapnął gospodarz.
- Ufff - zawtórowała mu gospodyni.

Jak to latem zwykle bywa, dzień na wsi był piękny. Wiejski krajobraz pozwolił Dżakowi na chwilę zapomnieć o pustym żołądku. Zawiązawszy sznurowadła w trampkach na dwie kokardki, postanowił wyruszyć w nieznane. Gdy tak sobie szedł polną ścieżką, cały czas czujnie rozglądał się na boki, bał się jednej rzeczy, a mianowicie tej rozchełstanej dziewki, którą kiedyś widział na obrazie Chełmońskiego. Pamiętał jak dziś, gdy z wycieczką klasową wybrał się do muzeum i pani wychowawczyni kazała oglądać obraz „Babie lato”. Było to już po tym feralnym seansie, po którym wraz z Adamskim szczerze znienawidził obwisłe kobiece piersi. Pamiętał tylko uścisk dłoni jego przyjaciela, który wówczas dzielnie stał przy nim, gdy zmuszony był oglądać grubą chłopkę rozciągniętą w blejtramie.
Prześladowany potencjalną możliwością spotkania takiego babsztyla, na którymś z wiejskich poletek, szedł Dżak cały czas przed siebie. Po jakimś czasie dała o sobie znać fizjologia. Pusty żołądek zaczął domagać się pokarmu. Dżak, jako że był chłopcem z miasta nagle przeflancownym na wieś, nie potrafił nie tylko upolować dzika, ale nawet złapać jaszczurki, którą mógłby zgrilować i zjeść. Usiadł zatem na skraju rowu i zaczął z utęsknieniem wspominać grube pajdy chleba, które odkrajał gospodarz. Kiedy lecąca ślinka zaczęła wypełniać niebezpiecznie rów, dosięgając prawie jego stóp, otrząsnął się.
- Myśl, myśl, nie poddawaj się – powtarzał pod nosem – musisz przeżyć, musisz żyć nie dla siebie, ale dla świata!
Zaczął chaotycznie chodzić w kółko szukając wśród traw choćby jednego soczystego źdźbła, które byłoby jadalne. Nie znalazł jednak żadnej rośliny, która wyglądem przypominałaby marchewkę albo rabarbar, który mama przynosiła z ryneczku do domu. Nie poddawał się jednak. Postanowił się skoncentrować. Skupiał się tak przez kilka minut aż tu nagle poczuł dziwne ciepło na sobie i usłyszał głos:
- Dżak, Dżak!
Dżak zaczął rozglądać się dookoła. Nie widział jednak nikogo, kto mógłby go wołać. Jednak po chwili znowu usłyszał:
- Dżak! Dżak!
- Kim jesteś?! – zawołał zdezorientowany.
- To ja, Dżak! – odpowiedział głos.
- Jaki ja? Kim jesteś? – zapytał spanikowany Dżak, ciągle nerwowo próbując zidentyfikować źródło tego głosu.
- Dżak, to ja Czesław!
- Ale jaki Czesław, nie znam żadnego Czesława! – wykrzyknął Dżak.
- Miłosz – odpowiedział głos i kontynuował:
- Teraz wrócisz do siebie Dżak, wrócisz do domu, do miasta. Usiądziesz przy biurku i napiszesz jeden wiersz, drugi wiersz i trzeci. Później wyślesz je na konkurs im. Kościotrupków i dostaniesz nagrodę. Staniesz się wieszczem Dżak.
- Ale ja nie chcę być wieszczem – krzyczał Dżak histerycznie.
- Dżak, Dżak – powtarzał głos – nie uciekniesz przed swoim własnym losem.

Niczym opętany Dżak biegł z powrotem do domu. Tylko chwilę zajęło mu spakowanie rzeczy. Konserwy tyrolskie postanowił zjeść w pociągu. Właściwie to nawet nie czuł już głodu. Kiedy siedział w przedziale stukot lokomotywy nie był w stanie zagłuszyć dudniących w jego głowie słów:
- Będziesz wieszczem, będziesz wieszczem...

  • 4 tygodnie później...
Opublikowano

Taaaa...będziesz wieszczem!
Czyta się ok, chociaż wymagasz od czytelnika ogromnej koncentracji na tekście. Może to moje subiektywne odczucie. Wiadomo- mała czcionka, mało akapitów- tekst ciut mocno zwarty.
Popraw drobne błędy w pisowni. Już nie pamiętam jakie. Oczy bolą. Houk!

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Cylinder zastygł w bezruchu 

      a tuba zamilkła.

      Tym razem nawet igła fonografu 

      zdawała się nie mieć ochoty 

      wracać na powierzchnię cylindra 

      po raz setny tej przeklętej nocy.

      Obiecałem,

      że pomogę w poszukiwaniach,

      lecz po tym czego się tu dowiedziałem 

      i po tym co usłyszałem i zobaczyłem,

      stwierdzam jasno, 

      choć z dozą 

      naprawdę przejmującej rozpaczy,

      że mój nieodżałowany ojciec,

      został pochłonięty w odmęty, 

      bezdennej paszczy szaleństwa.

      Po czym uleciał w kompletny niebyt,

      bagiennych wrzosowisk

      północnej Szkocji.

      Przeszukano cały dom

      od piwnicy po strych.

      Wszystkie pozostałe obejścia i budynki.

      Studnie, staw

      a nawet rozkopano

      przydomowy ogródek

      ze wspaniałymi krzewami piwonii

      o które tak dbał.

      Bardziej niż o jedyne dziecko.

      Wszystko zaczęło się 

      gdy byłem jeszcze dzieckiem.

      Ojciec był 

      szanowanym profesorem archeologii 

      na uniwersytecie oksfordzkim.

      Był najlepszy w swoim fachu

      i dzięki temu pozostawał w kontakcie

      z najtęższymi umysłami

      z całego świata.

       

       

      Pamiętam doskonale zimowy poranek,

      jakieś piętnaście lat wstecz.

      Zakładałem szkolny mundurek 

      i z teczką w prawej dłoni 

      zmierzałem ku drzwiom domu.

      Ojciec szedł za mną.

      Trzymał mnie delikatnie za ramię,

      tłumaczył mi że jeśli 

      nie zakończy 

      zaplanowanego wykładu na czas 

      to odbierze mnie ze szkoły 

      nasza sąsiadka panna Stevenson.

      A jeśli wszystko zakończy się 

      zgodnie z planem 

      to obiecuję zabrać mnie

      potem na łyżwy.

       

       

      Nic nie poszło zgodnie z planem.

      Otworzyłem drzwi i o mało co 

      nie zderzyłem się w nich 

      z ponurym, wysokim 

      i dość postawnym jegomościem 

      w szarym, długim,

      dwurzędowym płaszczu 

      o prostym kroju.

      Jego fason

      nie był typowym dla wyspiarza

      a raczej obywatela zbuntowanej kolonii.

      Dziwny gość

      otarł mnie ledwie wzrokiem 

      zza przyciemnianych, wąskich szkieł

      i zwrócił się do mojego ojca.

      Bardzo przepraszam

      za tak nagłe najście 

      ale na uniwersytecie powiedziano mi,

      że jest Pan

      jeszcze w domu panie Fodden

      a sprawa z którą przychodzę nie cierpi już zwłoki ponad to co nadłożyłem starając się dostarczyć Panu interesujące dokumenty, zapis z fonografu oraz przedziwny szczątek metalu, który

      z pewnością pana zainteresuję.

       

       

      Wyjął z płaszcza niewielkie opakowane szarym papierem zawiniątko

      i wręczył je ojcu.

      Nazywam się Peter Noyes 

      i jestem zastępcą profesora Clarka 

      na uniwersytecie Miscatonic w Arkham.

      Myślę, że to Panu wiele wyjaśnia.

      Profesor liczy na Pana pomoc

      w tej sprawie.

      Jeśli tak w istocie będzie 

      czekam na Pana 

      w dniu jutrzejszym w południe 

      na nabrzeżu numer dwa,

      celem odbycia podróży

      najpierw do Bostonu 

      a potem do Arkham.

      Proszę pamiętać, 

      że nie ma czasu do stracenia.

      Gwiazda czy też planeta,

      powoli pojawia się 

      w naszych snach nieprawdaż?

      Nie czekając na odpowiedź,

      odwrócił się na pięcie i szybko

      znikł za zakrętem skrzyżowania.

      Ojciec nie tłumacząc niczego zaprowadził mnie do pani Stevenson

      i nakazał jej 

      by zajęła się mną przez jakiś czas 

      bo czeka go długi

      i pilny wyjazd do Bostonu.

       

       

      Zostałem u niej długie lata.

      A ojciec wrócił podobno kilka lat temu.

      Nikt nie wiedział skąd ani po co.

      Uważano go za zmarłego.

      Zaginął gdzieś w lasach Nowej Anglii 

      razem z tym całym

      Noyesem i Clarkiem.

      Nadal gdzieś w szufladzie biurka 

      mam jego nekrolog

      z jednej z gazet z Arkham.

      Żył ale przypłacił to szaleństwem.

      Nie widziałem go już nigdy później.

      A teraz zaginął po raz wtóry.

      Podobno planeta 

      znów nawiedzała go w snach.

       

       

      Odebrałem telefon z policji 

      i obiecałem przybyć na miejsce 

      by jakkolwiek pomóc śledczym.

      Bo sami nie rozumieli 

      w środek jak wielkiego szaleństwa 

      przyszło im wpaść i brnąć

      dzięki zostawionym wszędzie przez ojca dokumentom i zapiskom.

      Już ich pierwsze pytanie zdawało się idiotycznie niedorzeczne.

      Czy mówi mi coś nazwa Yuggoth?

      To miasteczko, osada czy może 

      jakaś kodowa nazwa 

      jakiejś świątyni czy wykopalisk?

      Znaleźli pamiętnik ojca,

      gdzie ta nazwa pojawia się ciągle.

      Ten krótki wpis ołówkiem 

      sprzed wielu tygodni.

      Wreszcie odezwali się do mnie

      Ci z Yuggoth.

      Będą czekać w oktawę święta 

      ojca Yog-Sottotha przy ołtarzu na wzgórzach.

      Zabiorą mnie znowu…

      Brzmiało to jak żart.

      Lecz jedno było pewne.

      Mój ojciec nigdy nie był skory do żartów.

       

       

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach

  • Popularne aktualnie



×
×
  • Dodaj nową pozycję...