Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



old piano —
from every key
the same silence

Gosia Zamorska

zdarzaja sie potkniecia ktore nie maja negatywnego wplywu na utwor a wrecz przeciwnie. o ile pamietam w jakiejs scenie uczty z Pana Tadeusza autor pisze ze jakas postac odwraca swoj talerz do gory dnem na znak ze nie bedzie jesc zupy a pare linijek dalej ja zjada. efekt ? moja nauczycielka od polskiego powiedziala: facet poprostu zmienil zdanie :)
niektore haiku opieraja sie na intuicji i zeby zamknac obwod potrzebny jest umysl czytajacego np.

wiersz nie odda tego
kanar prosi o bilety
jest jest

zauwaz: nigdzie nie pisze ze gosciu bilet daje. podsumowujac mozna powiedziec ze to stare pianino nie ma juz w sobie strun a haiku wcale nie musi byc logiczne.

pozdro
pietrek
Piotrku, nie chodziło mi o braki w haiku Gosi, bo takich nie zauważam :), a o nadmiar wiedzy, który spowoduje, że ekspert - tu potencjalnie Stroiciel - nie będzie mógł odczytać intencji autorki, zwracając uwagę na nieistotne szczegóły
Pozdrawiam
J
  • Odpowiedzi 51
  • Dodano
  • Ostatniej odpowiedzi

Top użytkownicy w tym temacie

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



fiu fiu ale sie nam temat rozwinal. fajnie ze jestes fanem tego haiku o pianinie, mnie sie tez podoba chociaz ograniczylbym kadzenie autorce bo kiepsko sie pisze czujac czyjs oddech na karku :)

siema
pietrek
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


W/w było jedynie przykładem, podobnie:

błysk letniej burzy
na ścianie małego kina
cień kochanków
(J)

I tu: albo można przyjąć obraz takim, jaki jest, albo myśląc o szczegółach można się zapędzić w kozi róg. Msz tak jest z większością haiku.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



z wiekszoscia moze nie ale to fakt ze gdyby skupiac sie scisle na mechanice zdarzen i uznac realizm za obowiazkowa ceche to czesc haiku musialaby trafic do kosza. zastanawiam sie ile szkody mogloby to haiku przyniesc i ilu autorow zostalo skazanych na zapomnienie. w przykladzie z mickiewiczem chodzilo mi o to czy blad w fabule mozna wykorzystac do zwiekszenia interakcji. rozumiesz: cos dzieje sie w tle jakby wlasnym zyciem ale intuicja czytelnika i tak to wylapuje i dopowiada jakas akcje. oczywiscie samo haiku opiera sie na intuicji ale przewaznie ogranicza sie to do zderzenia ze soba elementow. zastanawiam sie nad jeszcze wiekszym jej udzialem czyli wrecz popelnieniem bledu. ciekawe na ile byloby to mozliwe w haiku. podejrzewam ze wymagaloby to naprawde dobrego poety i nie wiadomo czy byloby z korzyscia dla haiku. nie daj Boze jakis wariat uznalby to wlasnie za rasowa ceche haiku i pozostale wyslal do obozu. to chyba niezbyt bezpieczny temat do rozwazan.

pozdro
pietrek
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



A to co innego, niż osłabienie pierwszego wersu (tego o jej oczach) poprzez
zasugerowanie (umyślne czy nie) że gracz jest słabym szachistą.
Poprzez pozorny błąd a nawet abstrakcję można wyjątkowo sugestywnie
przekazać coś bardzo prawdziwego. Powiedzmy, że - pozostając przy szachach – tak:


mój mądry synek -
dostaję mata
już w drugim ruchu!


Jaką mamy teraz sytuację? Przecież wiadomo, że nie można
dać mata w drugim ruchu, jest to niemożliwe. A jednak małe dziecko
daje go któremuś z rodziców.
Taka sytuacja oddaje nie tylko luźną zabawę, ale jednocześnie pokazuje miłość
kiedy przymyka się oczy na prawidłowość zasad, byle tylko sprawić
przyjemność ukochanemu dziecku. Wiadomo, że musiało wykonać
jakiś nieprzepisowy ruch, przestawić figurę, czy... nieważne co -
rodzic godzi się na takie zagranie i jest to poświęcenie o wiele większe
niż poświęcenie hetmana na szachownicy aby uzyskać dogodną dla siebie sytuację.
Przede wszystkim zachęca dziecko do dalszej gry i pozwala uwierzyć mu
we własne siły.
Ale zarazem pokazuje świat wyobraźni dziecka której nie określają
jeszcze przepisy dorosłych – może dzieciak przejechał na przykład hetmanem
ponad bierkami wbrew wszelkim zasadom i powiedział po prostu: szach mat!
Czemu to zrobił? Niekoniecznie dlatego, że to on! musiał wygrać -
może chciał pokazać, jaki jest już mądry i duży, żeby tata
był z niego dumny. A ten... godzi się na taką grę, uśmiecha i krzyczy
w stronę kuchni: wyobraź sobie, nasz synek dał mi właśnie mata!

Pozdrawiam :)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.




tak ale obawiam sie ze do wlasciwego odbioru takiego haiku potrzebna bylaby jakas glebsza wiedza na zadany temat. ktos kto dobrze zna sie na szachach wylapie ten blad od razu, ktos slabszy rozczyta wiersz i dojdzie do sedna po chwili ale co z laikiem ? mozna pewnie napisac haiku adresowane do jakiejs grupy religijnej, zawodowej, hobbystycznej, rasowej itd ktore byloby calkiem czytelne dla szarego kowalskiego ktory z tej grupy pochodzi ale juz niekoniecznie dla pozostalych. nie wiem czy to nie zaprzeczaloby idei ze haiku jest intuicyjne wiec kazdy moze je odebrac wkoncu podswiadomosc mamy wszyscy. z drugiej strony mozliwe ze od dawna juz tak jest. czesto czytam wiersze haiku ktorych niz w zab nie kumam. to mi pachnie "elitaryzmem" a wiadomo ze jak sie chce cos wykonczyc to najlepiej zrobic z tego cos elitarnego bo po pewnym czasie to poprostu zwiednie. tak czy inaczej to chyba nie na leb tygrysa pietrka.

pietrek

ps.
z tym madrym synkiem to nawet niezle brzmi
Opublikowano

Nie gram w szachy, ale wydaje mi się, że moze
- Ona tak zadziałała, że on stracił poczucie rzeczywistości i nie potrafi już się zmagać
lub wręcz przeciwnie
- On udaje, że przegrał, a w rzeczywistości strata wliczona w przyszłe zyski
Jeszcze nie mogę się zdecydować, który obrazek jest mi bliższy. Pewnie zależy od własnych doświadczeń w tym temacie.
a cyfra jest podstawą w rozważaniach - albo to mało, albo wręcz przeciwnie :)))
Generalnie bardzo mi się podoba i lubię się uczyć na Twoich haiku
pozdrawiam

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Dobrze: w takim razie, czy w pierwszym ruchu byłoby wystarczająco? :)
Tak było początkowo ale zaraz edytowałem. Dlaczego? Otóż mat w drugim ruchu jest możliwy. Raczej tylko teoretycznie, przy dobrej chęci gracza, który chce go dostać -
nie na darmo nazywa się go "matem głupca" co dobrze koresponduje z pierwszym wersem
o mądrym synku. Dlaczego? Ponieważ nie do końca jestem przekonany, czy taka
metoda przyniesie na dłuższą metę dobre skutki wychowawcze ;)
h ttp://pl.wikipedia.org/wiki/Mat_głupca

Nawiązując do Twojej wypowiedzi o głębszej wiedzy na zadany temat i laika, który
tego nie odczyta - co w takim razie daje piąty ruch w haiku Orstona? Nie jedenasty
albo drugi, tylko piąty? Laik i tak nie potrafi grać w szachy, więc nie załapie o co chodzi.
Czemu w takim razie nie napisać

te jej oczy!
tracę hetmana

Co wnosi wobec czyjejś niewiedzy albo wiedzy piąty ruch? Dla laika nic,
a dla fachowca watpliwości, czy o oczy przeciwniczki tu chodzi, czy raczej
o słabe umiejętnosci jej oponenta.

I teraz: w haiku wyżej Jasna pisze o podwójnej tęczy - a kto widział podwójną
tęczę? Rzadko kto, a przecież właśnie na jej wyjątkowości opiera się jego odczyt.
Albo pianino i jego strojenie - przecież niemeloman i tak nie zrozumie o co chodzi?
Właściwie wszystko opiera się na jakiejś obserwacji, ale nie możemy zakładać,
że ktoś inny nie dostrzega tego co my, zatem tego nie ma i zjawisko: nie istnieje.
Otóż własnie na odwrót - staramy pokazać się coś ciekawego, na co inny by sam nie wpadł!
Dla Eskimosów haiku o drzewach, listkach, płatkach kwiatów będzie mniej czytelne
niż dla mieszkańców dla których łąki, ogrody i lasy są czymś naturalnym.
Ale to nie znaczy, że takie haiku są złe tylko dlatego bo są doskonale czytelne
dla ludzi "obdarzonych większą wiedzą", którzy na co dzień toną w zieleni.

Pozdrawiam
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Dobrze: w takim razie, czy w pierwszym ruchu byłoby wystarczająco? :)
Tak było początkowo ale zaraz edytowałem. Dlaczego? Otóż mat w drugim ruchu jest możliwy. Raczej tylko teoretycznie, przy dobrej chęci gracza, który chce go dostać -
nie na darmo nazywa się go "matem głupca" co dobrze koresponduje z pierwszym wersem
o mądrym synku. Dlaczego? Ponieważ nie do końca jestem przekonany, czy taka
metoda przyniesie na dłuższą metę dobre skutki wychowawcze ;)
h ttp://pl.wikipedia.org/wiki/Mat_głupca

Nawiązując do Twojej wypowiedzi o głębszej wiedzy na zadany temat i laika, który
tego nie odczyta - co w takim razie daje piąty ruch w haiku Orstona? Nie jedenasty
albo drugi, tylko piąty? Laik i tak nie potrafi grać w szachy, więc nie załapie o co chodzi.
Czemu w takim razie nie napisać

te jej oczy!
tracę hetmana

Co wnosi wobec czyjejś niewiedzy albo wiedzy piąty ruch? Dla laika nic,
a dla fachowca watpliwości, czy o oczy przeciwniczki tu chodzi, czy raczej
o słabe umiejętnosci jej oponenta.

I teraz: w haiku wyżej Jasna pisze o podwójnej tęczy - a kto widział podwójną
tęczę? Rzadko kto, a przecież właśnie na jej wyjątkowości opiera się jego odczyt.
Albo pianino i jego strojenie - przecież niemeloman i tak nie zrozumie o co chodzi?
Właściwie wszystko opiera się na jakiejś obserwacji, ale nie możemy zakładać,
że ktoś inny nie dostrzega tego co my, zatem tego nie ma i zjawisko: nie istnieje.
Otóż własnie na odwrót - staramy pokazać się coś ciekawego, na co inny by sam nie wpadł!
Dla Eskimosów haiku o drzewach, listkach, płatkach kwiatów będzie mniej czytelne
niż dla mieszkańców dla których łąki, ogrody i lasy są czymś naturalnym.
Ale to nie znaczy, że takie haiku są złe tylko dlatego bo są doskonale czytelne
dla ludzi "obdarzonych większą wiedzą", którzy na co dzień toną w zieleni.

Pozdrawiam

no tak tylko jesli podchodzic do sprawy w ten sposob to od razu trzeba uprzedzic autora ze czesc jego haiku bedzie albo opacznie zrozumiana albo wcale. ryzyko zawodowe, niedojrzalosc czytelnika ? a pewnie tylko niech sie wtedy autor nie jezy ze ktos zapyta o sens obrazu. natura ludzka jest leniwa i wiadomo ze nikt nie chce tlumaczyc sie z obrazu ktory stworzyl. wiadomo ze kazdy poeta ma na koncie kawalki ktore pisal do szuflady. czasem temat jest zbyt hermetyczny albo skojarzenia zbyt osobiste. jezeli teraz przyjac ze swiadomie popelniamy w obrazie blad zeby pokazac drugie dno w akcji albo stworzyc akcje miedzy wierszami to nie ma sie co zloscic ze odbierze je garstka ludzi ktorej to haiku dotyczy. to jest karkolomna technika.

pietrek
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Jeśli idzie o szachy, to mówiąc o garstce masz na myśli zapewne Polaków? :)
W Rosji zostały wprowadzone od tego roku jako przedmiot w pierwszych klasach szkół podstawowych. W Niemczech prawie każde dziecko chodzi na dodatkowe zajęcia
do szkółki szachowej. Ukraina... kiedy byłem we Lwowie albo w Kijowie, w każdym parku
zawsze siedziało kilkadziesiąt osób przy szachownicach (niesamowity widok!)
Jak tak dalej pójdzie, zaczniemy zostawać w tyle nie tylko jeśli chodzi
o piłke nożną - bo kto tu jest tą gastką? My, którzy nie potrafimy kopnąć porządnie
piłki czy ci, którzy nas ogrywają (czyli praktycznie już każdy).
Pozdrawiam.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.




wiecej wiary chlopie :) ostatnimi czasy polscy pilkarze graja duzo lepiej, zobacz zestawienie wynikow meczow od czasu objecia stanowiska trenera przez Beenhackera na wikipedii. jezeli chodzi o rosje i ukraine to ich tradycja szachowa byla zawsze na znancznie wiekszym poziomie niz nasza. to tak jakby porownywac w pilce noznej brazylie i polske. szachy byly tam czescia szkolenia militarnego i nie dlatego ze poszczegolne figury maja odniesienia w rodzaju wojsk tylko dlatego ze granie w szachy wymaga przyjecia pewnego planu i konsekwentne trzymanie sie go. ucza tez woli zwyciestwa, odpornosci psychicznej. trudno znalezc lepszy trenazer wlasnie tych cech psychicznych. sa poprostu lepsi, to tylko my przywyklismy patrzec na nich jak na ubogich krewnych.

pietrek

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...