Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Jestem Dominiką Starą, tyle że coś popsuło mi się z tamtym kontem. Jak zwykle - zaczynam pisać coś nowego.

Rozdział I

Pusta, szara ulica, podobna do tysiąca innych w mieście. Wzdłuż drogi ciągną się dwa rzędy bezlistnych drzew, których gałęzie smaga deszcz i wiatr. Jakiś kundel biegnie chodnikiem, spiesząc się do domu swojego pana, który zapewne z niecierpliwością na niego czeka – nawet psów nie wypuszcza się w taką pogodę. W taki właśnie dzień, kiedy niebo jest zachmurzone i ciężkie, na ulicę wszedł wysoki chłopak.
Idąc, wdeptywał w kałuże, nawet tego nie zauważając. Jego ortalionowa kurtka była całkiem przemoknięta, a po ciemnobrązowych, kręconych włosach spływały krople deszczu. Na plecach niósł plecak, także do cna mokry. Ręce trzymał w kieszeniach jeansów. Po błyskach jego ciemnych oczu można było poznać, że jest zły.
Szedł w kierunku sporego, bananowożółtego domu. Był on dosyć osobliwy, z wieloma wieżyczkami i balkonami w dziwnych miejscach. Ogród na otaczającej go niewielkiej działce był bardzo zaniedbany; rosły tam nieregularnie posadzone drzewa owocowe a trawa przykryta warstwą liści powinna być już dawno skoszona.
Chłopak doszedł do zielonej, starej furtki prowadzącej do domu. Zdjął plecak i szukał czegoś przez chwilę, po czym wyjął klucz i wsunął go w zardzewiały zamek. Coś szczęknęło i furtka, skrzypiąc, stanęła otworem. Nie kwapiąc się żeby ją zamknąć, chłopak ruszył żwirową ścieżką w stronę budynku.
W jego domu panowała cisza. Żadnych rodziców witających syna, który wrócił ze szkoły, żadnego odgłosu ekspresu do kawy, którą domownicy mogliby sobie zrobić po ciężkim dniu pracy. Zapewne był do tego przyzwyczajony, bo jego mina nie zdradzała zaniepokojenia albo strachu. Zrzucił z ramion plecak i rozebrał się. Potem otworzył jedne z licznych drzwi, prowadzących do dobrze oświetlonego pokoju. Był on dosyć duży, ale stał tu tylko jeden mebel – wielki, prosty stół. Siedziała przy nim dosyć ładna, rozczochrana kobieta, energicznie ugniatająca glinę leżącą na blacie.
- Cześć, mamo. – Rzucił chłopak z dezaprobatą patrząc na walające się wszędzie papiery i kubki z niedopitą herbatą.
- Cześć, kochanie! – Odpowiedziała jego mama. Odwróciła się i popatrzyła na syna niebieskozielonymi oczami z mocnym makijażem. Miała dobrze wykrojone usta pomalowane niemalże niewidoczną szminką. Widocznie robiła to w pośpiechu, ponieważ oprócz ust miała pomalowaną także część policzka. – Jak w szkole?
- OK. – Odpowiedział chłopak i chociaż jego mina mówiła coś wręcz przeciwnego, jego mama nie zwróciła na to uwagi. Czasami zauważała wszystko: ciągle wołała „Michał, nie odrobiłeś lekcji!”, „Michał, nie podlałeś kwiatów!”, ale najczęściej była tak mało spostrzegawcza, że jej syn często zastanawiał się jak taka osoba może prowadzić dom.
- To ja już pójdę, nie będę ci przeszkadzał. – Dorzucił jeszcze, po czym ruszył do drzwi. Zatrzymał się w połowie drogi, po czym zapytał – Co tak właściwie lepisz?
Jego mama była artystką. Zajmowała się lepieniem w glinie dziwnych, bezkształtnych rzeźb. Michał nie lubił, kiedy rzeźba nic nie przedstawiała, sam lepił wyłącznie przedstawiające coś rzeczy: ptaki, koty i inne zwierzęta. Natomiast jego mama używała gliny do robienia wielkiego „nic”. Zdaniem jej syna było to marnotrawstwo materiału i czasu.
- A, nic takiego. – Uśmiechnęła się mama – Będzie nazywać się „Ulotność chwili”.
- Aha. – Mruknął Michał i wyszedł, starannie zamykając za sobą drzwi.
Stanął w korytarzu, niezdecydowany. Wiedział, że jeśli pójdzie do taty będzie musiał mu opowiedzieć całą prawdę, zrobi to odruchowo. Ojcowi nigdy nie kłamał. Jeżeli jednak pójdzie do swojego pokoju, a tata później odkryje, że ma problem, a zrobi to na pewno, nie dość, że na niego nakrzyczy to jeszcze nie pomoże. A pomocy Michał potrzebował najbardziej. Po co odwlekać sprawę? Otworzył drzwi obok pracowni jego mamy.
W przeciwieństwie do pokoju zajmowanego przez matkę, tu wszystko miało swoje określone miejsce. Na podłodze nie walał się ani jeden papier, nie było tu też żadnych szklanek lub kubków - panował idealny porządek. Zamiast biurka stały tu dwie sztalugi. Jedna cała poplamiona jaskrawymi farbami, druga, mniejsza, była czysta, miejscami tylko zarysowana ołówkiem.
Przy większej sztaludze stał wysoki mężczyzna ubrany w śnieżnobiałą koszulę wpuszczoną w brązowe, sztruksowe spodnie. Na dźwięk otwieranych drzwi odwrócił się. Miał mocno zarysowaną szczękę i srogie spojrzenie błękitnych oczu. Srogie, ale wyczuwało się, że pod tym niemiłym wzrokiem kryje się jakaś taka opiekuńczość, dobroć. Za to spojrzenie Michał kochał swojego tatę trochę więcej od mamy, choć wiedział, że tej drugiej może być przykro.
- Cześć, tato. – Przywitał się chłopak. Kiedy tata przesunął dłonią po ciemnobrązowych włosach, wiedział już że się domyśla.
- Chciałeś mi o czymś powiedzieć? – Spytał – Bo jeśli tak, to się pośpiesz, muszę oddać obraz do dwudziestego szóstego listopada. Mam mało czasu, nawet nie zacząłem.
- Tak… - Zaczął Michał – Chciałem ci coś powiedzieć. Dziś w szkole był sprawdzian…
- Dlaczego nic mi o tym nie mówiłeś?! Sprawdziany są zapowiadane, pouczylibyśmy się!
- Nie powiedziałem, bo nie chciałem żebyś kazał mi wkuwać do późnej nocy. – Tłumaczył chłopak - Uczyłem się sam, naprawdę! I wydawało mi się, że nauczyłem się całkiem sporo, ale okazało się, że nie…
- No właśnie!
- Ryba… To znaczy Poniedziałkowa… To jest… No wiesz, nauczycielka matmy! Ona zawsze sprawdza klasówki na lekcji. Dostałem dwóję.
- Znowu zawaliłeś matematykę! – Krzyknął ojciec – Trzeba było nam powiedzieć! Dlaczego nie możesz nauczyć się najprostszych działań? Kto to słyszał żeby chłopak w pierwszej klasie gimnazjum nie wiedział jak wykonuje się dzielenie na ułamkach?!
- Przepraszam – Michał zwiesił głowę. – Ale to nie do końca moja wina.
Do pokoju weszła mama Michała, zaniepokojona krzykami, które przeszkadzały jej w pracy.
- Co się stało? – Zapytała – Dlaczego tak wrzeszczycie?
- Nasz syn dostał dwóję z matmy i próbuje wciskać mi kit, że to nie jego wina.
- To prawda? – Zwróciła się do Michała, który pokiwał głową. – Nie bardzo rozumiem…
- Nie kłamię! Wszyscy dostali grupę I, która zawsze jest łatwiejsza, a tylko ja grupę II, nie mogłem sobie z nią poradzić… Ryba się na mnie uwzięła!
- Uważaj, bo ci uwierzę! – Powiedział tata. Marszczył brwi, co było oznaką intensywnego myślenia. – Dam ci karę. Mam dosyć skarg na ciebie! Zastanowię się, co będzie dla ciebie najlepszą nauczką, a na razie idź do swojego pokoju i nie wychodź, póki nie przyjdę!
- Ale… - zaprotestował Michał.
- Wynocha! – Ryknął ojciec. Był naprawdę wściekły, takiego jeszcze nie widział. Wiedział, że nie ma szans na wytłumaczenie się. Wyszedł z pokoju trzaskając drzwiami.
„Nie dość, że w szkole Poniedziałkowa daje mi inną grupę niż wszystkim innym i dostaję dwóję to jeszcze rodzice zamiast mi pomóc dadzą mi karę” – myślał rozgoryczony. Wspiął się po schodach prowadzących na pierwsze piętro, potem na strych. Otworzył drzwi, zamknął je na klucz i rzucił się na łóżko.
Przez dłuższy czas leżał bez ruchu wpatrując się w drewniany sufit. Był zły już w drodze do domu, a tata tylko pogorszył sytuację. W końcu usiadł na materacu, rozglądając się po pokoju. Był całkiem spory, ale przytulny. Obok, przy oknie, stało biurko. Ścianę równoległą do łóżka zajmowały regały z książkami i rzeźbami Michała. Wszystkie meble były drewniane i nowe. Prawie całą podłogę zajmował niebieski dywan w nieregularną, kremową kratkę. Pomieszczenie nie było brzydkie, może trochę zaniedbane; półki pokrywał kurz a na suficie wisiały pajęczyny. Michałowi to nie przeszkadzało, dla niego było ważne, że wszystko miało jakieś miejsce, więc zawsze wiedział gdzie i co jest.
Usiadł przy biurku i wyjął glinę. Próbował coś ulepić, ale nic mu nie wychodziło. Ze złością rzucił niedokończoną rzeźbę w kąt. A potem, choć nigdy mu się to nie zdarzało, zapłakał gorzko. Wstrząsały nim szlochy, które bez powodzenia próbował w sobie dusić. Zakrył oczy dłońmi. Niby płakał tylko z powodu jakiejś głupiej klasówki, ale nie mógł się powstrzymać – wszystko go denerwowało.
I właśnie w tym momencie, kiedy Michał chciał być sam, ktoś zapukał do drzwi.
- Idź sobie! – Krzyknął płaczliwym głosem.
- Dlaczego płaczesz? – Usłyszał zaniepokojony głos mamy.
- Idź sobie! – Powtórzył, zdenerwowany.
- Dobrze, tylko powiedz mi co chcesz na kolację.
- Niewiem! Daj mi spokój!
Usłyszał jak mama odchodzi. Przestał płakać tak samo nagle jak zaczął. Wyjrzał za okno, ocierając twarz z łez. Krople deszczu bębniły w parapet. Wiatr hulał po pustej ulicy. Nagle wpadł na pewien pomysł.
Podniósł z podłogi kawałek gliny, który w złości cisnął obok regału. Wyjął z szafki jeszcze całe pudełko starannie opakowanego materiału, tak, aby nie wysechł. Przyjrzał się swoim zapasom. „Wydaje mi się, że wystarczy na głowę” – pomyślał – „Będę musiał dokupić albo pożyczyć jeszcze dużo, ale to chyba będzie najlepsza rzeźba w moim życiu”.
Wpadł na pomysł ulepienia przyjaciela, a dokładniej – przyjaciółki.

Proszę o krytykę, bo może kiedyś zostanę pisarką... :)

Opublikowano

Bardzo podobał mi się kontrast między bałaganem w pokoju matki a u ojca. Niestety nie podobała mi się umieszczona na końcu reakcja matki, która na początku nie wykazuje żadnego zainteresowania, a później się pyta o kolację. Sam pomysł bardzo mi się podoba jest taki życiowy. O błędach stylistycznych i tym podobnych nie będę się wypowiadał bo sam nie wiele wiem. Mam tylko nadzieje, że kolejna część będzie równie dobra.

Opublikowano

Reakcja matki wynika z jej roztargnienia. Stworzyłam ją taką mało odpowiedzialną. Cieszę się, że podoba ci się reszta opowiadania. Dopiero zaczynam, należę do "grona młodszych" na tym serwisie. Teraz tylko miejmy nadzieję że nie znudzi mi się pisanie, jak to zwykle bywa. Czekam na dalszą krytykę, a może i pochwały...

Opublikowano

Masz rozpoznawalny styl, Dominiko, wydaje mi się, że u młodego autora to duży plus na samym starcie. Pamiętam, że jak trafiłam na to forum w styczniu tego roku, to Twoje utwory z cyklu "Dziadek na jabłoni" były pierwszymi, które czytałam i które zresztą bardzo mi się podobały. To opowiadanie też jest OK i ma bardzo charakterystyczny klimat. Jest parę zdań do ewentualnego poprawienia ale na dzisiaj już naprzyczepiałam się dosyć do innych, więc napiszę o tym następnym razem. Ogólnie, wrażenia mam bardzo pozytywne - pozdrawiam serdecznie - Ania

Opublikowano

Bardzo poprawnie, tekst i historia sprawnie ułożone, matka wygląda raczej na osobę wyciszoną, zagubioną, to ojciec jest dominującą postacią w tej rodzinie, dlatego opis i reakcja zachowania matki pasują do ogólnego obrazu.

Był naprawdę wściekły, takiego jeszcze nie widział. - to zdanie do poprawki. Co kto nie widział?
Wyjął z szafki jeszcze całe pudełko starannie opakowanego materiału, tak, aby nie wysechł. - Nie wysechł kto? ( co? ), z kontekstu zdania nie wynika, żeby materiał był mokry, a tu na dodatek brzmi to dwuznacznie. Też do poprawki.
Niewiem - piszemy osobno - nie wiem.
Ojcowi nigdy nie kłamał - Ojcu nigdy nie kłamał!

Pomyśl jeszcze nad tytułem, najlepiej, żeby rzucał się w oczy, był charakterystyczny i zostawał w pamięci. Wiesz, z opowiadaniem jak z człowiekiem. Człowiek to dusza i charakter, a tytuł jest jak ubiór. W kontaktach liczy się wrażenie, a ludzie w pierwszych sekundach oceniają Twój wygląd. Tytuł jest takim "ubraniem" opowiadania, ma się rzucić w oczy.
Jeśli mogę dać Ci jakąś radę, to taką, żebyś nie wklejała opowiadania, dopóki nie nadasz mu tytułu. Wklejaj tekst dopięty na ostatni guzik, zakończony. To daje więcej punktów u potencjalnych czytelników.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @piąteprzezdziesiąte Dziękuję za szczerość 
    • @Bożena Tatara - Paszko Poglądy sumienia chowają, idiotyzmy wprowadzają, idioci im klaskają, bo koryta pełne mają .   Pozdrawiam serdecznie 5 Miłego dnia 
    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...