Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Hen, gdzie fal spienionych toczą się odmęty,
gdzie tańcują w krąg łososie i delfiny,
na mieliźnie, co podobna do łysiny,
żył człowieczek raz, bezuchy i bezpięty.

Żył beztrosko, choć był mały niczym kubek,
tak szczęśliwie, jakby już był w niebo wzięty,
na kolację jadał zupę z psich podróbek
a nazywał się Kadłubek Jan Wincenty.

Raz go delfin młody spytał nieopatrznie:
„Mój Kadłubku, jakie skrywasz w sercu winy,
że swój żywot pędzisz cicho i nieznacznie
na mieliźnie wciąż podobnej do łysiny.
Możeś ty jest jaki zbrodniarz albo ubek
a nie żaden Jan Wincenty tyś Kadłubek?”

Lecz mu nie rzekł ani słowa ów człowieczek,
bo akurat się zachwycał tłustym śledziem,
co go razem z konfiturą z dwóch porzeczek
miał zjeść zamiar, jako deser po obiedzie.

„Och, Kadłubku, no a może tyś wyklęty
w swoim kraju, czarna owca i „non grata”?
- rzekła foka, łbem pluskając, gdzie okręty
zawijają tylko raz na cztery lata.

Ale znowu nasz bohater ani słowa
nie powiedział, no bo właśnie jadł był kaszę,
którą w dziobie mu przyniosła stara sowa
a do tego wypił rumu dziesięć flaszek.

„Ty, Wicenty, musisz bracie być wygnańcem,
za swój wygląd, tudzież pewnie za poglądy,
- wybulgotał mors siwawy, niegdyś blondyn,
popisując się przed foką swoim tańcem.
- „Albo może tyś hodowcą leśnych hubek,
a nie zwykły Jan Wincenty tyś Kadłubek?”

Jednak słowa po Kadłubku jak po kaczce
popłynęły, nie czepiając się go wcale,
gdyż zajęty był chowaniem w wyżymaczce
tłustej szynki, którą wędził przy powale.

„Nie – odezwał stary się wieloryb -
on na pewno okradł w nocy własną matkę,
zapakował jej dobytek w zgrzebne wory
i przypłynął wynajętym, tutaj, statkiem.”

Jan Wincenty nie wymówił ani słowa,
tylko cisnął garść pietruchy wprost do gara,
w którym wrzała właśnie zupa ogonowa,
przyrządzona z lwich ogonów i kalmara.
Chociaż bowiem całkiem mały był to gzubek,
to apetyt miał wprost straszny Jan Kadłubek.

Wszystkie ryby żarła cięgiem ta ciekawość:
Skąd i po co tu zabłądził ów człeczyna?
Czym przyjechał w owe strony i co za gość?
A Wincenty milczkiem spijał stare wina,
po czym legał, dając spocząć swym oczętom,
z miną całkiem niesłychanie wniebowziętą.

I tak trwała ta idylla bezustannie,
aż, któregoś dnia niechcący, po obiedzie,
nieopatrznie zasnął Jan Wincenty w wannie
i utopił się, gdzie w krąg pływały śledzie
- na mieliźnie, co podobna do łysiny,
gdzie tańcują też łososie i delfiny.

Tam nagrobek tkwi (skromniutki miał pochówek),
na nim napis: „Stań przechodniu zaganiany
- tutaj leży pewien Dablju Dżej Kadłubek,
człowiek znikąd mianowicie nam nieznany.
Miał tu u nas opierunek no i wikt,
lecz kim był – do dzisiaj nie wie nikt."

Opublikowano

Pierwszy ulubiony na tym forum. Zaczęło się świetnie, potem się przestraszyłem, że te świetne rymy będą zgubione przez ich nieregularny układ, ale okazało się, że to nie brak kunsztu, tylko zmyślna kombinacja. Absurd, prawda o ludziach, styl limeryków Leara, może nawet (o zgrozo) lepiej, bo nie traci w tłumaczeniu (z oryginałem nie miałem do czynienia), z lekką nutką Boya, filuterne jak sam filut. Miód :)
i ja tam czekam na więcej

Edit:
Wrzuciłem do google'a fragment i znalazłem bloga, zaraz się zapoznam, ale to co już widzę - genialne :D Teraz wszystko musi być wyzwolone i wpętla się w formę wyzwoloną, brakuje fajnych rymowanek przed pukaniem. Gratuluję, chylę... :)

Opublikowano

Dzięki serdeczne za łaskawe przyjęcie. Wiersz jest rzeczywiście inspirowany twórczością Leara i jemu podobnych. Nie jestem jakimś tam wielkim poetą, dla mnie pisanie jest raczej odskocznią od rzeczywistości (może trochę zemstą na niej) i staram się, żeby przynosiło innym radość (stąd pójście moje w kierunku poezji nonsensu), więc jeżeli choć cień uśmiechu zagościł na Twojej twarzy, cel uważam za osiągnięty. Zajrzałem też w Twoje wiersze z ciekawości i jestem pod wrażeniem. Nie komentuję, bo nie uważam się za krytyka, ale podobają mi się i nie jest to pochlebstwo "odwdzięczające" za pozytywny komentarz. Zapraszam na bloga, choć teksty staram się umieszczać gdzie się da (między innymi na tym forum w dziale "Limeryki"). Pozdrawiam serdecznie.
PS. Co do tych tłumaczeń, to masz rację, zwłaszcza jeśli chodzi o Leara i jego Limeryki - niektórzy tłumacze silą się na dosłowność i gubią po drodze wdzięk i humor.

Opublikowano

Winien ktoś zaraz wejść i słowami Wolfa "let's not start suckin' each other's dicks quite yet" skończyć temat, ale już trochę poszperałem na blogu i jest zacniutko. Nie twierdzę (więc nie masz co się wzbraniać ;) ), że to wielka poezja, bo nie o to chodzi w nonsensie. Ale jest idealne w swojej kategorii. I cieszy mnie ogromnie, że ktoś się w to bawi. I że mu wychodzi. I, wreszcie, że temat limeryków ciągle żyje. Bo, owszem, są to dosyć ciasne ramy, ale Tobie udało się tę formę nie skopiować, ale zinterpretować. Nie wpadłeś w rzemiosło (a skoro schemat, wzór jest już właściwie dany, to nie jest to takie znowu oczywiste). Różnie splecione rymy, zabawa brzmieniem, zabawa rytmem - po prostu zabawa. Dobra, słabo jest się tak nad tym rozwodzić, bo nie o to chodzi. Po prostu - dobra robota :)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Cylinder zastygł w bezruchu 

      a tuba zamilkła.

      Tym razem nawet igła fonografu 

      zdawała się nie mieć ochoty 

      wracać na powierzchnię cylindra 

      po raz setny tej przeklętej nocy.

      Obiecałem,

      że pomogę w poszukiwaniach,

      lecz po tym czego się tu dowiedziałem 

      i po tym co usłyszałem i zobaczyłem,

      stwierdzam jasno, 

      choć z dozą 

      naprawdę przejmującej rozpaczy,

      że mój nieodżałowany ojciec,

      został pochłonięty w odmęty, 

      bezdennej paszczy szaleństwa.

      Po czym uleciał w kompletny niebyt,

      bagiennych wrzosowisk

      północnej Szkocji.

      Przeszukano cały dom

      od piwnicy po strych.

      Wszystkie pozostałe obejścia i budynki.

      Studnie, staw

      a nawet rozkopano

      przydomowy ogródek

      ze wspaniałymi krzewami piwonii

      o które tak dbał.

      Bardziej niż o jedyne dziecko.

      Wszystko zaczęło się 

      gdy byłem jeszcze dzieckiem.

      Ojciec był 

      szanowanym profesorem archeologii 

      na uniwersytecie oksfordzkim.

      Był najlepszy w swoim fachu

      i dzięki temu pozostawał w kontakcie

      z najtęższymi umysłami

      z całego świata.

       

       

      Pamiętam doskonale zimowy poranek,

      jakieś piętnaście lat wstecz.

      Zakładałem szkolny mundurek 

      i z teczką w prawej dłoni 

      zmierzałem ku drzwiom domu.

      Ojciec szedł za mną.

      Trzymał mnie delikatnie za ramię,

      tłumaczył mi że jeśli 

      nie zakończy 

      zaplanowanego wykładu na czas 

      to odbierze mnie ze szkoły 

      nasza sąsiadka panna Stevenson.

      A jeśli wszystko zakończy się 

      zgodnie z planem 

      to obiecuję zabrać mnie

      potem na łyżwy.

       

       

      Nic nie poszło zgodnie z planem.

      Otworzyłem drzwi i o mało co 

      nie zderzyłem się w nich 

      z ponurym, wysokim 

      i dość postawnym jegomościem 

      w szarym, długim,

      dwurzędowym płaszczu 

      o prostym kroju.

      Jego fason

      nie był typowym dla wyspiarza

      a raczej obywatela zbuntowanej kolonii.

      Dziwny gość

      otarł mnie ledwie wzrokiem 

      zza przyciemnianych, wąskich szkieł

      i zwrócił się do mojego ojca.

      Bardzo przepraszam

      za tak nagłe najście 

      ale na uniwersytecie powiedziano mi,

      że jest Pan

      jeszcze w domu panie Fodden

      a sprawa z którą przychodzę nie cierpi już zwłoki ponad to co nadłożyłem starając się dostarczyć Panu interesujące dokumenty, zapis z fonografu oraz przedziwny szczątek metalu, który

      z pewnością pana zainteresuję.

       

       

      Wyjął z płaszcza niewielkie opakowane szarym papierem zawiniątko

      i wręczył je ojcu.

      Nazywam się Peter Noyes 

      i jestem zastępcą profesora Clarka 

      na uniwersytecie Miscatonic w Arkham.

      Myślę, że to Panu wiele wyjaśnia.

      Profesor liczy na Pana pomoc

      w tej sprawie.

      Jeśli tak w istocie będzie 

      czekam na Pana 

      w dniu jutrzejszym w południe 

      na nabrzeżu numer dwa,

      celem odbycia podróży

      najpierw do Bostonu 

      a potem do Arkham.

      Proszę pamiętać, 

      że nie ma czasu do stracenia.

      Gwiazda czy też planeta,

      powoli pojawia się 

      w naszych snach nieprawdaż?

      Nie czekając na odpowiedź,

      odwrócił się na pięcie i szybko

      znikł za zakrętem skrzyżowania.

      Ojciec nie tłumacząc niczego zaprowadził mnie do pani Stevenson

      i nakazał jej 

      by zajęła się mną przez jakiś czas 

      bo czeka go długi

      i pilny wyjazd do Bostonu.

       

       

      Zostałem u niej długie lata.

      A ojciec wrócił podobno kilka lat temu.

      Nikt nie wiedział skąd ani po co.

      Uważano go za zmarłego.

      Zaginął gdzieś w lasach Nowej Anglii 

      razem z tym całym

      Noyesem i Clarkiem.

      Nadal gdzieś w szufladzie biurka 

      mam jego nekrolog

      z jednej z gazet z Arkham.

      Żył ale przypłacił to szaleństwem.

      Nie widziałem go już nigdy później.

      A teraz zaginął po raz wtóry.

      Podobno planeta 

      znów nawiedzała go w snach.

       

       

      Odebrałem telefon z policji 

      i obiecałem przybyć na miejsce 

      by jakkolwiek pomóc śledczym.

      Bo sami nie rozumieli 

      w środek jak wielkiego szaleństwa 

      przyszło im wpaść i brnąć

      dzięki zostawionym wszędzie przez ojca dokumentom i zapiskom.

      Już ich pierwsze pytanie zdawało się idiotycznie niedorzeczne.

      Czy mówi mi coś nazwa Yuggoth?

      To miasteczko, osada czy może 

      jakaś kodowa nazwa 

      jakiejś świątyni czy wykopalisk?

      Znaleźli pamiętnik ojca,

      gdzie ta nazwa pojawia się ciągle.

      Ten krótki wpis ołówkiem 

      sprzed wielu tygodni.

      Wreszcie odezwali się do mnie

      Ci z Yuggoth.

      Będą czekać w oktawę święta 

      ojca Yog-Sottotha przy ołtarzu na wzgórzach.

      Zabiorą mnie znowu…

      Brzmiało to jak żart.

      Lecz jedno było pewne.

      Mój ojciec nigdy nie był skory do żartów.

       

       

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach

  • Popularne aktualnie



×
×
  • Dodaj nową pozycję...