Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Z zaległą i wielką dedykacją dla Ani Wożakowskiej „Woży” z miasta Wrocławia....jednej z pierwszych „silnych” kobiet w mieście 


Wysoka blondynka około 30-tki w okularach szybko przebiegła przez czerwone światło na drugą stronę ulicy. W rękach trzymała dwie reklamówki wypchane niemiłosiernie do „ostatniego bólu”. Na jej bladej twarzyczce ukazał się malutki uśmiech, kiedy zobaczyła nadjeżdżający autobus z przeciwka. Jeszcze bardziej przyśpieszyła i już wiedziała, że będzie na przystanku przed nim...kiedy nagle poczuła się tak jakby ktoś zaciągnął w jej nogach hamulec ręczny. Jakaś siła zatrzymała ją w miejscu....reklamówki „rozjechały” się na boki a ona sama znalazła się nagle na kolanach.
- Jezu - nie wiedziała, jaka siła zatrzymała ją tak nagle. Podniosła się momentalnie do góry, ale nadal nie mogła uwolnić prawej nogi z niewidzialnej siły, która ją trzymała. Autobus otworzył drzwi i po kilku sekundach ruszał powoli zamykając je.
- Hallo!- krzyknęła w stronę autobusu, ale po sekundzie zorientowała się, że to było bez sensu. Kierowca pojazdu, który właśnie ją mijał wyszczerzał zęby w wielkim uśmiechu i spoglądał na nią przez szybę zamkniętych drzwi.
- Kurwa, baranie jeden...zatrzymaj się! - nie wytrzymała nerwowo i wydarła się na całą ulicę. Znowu szarpnęła nogą, ale..”.siła” nie puściła. Spojrzała się w dół....obcas jej wspaniałej ciżemki tkwił w kratce ściekowej. Zaczęła szarpać nerwowo nogą.....i nagle poczuła ulgę. Obcas jej prawego buta został...między szparami kratki!
- Ja pierdole, ja pierdole - mruczała pod nosem patrząc się na kawałek drewna tkwiący w kratce. Nie zważała zupełnie na zacinający deszcz. Dopiero po chwili podeszła do porozrzucanych rzeczy i zaczęła zbierać je do reklamówek. Kiedy skończyła, kuśtykając weszła do budki na przystanku. Usiadła na ławeczce i zdjęła lewy bucik z nogi. Patrzyła się przez chwilę na niego a właściwie na napis od wewnętrznej strony. Coś tam, coś tam i ....Mediolan. „ Włoskie gówno” przeleciało jej przez głowę a po sekundzie już zaczęła uderzać jego obcasem o bruk. O dziwo...obcas nie chciał się oderwać. Zaczęła coraz intensywniej walić nim o bruk. „ Jeśli nie możesz kogoś pokonać musisz się do niego przyłączyć” i w związku z tą zasadą chciała wyrównać siły z prawym bucikiem. Ale obcas nie reagował....nie, nie,... te żarty, to nie z Justyną. Wstała i wzięła ciżemkę w rękę. Podeszła do metalowej kantówki wykańczającej zabudowę plastikowej szyby i ....zaczęła walić z całej siły obcasem o jej kant. Ale o dziwo...obcas nie reagował. „ Nie, kurwa!, tylko ja mogę mieć takiego pecha”. Mruczała pod nosem nie przestając walić butem o bok budki. Nie zauważyła, że w międzyczasie w budce znalazła się para w średnim wieku z nastolatkiem u boku. Małolat był wyraźnie zaciekawiony tym, co pani w płaszczu robi w drugim końcu budki. Wyrywał się rodzicom, którzy lekko wystraszeni cofali się w drugą stronę. A tymczasem Justyna kontynuowała swoje dzieło.
„ Kurwa mać...wszystkie obcasy świata już by się urwały...ale ty skurwysynu oczywiście się nie urwiesz, bo masz taką ochotę....co za chuj cię kleił w tym pierdolonym Mediolanie...” Ostatnie uderzenie było tak mocne, że „bity” obcas w końcu się urwał i poleciał na środek budki. „Wreszcie” przeleciało jej przez głowę. „Będę mogła iść równo do domu”. Usiadła wygodniej na ławeczce i zamyśliła się. Torby przytuliła do siebie.
- Proszę- wyrwało ją momentalnie z zadumy. Podniosła zdziwione oczy na osobę, która przerywała jej chwile malutkiej siesty. Przed nią stała starsza pani w wełnianym berecie, z parasolką w ręku.
- Proszę. To pani odpadło.- Kobieta wyciągnęła dłoń, w której leżał urwany przed chwilą obcas. Justyna patrzyła się na starszą panią błędnym wzrokiem, jakby jej słowa nie docierały.
- Na Sienkiewicza jest dobry szewc, sklei pani. Weżmie najwyżej ze 12 złotych.- skończyła wyraźnie zadowolona z dobrego uczynku. Małolat z budki był wyraźnie rozbawiony całą tą sytuacją. Justyna schowała nieszczęsny obcas do kieszeni płaszcza i znów się zamyśliła. „Dlaczego tyle nieszczęść spotyka mnie? A nie na przykład moją sąsiadkę albo...mojego teścia albo...”. Z zadumy wyrwał ją odgłos hamującego autobusu w zatoczce. Podniosła się szybko chwytając obie reklamówki w dłonie. W środku panował duży ścisk, ale Justyna lubiła ten, jak nazywała go w myślach „ stan kołyszącej grawitacji”, albo „wrocławską Wańką-wstańką” . Polegało to na tym, że nie trzymając się żadnego uchwytu przechylała się ze ściśniętym tłumem na każdym zakręcie pod takim kątem, że prawa fizyki traciły swoją wiarygodność. Śmieszyła ją ta sytuacja, ale jednocześnie sprawiało jej przyjemność to „tańczenie z tłumem”. Dziwne, ale właśnie tutaj czuła, że jest scalona ze społeczeństwem, że wszyscy ludzie są braćmi..... jakaś kosmiczna moc (przyciąganie?) powodowała, że ściśnięta w tym tłumie odstresowywała się po całodziennej pracy. Nie przeszkadzał jej nawet smród spoconych albo przemokniętych ludzkich ciał. W powietrzu unosił się zapach niepranych skarpetek, brudnych koszul, niemytych zębów....to nic, to nic....tańczyła dalej z tłumem...tak mi dobrze...w uszach zaczęła jej grać niesłyszalna dla innych muzyka.....to nic, że pan obok dmuchał jej w twarz świeżo wypitym tanim winem, a zapach czosnku dolatywał z przodu pojazdu....to nic, to nic.....deszcz nasączył wszystkie nieprane kurtki, płaszcze...już wie czego jej brakowało we Włoszech na wakacjach!? Tego! Muzyki Chopina, polskiego wiatru, polskich przekleństw i...zapachu zmoczonych wrocławskich pasażerów! O Boże, jaka jestem szczęśliwa...chociaż przez chwilę.... Zduszone reklamówki, które ściskała w rękach zaczęły ocierać się o jej podbrzusze...zaczynała czuć coraz bardziej...świeżo kupiony toster ...samoistnie zaczęła pocierać nim o swój brzuch...w górę i w dół...i znów w górę i w dół ...sztywne opakowanie tostera wyraźnie sprawiało jej przyjemność. Gruby mężczyzna z tyłu popchnął ją mocno.
- Przepraszam panią, ale nie mam się, czego przytrzymać- był wyraźnie speszony.
- Nie szkodzi- odpowiedziała odruchowo.....”naciskaj, naciskaj...jeszcze...mocniej” czuła, że za chwilę nie wytrzyma. „ Tak, tak kochany, tak mi rób...o Boże, Arek nigdy mi tak dobrze nie zrobił” czuła, że traci zmysły....autobus zahamował tak nagle, że wszyscy polecieli do przodu.
- O, Boże!- prawie krzyknęła na cały autobus. Poczuła, jakby toster znalazł się w jej brzuchu. Starszy pan spojrzał w jej stronę z wyraźnym zrozumieniem.
- No właśnie ...Boże, jak oni jeżdżą- patrzył się na jej przymknięte oczy.
Czuła, że coś pociekło jej po nogach.....oczy miała cały czas przymrużone. Kierowca otworzył szybę i głośno kłócił się z kimś na zewnątrz. Po chwili ruszył i dojechał do zatoczki na przystanku. Justyna przepchnęła się do drzwi i w końcu wysiadła. Skierowała się na drugą stronę ulicy w stronę swojego domu. Rzuciła okiem na swój prochowiec w okolicy krocza. Widniała tam duża mokra plama. „ W końcu padał deszcz” uspokoiła swoje myśli. Czuła się odprężona. Weszła do swojej klatki i stanęła koło windy. Nacisnęła guzik windy, ale światełko nie zapaliło się.
- Co jest? - powiedziała sama do siebie i powtórnie nacisnęła guzik. Znowu to samo. Nic.
Z góry usłyszała tętniący hałas jakby stado bawołów biegło przez centrum miasta Po chwili zobaczyła zeskakujących małolatów po schodach koło windy. Ostatni z nich zatrzymał się na chwilę i zaczął wiązać swoje adidasy. To Kamilek...syn doktora Dąbrowskiego spod szesnastki, kulturalny chłopczyk.
- Kamilku, winda nie działa?- spytała grzecznie chłopca. Skończył wiązanie buta i spojrzał się na nią.
- Nie wiesz, co się stało?- patrzył się na nią jak na przybysza z Marsa.
- A co się mogło stać? Zjebała się!- odpowiedział krótko i pobiegł za swoimi kolegami.
„ No tak...znowu zadaję głupie pytania”. Wyciągnęła telefon z kieszeni płaszcza i otworzyła klapkę. „ W koncu Arek może podnieść dupę i zejść na dół” już miała naciskać numer.
- No nie!- wyrwało jej się, na całą klatkę schodową. Patrzyła się na klawiaturę jak na coś niesamowitego. Telefon był rozładowany. Wzięła znów reklamówki w ręce i zaczęła iść po schodach.
- To tylko szóste piętro!- dodała sobie otuchy na cały głos i przyśpieszyła. Po kilku przystankach na półpiętrach stanęła wreszcie przy drzwiach swojego mieszkania. Nacisnęła dzwonek i oparła się o ścianę. Czuła, że reklamówki przecinają jej dłonie na dwie połówki. Po chwili drzwi otworzyły się i stanął w nich...Arek.
- No wreszcie!! Gdzie ty byłaś? Przecież kończysz pracę o 16.! I to dzisiaj.- był wyraźnie niezadowolony.
- Obcas mi się złamał...wiesz te buty, co kupili.. - nie zdążyła zakończyć.
- Jezu! I to akurat jak gramy z Portugalią! Ty znajdziesz zawsze czas na jakieś babskie zakupy. Tato jest!- powiedział to takim tonem jakby chodziło, co najmniej o Prezydenta.
- Zrób coś do jedzenia..w lodówce tylko zupa i pasztet!- jego ton wyjaśnił wszystko.
- Zaraz coś wam upichcę- zrzuciła torby na ławę w kuchni.
- A...jak ty wyglądasz? Nie mogłaś wziąć rano parasolki? O Boże..- wyszedł do pokoju. Popatrzyła za nim a po chwili zaczęła wyciągać zakupy z toreb. Zdjęła mokry prochowiec i powiesiła go w przedpokoju. Wróciła do kuchni. Z reklamówki wyjęła toster i ...patrzyła się na niego przez chwilę a następnie pogłaskała opakowanie i położyła go na środku stołu. Nie rozpakowała go. Podeszła do szafki i wyjęła z niej napoczętą butelkę Finlandii. Wlała całą jej zawartość do szklanki. Wyszło 3/4 pojemności. „ Boże...marzenia się spełniają...pamiętam jak byłam małą dziewczynką. Oglądałam radzieckie filmy, a tam Stachanowcy walili takie ilości wódy...bez zagrychy!!! Wujek Kazik (w którym się podkochiwałam) powiedział wtedy: „Jeśli wytrzyma to, to jest prawdziwym mężczyzną”....zapamiętałam to na całe życie. Zawsze chciałam to zrobić, ale brakowało mi odwagi! Pomóż mi teraz!!!”
Przechyliła jednym haustem całą zawartość szklanki. Zdjęła okulary z nosa a drugą ręką trzymała się za usta. Źrenice zaczęły rozszerzać się i po chwili wyglądały jakby zostały zakropione przez okulistę. Nalała Coca-colę do tej samej szklanki i popiła. Po chwili chuchnęła na głos.” Bez zagryzania” jestem wielka! Poczuła jak ciepło rozchodzi się po jej ciele. Usiadła na krześle i patrzyła się na stół. Do kuchni wbiegł Arek. Otworzył lodówkę.
- Justynko, wsadź tą zgrzewkę kochanie do zamrażalnika ...bo ja już nie zdążę - wskazał jej głową czteropak koło ławy, a sam zaczął wyciągać piwa.
- Aha...byłbym zapomniał. Tato przywiózł chipsy z Dortmundu. Mówię ci, coś kapitalnego...u nas takich nie dostaniesz. Wiesz, że tato zawsze znajdzie coś najlepszego. Spróbuj!- nasypał jej garść chipsów do metalowej miski na stole. Wielką torbę z pozostałością chipsów ścisnął w ręku i zajął się piwami.
„Tato, z tatem, o tacie...ależ wiem kochanie, od ośmiu lat wiem, że twój tata ma wszystko najlepsze i robi wszystko lepiej ode mnie....czekam tylko na moment, kiedy mi powiesz, że twój tata robi loda lepiej ode mnie!.” Arek wyszedł do pokoju ściskając piwa na swojej klatce piersiowej. Justyna przez chwilę patrzyła na miskę na stole...”naści piesku, naści” przyszło jej momentalnie do głowy. Spojrzała jeszcze na toster, wstała od stołu i poszła w kierunku pokoju.
W pokoju panował smród dymu papierosowego i oparów piwa. Wokół stołu walały się aluminiowe puszki. Obaj mężczyźni gestykulowali rękoma wpatrzeni w telewizor. Co chwilę coś wykrzykiwali na głos.
- No nie!!...kurw..ja pierd...jak on mógł tego nie strzelić!!!!!- łysiejący starszy nie zwrócił uwagi na wchodzącą Justynę. Ona tymczasem podeszła do barku, wyjęła stamtąd butelkę wódki i postawiła na stole.
-Jezu..nie zasłaniaj mi teraz ...Justyna!- Arek przesunął głowę w prawo. Justyna odsunęła się trochę w bok. Nalała znów 3/4 szklanki i przechyliła jednym haustem. Po chwili popiła piwem ze stołu. Tym razem alkohol nie zrobił już takiego wrażenia na jej organizmie jak poprzednio. Spojrzała na obydwóch mężczyzn i wyszła do przedpokoju. Ubrała się w ten sam mokry płaszcz i podeszła do kubła w kuchni. Wyjęła stamtąd buciki, które wrzuciła tam po przyjściu do domu. Patrzyła się na nie z czułością lekko kołysząc się.
-Jesteście piękne! To dzięki wam zrobię w końcu to, co powinnam zrobić już kilka lat temu!- skończyła monolog i ubrała buty bez obcasów.
Weszła do pokoju i wzięła wódkę ze stołu. Stanęła za nimi z butelką w ręku lekko się kołysząc.
- Mężu drogi...chciałam ci powiedzieć, że jesteś skończonym palantem!- wyrzuciła na cały pokój. Arek pochylił się w stronę telewizora.
- Jaki faul!..jaki faul, ten sędzia to idiota!- wykrzyknął jeszcze głośniej. Ojciec jej męża próbował wlać piwo do szklanki, ale nic nie poleciało.
- Justynko, przynieś dziecko piwo z lodówki- powiedział to takim tonem jak zawsze.
- No problem- odwróciła się i zataczając poszła do kuchni. Podniosła z podłogi czteropak i weszła z nim do pokoju. Rzuciła nim na stół aż szklanki podskoczyły.
- No nie! No nie....jak można tak podawać !- teść Justyny wymachiwał rękoma w stronę ekranu.
- Co za idiota...jak można tak podawać- nie przestawał się wydzierać. Justyna odkręciła nakrętkę z butelki i pociągnęła głęboki łyk wódki. Patrzyła na swojego teścia z góry.
- A twój ojciec....to zwykły alfons..ugania się za nastolatkami...po knajpach. Oczywiście...najlepszych...heh!heh!- uśmiech zawitał na jej twarzy. Zaczęła się kiwać coraz bardziej. Upuściła nakrętkę, którą trzymała w prawej ręce.
- Świetne podanie! Widziałeś tak trzeba grać, tylko tak- słowa Justyny wyraźnie nie dochodziły do nich. Spojrzała na nich z góry i odwróciła się. W progu pokoju rzuciła na głos.
- Idę się rżnąć całą noc ..do Mietka ..Piotrowskiego!- prawie wykrzyknęła.
- COOO!- okrzyk jej mężczyzn był wyraźnie mocniejszy od poprzedniego.
- Co?- znowu zabrzmiało głośno.
„Wiedziałam, wiedziałam...heh!heh!..! Wszyscy tylko nie Mietek, twój najlepszy kolega...mężczyźni to małe dzieci. Wystarczy spojrzeć się zalotnie na innego i już dostają kota. Albo lepiej..kiedy się wraca późno z pracy, niby ukradkiem schować majtki do kieszeni szlafroka...heh!heh!...to dopiero jazda! A wiec dopiero Mietek...że sobie o mnie przypomniałeś”
Odwróciła się w drzwiach i spojrzała z tryumfującym uśmiechem na swojego męża.
- Co to jest? To piwo jest CIEPŁE ! – wyrzucili z siebie równocześnie jak bliźniaki jednojajowe. Justyna patrzyła na nich szeroko otwartymi oczami.
- Gdzie ty trzymałaś to piwo !!!!!!!!!!!! – wykrzyknął do niej z ogromnym wyrzutem w głosie. Justyna nadal patrzyła na niego nie mrugając przy tym ani razu. Po chwili zrobiła mocny łyk z butelki i powiedziała spokojnie ale dobitnie.....
- W CIPIE – odwróciła się i trzaskając wyszła z domu....
* * * * *
...........słyszysz? no, to teraz masz...nie słuchałeś mnie, to teraz masz....a co ci mówiłem zaraz po waszym ślubie? Masz ją krótko trzymać! Trzeba było dać jej po gębie w noc poślubną...tak, tak..tak robili nasi dziadkowie i dziadkowie ich dziadków! I to się zawsze sprawdzało...kobieta musi czuć władzę...z resztą one to lubią. A ty co? Tato, jest równouprawnienie...teraz są inne czasy...jakby nie ja, to byś gotował i prał jej gacie. Boże gdzie ty miałeś oczy! Przecież mówiłem ci, że to nie jest materiał na żonę, ale ty swoje...zakochałeś się...no to teraz masz. Na szczęście mam znajomego adwokata...najlepszy w mieście!!!...................no i weż to pierdolone ciepłe piwo ze stołu!...zrobiła mi to na złość..nigdy mnie nie lubi.....Gooooool!!!, Gooooool!!!! Hurra!...srał ją pies...Gooooool!!!!!!!!


Podziękowanie dla zespołu Farben Lehre...za inspirację!

Opublikowano

Witam cię również....taki był sens tej opowiastki. Miała śmieszyć i pokazać życie współczesnej kobiety. Kobiety zabieganej, zmęczonej i potrzebującej trochę czułości. Wszystko to wyłapałaś...jesteś czujna.:) Pozdrawiam. p.s. Wulgaryzmy są ciągle obecne w naszym codziennym życiu...nie można ich ominąć, niestety. Jesteś odważną nowoczesną kobietą, skoro nie bałaś się napisać to co myślisz. Brawo!....myślę, że twój men nie będzie oglądał meczu przy tobie!..heh!

Opublikowano

Witaj
Utwór mnie wciągnął. Nawet jeśli faceci zostali pokazani w tym tekście jako tyrani. Sytuacja trzymała w napięciu. No i pokazuje dzień zmęczonej kobiety. :) Wulgaryzmy towarzyszą nam zawsze :) no i dobrze, że nie zostały w tym tekście ominięte.
pozdrawiam :)

Opublikowano

Trudno nie docenić sprawności warsztatowej autora i siły emocjonalnego przekazu tego tekstu. Czy jednak użyte środki, w postaci wyrazów powszechnie uważanych za niecenzuralne, rzeczywiście były niezbędne do osiągnięcia takiego celu? A zwłaszcza w takim natężeniu i obfitości? Nie sądzę, choć wygląda na to, że jestem w tej opinii odosobniona. Pozdrawiam - Ania

Opublikowano

1) „Wysoka blondynka około 30-tki w okularach szybko przebiegła przez czerwone światło na drugą stronę ulicy” - Moim zdaniem bardziej po polsku byłoby: na czerwonym świetle przebiegła przez ulicę.
2) „W rękach trzymała dwie reklamówki wypchane niemiłosiernie do „ostatniego bólu”. – „wypchane niemiłosiernie do „ostatniego bólu” nie pasuje mi. Lepiej „wypchane niemiłosiernie” lub po „miłosiernie” postaw myślnik.
3) Dobrze byłoby zaznaczyć w tekście, że przebiegła szybko zważywszy na ciężar reklamówek. Czytając pierwsze zdanie wyobrażamy sobie niemal sprinterkę, czytając drugie, coś w obrazie kobiety zaczyna zgrzytać.
4) „Na jej bladej twarzyczce ukazał się malutki uśmiech, kiedy zobaczyła nadjeżdżający autobus z przeciwka” – Skoro przebiegła z wypchanymi reklamówkami, to niech się uśmiechnie ciężko oddychając z wysiłku.
5) „Jeszcze bardziej przyśpieszyła” – O! Jeszcze bardziej przyspieszyła z reklamówkami w rękach.
6) „...kiedy nagle poczuła się tak jakby ktoś zaciągnął w jej nogach hamulec ręczny.”
Komiczne zdanie. Skąd takie porównanie? Czyżby już kiedyś ktoś w jej nogach zaciągnął hamulec ręczny, że i tym razem tak się poczuła? A może prędzej skojarzyło jej się to z podstawieniem nogi, tzw. hakiem – tak jak to często miało miejsce w dzieciństwie. Jednym słowem: zdanie oryginalne, ale nie na miejscu.
7) „- Jezu - nie wiedziała, jaka siła zatrzymała ją tak nagle.” – ten „Jezus” to zwrot
skierowany do czytelnika? Chyba nie.
8) „Podniosła się momentalnie do góry” – To jak: cofnąć się do tyłu. Lepiej: Momentalnie podniosła się.
9) „ale nadal nie mogła uwolnić prawej nogi z niewidzialnej siły, która ją trzymała.” – Chyba uwolnić nogi z czegoś w czym utkwiła (zdawałoby się na trwale utkwiła). Pomyśl. W każdym razie „uwolnienie nogi z siły” (jakiejkolwiek siły) brzmi co najmniej nieładnie po polsku.
10) „Autobus otworzył drzwi i po kilku sekundach ruszał powoli zamykając je.” Lepiej: Autobus otworzył drzwi, a po kilku sekundach ku przerażeniu kobiety ruszył, powoli je zamykając.
11) „Kierowca pojazdu, który właśnie ją mijał wyszczerzał zęby w wielkim uśmiechu i spoglądał na nią przez szybę zamkniętych drzwi.” Zdanie napisane jest tak, jakby najpierw uśmiechał się do kobiety a później na nią spoglądał. Ponadto, czy był to uśmiech, czy raczej szyderczy, złośliwy śmiech, niemy i ironiczny śmiech spoglądającego przez szybę kierowcy.
12) „obcas jej wspaniałej ciżemki tkwił w kratce ściekowej.” – Gdzie znajdowała się kratka ściekowa, w której utkwił obcas? O ile mi wiadomo większość kratek ściekowych znajduje się na jezdni. W związku z tym nasuwa się pytanie, jak to się stało, skoro bohaterka przebiegła na drugą stronę ulicy, a po tym jak przebiegła to jeszcze przyśpieszyła. Czyli na moją logikę, kratkę ściekową powinna mieć przynajmniej kilka metrów za sobą. Moim zdaniem powinieneś to przemyśleć lub dokładniej opisać, by już nikt podobnego zarzutu nie wystosował.
13) „między szparami kratki!” – To nie są szpary! To odległości między kratkami. Napisz po prostu: obcas został między kratkami
14) „kuśtykając weszła do budki na przystanku” – lepiej: pod zadaszenie przystanku – będzie ładniej, a tym samym nawiążesz do zacinającego deszczu.
15) „Usiadła na ławeczce i zdjęła lewy bucik z nogi.” – Usuń „z nogi”.
16) „Patrzyła się... na napis od wewnętrznej strony.” – Lepiej: patrzyła na napis znajdujący się wewnątrz bucika, w środku buta, w głębi.
17) „przeleciało jej przez głowę a po sekundzie już zaczęła uderzać jego obcasem o bruk” – przecinek przed „a”.
18) „Zaczęła coraz intensywniej walić nim o bruk.” – Zajrzyj do słownika pod hasłem „bruk”. Lepiej: wychyliła się w kierunku betonowego (metalowego)kosza na śmieci i waliła...
Muszę zrobić sobie przerwę. Idę zapalić!

Opublikowano

Do Joasi, Kamila i Ani......chciałem zaznaczyć, że jest to ostatni dzień, przed zmianą trybu życia mojej bohaterki. A więc jest to apogeum jej "zabiegania", wszystkie te niedogodności życia kumulują się w tym dniu. Jak by to brzmiało, jeśli Justyna nad swoim urwanym obcasem mówiłaby....."ale nieszczęście, ale nieszczęście" zamiast "ja pierdole, ja pierdole"...kto by uwierzył, że ta kobieta jest....wkurzona. Chyba nikt. Niestety, wulgarne odzywki (generalnie staram się unikać) podkreślają czasem dramaturgię sytuacji! Jedno wyrażenie zastępuje całą masę opisów.p.s. Zeby nie było tak feministycznie pozwoliłem sobie stanąć trochę w obronie...chłopów i zacytowałem na samym końcu (przewrotnie)....przeciętną ...teściową, która w takich przypadkach tak właśnie.....mówi "mówiłam ci nie wychodż za niego"..to już standard! Pozdrawiam

Do Don Cornelosa.......podziwiam twoją energię w tropieniu błędów!!!! Rzeczywiście, wiele z nich wymahają poprawki, ale nie wszystkie. Dzięki za te wyłapania. Wydaje mi się, że straciłeś więcej czasu w wyłapywaniu tego wszystkiego...niż ja na pisaniu.:)....masz zdrowie!

„Zaczęła coraz intensywniej walić nim o bruk.” – Zajrzyj do słownika pod hasłem „bruk”. Lepiej: wychyliła się w kierunku betonowego (metalowego)kosza na śmieci i waliła.....

... ............nie zajrzałem do słownika, ponieważ bruk to określenie potoczne, które często używają poeci, pisarze. Znam jego znaczenie. Pozdrawiam

Opublikowano

Nie mnie oceniać stronę techniczną, bo znawcą nie jestem, bardziej skupiam swoją uwagę na przekazywanej przez Autora treści. Jako czytelnikowi, też uda mi się czasem wyłapać u Ciebie jakieś drobiazgi, które bym zmieniła - wiele takich celnie wyłapał właśnie Don Cornellos. Swoją drogą cenny jest taki czytelnik, i tylko chwała mu za to, że zechciał poświęcić czas na napisanie swoich uwag.
Oceniając zaś całość, muszę przyznać, Johny, że Twoje teksty czyta się jednym tchem, a co najważniejsze bez znudzenia. Potrafisz wciągać, odkrywając kolejne skrawki tajemnicy, by na zakończenie obnażyć ją całkowicie. Zawsze przy tym wywołasz uśmiech. Co tam wulgaryzmy. Sama nie używam ich nagminnie, ale jak się wnerwię, to zdarza się, że zareaguję jak Adaś Miauczyński. Samo życie ;)))
Dla mnie fajny tekst. Zawsze czytam Cię z przyjemnością.
Pozdrawiam serdecznie :)))

Opublikowano

Beenia....dzięki za taki wspaniały komentarz!. Jeżeli czujesz się chwilami jak Adaś Miauczyński...to super. To mi wystarczy. Dzięki. Pozdrówka:). p.s. Często staram się zachować w moich story....zupełną powagę i dramaturgię. Obiecuję sobie...żadnych jaj i dowcipów.....i nie mogę!!!! Wiecznie coś dopiszę śmiesznego! Widocznie to Miauczyński wychodzi ze mnie !! Heh!heh!

Opublikowano

Uwagi Don Cornellosa bardzo cenne;) ja sie jeszcze czepie "się" - aż parzy w oczy i uszy powtarzane non stop "patrzyła się" "patrzył się" - zdecydowanie bez "się", niemal wszędzie.
Wrażenie ogólne - pozytywne;)

Chyba jestem trochę nienormalna bo lubię mecze;p W sytuacji podobnej do opisywanej, siadłabym obok męża i z butelką (nie lubie pić piwa z kufla;p) w dłoni kibicowała którejś z drużyn:D ale tekst fajny, śmiechawa jest niezła;)

Opublikowano

Dziękuję za odwiedziny Ufoludkowi ! Życzę ci wspólnego oglądania meczów z mężem. Pozdrawiam. p.s. Co do uwag Cornellosa...to kilka jest rzeczywiscie o.k, natomiast jak ja mam zmieniać "hamulec ręczny w nogach" na podstawienie haka (co w tym śmiesznego?) to musiałbym nie stosować przenośni, porównań...i moja bohaterka zamiast walić o bruk, waliłaby o ...betonową kostkę kładzioną na piasku...gdzie tu wyobraźnia? Czyli musiałbym zmienić całkowicie swój styl pisania (bez sensu)....jeśli ktoś chciałby zmieniać moje pisanie aż w tylu punktach ( to pewnie dopiero początek jego szukania) to niech napisze swoje idealne...albo zapisze się do Agencji Detektywistycznej........heh!heh!kratki ściekowe znajdują się na jezdni...heh!heh! Don Cornellos ...to na bank jest...Rutkowski! A może mijała kogoś i na chwilę stanęła na jezdni...przecież to jest opowiadanie a nie ...proces sądowy..ale jaja.

Opublikowano

zgadzam się z Tobą, styl musi zostać zachowany. Wiadomo, że pewne uwagi są czysto subiektywne i nie muszą oznaczać, że musisz wszystko pozmieniać jak ktoś wyłożył. Takie propozycje są cenne bo pozwalają Ci spojrzeć na tekst z perspektywy czytelnika (przynajmniej tego, które je odnotowuje), ale ja osobiście analizuje je wszystkie i wybieram te, z którymi sie zgadzam i które są konstruktywne;) pozdrasy

Opublikowano

Cieszę się, że niektóre moje uwagi pomogą Ci poprawić tekst. Teraz, muszę sprostować, że absolutnie nie jestem Rutkowskim. Rutkowski w swoich opowiadaniach i komentarzach wyrażał się dużo bardziej dosadnie.
Pozdrawiam

Opublikowano

Witam.
Na początek dzięki wielkie za dedykację. Co do utworu, jak dla mnie rewelka. Przekleństwa? W moim przypadku sa na porządku dziennym, szewc się chowa :-), więc uważam, że są na miejscu. Ciekawa krótka historia z życia niejednej kobiety. Co do zakończenia... ile razy ma się ochotę wyjść, trzasnąć drzwiami i więcej nie wrócić? Opowiadanie bardzo ciekawe i na świetnym poziomie. Tylko pogratulować!!!!!!!!!!!

Opublikowano

Czy Pani Ania ma malutkiego synka i zwierzątko Zuzię? Pani Aniu, całkowicie przypadkowo, proszę mi nie wierzyć, natrafiłem w pewnym miejscu na Pani zdjęcia, i muszę powiedzieć, że jestem pod dużym wrażeniem zarówno Pani urody jak i odwagi.
Pozdrawiam serdecznie z nad morza

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...