Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

AKT I


Scena I
Przed północą, zacisze parku; Franciszek i Stanisław spacerują, prawiąc o śmierci przyjaciela.




Stanisław:

Pamiętam czasy nadziei spełnionej
Gdy z wód przedwiecznych zrodził Ojciec się
Wziąwszy nas małych pod swoją obronę,
Dając nam siłę, rodząc nowy dzień.
Jak sięgam pamięcią i wspomnienia siłą,
Tak widzę Jego, nadziei świtanie
Tak słońce widzę, co ognistą żyłą
Oplata serce kwilące przy ścianie.
Zrodził się geniusz, co żadnej chaosu
Nie wyznał teorii, ani potępienia,
Zrodził się Człowiek, co dobrocią losu
Rzucony został w nasze pokolenia.
Jam Jego sługą wiernym i oddanym,
Jam zawsze służył ile we mnie sił
Przed Ojcem moim, z Boga tu zesłanym,
Przed Ojcem Świętym, jakim wszystkim był.
……………………………….
Wy zaś, najbliżsi dziś się nie lękajcie,
Bo cudów aura zwykła świecić nam,
Jak spiżu bramy mocni w wierze trwajcie,
Jak krąg zaklęty świadczcie Bogu: Trwam!
I ja was proszę, jako Jego sługa
Z ramienia wspomnień i radosnej duszy
Choć droga święta trudna jest i długa,
To głazów świętych żaden deszcz nie skruszy.

Franciszek:

Pomni tej wiary, którą dzisiaj wzywasz
I pomni Serca, co zrodziło ją
Przyrzec pragniemy i już nie ukrywać,
Że źródłem władzy niebieski jest tron.

Stanisław:

Widzę, że słowa Ojca Niebieskiego
Ty wielbisz szczerze i z nadzieją serc,
Że czyny wielkie zapalą bliźniego,
Jak świętość Boga wosk w obłokach świec.
Widzę też serce, co zdobi człowieka,
Ono u ciebie, jak u Niego trwa,
Lecz nic dziwnego, skoro twa powieka
Fruwała wraz z Nim po najsłodszych snach.

Franciszek:
Sny, racja, moje są jak gwiezdne nici,
Co zdobią życie i żegnają je;
Sny moje pełne niebiańskiej słodyczy,
A śni mi się tylko dla Karolka wdzięk.

Stanisław:

Dla Ojca mego, co zrodził człowieka
Wdzięku podwoje też otworzyć chce,
Bo dał nam Piotra rosnącego w wiekach,
Gdzie świętość była bohaterstwa tchem.
Bohater wielki na linii istnienia,
Rodzący wiatry i zrodzony z fal
Rosłego sercem Boskiego sumienia,
Zrodzony z serca i nadziei dnia,
Iście natchniony, niby świt wschodzący…

Franciszek:

Prosty jak dramat się z tych słów rodzący…

Stanisław:

Godny wszelkiego na świecie uznania…

Franciszek:

Za geniusz skromny i siłę kochania…

Stanisław:

Święty i błogi, niby pieśń Orfeja…

Franciszek:

Wieczny jak nuta uwięziona w trelach…

Stanisław:

Racja to, miły, wielkości przymioty,
Lecz jak dać światu ogniwo wieczności,
Co zrodzi brylant wyświęconej słoty
I ocknie chaos nurtem pobożności?

Franciszek:

Rzecz jest to trudna, wymyślić dla Niego
Olbrzymi spektakl dobrze znanej Rzeczy,
Tak aby z niebios przez lustra Wiecznego,
Ujrzał, że świat Mu na spotkanie spieszy.

Stanisław:

Rzecz ta jest trudna- to na pewno wiemy,
Lecz nie o pustki uznanie tu chodzi,
A o dar wielki, który dać dziś chcemy
Tej na morzu bezkresu dryfującej Łodzi.

Franciszek:

A więc barkę mu wznieśmy, jako pomnik chwały

Stanisław:

Barka prezent mnie godny, lecz dla Niego- mały

Franciszek:

Mały, większy, co znaczy ogrom wobec sławy?

Stanisław:

Racja znów u ciebie trafia w sedno sprawy!
Można dawać klejnoty ku czci śmiertelności,
Ale nie ma nagrody większej od wdzięczności…

Franciszek:

Słusznie prawisz, lecz kultu pochodnia złocona
Musi błysnąć jak gwiazda z popiołów zrodzona…

Stanisław:

Ja chcę żeby pochodnia szczerością płonęła,
Bo natchnienie momentu to nie aplauz duszy,
A stosowna do chwili, którą rozkosz wzięła
Płynięcie z nurtem fikcji, która dobro dusi.

Franciszek:

Zaiste lepiej, gdy płomień skromnym żarem świeci
Niźli złudna potęga płonie ogniem śmieci,
Lepiej, jeśli Karoleka sercem uczci garstka
Niźli rzeczy meritum umknie w niedowiarkach,
Którym wiatry wykładnią wszelkiej moralności,
A wskazania pospołu- drogą do świętości.
Ja powiadam, że wiara nie jest ustawianiem
Ciała chwały żądnego z uśmierconym trwaniem
W żywej Boga idei, jakiej kształt i słowa
Zdobią serce cnotliwe, które żądz nie chowa.
Wiara jest głosem duszy, która wody woła
W samotności śmierci, kędy piach dokoła,
Wiara przecież to życie, które nie umiera
Nawet, jeśli ciało kona w swych cierpieniach.
Wiara szczera jest wtedy, jeśli dusz atleta
W ciała zgliszczach odnajdzie element człowieka.
Człowiek wierzy więc wtedy, kiedy snów błękity
Mija z dumą i rado mijając zachwyty,
Pzystaje nad sercem, które smutnie kona
I roznieca w tym sercu nadziei bierwiona,
Co maluje mu trudy i zasłania burze,
A w niebieskim królestwie zsyła złote róże

Stanisław:

Pięknie rzekłeś to, bracie w swym ludzkim poznaniu,
Pięknie rzekłeś o wierze, niby o czuwaniu
Na ten Klenot, co z nieba spłynie prosto w oczy
I jak łańcuch żeliwny duszę z Nim zjednoczy.

Franciszek:

Rzekłem, co język wyniósł na padoły słowa,
Bo nie zwykłem w milczeniu osądów mych chować
I nie zwykłem, mijając prostego człowieka,
Godne siebie idee odnajdywać w wiekach.

Stanisław:

Słuszne nasze są zdania i wielka potrzeba,
Żeby Prawdy jak krople opadały z Nieba
I rodziły te słowa, niczym dnia promienie,
Zasłaniając pogardę i złowrogie cienie.

Franciszek:

Słusznie sobie dumamy, jednak minąć trzeba
Słowa wielkie i wrócić tam, gdzie nas potrzeba-
- na niziny skromności i też uniżenia,
co najlepiej człowieka w anioła przemienia.

Stanisław:

A więc wróćmy, jak cienie, na zwykłe rozmowy
Z tej krainy mądrości, gdzie spokój grobowy
Gra melodię natchnioną i sercem kieruje,
Co jak okręt samotnie się po morzu snuje,
Do słodyczy rzekomej, łatwej nienawiści,
Gdzie nietrzeźwość umysłu skłonna duszę czyścić.

Franciszek:

Smutne słowa twe czynią w duszy mej wibracje,
Lecz nie ja stworzyłem zaśmiecone racje
I nie ja przeklinam równych sobie ludzi,
A ten grzech bluźniący, co w sumieniach brudzi.

Stanisław:

Człowiek nie jest godny przeklinać człowieka,
Rzucać cnoty kamieniem z czarnej ręki zła,
Nie jest godny z pewnością na zburzonych wiekach
Staczać w przepaść Idyllę, gdzie Harmonia trwa.

Franciszek:

Prawda rzeczy kamieniem w rękach srogich czeka
Aż utonie nienawiść i zapłonie świat
Ogniem duszy odnowy, kiedy zło ucieka
i odradza się tęcza pełna szczerych barw.
Prawda tonąć nie zechce z obłudy tratwami
I wypłynie na morzu oliwy plamami,
Co zapłoną w słońcu Oka Opatrzności
I przeniosą oliwę z morza do wieczności.

………………………………………………..

O Karoleka posłudze pieśni dnia zajaśnią,
Niby płomień słoneczny na kryształu tle
I ukarzą nam drogę jedyną, ostatnią,
Kiedy ciału- wygodnie, a mej duszy- źle.

Stanisław:

Więc niech pieśni dzwonią, niby dzwony życia
I ogarną tę ciszę, harmoniczny zew,
Aż posługa ostatnia przy srebrze Księżyca
Okrasi cnotę i ujarzmi gniew.

Franciszek:

Więc niech dzwonią te pieśni, niby życia dzwony
I zrywają marności, znoszą puste trony,
A ukażą nadzieję pośród pól przebytych
Jakąś dziwną Księżyca poświatą spowitych.

Stanisław:

Lecz nim zadzwonią- niech zagrzmi manifest sumienia,
Co głosem odnowy pośród mroźnych zim,
Przemienia trudy w przyjemność istnienia
Na poły duchem, a de facto: w Nim…

Franciszek:

A de facto: w Nim- słowa te nam zsyła
Prosto z nieba Posłaniec czuwających chwil,
By zrodziła owoce ta natchnienia siła,
Co jest miarą, nie aktem, mijających dni…

Stanisław:

Słowa te zesłane, jako chleb, musimy
Dzielić cierpliwie między braci swych,
Bo tak Bogu największy pomnik czci wznosimy,
A nadziei zwycięstwu posyłamy świt.

Franciszek:

Godne jest przecież małego człowieka,
By Potęgę Boskiego, co mu wolę dał
Czcił zapałem tak wielkim, jak ten, co ucieka
Przed zastoju granicą, którą kiedyś znał…
Czas wędrowiec gwiazd godny, których światła zsyła
Na podłogi piaskowe jako błyski świec,
Sam jest Boga znacznikiem, który wciąż nie mija
I jedyny nie zacznie z tym wędrowcem biec.

Stanisław:

Słyszysz, dzwony już niosą minuty ostatnie
Tej szalonej wieczerzy, jaką dziś nam dano
I stukania wieczności wokół duszy bratniej
Odmierzają euforię, której dano miano
Szepcącej i mistycznej, niby pieśń Ezopa
Równającej metaforą rozszarpanych dni
Duszę ludzką zwycięską, kędy cna głupota
Dopomina się prawa pozbawiania sił,
Lecz nie siły się lęka Karoleka czuwanie,
Co z wieczności nam zsyła jako Boga dar
Rozkochane w niebiosach myśli cnych wzlatanie
Nad ciemności ogniskiem kędy tylko żar.
Wręcz się siła obawia tej świętej persony,
Jakiej kwiat diamentów dywanikiem jest
I muzyką poranną- rozhuśtane dzwony
Odmienionych dusz naszych i radosnych serc.

Franciszek:

Słyszę rado jak mija minuta ostatnia
Tej tragicznej nocy pozbawionej dnia,
Co zabiera nam skarby, jako wesz piracka
I ucieka przed Słońcem, co odnowi świat;
Słucham z dumą i rado świtania czekając,
Wzlatam z wolna w mą duszę, strojną błyskiem świec,
Co jak gwiazdy w brylancie oświecenia trwają
I zsyłają z swej toni owy ciepły deszcz.

Stanisław:

Niby czuję te krople na skórze, na skórze,
Co jest starta i sucha, niby jaki piach,
Który zdobi me dróżki niedługie, niedługie,
A jak sędzia gorliwy wciąż dodaje lat.
Pragnę poczuć, jak woda cichą strugą płynie
Po mym ciele zbolałym i ołtarzu świec,
Jakie noszę w mej duszy wypełnionej płynem
Wykruszonych wiecznością, niespokojnych łez.

Fraciszek:

I poczujesz te krople na duszy, na duszy,
Co ci błogo spłyną na ołtarzu świec,
By ich wosk zastany nurtem wspomnień ruszyć
W stronę nieba kurtyny, gdzie Nadzieja jest.

Stanisław:

Byle tylko ich ciepło nie stało się katem
Zbyt maleńkiej mej wiary, co niepewnie trwa
Skromną radą czekając spotkania z Piłatem,
Które z hardą lekkością nowy wyrok da.

Franciszek:

Jeśli słowa Polaka wspomnisz i pokochasz,
Mimo wiary granicy i ciążącej łzy,
To i z deszczem strachu Ty nie będziesz szlochać,
A zobaczysz, że fobia- to jedynie mit,
Bo Nadziei triumfy- to są sprawy Boga,
A Nadziei powstanie- oto ludzka rzecz,
Wszak zdobiona wytrwaniem szczerozłota trwoga
To opoka wolności i spokojność serc.
Nie bój się Boga i jego miłości,
Co zsyła nam dary ozdobione tchem
Wysnutej z wiary szczerej pobożności
I strachy koszmarów załagodzi dniem…

Stanisław:

Ja cudów nie chcę umniejszać lękaniem,
Lecz lustro strachu, które w każdym tkwi
Straszy i zmienia kształty powołane
W koszmarną pustkę, zmierzchem czyniąc świt.

Franciszek:

Zaiste każde cne serce człowiecze,
Czarno-białe w posłaniu purpurowej krwi
Jest na złudę podatne, z której nie wyleczę
Ludzkości całej mimo wielkich sił…

Stanisław:

Widzę jasno: ta wola prosto z nieba płynie,
Bo i słusznie Bóg sprawdza białe owce swe,
Czy pod futrem potulnym w zieleni krainie
Się nie czai czerń błaha i lenistwa zew.

Franciszek:

Lecz pamiętaj, mój drogi, że nam znaki czasu
Każą wspomnieć wyraźnie, jak się całość ma,
Że istnieje polana pośród smutnych lasów,
Kędy w morzu zieleni białe serce trwa.

Stanisław:

I ja widzę już okiem swojej wyobraźni
Tę idyllę wschodzącą w białej, prostej szacie,
Która dąży do celu jako głaz armatni
Wystrzelony w pogoni z milknącym światem.

Franciszek:

Wspomnij zatem wieczności radosną godzinę,
Kiedy czas goniący rado przerwał bieg
By podziwiać jak Polska za najmilszym synem
Zaszła dalej niż wszyscy w tym proroczym śnie.

Stanisław:

Gdy żałosne nakazy spiżu i żelaza
Zgniotła piąstka duchowa odnowiona w Nim
I w mig świat się rozognił, jak w bitwy obrazach,
Jak w tej bitwie straszliwej, którą wygrał Dzień.
…………………………………………………..
Jak jest miło te słowa z ciepłem słońca witać
Na padole marności, w środku szarych łez,
Co się ronią jak woda w ponurych strumykach,
Co się leje i leje, aby sięgnąć dna…
Jak jest miło wspominać i kochać, i kochać
Z uniesieniem, z wielbieniem jako Ojca dusz,
Co zakazał nad losem nieudanym szlochać
I z pomocą Boga swój wykonać ruch.

Franciszek:

Ja kochałem… Me życie jest cieniem Karoleka,
Tego chłopca prostego, co w kajaku chwil
Z miną wiecznie upartą tak dojrzale woła:
Franku wiosłuj żywo- ile w duszy sił!
I tak duszy potęgę na ciało przelałem,
Byle przebyć z Nim razem ten niepewny nurt
Rzeki czarnej, błądzącej między snem, a ciałem,
Które więcej by chciało, choć wszystkiego w brud!

Stanisław:

Tak minęła minuta ta błaha, ostatnie
I Jerycha fanfary nie zbudziły nic…

Franciszek:

Trąby grają na duszy sercom tak dostatnim,
Że od wygód marności wolą godnie żyć.

Stanisław:

Trąby grają im w duszy koncert przemienienia
I radośnie tryskają nuty wszelkich gwiazd,
Co się rodzą z światłości Bożego strumienia,
Który z Czyjąś pomocą drogę wskaże nam
………………………………………………..
Jednak słyszę też uchem ulotnego ciała,
Że i dla nas pora oddać myślom się
I utonąć w głębinach, jakie Matka dała-
Czas odpocząć i poznać, co się duszy chce.

Franciszek:

Pora zatem się rozstać na sekund szwadrony,
By poznawać, co niesie ciemnej nocy blask
I się wsłuchać w kazania niebieskiej ambony,
Której słodycz poznaje we śnie cały świat.
Odchodzą

Scena II
Jan i Józef w zaciszy literackiej kawiarni omawiają dorobek zmarłego kolegi po fachu.


Jan:

Pamiętam jak dzisiaj z obłoków poetę,
Który nieba przychylał i ozdabiał świt
Swym warsztatem wyniosłym, co jak wiatr kometę
Do wędrówki porywa, oświetlając sny…
Pamiętam Karoleka, co po górze marzeń
Z kijem wiecznie wzniesionym wędruje, wędruje
I pamiętam geniusza, co w prostocie zdarzeń
Niczym grzybiarz doniosły ślad Boga znajduje,
I pamiętam Polaka, co ojczyzny łono
Niczym okręt błądzący w głębi morskiej toni
Kochał sercem i darzył przyjaźnią natchnioną-
Darem świętym i czystym Jej niebieskich dłoni.

Józef:

Wspomnieć pięknie jest gwiazdę, której złoto szczere
Oświecało padoły małych ludzkich słów
Chętnie zawsze, jak chłopiec, co wyszedł przed szereg,
Broniąc główką szlachetną tych niewdzięcznych głów.
…………………………………………………………
I ja wspomnę w mej kaplicy,
Pośród górskiej toni chmur,
We dnie trudów i słodyczy,
Gdzie zburzony głową mur.
Bo jasności czyste wiano,
Jakie żyje pośród nas,
Jest niestety doceniane,
Gdy przeminie jego czas.

Jan:

Gdy przeminie jego czas…
Lecz pamiętaj, druhu miły,
Że są ludzie, którym czas
Jako wiatr dodaje siły
Wiejąc w żagiel Bożych łask.
Oni płyną jak strumyki
Z nieba góry w stronę dna,
Odrzucając dna kamyki
Popychane przez ten Wiatr.
Oni lecą prze obłoki,
Kryształ nieba dzieląc snem
I stawiają wielkie kroki,
Małą stopą ciągnąc dzień.
Oni z sercem czystym trwają
Całe wieki trudnych dni
I do kosza łask sięgają,
Czerpiąc życie z Bożych sił.

Józef:

Mówisz o Nim… Prawda droga,
Że poetą wielkim był.
Ja nie mówię, Ja zachowam
W myśli skromnej święty rytm
Wygrywanej struną świtu
Oświetlonej pieśni gwiazd
Co wśród pochwał i zachwytów
Chciała sama, sama trwać.
Jam pokochał wiersze Jego,
Którym władał jak Mu Pan
I je zsyłał tchem Świętego-
Takim w sercu Lolka mam.

Jan:

Dla mnie Lolek to przyjaciel,
Który tworzył, jak sam chciał,
Bo mu zbędne rady nasze,
Jeśli takie On Mu dał.
Więc zachowam go w pamięci
Jako Ojca, Twórcę snu,
Który pięknem marzeń nęci
I dodaje w piersiach tchu.

Józef:

Ja zachowam go człowiekiem,
Co się nie bał wiecznie trwać,
Mimo sporu z lekkim wiekiem
Błogie trudy masom dać.
Bo najtrudniej jest uwierzyć
W serca czyste to kochanie,
Co nie można jego zmierzyć,
Bo nadludzkie jest ufanie
Jego słowom, przyrzeczeniom,
Które każdy winien mieć,
Wbrew przodowym martwym cieniom-
- je odnowi wiary pieśń
Jan:

Odnowienie nam posyła
Sędzia zbawczy wszelkich trosk
I jak gwiazda sercu miła
Leje czule ciepły wosk
W chęci losu wywróżenia
Z mętnej wody naszych losów,
Pragnąc złota odróżnienia
I znajdując na to sposób.

Józef:

Jakim cudem blask od chwały
Odróżniają wosku lawy,
Czy sposobem mi nieznanym,
Czy bez skutku pośród wrzawy
Zapalonej dla sukcesu?

Jan:

Żadne czary, ani pechu
Złudne wędrowanie,
Lecz namiętne cnej Prawdy to umiłowanie,
Co ratuje człowieka z głębiny żywota
I maluje tęczami na pewnych podmiotach
Egzystencji szarej,
Co dla Boga intencji nigdy nie są małe!

Józef:

Co dla Boga kochania nie są nazbyt małe,
Nazbyt puste i łatwe do zdmuchnięcia życia,
aAni nazbyt ciężkie, by przyjąć tę świata pochwałę,
Jaką daje z nas każdy wprost z serca ukrycia.
Nie ma ludzi niegodnych tej Boga miłości,
Ani ludzi niegodnych by u Boga żyć,
Są niestety podlotki dziwacznej świętości,
Która prawdę pozwala pod obłudą kryć.

Jan:

Ni ja, ni ty, ani żaden prawy
Posłannik myśli Boga nie potępi ludzi,
Którym wstęga światłości podwaja obawy,
Bo się nie z Ojca, ale z Diabła rodzi.
I nie ma prawa posłannik milczenia
Jak kat bezkarny rzucać dusze młode
Na potępienie i wieczne szukanie spełnienia
Zdatnego w myśli rodzącej swobodę.
I żadna siła nie zburzy wymiaru
Boga miłością cudownie tchniętego,
Ni mag piekielny nie zarzuci czaru
Na lud wyzwolon przy pomocy Jego.

Józef:

Tak jak On pisał zstąpiło zbawienie
By odnowić tej ziemi tonące oblicze
I łuną światła zakryć krew pijące cienie,
Co burzą ład w nieładzie spuszczając kotwicę.

Jan:

Niech ziemi oblicze odnowi się samo,
Po raz kolejny dla dobra sumienia
Przypłynie wieczności tak jak jej kazano,
Ratując życia i piękne wspomnienia
Dnia upalnego, kiedy czas i chwała
W jednym skupiły się ludzkim ułamku,
A wiedzę Mu dając, która nie ustała
I nam dali szansę wytrwać w spiżowym zamku.

Józef:

Lecz pomnij, bracie, że słowa i gesty
Wielką nagrodę polskiej ziemi dały,
Mimo, że ciche ateizmu szepty
Szepcą i krzyczą- wcale nie ustały.

Jan:

Wielka nagroda padła z ust Rodaka,
Bo był tej ziemi godzien jak z nas nikt
Cicho drepczących po utartych szlakach
I cicho wolących wygodnicki byt.

Józef:

Co z moją trwogą i trudem uznania,
Że niebyt Boga jest faktem dla ludzi
Widzących cielca i złotego pana,
Który ich chęci, nie grzechy, ostudzi?

Jan:

Ateizm został i dalej zostanie
Reliktem wiary, która nie chce wierzyć,
Że mogło Wielkie Przedwieczne Kochanie
Dać nam pożyczkę i pozwolić przeżyć
Bez żadnej wielkiej zapłaty ządania.

Józef:

Faktycznie on pragnie tylko pokochania.

Jan:

Ateizm trudno jest mi wytłumaczyć,
On pewno umie, ale Go dziś nie ma
Zabłądził pewno pośród wiecznych płaczy,
Chcąc dać im rękę z potrzeby sumienia.
Lecz powiem, com usłyszał swoimi czasy
Na wykładach we wielkiej auli odnowienia.
Rzekł wtedy do nas „ Apele serc mnogich
O rychłe zwycięstwo Maryi plemienia
To głosy sprzeciwu wobec paru srogich
Gnających społem z ludźmi słabymi,
Co nie chcą trudu poznać przed nieba słodyczą
I fałsz zadają obelgami swymi
Harmonii czystej, jakiej nie dosłyszą,
Bo głosy przywódców samozwańczych elit
Zagłuszyć chcą koncert niebieskich słowików,
Czekając aż który nagle się ośmieli
Zrywając wstęgę słonecznego świtu
I noc zsyłając na ziemi połacie.
Nie ma w przyszłości miejsca na hańbienie
Cnoty i wiary, jaką w sercach macie
I tego czynię korne dziękczynienie
Ojcu Cudnemu i naszemu Tacie.”

Józef:

Nie ma przyszłości- oto pocieszenia
Najlepsze i piękne już płyną potoki,
A ja spokojny też pragnę przemieniać
Ten padół wąski w długi i szeroki
Ku chwale Pana!

Jan:

I pięknie pragniesz uczynić ku chwale
Ojca, co nie chce od nas amuletów
Ni złota blasku i pieniędzy wcale,
A chce zapału, który dajesz światu.

Józef:

Dam, bo wiem teraz, że moje starania
Na marne nie spłyną w głębinach istnienia,
A zrodzą harmonię i prześwit świtania,
Co gdzieś tam czeka, chcąc zatrzeć złudzenia.

Jan:

………………………………………………….
I mówić trzeba o wieczności Boga,
Co jest i będzie, mimo wielu lat
I nas przeminie, nasze złote gody,
A świat zostanie wokół martwych nas.
I my będziemy tuż przy boku Pana,
Jak cień chodzący za tęczy pytaniem,
Jeśli wierności, jaka przykazana
Ludzkiej jest rasie dochowamy ciałem
I duszą. Będziemy z Bogiem, jak obłok wysocy
I nieba sięgniemy, co marzeniem jest,
A gwiazd promienie otoczą szerokim
Pasmem złocistym nasz pokutny las.

Józef:

Trzeba tak czynić, by dosięgnąć nieba,
Nie bacząc na trudy, ani na cierpienie,
Co spłonie w zachodzie niczym morska mewa
I spłoną wszeteczne niepokorne cienie.

Jan:

Zostaną z tobą na wieki, na wieki
Słowa pokory, którejś dowód dał,
A ciężar szpetny zrodzi cię z kaleki
Duchowej niecnoty w kanon, w potok chwał,
Jakie przyznasz Panu z ramienia żywota,
Nie chcąc przemiany, nie chcąc przebaczenia,
A czynem rodząc wieczności błyskota,
Co będą za ciebie trudny los przemieniać.

Józef:

Ci niebo pisane- to widzę, to widzę,
Boś jak niewielu szczerze dobry, boży
I tobie mówię, bo się już nie wstydze
Ciężaru brzemienia, jaki mam u nogi.

Jan:

Ciężar to błogi, co się w mig przemieni
W orła białego, stroniącego światłem.
Orzeł cię wzniesie nad morze zieleni
I z nim popłyniesz ponad martwym światem.
Idź z tym proroctwem i do zobaczenia
Miejmy nadzieję w niebieskiej krainie,
Gdzie cud jest nurtem zbawczego strumienia
Jordanu toni, w której nikt nie tonie.

Józef:

Idę, bo słowa mi już przekazałeś,
Ewangelii nadziei, którą pisał on,
By nas przemienić tym razem na stałe
I by zadzwonił zygmuntowski dzwon…
Rozlega się odgłos dzwonu.

Scena III

Teresa i Łucja w trakcie rozmowy o wartości człowieka i jego powinnościach wobec Ojca.

Teresa:

Nam pamięć każe w swej toni głębinach
Zachować czułe i dźwięczne wyznanie.

Łucja:

I ja pamiętam, jak On mnie utrzymał
W pewności czynu ku Boskiego chwale.

Teresa:

Prawda tajemna zewsząd nas otacza,
Ujmując słowa w perełki niebytu
I dając znaki, bo to rola nasza,
By próżno nie czekać ostatniego świtu.

Łucja:

Nasza jest rola w cierpliwym czuwaniu,
Nasza jest wina, jeśli nie chce trwać
Serce zbyt małe w Wielkości ufaniu,
Co może wszystko zabrać, albo dać.

Teresa:

Lecz nie zabierze Ojciec nam życia bez celu,
Ani nie zrzuci do Tartaru cienia,
Bo nie jest sędzią szukającym wielu
Ślepych i próżnych popleczników mienia.

Łucja:

Kogo przekonasz i jakim sposobem
Z tych ciemności sług zaufanych?

Teresa:

Nie myślę nawracać samotną osobę,
A owce błądzące tak zostawić same,
Że wilk kolejny porwie je za serca,
Przenosząc szalę ku diabła korzyści.

Łucja:

Istota główna to Pani Najświętsza,
Co cudem własnym brudy te wyczyści.

Teresa:

Ot, słuszne słowa wskazujesz w nadziei,
Że kryształ Matki odnowi oblicze
Tej ziemi szpetnej, co się złotem mienia
A wewnątrz pustka, której skowyt słyszę.

Łucja:

Jakie więc słowa skierować ku ludziom,
Co błądzą we śnie łatwego marzenia
I głosem pewnym resztki świata burząc,
Żądając błysku i złota strumienia.

Teresa:

Znałam jednego, co serca porywał,
Nie gardząc ludźmi, ani wolą Boga.
On, jak pamiętam, Karolek się nazywał,
Co Kościół nosił na swych świętych nogach.

Łucja:

Karolek, bądź Papa dla ludzi epoki,
W której zwyciężał szatańskie tyrady,
Wynosząc światło nad nieba obłoki
I żadnej za to nie proszący władzy.

Teresa:

On w nas pozostał swoim testamentem,
Gdzie wskazał trzeźwo cele i przyczyny,
Jednocząc prawdę z przedwiecznym Diamentem
Miłości radej dla Cudnej Dzieciny.

Łucja:

I to wystarczy dla serca lotnego,
By pojąć prawdę i zrozumieć Boga.
Nie trzeba biczu w srogości prędkiego,
Co tylko miażdży, nie nawraca, wroga.

Teresa:

Nie trzeba kary srogiej i bolącej
Dla tego, co pojął błędy czynów własnych.
Nie trzeba dlań klątwy z świata ambon grzmiącej,
A trzeba uczynków w Bożym świetle jasnych.

Łucja:

Co czynić ma człowiek, któremu historia
Nadała miano duszy stręczyciela,
Podczas gdy innym wolności euforia
Lubo zasłania radości z Nim dzielenia
Modlitwy porannej i nocnej wędrówki
Po świecie srogim, odnawianym nami
I piękno bycia frontem widokówki,
Gdzie piękno życia zwiemy marzeniami?

Teresa:

Marzenia piękne przemień w cudną jawę
I zrozum wielkość tej małej posługi,
Jaką chcesz świadczyć, lekceważąc wrzawę,
Burzącą prawdy deszczu te błękitne strugi.

Łucja:

Za deszczu strumienie, co wciąż myją duszę
Goniącą w piaskach szarości, wśród fal
Roniącą troskę, jaką uznać muszę,
By podziękować za przedwieczny dar.

Teresa:

Nasza powinność to Jemu dziękować
Za pieśni zbawcze, za nadziei świt
I uraz krzepkich już nigdy nie chować
W pamięci, która nie chce trudnych chwil.

Łucja:

Bo łatwo słowo kaleczyć kamieniem
I łatwo puszczać kamień prosto w twarz,
Lecz trud przynosi tego zrozumienie,
Co zmienił wieczność, namalował świat
Strumieniem tęczy rodzącej zieloność
I farbą serca, jaka nas stworzyła,
Rysikiem prawdy, co przed każdą bronią
Nie ugnie nogi, niby wątła siła
Przed lęku obliczem sama łezki roni
Z tych oczu błękitnych, co ciemne głębiny
W chaosie zawiera i od męstwa stroni,
Tracąc swą godność i honor jedyny.

Teresa:

Dlaczego honor jedynym nazywasz?

Łucja:

Bo jest sam w sobie, jako nasza wiara,
Co może Prawdy w tumanach nie skrywać,
Lecz także może wielbić piekieł pana.
Z tą jednak różnią, że jego istnienie
Potwierdza twardość szczerego wyznania,
Czuwając, by żadnej hipokryzji cienie
Nie kryły celu naszego czuwania
Przy krzyżu bytu i pieśni Aojda,
Który geniuszem przewyższył Homera
I nie pozwoli, by złudy kohorta
Zakryła Boga, który nie umiera.

Teresa:

Krzyż nasz symbolem jest już dokonanym,
Zrodzonym z cudu Najwyższego Drzewa,
Co się nie łamie pod tym nakazanym
Ciężarem troski, ani potępienia.
Krzyż nasz to życie, jeżeli uznaje
Podstawę męki i Hiobowych czynów,
Który utracił rodzinę i gaje,
Ale pozostał wiernym Ojca synem.

Łucja:

Powinność nasza to krzyża dźwiganie,
Pomimo klęski wolnego sumienia,
We wierze jutra, co kiedyś nastanie,
Zmieniając loty lekkiego kamienia.

Teresa:

I iść z pokojem- tego nam potrzeba,
Jak na pustyni pragnie człowiek wody,
Tak my pragnijmy Niebieskiego Chleba,
Co zstąpił z nieba, odkupiając ludy.

Łucja:

Bo wrota tajemne się jeszcze otworzą
Przed sercem śmiałym, które pragnie tego
Nie z potrzeb własnych lub przed karą Bożą
Czmychając w łąki i ogrody Jego,
A z czynu duszy, która już pojęła
Nie krąg tajemny, ale przyrzeczenie
Na Chrzcie raz dane, aby nie zginęła
Nadzieja prosta, jak w Raju strumienie
Wody źródlanej.

Teresa:

Święcona wodo z rany Boga lana,
Nadziei łasko i Niepokolanej
Strażniczki kochanie. Ty nam jesteś dana
Prosto z Boga Nieba, a my pić będziemy
Jak wędrowiec spragniony odnowy duszy
I swobody ciała, któremu zewsząd wskazówki dajemy,
Jak głazu Prawdy już nigdy nie skruszyć.

Łucja:

I pić będziemy, bo to nie są słowa,
Ani Teresy, ani także moje,
Lecz prośba pańska by cnotę zachować
Nie cielesności, ale duszy swojej.

Teresa:

Cnotą jest duszy pradawna symfonia,
Grywana wszędy, gdzie nadzieja jest,
Że dobro wygra, a szczera harmonia
Zagłuszy kłamstwa i burzący szept.

Łucja:

I z cnotą zostań, jako dzisiaj stoisz,
By bronić słodkiej tajemnicy życia
Przed złem kroczącym w pozłacanej zbroi,
Co skrywa pustkę i horror niebycia.

Teresa:

Zostanę! Zostańmy! I… do zobaczenia…
Scena IV
Stefan, August i Ignacy po seminarium Praw Człowieka w trakcie debaty nad granicą przebaczenia.


Stefan:

Nie warto karać za błędy człowieka,
Co wierzyć nie chce i się ufać boi,
Bo zbłądził szczerze w tych nieszczerych wiekach,
Szukając prawdy pośród kłamstwa roi.

August:

Miłości ziarno zasieję, zasieję,
Bo Boga noszę w tej tak prostej duszy
Na wiatr poczekam, co silnie zawieje,
Unosząc ziarno z drzewa moich wzruszeń.

Ignacy:

I słowo: przebacz popłynie, popłynie,
Z tym wiatru szeptem i jego dobrocią,
Aż świat malutki tym słowem zasłynie,
Pojmując Korzyść i się z nią jednocząc.

Stefan:

Lecz gdzie granica leży przebaczenia,
Co jest właściwym dobroci okazem
I nie zaświadcza głupocie myślenia,
Że każdy godzien odejść tym nakazem,
Kto czyn najgorszy nawet śmiał uczynić,
Bezczeszcząc świętość, jaką życie jest
I nie żałując swej tragicznej winy
Zażądał serca i otrzymał je?

Ignacy:

Czuję, że linie między krainami,
Co są tak bliskie jak geniusz z głupotą,
Biegną cierpliwie chyba w ludziach samych,
Jednocząc ciemność z tą dostojną słotą.

August:

Zacne przeczucia nam tu ukazujesz
I moje serce podpowiada mi,
Że słuszną rzeczy odpowiedź znajdujesz,
Bo tą granicą sami żeśmy my.
Ignacy:

Nam jednak trzeba poszukać i znaleźć
Ten złoty środek, co uzdrowi sen,
Bo on pozwolić rozróżnić na stałe,
Co czynem błahym, a co zbrodnią jest
I co jest skruchą, a co wykpiwaniem
Idei naszych, i Prawa Bożego,
Które jest wieczne, jak wieczne jest danie
Przysięgi Ojcu w czasie Chrztu Świętego.

Stefan:

Przysięgi przed Bożym obliczem składanej
Nie da się złamać paragrafu złudą,
Ani odrzucić, bo czasu mijanie
Pragnie dopomóc jej wierności trudom.
Nie można zatrzeć podpisu jawnego
W tej Księdze Świętej, której wersy długie
Zdobią pieczęcie miłości Boskiego
Syna co za nas rzucił się na zgubę,
Bo wierność Jemu to kwestia nie ciała,
Którego cnota tylko faktem jest,
Lecz sprawą duszy, która wielbi cała
Chrystusa dawcę naszych małych serc.

August:

Moralność zatem niech będzie strażnikiem
I głosem wielkim na nizinie słowa.
Niech wchodzi ona z diabłem w polemikę,
Co ciemną pustkę w płaszczu pięknym chowa.

Ignacy:

Moralność być może, jednak zawinienie
Czynu strasznego pobudza odwagę
I nawet niebóg przywoła sumienie
Na ciała swego niewidzialne straże.

August:

Słuszna uwaga i wielce prawdziwa,
Że prędzej masztu tonący się chwyci,
Niż człek tak wielki, że mu niegodziwa
Jedyna ucieczka jego dobrej duszy.

Stefan:

Niech będzie zatem dobroci oznaką
Charyzma serca, co od pokus stroni
I nie chce splamić tą zbrodnią nijąką
Swej wyzwolonej od popędów skroni.

August:

Bo i myślenie wybaczy, wybaczy,
Jeżeli pojmie niemądrość gniewania
I winowajcę pieczęcią naznaczy-
Tym aktem cudnym win podarowania.

Ignacy:

Wszystko to dobre, jeśli z Nieba płynie,
Bo nie jest plamą na obrusie ludzi
I zawsze Boskie na ten wierch wypłynie
Zbiorniku myśli, który zło ostudzi.

Stefan:

A też wiadomo, że z dołu idące
Paradne szepty i wygodne czyny,
Wszelkie błahostki i grzeszki piętrzące
Usypią kopiec złoty- naszej winy.

August:

Przebaczaj wtedy, gdy serce ci mówi
Z rozumu radą i woli szeptami,
Że szczera troska winowajcę gubi,
Co w oczach mętnych pokutnym łzami
Wskazuje duszy swej własnej błądzenie
I czynu ciężar, co na niej zalega,
Bo cenne jest mu grzechów odkupienie,
Więc, jeśli widzisz- szczerze jemu przebacz.
………………………………………………
Wybaczaj mądrze i zawsze z dobrocią,
Bo nie ma celu urazów szukanie,
Więc nie miej oporu się z drugim jednocząc
Sercem, co ceni twoje darowanie.

Stefan:

Więc wybaczamy i o przebaczenie
Prosimy szczerze, jak sumienie każe,
Bo każdy winny swoim przeznaczeniem
Dostrzegać w lustrze także inne twarze.



Scena V
Faustyna w rozmowie modlitewnej.


Faustyna:

Panie mój Ojcze, co mię tu posyłasz
Na szlaki wątłe tej ziemskiej przygody,
Bym Twoją miłość na nowo głosiła,
Jednocząc serca, siejąc ziarno zgody.
I ziarno rośnie, w mym sercu dojrzewa,
Chcąc wykiełkować jak kasztan majowy
I cieniem błogim żar słońca zalewać,
Co zniszczyć pragnie piewców Częstochowy.
I wykiełkuje, i w niebo wystrzeli
Ku chwale twojej i ku pocieszeniu
Jednego serca, o którym wiedzieli,
Że jest na miejscu, a nie w zasiedzeniu.
Bo czynu trzeba- jam tego świadoma,
Jak pewna nocy, co po dniu nastanie,
Chcąc dzień zatrzymać małymi rękoma,
By świecił Prawdzie, której mam ufanie.
Lecz jakie słowa ubierać mam w czyny
I gesty jakie za dowód prawości,
Gdy świat niegodny już nie chce Dzieciny,
Co zmarła za nas z tej wielkiej miłości?
Może dać rady, a może też złote
Rozrzucić wszędzie błyszczące monety,
Co porwą ręce i wszelką chołątę
By wielbić dary, rzucić pistolety?
Chyba nie wiara, a serca czuwanie
Napawa błyskiem moje oczy śniade,
Co widzą Ciebie, jak łączysz świtanie
Z nastaniem Prawdy, ostatecznym Ładem,
Bo trudne czasy tylko łzy wpędzają
Na ciężki gesty i puste uczucia,
Które tym światem gorliwie władają,
Mijając troskę, która ich nie wzrusza.
Wzrusza je klejnot, co docześnie świeci
Jak gwiazda mała na nieba graficie
I czas w sekundę wepchnięty, gdy leci,
Z orszakiem słońca naszym lubym życiem…
……………………………………………
Miłości ducha- twe jedne oblicze
Odnowi ziemię, tę jedną, kochaną
I świat uczyni pokutniczym zniczem,
Co dostrzegł wreszcie swą postawę małą.
Mali jesteśmy, bo twoja idea
Jest większa od nas po miliony razy
I małość nasza utworzy poemat
Ku twej w dobroci niepoznanej twarzy.
Więc ciebie wzywam na troski opokę
I daję tobie te różańca drzewo,
Co z miłosierdzia tęczowym widokiem
Zobaczy Boga, o którym zaśpiewasz.
…………………………………………
Miłości, serca najświętszy klejnocie,
Pozostań po mnie, jak wieczne wołanie
Wróconej owcy przy pastwiska płocie,
Gdzie Pasterz Bogiem, a sianko- kochaniem.
………………………………………………
Chociaż staranie nie zostanie po mnie
Jak czas biegnący na Twoje spotkanie,
Ty, co przyjąłeś me serce bezdomne
I przyjmuj dalej w swoją chwałę. Amen.



































AKT II- odbicie życia Pasterza, z niewielkim wyjątkiem


Scena I
Scena chrztu; Rodzice Wojtyły i kapłan.

Kapłan:

Czy szczerze pragniecie oddać w ręce Pana
Swe dziecko własne i tak ukochane,
By kwitło w wierze Piotra, Pawła, Jana
W wierze Kościoła, co trwa lata całe?

Ojciec:

Jak życia pragnę dla samego siebie
I wolnej Polski razem z Polakami
Tak ujrzeć pragnę w księdze złotej w Niebie
Me dziecię drogie- między aniołami.

Matka:

To, co mąż mówi i ja w sercu noszę,
Bo wiara chroni przed pustką ubogą
I mu pomoże dalsze troski znosić,
Gdy woda święta spłynie po nim błogo.

Kapłan:

A zatem zgoda- sakramentu szczerze
Udzielę dziecku małemu waszemu
I pewien jestem, że w rodziców wierze
Wyrośnie piewca duchowego Rzymu.
………………………………………
Z powagą całą stawiam wam pytanie
O imię syna, którego dajecie
Pod łaskę Pana i Jego wspieranie
W tym urojonym, choć realnym, świecie.

Matka:

Jak każe tradycja tak i my prosimy
Karolkem ochrzcić syna zrodzonego
Z miłości naszej, dla dobra rodziny,
Wspólnoty ciała i serca lotnego.
Niech imię ojca dziecię nasze nosi,
Bo czcić go trzeba jak Pan Bóg nakazał.

Kapłan:

Niech będzie Karol, skoro pani prosi
O imię takie, jakim ojciec włada.
……………………………………….
Chrzczę cię Karolu w imię Ojca, Syna
I Ducha Świętego, co trójjedynego tworzą Pana Boga.
Niech cię prowadzi nasz Ojciec, Dziecina
I Duch ten prędki jako nasza mowa.
Bądź sobą zawsze, pomimo problemów
Wędruj uparcie prostą drogą chwały
I nie wierz diabłu, co sobie samemu
Zabrałby duszę dla korzyści małej.

Ojciec:

Za dar ten wielki my księdzu dziękować
Pragniemy szczerze, jak szczerze wierzymy,
Że Cud Miłości kryje Częstochowa,
A biała hostia- dobroć Jej Dzieciny.

Scena II
Scena śmierci matki Karolka.

Matka:

Losu wyroki trudne są i błahe,
Jak patos istnienia i duszy błąkanie,
A dla nas wszystkich są trudy jednakie
Rozstania ze światem przez Niebo posłane.
Moja odwaga, jak chyba każdego,
Powoli mija, niepewności dając
Swój ogrom ludzki i światło jasnego
Rozumu matki, której dni mijają.
Płakać nie będę, lecz drogi nie widzę
Ku światłu pędząc krętymi drogami,
Choć mam nadzieję, że właściwie idę,
To wciąż się lękam przed nocy marami,
W których się błąkam, pokutę spełniając,
Za czyny grzeszne cnego pocieszenia.

Ojciec:

Ty szczerość w ciele i na duszy mając
Się boisz jeszcze własnego zbawienia?
Ja ręczę tobie, choć słowa odmierzam
Goryczy miarą i złudą nadziei:
Do nieba wkroczysz, gdzie wieczna Wieczerza
Upływa czule przy śpiewie anielim.

Matka:

Nieznany wyrok na mnie w niebie czeka
I czas niepewny upływa, upływa
W zwierciadle prawdy, po niepewnych wiekach,
W których jam była ciałem ludzkim- żywa.

Ojciec:

Jam żywy z tobą i ciałem, i duchem
I pewny rychłej cierpienia przemiany
W tę błogą słodycz, jaka gwiazd podmuchem
Zmyje z nas marność i brzemię ofiary.
Tam nikt nie zhańbi tej wewnętrznej bieli,
Co świeci w tobie niby klejnot drogi
I żaden zbrodniarz się już nie ośmieli
Zadawać tobie zdroje ludzkiej trwogi,
Boś drogę Krzyża dokładnie poznała,
Oddając Bogu w ofierze swe trudy,
Boś w Jego wierze tyle dni wytrwała,
Nie myśląc nawet sięgnąć diabła złudy.

Matka:

Gdzie moje serce, tam i ciało kona,
Gdzie pola duszy- tam kraje rodzime,
A wtedy boleść jest ciału znajoma,
Co serca słucha i za Serce ginie.
Umieram pewna, że po mnie ostanie
To dziecko słodkie, co drzemie i kwili,
Anielskim śpiewem śląc matce przesłanie,
Że byt jej przyszły tak pięknie umili,
Sięgając szczytów już na ziemskiej stronie.

Ojciec:

Jeśli się spełnią twe dzisiejsze słowa
I dziecko nasze zabłyśnie na ziemi
Jak słońca promień, który w naszych głowach
Oświeca myśli słowami tęsknymi.
…………………………………………………
Tęsknię za Tobą, jak zefir majowy
Za błogą nicią rozpasłej zieleni,
Gdy śnieg za oknem zwija serc okowy
W lodowe sople, gehennę strumieni
Tej krwi szlachetnej, co ciało ogrzewa,
A gorzkie zimno troskę oswobadza,
Tętniąc miłością, której tak potrzeba
W tym świecie błahym, który marność zdradza
Przy chwili każdej niebędącą wiekiem,
A snem zranionym i włócznią przebitym…
Powrócisz do mnie z tym radym uśmiechem,
Co koi ciało schorowane życiem.

Matka:

Już tęsknić pragniesz, a jeszcze ja żyję,
Jak oddech płytki, co tylko wypływa,
Nie czyniąc wiele, aby duszy siłę
Do ciała przelać, kędy jej nie zbywa.

Ojciec:

Twą siłą serce, co wszystkich przeżyje,
Gołębim lotem sięgając obłoków,
A duszą twoją- marzenia, co chwile
Wspomnień mych cudnych wyłaniają z mroków.
I kochać będę jedyną kobietę.
Lustro umieszczone na wapnowanej
ścianie kamieniczki nagle pęka,
a silny podmuch wiatru gasi świecę, otwiera okno;
do pokoju wpada zimno.
Do kresu własnej, nieodgadłej drogi
Aż dzień nieznany moją zgasi świecę,
Ratując serce w tym ciele ubogie.
……………………………………………………
Lecz cóż to- mówię jedynie do ciała,
Co chłodem śmierci kłuje moje oczy?
Ta prawda smutna jedynie ostała,
A jej powaga jeszcze nas zjednoczy.
……………………………………………………
A zatem żegnaj i do zobaczenia,
Miejmy nadzieję, po niebieskiej stronie,
Gdzie ciepło serca i kryształ istnienia
Jest słowem większym niźli nasze bronie.
Nie ma potęgi większej od człowieka
Na ziemskiej tafli, gdzie codzienność płynie,
Ni atom srogi, ni śmierć co w nim czeka,
Nie zniszczą diabła w jego złości czynie.
Bo słowo wystarczy by bracia kochani
Swój oręż ciężki rzucili na stoły
I matkę raniąc szaleństwem skalanym
Patrzyli tępo w ciemne oczodoły.
Nikt nie powstrzyma zawiści terroru,
Mówię to jako oficerska sława,
Ni wieść radosna, ni czynnik honoru,
Nie może działać, jeśli w sercu wrzawa.
Ja takiej sławy pragnę dziś dla syna,
By przyszłym czynu orężem cnotliwym
Jakoś ten furor i wrzawę zatrzymał
Nim świat zapłonie ogniem niezjadliwym.
Niech ludzi godzi, jak serce mu każe,
Niech pokój głosi, jak by matka chciała
Aż dobroć Boża krwiste plamy zmaże
Z sumienia ludzi i martwego ciała.


Scena III
Mały Karolek z ojcem po raz pierwszy odwiedza Jasną Górę. Dwie Matki.

Karolek:

Widzę, tatusiu, że twe ciepłe oczy
Toną w otchłani dziewiczej świętości,
Co trudy życia ochroną otoczy,
Dając ci dowód swej Bożej miłości.

Ojciec:

Ja rado patrzę w tych oczu kryształy
I ciebie proszę o modły gorliwe,
Byś świat zatrzymał w swoich rządzach małych
Przed śmiercią słowa i nieznanym czynem.

Karolek:

Ja słowa pragnę kunsztownie przemieniać
W diamenty własnej rzemieślniczej sztuki,
Nie prawdy szukać, a w prawdzie dojrzewać,
By móc zrozumieć Homerowe nuty.
Nie chcę wytępiać wszelkich złości świata,
Ni cudów ognia nad ludem rozcedzać,
A pragnę tonąć w oklaskach, wiwatach
Nad gwiazdą własną, którą pragnę sprzedać.

Ojciec:

Już czas mój synu, by świata tumany
Nad duszą twoją wreszcie całkiem zgasły,
Byś ujrzał piekło i wszelkie szatany,
Co każą tobie dbać o sukces własny.
Nie korzyść marna musi ci przyświecać,
Nie błysk diamentu, ani sztaba złota.
Ty, dziecię moje, musisz świat rozniecać,
By jasna była zamierzchłą głupota.
Ja nie nakażę ci kroczyć, gdzie życie,
Lecz wspomnij matkę, co tak mnie błagała,
Tyś miał zabłysnąć wraz z Dobroci świtem
W Edenie nowym, gdzie się już ostała,
Czekając ciebie i mierząc tkliwymi
Łzami troski swe własne i nadziei kwile.
Dla niej rzuć sławę, podążaj za tymi,
Którym twe serce, a nie skarby miłe.

Karolek:

Matka istotnie na śmierci zechciała
Łożu bolesnym, abym służył światu
I brzemię wielkie swą miłością dała
Małemu chłopcu, chcącemu wiwatów…
Matka Boska Częstochowska „płacze”. Przemiana bohatera.
Karol:

…Na oczach moich różane sekrety
Wskazały drogę i przykład właściwy,
Jak godzić korzyść z korzyścią planety,
Jak złoty środek uczynić prawdziwym.
…………………………………………
Decyzja moja, choć niełatwą była
Już w sercu rośnie i już w nim kiełkuje,
Jak tęcza piękna, co barwy przesyła
Do duszy szarej i radość buduje
Na sercu moim. Zostanę pielgrzymem,
Co Dobrą Nowinę na szlaki trudne i nieznane rzuci.
Połączę ludzi z tym spiżowym Rzymem,
Któremu ody życiem będę nucić.
Nie trzeba zostać rzemieślnikiem słowa,
By nieść go mężnie między cichych ludzi
I scen nie trzeba, aby cel zachować,
Nie raniąc marzeń, ani nie śląc złudzeń.
…………………………………………
Cud mi objawił wszelką tajemnicę
I wskazał drogę, jaką kroczyć trzeba,
By Krzyż nieść godnie, a wiary gromnicę
Odnawiać ogniem wewnętrznego nieba.
W każdym jest dobro i każdy ma siłę,
By nieść swe brzemię, jako ciężar bytu,
Aż los nijaki wskaże nam mogiłę,
Co przejściem będzie ze zmierzchu do świtu.
Nam ognie przeszłości niech rysują drogę,
Co zbawi wieczne przyszłości szukanie
I w błysku duszy wskaże dróżki nowe,
Gdzie lśni zieloność umajona w Panie.
Nasza świadomość domaga się bycia
Człowiekiem pewnym celowości bytu,
Nie żaglem chwiejnym, który w pędzie życia
Wpadł w przepaść wątłą z ludzkiej rzeczy szczytów,
Bo pragnął życia, jakiego wołamy,
Nie znając roli własnego istnienia,
Żądając prawdy na tacy podanej
I cichej wody rwistego strumienia.



…………………………………………

Jeśli zostanę nadziei pielgrzymem,
Rodzącym błogość postrzegania świata,
Któremu chwili epizodem byłem,
Co zniknie z falą pnącą się przez lata,
Poniosę prawdę, której zaufałem,
Niwecząc śmiałe popędy niedoli
I pomnik słowa od ciszy ocalę,
Za którą chaos niepoznany stoi.
………………………………….……
Ojciec:

Zostaniesz wielkim, jeśli wielkiej duszy
Nie zgubisz, prosząc o materię małą
I świat podniesiesz, jeśli serce ruszysz
Z posagów nizin, znanych pewnym krajom-
Nie szukaj wojny, ani ślij pokuty
Tym, którym serce inaczej wskazuje,
Bo głos wszechświata, który w nas wykuty
Zabłyśnie wtedy, jeśli go…zbudujesz!




Scena IV
Karol wygłasza mowę podczas swego bierzmowania




Karol:

Nastała pora docenić znów Boga,
Któremu dłużni jesteśmy kochanie
Za ciało ludzkie na tych ludzkich nogach,
Za serce dźwięczne w rytmiczne pukanie,
Za umysł rady myślenia epokom,
Za oczy czujne, znajdujące ludzi,
Za świat nam bliski i Polskę szeroką,
Której potęga nowy świat obudzi.
Świat bez konfliktu, który go podzieli,
Gdzie krwawa flaga biel jasną zakrywa,
A świt blednący w szarawej gardzieli
Opokę strachu każdym dniem odrywa
W teatrze cieni, tragedii spełnionej,
Której jesteśmy nie całkiem świadomi,
Wzywając dialog pod aktu obronę,
Którego przegłos jest szlakiem znajomym
Dobremu sercu…
Więc serca szukajmy, któremu ufanie
Powierzysz czule na wiary kobiercu
Zsyłając słowa, jak zsyłasz pytanie
O cel i winę w tym nieznanym miejscu.
Nie można winić za błądzenie Pana,
Którego serce odnaleźć pomaga
Nadzieję żywą, która jest nam dana
Na przekór świata, który nami włada.
Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród,
Bo wielka to nagroda
Za krwi wylanej ból i tród,
Za wiarę w swego Boga.
Dziś dla nas w świecie nieproszonych gości,
Jak pisał niegdyś poeta przełomu,
Co rymu sercem w każdym sercu gości,
A drżą posady od poezji gromu,
Już jedna Polska otoczana czeka
Przez złości plemię, hołoty wiwaty,
By naród powstał, a ciężka powieka
Zwróciła oko na ginące światy.
Nie dajmy światom ogarnąć opoki,
Której jesteśmy mężnymi synami,
Czekając łaski ze strony dwuokiej
Hybrydy diabła splątanego snami
Szalonej duszy, pragnącej wariata
Dla dowodzenia marznącymi łzami
Wśród zimy srogiej, pośród żarów lata,
W czasie jesieni, czy wiosennej toni.
My, młodzi, wielcy, nieobrośli mchami
Pragniemy w Matki oddać miłowanie
Ten kraj szlachecki, który przekładamy
Nad swe błądzące snu pielgrzymowanie.
Skłonni jesteśmy odrzucić honory
Sarmaty albo sobiepana,
Miłością szczerą orła strzec korony
I czekać wzejścia Sądzącego Pana.
Me myśli błądzą w młodzieńczych wiwatach,
A słowa cisną usta mimochodem,
Czekając wiosny, zimy albo lata,
Czy wiosny gdy będziem jednym znów narodem.
I to daj Boże, nasz Panie i Królu
Dla Polski całej, dla świata całego,
Niech znikną troski, zniknie gorycz bólu,
A Światło wstanie Boga Jedynego.
………………………………………….…
Oddajmy Panu tej przysięgi rotę,
Jaka dojrzewa w miłowaniu Jego,
Oddajmy miłość i radą ochotę
Głoszenia wielkiej miłości bliźniego.
Bo nie zabijać nakazane mamy
I słowa Twoje dochować musimy-
Już nigdy więcej młodzieńcze szatany
Nie zmażą prawdy, jakiej cud widzimy
Na bieli ołtarza i w sercu Kościoła,
Co ludzi skupia, a nie błyski monet
Nie blaski złota, a Droga, co woła
Kroczycie po mnie, czyniąc się zbawionym.

Książe Sapieha:
Szeptem
Cudowne słowa, jak na usta młode
Tryskają dzisiaj z waszego ołtarza.

Proboszcz:

Karol istotnie stanowi ozdobę,
Co każdy człowiek mi rado powtarza.

Książe Sapieha:

I ja powtarzam, jeśli pozwolicie,
Że wielkie drogi się przed nim malują:
Godziwe, słynne na świat cały życie
I miano Mistrza; pomnik mu budują.

Karol:

Ostatnie słowa już do was kieruję,
Tusząc, że jasne wskażą wam przesłanie:
Kto razem z Bogiem życie swe buduje,
Tego też czeka w niebie świętowanie,
A kto wyrzeka się swych powinności,
Czekając jakiej wątpliwej zasługi
I gubi siebie w głębi samotności,
Ten piekła zazna gorejące trudy.
Idźcie z Chrystusem do nowej świątyni,
Niosąc honory i Boga naukę,
Jednocząc serce z duszami nowymi,
Chcącymi życia z odkupionym duchem.
Nadzieja nasza coraz jaśniej świeci,
Choć ciemność wieczna nad jej światłem czyha
Choć już sęp czarny nad jej łonem leci,
To orzeł dumny, który nas przenika
Przegoni sępa znad morza zieleni,
Zsyłając wiecznej miłości czuwanie
I rodząc ludzi, których wiatr przemienił
Odnowy wielkiej, co zewsząd ostanie
Pewności światłem i brylantem bytu,
Chcącego prawdy, a nie potępienia,
Chcącego zmierzchu wiecznej nocy- świtu
Nad światem martwym, bogatym w cierpienia.





Scena V

Urywki młodości: po śmierci ojca,


Karol:

Na świecie ziemskim już tylko nagrobek
O mojej ludzkiej stanowi rodzinie,
Krzyż z trudem zbity na piasku ozdobę
I ciało martwe, co popiołem spłynie
W tej ziemi głuchej. Jednością silny
I rozumny szałem- młodości godne
Znający przesłanie, bom światu winny
Dług za życie całe, obfite w trudy, tak mało wygodne.
Jednak mię uczą słowa wieszczej chwały
Jak brzemię dźwigać, łeb Hudrze urywać,
By mego życia się ślady ostały
Po ziemskiej stronie, miast horyzont zmywać
Falami pustki. Nie znamy czasu nawet w przybliżeniu,
Gdy ręka Czyjaś przetnie nitkę życia.
Tajemna słodycz ukryta w istnieniu
Nie zdradzi klucza do prawdy odkrycia.
………………………………………………
Zostałem tutaj samotnym człowiekiem,
Któremu Matką jest ziemi pagórek,
A ojcem- pamięć, która z mym uśmiechem
Ucieka sobie nad gnuśności chmurę.
Młodym być mogę dla potrzeby ciała
I taką młodość mi codzienność daje,
Bo dusza lotna w samotność wzleciała,
Mijając rade i spokojne gaje.
I ja pielgrzymem mej duszy zostanę,
Co pogna za nią przez rodzaju głusze,
Aż wszędzie będę, wszystko będzie znane,
A do niewiedzy już sam siebie zmuszę.
……………………………………………
Pofruniesz ze mną ponad martwe ludy,
Szukając ciepła pośród mrozów lata,
Aż się otworzy brama tej ułudy,
Co wciągnie ciało w sztywny pancerz świata.
Obrzucą ziemią okowy człowieka,
Marmurem zamkną jego tajemnice,
A się narodzi nowy pielgrzym w wiekach,
Gdy świat zapragnie ujrzeć tę źrenicę.
Ujrzę ją z góry, patrząc z okna Pana
Na twarze świętych w codzienności znojach,
Gdzie wojna święta broni kłów szatana,
A trud nieznany ginie w rdzawych zbrojach.
Jesteśmy ludem, co musi ołtarze
Stawiać na górach, poprzek prądom rzeki,
By sięgnąć światłem tych pokornych marzeń,
Skąpanych w jutrze ponad nasze wieki.
Pójdziemy razem, dokąd nas prowadzi,
Egida wieczna śmiertelnej persony
Przed wielkim światem jako gońce nadzy,
Co cnotą duszy zbawią świat zhańbiony.
…………………………………………………
Nieznane słowa dla mnie: spokój i opoka
Ziemskich oczu i dłoni nad mą duszą słabą,
Co wciąż życia pragnie w dokonanych krokach,
Które stawiam wciąż słabo, ale jednak trwale!
Co wydepcze ma stopa- tym me życie wzleci
Ponad nizin doliny i szemrzące grzechy
Lub też z dennej otchłani w głębszą otchłań zleci,
Dusząc troski nieznane i nicość uciechy.
Radość- dusza przelotna i ulotna rada,
Jak zatrzymać i czerpać z źródeł wiecznej chwili,
Kędy wodą potęga krystaliczna włada,
A człowiekiem nie słabość, a zamiaru siły.
Zostać radym w nicości, albo szukać cienia-
Jedna trudu pochodnia i zmęczenia tkliwe,
Skoczyć w nizin folwarki, mknąc jak prąd strumienia,
Czy też zwrócić swe siły na kraje cnotliwe?
Odpowiedzi nieznane są mym myślom słowa,
Ani cząstka, ni rady jakiejkolwiek nuta,
Tylko pieśń ta wielebna, credo, niby droga,
Co wskazuje, gdzie słońce, jego blask zepsuty,
Który myli wędrowca pragnącego życia,
Wiodąc drogą tortury ku cierpieniom srogim,
Tkliwie tylko chcącego ciepłego księżyca,
Co mu nocnej oświeci eskapady drogi.
Idźmy razem i wszędzie, ale bez wspólnoty,
Co odbiera nam ludziom dobra większej rzeczy,
Ciemność złotem malując pędzlem żywo złotym,
W którym chaos i pustka złotu środka przeczy!


Pojawia się Poznanie.

Karol:
Rzucony w sidła razem z hojną duszą,
Co szczęście marzyć skromnym oczom daje,
Przemierzam pustkę, której nic nie rusza,
Ni żywioł wielki, ani też hultaje,
Sam w sobie idę, sam znajdując Boga,
Bo ujrzeć mogę światło gwiazd świtania,
Lecz gdy zapragnie moich myśli droga
Zboczyć na stepy szczerego poznania,
To szeptów umór nowe tnie obrazy,
Choć jego czasy są bliskie konania.
Prędzej nadzieja na przyjście zarazy
Porwie nękanych, nutą Pigmaniona.
Poznanie zatem: oto cel istnienia.
Pojąć mechanizm niezrodzony z ludzi
I prawdy sięgnąć, co słońca westchnienia
Napawa wdziękiem i to słońce budzi.

Poznanie:
Wkracza piękna kobieta w bieli, skromna, a jednak bogata metafizycznie. Poświata.
Szukasz mnie zatem. Cały mój w niewiedzy,
Pragniesz błogiej światłości tej marnej istoty,
Jaką człowiek bezdomny zowie celem świeżym,
Łamiąc trudu obyczaj ideałem cnoty.
A nie prosta to droga w moje dąży strony.
Człowiek idzie po ścieżce, którą inny tyczy,
Ty iść będziesz po szlakach i Mu bił pokłony,
A ja sama cię poznam, bo tak Pan nasz życzy.
Wiele wieszcze piosenki nadziei głosiły,
Często hardo za serca niepewne ciągnęły,
Więc i ja przyciągam ciebie z całej siły,
Abyś pojął i światu orszak oddał czystej bieli.

Karol:

Jak sięgnąć duszy, która nie zna ciała
I czynić ją lotnym wspólnoty powiewem,
Gdy orła wieczerza orła sen przelała
Na ciało pusta ponad własnym gniewem.
I dokąd idziesz, Panie. Quo vadis, Domine,
Czyli na ludziach pomniku stawiany,
Co marmur zesłał na ozdobę stopy,
A miłość własną, jako ogrom ciała,
A czas ulotny niczym wymiar strofy!

Poznanie:

Wymiar nieznany pozostaje we mnie,
Co czyni mrokiem jasności podwoje,
Jak cel nikczemny, który niegdyś pewnie
Połączy znaki w tych stygmatów znoje.
Cierpiące ręce i boląca dusza,
Krzyża wzywa przebaczenie
Nie wznieci świtu, który w noc wyrusza
Na przekór światu, a w zgodzie z sumieniem.

Zrywają się wichry szalone, porywają kobietę;
krzykiem:
I pomnij słowa: chociaż myśli ludzi
Rzucają wstęgi wiecznego uznanie,
To póki serce tej wstęgi nie zbudzi,
Póty jej wymiar nie dotknie kochania…

Karol:

Jak to? Gdzie słowa, na które czekałem,
Gdzie moc i siła do walki potrzebne?

Głos:

Czekałeś peror a słowa dostałeś
Proste, lecz wielkie od Niego dla ciebie.

Karol:

Niczym żydowskie wciąż łakome dziecię
Nie poznałbym Boga, który wiecznie czeka,
Na niebie szukając i na całym świecie
Materii, szabli, złota, tylko nie człowieka…

Scena VI
Poetyckie aranżacje

Teresa:

Zostańmy przy tym, co Karol powiedział.
Wielu jest wieszczy, którym laury złote
Wkładają na głowy nieświadomi ludzi,
A jeden Norwid, co nad tę hołotę
Orlimi loty duszy świat obudził.

Karol:

Nie tylko hańbę oznacza sławienie
Znanego dobrze zwykłego poety,
Co naszą słabość i mody sławienie,
A nie widzenie tego, co pod strzechy
Umysłu ludzi wlecieć prędko miało…

Janka:

Lecz coś te loty niecnie powstrzymało.
Być może prawdę nam kiedy ogłosi
Poznania wola i serdeczna rada,
Lecz nam jest wiedzy, argumentów mało
By strofę w sercu, nie na szacie nosić.

Karol:

Tobie, ma droga słusznie się to zdało,
Bo świat o prawdę, nie o sztukę prosi.

Jakub:

Pozostał we mnie ten tchnienia ogrzany
Laurowym wieńcem widok wielkiej sceny,
Lecz skoro prawdą jest wyrok rzucony
Na wiecznie Lachów sędziwe istnienie,
To pora zrzucić zbroję jest twórczości
I sięgnąć rady odrodzonej woli,
Bo czas nastaje by z godłem wieczności
Iść przeciw światu, który sam się zdaje
Być tylko wiatrem iskrzącej pożogi
Nad duszą moją i nad szumnym rajem.
O! Pora przyszła by aktora nogi
Stały się stopą, a nie obyczajem,
By czas sędziwy przemienił niecnotę
W honoru wieniec rzucony miłością,
Która się stanie przyszłości klejnotem,
Prawdziwym błyskiem, a nie pomyślnością.

Karol:

My, co bronimy Homera przed światem
Pragnącym pracy za cenę myślenia
Nagle się stańmy tego ludu kwiatem,
U podstaw ucząc, by znów ludzi zmieniać.

Janka:

Nie wiem, gdzie jestem, rzucona na szaniec,
Krocząca w mroku z kagankiem przeszłości.
Ja szczęścia szukam, w kieszeni różaniec
Jest już jedynym okazem miłości.

Karol:

Zgubieni w mroku, owładnięci światem
Jak Afrodyta do skały przypięta,
W ciemności widząc tę spiżową kratę,
Za którą wieczne ideałów święta,
Idziemy dalej, niepewni jasności,
Bo gród szatana się stale odradza-
Patrzysz na pierścień, co błyskiem kojącym
Otacza sumienia niewierne przesłania,
Bierzesz go w rękę i zachwytem drżącym- -
Przyjmujesz, te oczy szydzące szatana!
A, gdy idący przez miejską ulicę,
Dostrzeżesz u ściany błagające twarze
Pogardy pychę bierzesz za spódnicę,
Chroniącą ziemskie dopełnienie marzeń.
Pięknem określisz iskrzące klejnoty,
Złem- nazwiesz śmiałość błagania o litość,
Sercem- nienawiść do bliźnim pomocy,
A nienawiścią- - człowieczeństwa miłość.
Nie być człowiekiem, to znaczy: być ludźmi,
Co tworzą jedność, odrzucając życie,
Kroczą w jasności swej dumy by bluźnić
I hojnie łatać piekielne powicie.
My nie możemy wkroczyć do bohemy,
Która nas pragnie, bośmy lubianymi
Szukajmy Ojca, który to doceni,
Żeśmy Twórcami, a nie tworzonymi.

Teresa:

Jak znaleźć między połacią kryształu
Węgiel będący realnie bursztynem,
Jak znaleźć sposób, by, wedle zwyczaju,
Pójść za Ideą, a nie za wawrzynem?

Karol:

Twoje pytanie zostawmy w swych głowach,
Szukając na nie drugiego pytania.
Odpowiedź bowiem w każdym z nas się chowa,
A jedna, wspólna, tylko sens zasłania.

Janka:

Co zrobić zatem?

Karol:

Nie być tylko człekiem! Idąc do domu,
Myśl o sobie: jestem.

Janka:

Serce ucieka przed lecącym deszczem
I ja uciekam, bo mnie serce czeka.

Teresa:

Byś przyszła pewno z wiosennym powietrzem,
Niosąc swą miłość jak ranna powieka.

Janka:

Niosę swą miłość jak rosa chłód niesie
Kojący rany i dający życie.

Karol:

Nie noś więc serca w ciemnym miasta lesie,
A wstąp na górę i się stań Księżycem.
Oświeć nam drogę, bo światło tworzone
Niezdarną myślą nie zastąpi ciepła.
Weź ciepło swoje pod wszystkich obronę:
Każdego ujmij, jak Dobroć poczęta.

Janka:

Nie moja rola stać się Matką Boga,
Bo to się stało w odległej przeszłości.
Maryja Święta- oto celna droga,
Zrodzona z prawdy i klejnot Miłości.

Karol:

Myślmy o sobie jak o twórcy życia,
Które codziennie z uporem wiedziemy,
Bo prawdy cząstka tkwi w głosie księżyca,
Co śle nam światło, mimo, że nie chcemy.

Teresa:

Jak to nie chcemy? Ja pragnę światłości.

Karol:

Pragniesz, a często o nim zapominasz.
Tak działa magia ubogiej Boskości,
Bogatej w serce, choć się ból zaczyna.

Teresa:

Rozumiem teraz. Człowiek, jak maszyna
Dostrzega światło, gdy go gonią cienie.
Wtedy sam pierzcha nóżkami pielgrzyma,
Sandałki zrzuci, gdy pojmie, że dnieje.

Karol:

Słusznie ujęłaś me trwożne przesłanie.
Istotnie jesteśmy jako fale morza
Gonione wiatrem jak Boga czuwanie
Ciągle przed siebie, a tu nagle…

Jakub:

Zorza!!!

Teresa:

Słońce nie wstaje razem z nocnym bratem,
A dziś jest widok niezmiernie nieznany….

Karol:

I dziś nie wstało, choć jest różnie latem,
To płonie getto, tam przyjaciół mamy

Janka:

Ciężkie ich losy, nieznana jest przyszłość,
Jak zresztą wszystkich w dobie zeświecczenia,
Gdy świst srebrzysty pragnie objąć wszystko
I przez lat wiele tylko wąs swój zmienia.

Karol:

Świst to złowrogi, niecny i szatański.
Na myśl o takim wspomnieć warto słowa
Legendy dawnej, ale nadwiślańskiej
Tej, o obronie miasta Krakowa.
Stał, wiesz to, grajek na szczycie Mariackiej,
Niosąc dla świata swe proste wołanie,
Gdy strzała bystra z kohorty tatarskiej
Tnąc przestrzeń przy nim ucięła i granie.

Jakub:

I dziś nadchodzi nieszczęsna herezja,
Goniona wiatrem, świstem tamtym pchana.
Świat kocha wojnę, ziemia to diecezja,
Gdzie biskup wszystkich się od zdrady słania.

Karol:

Nie o herezję tu chodzi, mój bracie,
A o pęd diabła we zbroi rycerza.
Patrz! Pędzą czarty w pozłacanej szacie,
Jeden już niewinne namierza.
Teresa:

Pora się rozejść, przeczekać, pomyśleć
I nad słowami, które świat odrodzą
I nad tym sępem, co ognistym skrzydłem
Zmiata oddziały, którym sny przewodzą.

Karol:

Słuszne są słowa. Nie czas na myślenie,
Choć duch to płonie, a nie cegła krucha.
Pora zakończyć mędrców posiedzenie,
Pójść wnet do łóżka i Jego posłuchać.

Jakub:

W trwożnej się chwili zalecamy Panu,
Lecz tak jest już z ludźmi, że Go pamiętają,
Gdy bębny diabła leją krew zaspaną,
Kalecząc ciała, hołd kukle oddając.

Karol:

A Boga miłość- to jest ludzi słuchać
I zawsze dobroć czującą kierować
Do dusz zbłąkanych, które ktoś oszukał,
Dając im władzę Babel znów budować.
Jego miłości końca nie znajdziemy,
Budząc się ze snu, w którym poetami
Jesteśmy, pragnąc, że kiedyś będziemy
Szli bez bagnetów, ale z wspomnieniami.
…………………………………………….
Niech On nas wiedzie, jak Słońcem kieruje,
Budzi wieczności ospałe podmioty.
Niech nas pojedna i prawdą osnuje
Nim czas wojenny wypaczy czas złoty.

Opublikowano

"Po co mi mówisz"

Co mi mówisz górski strumieniu?
W którym miejscu ze mną się spotkasz?
Ze mną, który także przemijam?...

Zatrzymaj się
- to przemijanie ma sens!

Potok się nie zdumiewa,
lecz zdumiewa się człowiek!

Kiedyś temu zdumieniu
nadano imię "Adam".
Zatrzymaj się...
...we mnie jest miejsce spotkania
" z Przedwiecznym Słowem"

Jeśli chcesz znaleźć źródło
musisz iść do góry, pod prąd.
Gdzie jesteś źródło?
Cisza.
Dlaczego milczysz?
Jakże starannie ukryłeś
tajemnicę twego początku.

Pozwól mi wargi umoczyć
w źródlanej wodzie,
odczuć świeżość.
_____________________



"Niewidomi"

Stukając białymi laskami w bruk stwarzamy dystans nieodzowny.
Kosztuje każdy krok.
W pustych źrenicach wciąż umiera świat do siebie samego niepodobny:
świat złożony nie z barw,
lecz z łoskotów (kontury, linie szmerów).
Pomyśl, z jakim trudem dojrzewa się do całości,
gdy zawsze tylko część zostaje
i tę część musimy wybierać.
O jakże chętnie każdy z nas wziąłby cały ciężar człowieka,
który bez laski białej obejmuje od razu przestrzeń!
Czy zdołasz nas nauczyć, że są krzywdy inne prócz naszej?
Czy potrafisz przekonać, że w ślepocie może być szczęście.

_________________
To wiersze Jana PawłaII
______________---

ładne,powinieneś dać to na dramat

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Pewien poeta postanowił wyruszyć w podróż. Znudziło mu się siedzenie w domu, przy wielkim biurku, gdzie zajmował się przez całe dnie pisaniem wierszy, których nikt nie rozumiał i nikt nie chciał czytać. Nieraz wieczorem, zmęczony całodniową pracą twórczą, wstawał od biurka, rozchylał wertikale w oknie i długo patrzył, jak wygląda z góry osiedle, na którym mieszkał. Domy jak wielkie potwory z klocków łypały na niego nieprzyjaźnie. Nad nimi chmury przybierały kształty fantastycznych zwierząt - smoków, krokodyli, latających ryb - ciemne kosmate figury na zielono-różowym, gasnącym powoli podobraziu. Poeta, obserwując ich dynamikę i ruch, zapragnął nagle również coś w swoim życiu zmienić. Był człowiekiem w sile wieku i nie chciał, aby przyszłość przesypała się przez jego palce jak litery nikomu niepotrzebnych wierszy, które pisał do szuflady. Poeta udał się więc w drogę. Kupił bilet na pociąg do stolicy, gdyż wydawało mu się, że tam będzie mu najłatwiej wybrać cel oraz kierunek dalszej podróży. Pomyślał, że następnie zdecyduje się na lot samolotem. Będzie wtedy mógł zobaczyć z bliska, jak obłoki przemieniają się na tle zachodnich zórz w przedziwne, groteskowe stworzenia. Jadąc pociągiem, poeta zapatrzył się w mijane krajobrazy. Droga wydała mu się dość monotonna: las - pole - wioska - las - pole - las. Zaczął padać drobny deszcz i naznaczył szyby pociągu drobnymi znaczkami, które poecie przypominały znaki diakrytyczne - kropki, kreski, ogonki... I nieoczekiwanie człowiek zasnął, ukołysany cichym szumem i stukaniem kół o szyny. A gdy obudził się - okazało się, że przejechał swoją stację, stolica została daleko w tyle za nim, a pociąg toczył się wolno przez kolejne pola i lasy, choć nie było już w nim ani jednego pasażera. Poeta trochę się zaniepokoił. Teraz nie miał pojęcia, dokąd zmierza. Chciał sprawdzić trasę na bilecie, ale okazało się, że bilet mu gdzieś się zapodział. Poszedł więc do przedziału konduktorskiego, aby dowiedzieć się, jaka jest najbliższa miejscowość, lecz przedział ten był pusty. "Co to wszystko ma znaczyć?" - zaniepokoił się podróżny, i w tym momencie usłyszał zgrzyt hamujących kół, a pociąg stanął na stacji w jakimś miasteczku. Poeta, trochę zdenerwowany, ale też nieco zaciekawiony, postanowił wysiąść. "Skoro tu mnie los przygnał, może to wszystko ma jakiś swój sens..." - stwierdził. Zabrał z przedziału walizkę, wyskoczył z wagonu i wyruszył rozejrzeć się po mieście.   Od razu zauważył, że to miasto było niezwykle osobliwe. Im głębiej zapuszczał się w jego uliczki, tym bardziej robiło się chłodniej, aż w końcu zaczął wiać lodowaty wiatr i padać śnieg. Poeta zdziwił się - przecież to był dopiero wrzesień, miesiąc, w którym zimowe zjawiska pogodowe należą raczej do rzadkości. Ale zapewne to jakaś anomalia. Uderzyło go jednak coś innego w owym nietypowym miasteczku. Sprawiało ono wrażenie niezamieszkałego i opuszczonego. Wszystko było w nim kompletnie zdewastowane. Rozbite latarnie nie dawały światła, na połamanych ławkach nie można było usiąść. w sklepach ze zniszczonymi witrynami nikt niczego nie sprzedawał. Drzewa pod nawisami śniegu ukrywały potrzaskane kikuty gałęzi. Na poboczach jezdni tu i ówdzie stały zepsute autobusy, straszące pustymi wnękami po potłuczonych szybach. Wszystko pokrywał biały puch, w którym nie było jednak nic miłego i wesołego. Cisza, którą przynosił, wydawała się przytłaczająca i pełna grozy. Poeta musiał tu zostać na noc, ale oczywiście nie znalazł ani hotelu, ani innego miejsca dogodnego na nocleg. Zobaczył przy jednej z ulic niewielką kawiarnię, oczywiście, jak wszystko w tym mieście, nieczynną i nieprzytulną. Ale miała przynajmniej całe szyby w oknach, wewnątrz znajdował się kominek, stoliki, krzesła, kilka foteli - człowiek ocenił, że można się w niej zatrzymać i . Obok kominka znalazł nawet nieduży zapas drewna, więc rozpalił wątły ogień. Nie przyszło mu to oczywiście łatwo, bo przecież jako mieszkaniec wielkiej metropolii nie był przyzwyczajony do palenia w kominku, ale jakoś sobie poradził, Z radością stwierdził, że stary, pokryty kurzem ekspres do kawy wciąż działa, no i można na kuchence ugotować wodę na herbatę. "Jakoś wytrzymam tu do rana..." - stwierdził poeta i poszedł spać. Nazajutrz poczłapał z powrotem na dworzec, ale nie znalazł tam ani kas biletowych, ani rozkładów pociągów; perony były zasypane śniegiem, a tory z obu stron urywały się i nie prowadziły już donikąd. Poetę ogarnęło przerażenie. Nie miał pojęcia, co teraz począć. "Jak ja wrócę do domu?" - zapytał sam siebie. "I czy w ogóle istnieje jakaś sposobność, aby się stąd wydostać?"   Ponieważ znikąd nie przyszła żadna odpowiedź, człowiek z powrotem powlókł się do swojej kawiarni. "Później może znajdę jakieś rozwiązanie. Przecież zawsze można pójść pieszo. Niech tylko pogoda się odmieni..." - westchnął. Przyglądał się po drodze zrujnowanym uliczkom, kamienicom bez świateł w oknach, porzuconym samochodom, i nagle zapragnął zrobić coś dla tego miasta. "Skoro tu chwilowo utknąłem, może uda mi się choć w niewielkim stopniu zrobić porządek, nawet w najbliższym otoczeniu" - stwierdził. Ale łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić. Poeta nie posiadał przecież żadnych umiejętności, które mogły mu się teraz przydać. Nie potrafił zreperować lampy, wstawić szyby w okno, przybić solidnie desek do oparcia ławki. Przed drzwiami swojej kawiarni zobaczył przewrócony śmietnik. Chciał go postawić z powrotem na swoim miejscu, ale nie był w stanie go nawet podnieść. Śmietnik, choć zwykły, plastikowy, nieduży, zdawał się być przymarznięty do chodnika. Poeta próbował go oderwać od przemrożonej zaspy na wiele różnych sposobów, lecz jego wysiłki nie przyniosły żadnego rezultatu. Zmęczony i spocony mężczyzna wszedł na chwilę do kawiarni, zrzucił z siebie kurtkę i postanowił napić się kawy. Spoglądając przez okno na to widmowe miasto, otulone obcą, białą poświatą, nagle poczuł się wyjątkowo bezradny. Atmosfera otaczających go obiektów, które emanowały ukrytym smutkiem, udzieliła mu się i nieoczekiwanie odczuł potrzebę napisania jakiegoś wiersza. Wyjął z nieotwartej dotychczas walizki zeszyt, w którym sporządzał swoje poetyckie szkice, i stworzył w kilka minut wiersz o tym upartym śmietniku. Śmiał się trochę z własnego konceptu, gdy nagle zauważył, ku swojemu niebotycznemu zdumieniu, że śmietnik nie leży już przewrócony na ziemi, lecz stoi równo na miejscu, gdzie właśnie powinien stać. Zaskoczony tym odkryciem poeta stworzył po chwili wiersz o latarni, znajdującej się po drugiej stronie ulicy. Nie minęło kilka sekund, a latarnia nie była już popękana i wygasła, lecz zalśniła jasnoróżowym blaskiem. Poeta do wieczora pisał wiersze, a otoczenie kawiarni zmieniało się nie do poznania. Ławki jakby same się naprawiły, latarnie wesoło oświetlały chodnik, donice na kwiaty, ustawione równo wzdłuż krawężnika, tworzyły dumny harmonijny szpaler. W końcu człowiek poczuł się wyczerpany. Usiadł na jednej z ławek, aby trochę odsapnąć, i wtedy zobaczył, jak spomiędzy niewyraźnie majaczących w zadymce budynków wyłania się i zbliża do niego jakaś postać.   Była to dziewczyna, ubrana zadziwiająco lekko, jak na zimową porę, w lawendową sukienkę, letnie sandałki oraz biały półprzezroczysty szal. Kasztanowe włosy skrzyły się drobinkami światła, przyprószone wciąż padającym z nieba śniegiem. W jej ciemnych oczach było wiele powagi i nostalgii, ale też jakieś niewyobrażalne, nienazwane ciepło. Poeta w pierwszym odruchu chciał ofiarować dziewczynie swoją kurtkę, aby się ogrzała. Nie mógł znieść widoku jej nagich ramion, uderzanych bezlitosnymi podmuchami. Dziewczyna, widząc jego gest, natychmiast cofnęła się z lękiem. - Nie bój się - zawołał mężczyzna. - Chodź do mnie, przecież ty zaraz tu zamarzniesz, albo się rozchorujesz! - Nie czuję zimna. Dziękuję, że się martwisz, ale nie musisz - odpowiedziała dziewczyna. Jej głos był dziwnie spokojny, beznamiętny, jakby przypływający z daleka. - Okropna pogoda! - dodał poeta. - Powiesz mi, co to za miasto? I kim ty jesteś? Co ty tutaj robisz? Czy też tu się znalazłaś, tak jak ja, przez przypadek, i nie możesz stąd uciec? Dziewczyna spojrzała na niego milczącym wzrokiem. - To moje miasto. Ono jest mną, a ja jestem nim. - odrzekła powoli. - Każda uliczka, każdy dom, każde drzewo, każdy przystanek, każda studzienka - to część mnie. Wszędzie możesz mnie tu spotkać, jeśli zechcę. Przyszłam teraz do ciebie, bo ty jeden odkryłeś tajemnicę. - uśmiechnęła się lekko. - Jaką? - poeta rozłożył bezradnie ręce. - Nie widzisz, jak to miasto wygląda? - Widzę. Same rudery. Obraz nędzy i rozpaczy. Ale co tu się właściwie wydarzyło? - To miasto kiedyś tętniło życiem. Było młode i piękne, tak długo, dopóki ja byłam młoda i piękna. I bardzo ufna. - zaczęła swoją opowieść dziewczyna. - Możesz usiąść obok mnie?- spytał człowiek. - Mogę, ale nie usiądę - dziewczyna znów odsunęła się od niego. - Nie namawiaj. Poeta spuścił na chwilę głowę, ale w końcu zwyciężyła w nim ciekawość. - I co się później działo? Dziewczyna zmrużyła oczy, jakby próbowała je ochronić przed zbyt ostrym światłem słońca. - W mieście mieszkali ludzie, dzieci bawiły się na placach zabaw, w ogródkach restauracyjnych młodzi umawiali się na randki, po ulicach jeździły autobusy i tramwaje, wesoło dzwoniąc lub posapując, w parkach kwitły kwiaty, drzewa owocowały, ptaki wiły gniazda w żywopłotach. Pory roku następowały po kolei - wiosna, lato, jesień, a zimy były krótkie, łagodne i radosne, pełne śmiechu dzieciarni na sankach i zapachu korzennych ciasteczek. - Dlaczego to wszystko nagle się skończyło? - Przyszli oni. Mężczyźni - dziewczyna zdawała się drżeć z ukrytego strachu, a w jej oczach rozbłysły łzy. - Wabiła ich moja uroda, moja delikatność i urok mojego magicznego miasta. Twierdzili, że to najcudowniejsze miejsce na ziemi, gdzie pragną zamieszkać i odnaleźć szczęście. Najpierw mówili, że mnie kochają. Obsypywali mnie podarkami, całowali, pieścili... Obiecywali, że zostaną tu ze mną na zawsze, a dzięki temu miasto będzie o wiele piękniejsze. Ale nie było w nich prawdziwej miłości. Niszczyli po kolei wszystko, co mogli. Wydawało im się, że w ten sposób zmuszą mnie do uległości i oddania, a podczas gdy tylko powoli mnie zabijali. W końcu odchodzili, zabierając ze sobą kawałek mojego serca. Została już we mnie tylko malutka jego cząstka. Tak maleńka, że sama czasem nie wiem, że ją mam. Ale jestem teraz jak to miasto, połamana, rozbita, potłuczona na kawałki. Poeta nic nie odpowiedział. Ogarnęła go ogromna złość, a jednocześnie współczucie dla napotkanej dziewczyny. Ona tymczasem kontynuowała swoją historię. - Ty jeden, nie wiem, jak i dlaczego, znalazłeś sposób, aby coś tutaj uleczyć. Poczułam to. Poczułam ciepły prąd w moim ciele. Dlatego możesz mnie teraz widzieć i słyszeć. Twoje słowa mają wielką moc. Słowa zawsze mają moc,a zwłaszcza słowa poetów i pieśniarzy. Tylko dzięki nim możesz tutaj być i tylko poprzez nie możesz coś uczynić dla mojego miasta i dla mnie. Poeta uśmiechnął się do dziewczyny. - Chodź ze mną do kawiarni. Postanowiłem w niej chwilowo zamieszkać. Zrobię ci kawę - powiedział, ale dziewczyna pokręciła przecząco głową. - Nic od ciebie nie chcę. I o nic mnie nigdy nie proś, bo na pewno tego nie spełnię - dorzuciła chłodno. - Ale dlaczego? - chciał się dowiedzieć mężczyzna. - Boję się ciebie. Boję się twojej siły i odwagi. Boję się, bo twoje wiersze są gorące, szczere, i wszystko mogą zmienić. Już zmieniają. To miasto... - uczyniła szeroki zamach dłonią, wskazując na okoliczne domy i latarnie - Nie widzisz, jak z iluzji ruin staje się prawdziwe? I to tylko dlatego, że ty tego zapragnąłeś? Poeta powoli zaczynał rozumieć, co chciała mu powiedzieć. Po chwili ciszy spytał pokornie: - Możemy się jeszcze jakoś spotkać? Dziewczyna wyciągnęła rękę w kierunku niewielkiego mostu, majaczącego w oddali za plątaniną uliczek i zmarniałych koron drzew. Most był pęknięty na dwoje, a między jego połówkami płynęła na wpół zamarznięta rzeka. - Naprawisz? - spojrzała mu nieśmiało w oczy. - No jasne! - zawołał poeta z zapałem. - Jutro rano będzie, jak nowy. - Możemy się tam widywać. W połowie mostu, Tylko pamiętaj, żebyś nigdy nie żądał niczego więcej. Poza tym, rozgość się w moim mieście. Rozgość się słowami, oczywiście. Możesz sobie pisać wiersze do woli i naprawiać zepsute auta - zaśmiała się, jakby z ukrytą goryczą, i odeszła.   Następnego dnia poeta skierował swoje kroku w kierunku mostu, z wymyślonym o świcie specjalnym wierszem. Udało mu się na nowo połączyć dwa brzegi lodowej rzeki solidną kładką. z ozdobnymi barierkami. Wszedł na nią śmiało i zatrzymał się w połowie. Nie czekał nawet pięciu minut, gdy nagle nadeszła napotkana poprzedniego dnia dziewczyna. Wydawała się podniecona rozgorączkowana, ale jednocześnie ogarnięta skrywanym starannie lękiem. - Przyniosłam ci ciastko - powiedziała, podając poecie talerzyk z niewielkim kawałkiem czekoladowego tortu. - Lubię je robić. Codziennie inne. Dekoruję je, wymyślam nazwy. To jest Wiśniowe Marzenie - szepnęła ciepło. - Na pewno pyszne! - zawołał wesoło mężczyzna. biorąc z jej rąk talerzyk. Gdy skosztował ciasta, poczuł, że dziewczyna staje mu się niewytłumaczalnie bliska. I w tym momencie zdał sobie sprawę, że pragnie ją uszczęśliwić. Znów stworzyć dla niej jasne, wesołe, miasto, pełne ruchu i gwaru. Otoczyć ją wszystkim, co dobre i piękne. - Ach, Poeto! - zaśmiała się dziewczyna. - Mówiłam ci już, twoje słowa są tu mile widziane. I mnie jest przyjemnie czasem popatrzeć na chodnik bez dziur, latarnię, która tańczy skąpana we własnym świetle, nowiutkie lśniące okna kamienic... Dziękuję, że jesteś tu, z twoimi wierszami - odrzekła znowu. - Gdyby tylko ta zima w końcu odpuściła - rzucił poeta pod nosem. Dziewczyna odparła ze spokojem. - To nie jest takie proste. I uśmiechnęli się do siebie.   Od tego ranka, poeta i jego tajemnicza przyjaciółka codziennie widywali się na tym moście. Dokładnie w jego połowie, tak, jak się wcześniej umówili. Ona przynosiła mu ciasteczka, a on swoje wiersze. Czytał jej utwory o wszystkim, co było dla niego ważne. Nie tylko o rzeczach z jej miasteczka, ale także o tym, co było częścią jego własnego życia- o swoim osiedlu, o swoim domu, o swoim biurku, o sklepie, gdzie kupował pieczywo i o kasztanowcach przed blokiem, z którymi równolegle dorastał. Dobrze im było razem, chociaż przychodziły chwile, w których on zbyt długo patrzył w jej oczy, a ona wtedy zdawała się go odpychać - nie słowem, nie gestem, ale jakąś wewnętrzną energią, która mówiła jego tęsknocie - nie.   Któregoś dnia, podczas jednego z ich zwyczajowych spotkań, zrobiło się nadzwyczaj zimno. Śnieg padał wyjątkowo gęstymi, mokrymi płatkami, a wiatr wwiercał się w skórę milionami kłujących cierni. Poeta zawsze nosił przy sobie zeszyt na wiersze i kawę w małym termosiku, tak na wszelki wypadek. Teraz uznał, że ten "wszelki wypadek" właśnie nadszedł. Zerkał na dziewczynę w lekkiej sukni i nie mógł znieść widoku, jak śnieg oblepia tę cieniuteńką tkaninę grubym, lodowatym kożuchem Odruchowo nalał kawy do kubeczka i podał jej, mówiąc - Napij się, zanim mi zamarzniesz na kość. Dziewczyna, która siedziała spokojnie obok niego, nagle zerwała się z głośnym krzykiem. - Nie! -Rozgrzejesz się, przecież jest mróz i wieje tak, że aż urywa głowę. O co chodzi, przecież to tylko kawa? - Nie chcę niczego od ciebie - rzuciła dziewczyna, nerwowo splatając palce. - Nie nalegaj. Nie mam żadnych potrzeb, pustych miejsc, pragnień.. W tym mieście niczego mi nie brak. Dobrze, że twoje słowa trochę je upiększyły, naprawiły to i owo, ale niczego więcej od ciebie nie przyjmę. Miło mi się rozmawia z tobą, i to wszystko. - Pragnę wiedzieć - odparł poeta, zasmucony. - Pragnę zrozumieć... Co robię nie tak? - To nie twoja wina - powiedziała cicho dziewczyna. - Robisz wszystko jak najlepiej. Czuję to. Lecz skąd mogę wiedzieć, że tak będzie zawsze? Mam wszystko, co trzeba i potrafię się cieszyć z tego,co mi przynosi czas- rzuciła na odchodne, i po raz kolejny zostawiła go samego, z setką pytań w głowie i powoli kiełkującym w nim bólem, którego sam nie rozumiał.   Od tego spotkania minęło już trochę czasu. Człowiek oczywiście dalej przychodził na most, a dziewczyna pojawiała się, z każdym dniem coraz piękniejsza, przynosząc coraz bardziej wykwintne i smaczne ciastka. Któregoś ranka poeta, idąc w kierunku mostu, szczęśliwy i rozradowany perspektywą nadchodzących chwil, które miał spędzić w towarzystwie swojej przyjaciółki, wpadł na pomysł napisania o niej wiersza. Ledwie ją zobaczył, natychmiast pobiegł ku niej roześmiany i powiedział. - Słuchaj, moja kochana, przyszło mi dziś na myśl, że ułożę wiersz dla ciebie i o tobie! Mam ze sobą papier i coś do pisania,  a zwrotki prawie ułożone w głowie. Dziewczyna nigdy nie wydawała się tak wystraszona, jak w owej feralnej chwili. Ale poeta jeszcze spoglądał na nią ze sztubacką ufnością i oznajmił: - Wiesz, bo ja cię po prostu kocham. Dziewczyna ostrożnymi krokami zaczęła wycofywać się z mostu w kierunku swojego brzegu. Talerzyk z przyniesionym dla jej towarzysza ciastkiem wypadł jej z rąk. Okruchy porcelany zmieszały się z okruchami ciasta. - Nie! Nie! - zawołała stanowczo. Żadnych wierszy. Ile razy ci mówiłam, żebyś niczego mi nie próbował mi ofiarowywać? - Co jest nie tak?- rzekł zdumiony mężczyzna. - A moja miłość... Ona nic dla ciebie nie znaczy? Dziewczyna wciąż cofała się, spoglądając na niego niemal z gniewem. - Jeśli to zrobisz... Jeśli cokolwiek od ciebie przyjmę... Jeśli pozwolę ci stworzyć wiersz o mnie... - mówiła urywanymi zdaniami. - Znów to miasto i ja... wrócimy do życia. Nie pojmujesz? To będzie normalne miasto, takie, jak tysiące innych. A ja będę dziewczyną, również taką, jak tysiące innych. Pokocham cię. Zaufam... Będę twoja. I to miasto stanie się twoje. A ty... - Ja też będę twój - przerwał jej poeta. - To, o czym mówisz, jest przecież takie piękne, więc skąd tyle obaw i skąd ta odmowa? Dziewczyna już zeszła z mostu, stała daleko,  lecz jej głos zdawał się wybrzmiewać poecie głęboko w jego uszach. - Będzie tu znów wiosna, lato, jesień... Tak, będzie wiosna. rozśpiewana, oddychająca za nas czystym światłem. Teraz mnie oswajasz, uśmiechasz się, A przyjdzie czas, kiedy zerwiesz kwiaty, wyszarpiesz ławki z alejek, ciśniesz kamieniami w latarnie. Zniszczysz mnie tak, jak oni, jak tamci... Nie potrafię już być znowu otwarta na żaden płomień z zewnątrz. Bo w przyszłości będziesz umiał mnie słuchać, nie będziesz umiał być delikatny, nie będziesz miał dla mnie litości. Pewnego dnia zrobisz, ze mną, co zechcesz, a ja... Poeta podbiegł do niej przez most. Uklęknął przed nią, choć sam sobie wydał się teatralny i śmieszny. - Najmilsza, ale ja nie jestem nimi. Jestem sobą. I daję ci właśnie siebie, już nie ciepłą kurtkę, gorącą kawę w kubku, wiersz opowiadający o twoim wrażliwym i szlachetnym sercu. Nie mam nic więcej... tylko moją miłość... i siebie - powtarzał. -Wiem. - powtórzyła. - Dziękuję. Doceniam. Ale teraz mam pod dostatkiem rzeczy niezbędnych. I niech tak zostanie. - Powiedz - dociekał mężczyzna - w czym jestem gorszy? Jakie popełniłem błędy, że nie zasłużyłem, żeby oglądać wiosnę w twoim mieście, choć oni wszyscy mogli...? - Ja... gdyby to się spełniło... przecież wtedy byłabym żywa! Żywa, rozumiesz? - No to chyba dobrze?- poeta pokręcił głową. Nawet nie wiedział, że łzy mu lecą z oczu, gdy wpatrywał się w jej znieruchomiałą, zastygłą twarz. - Boisz się życia? Czy boisz się na końcu umrzeć? - Boję się cierpieć - wyznała po dłuższej chwili. - Ochronię cię. - mężczyzna wstał, i jeszcze raz podjął próbę zbliżenia się do dziewczyny, pochwycenia jej za ręce. - Będę Cię chronił przed wszystkim co mogłoby cię zniszczyć lub poranić. Wierzysz mi? Nie wierzysz! - Nie ochronisz mnie przed sobą samym - odpowiedziała i pobiegła w kierunku miasta, spowitego dziwną siwą śreżogą, w której kotłowały się drobne, kłujące płatki śniegu. Poeta powrócił do swojej kawiarni, strudzony i złamany czymś, czego nie dał rady ogarnąć. Usiadł przed kominkiem i długo nic nie mówił. Słowa dziewczyny powracały do jego uszu jak bumerang. Wciąż miał przed oczami jej rozpaczliwie szukający ucieczki i schronienia, bezbronny wzrok. Chodził jak oszołomiony między kawiarnianymi stolikami i uderzał w mnie pięściami, przewracał krzesła, zrzucał na podłogę serwety i popielniczki. Momentami myślał z czułością o swojej przyjaciółce, momentami z wściekłością o tamtych - o tych, wszystkich łotrach, którzy odebrali jej to, co miała najcenniejszego i pogrzebali za życia jej wrażliwe miasto.   Następnego dnia dziewczyna nie pojawiła się na moście. Na poetę czekał tylko talerzyk z ciasteczkiem. Podobna sytuacja powtórzyła się podczas jego kolejnych wizyt. Chciał ją przeprosić, zostawiał dla mniej listy na pustym talerzyku, ale ona odpisała mu tylko jeden raz: "Nie przepraszaj. ". Wreszcie do niego dotarło, że stracił ją na zawsze i że już jej więcej nigdy nie ujrzy. Nie wiedział zupełnie, co ma dalej robić. Pewnego poranka, gdy poszedł dla odzyskania równowagi na dłuższą przechadzkę, zawędrował w okolice stacji kolejowej. Postał na niej przez chwilę, bezmyślnie gapiąc się w brudną pryzmę śniegu leżącą na przeciwległym nasypie. Wtedy usłyszał z daleka gwizd lokomotywy, a po dłuższej chwili na stację wjechał jakiś pociąg i zatrzymał się majestatycznie. Był zabłocony, pokryty warstwą łuszczącej się taniej farby, ale prawdziwy. Stał i jakby czekał, aż ktoś wsiądzie do środka na tym pustkowiu. Poeta zawahał się. Jechać? Nie jechać? Ale dziewczyna? Co pomyśli, kiedy jutro znajdzie na moście talerzyk z niezjedzonym ciastkiem, zamrożonym na kość? Może jeszcze nie wszystko stracone? Może, gdy pozna jego wybór, zobaczy jego starania, jego wierność, jego nadzieję - wszystko jeszcze się odwróci? Prawdziwa miłość nie może się poddać. Trwa i daje o sobie świadectwo każdą sekundą tego cierpliwego, ciepłego trwania. I mężczyzna zawrócił. Idąc ku swojej kawiarni, usłyszał, jak za jego plecami pociąg rusza z głośnym stukotem i sapaniem w dalszą drogę.   Po powrocie poeta napalił porządnie w kominku, przygotował duży dzbanek herbaty i usiadł przy jednym ze stolików.  Sięgnął po swój zeszyt z wierszami i długo nad czymś się zastanawiał. Jego ramiona,kiedyś mocne i pełne energii, pochylały się coraz niżej i coraz boleśniej nad matowym blatem. Zegar w kącie sali wybijał kolejne kwadranse, w półmroku słychać było skrobanie długopisu o papier. To poeta  pisał utwór o sobie samym. Całą noc spędził nad kartkami papieru, a świt zastał go śpiącego z głową opartą o stół.   Co napisał? O czym? Dla kogo? Tego można się tylko domyślać.   Podobno poeta wciąż przychodzi o umówionej godzinie na most, aby zabrać zostawione tam troskliwie ciasteczko. Wieczorem, grzejąc się przy ogniu (którego rozpalanie idzie mu teraz znakomicie), zaparza dużą kawę i zasiada solennie do tej słodkiej kolacji. Kilka razy wydawało mu się, że w ciemności i w gęstniejącym za szybą śniegu dostrzega postać dziewczyny, ognisty błysk jej włosów, fiolet sukienki, biel szala. Ale gdy wychodził na zewnątrz i próbował ją przywołać, odpowiadała mu tylko noc.      
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      @Kamil Olszówka Smutne jest, że duże grono naszych najbliższych z tamtych lat już nigdy więcej nie zasiądzie z nami przy wspólnym stole. Odeszli we mgle przemijającego czasu.  W czasach obecnych sztuczne choinki biorą górę, lecz nie zastąpi to zapachu naturalnego świerka, a ja pamiętam, że nasza choinka zawsze zamiast gwiazdy miała szpic czy też czub.
    • Jestem gdzieś pod twoim oddechem Pod twoimi palcami uczę się żyć.   Dziwnego pokarmu mi trzeba Miły Nie wiesz ty o mnie nic   Dziwnego pokarmu mi trzeba Miły  
    • @infeliaTy włożyłaś pracę i pomysł, a ja tylko przeczytałam i spodobał mi się, zresztą nie pierwszy raz :)

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Alicja_Wysocka To ja dziękuję.
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...