Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Judyt!
Czasem dosłowność potrafi stworzyć
abstrakcyjny obraz,
słowa są zewnętrznym tego wyrazem.
PozdrawiaM.

pewnie że to tylko przekaz jest
lepszy w dialogu jeśli można
ważny bez abstrakcji
pozdrawiamK.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Rafał!
hmm.. denerwuję czytelnika;)
ale w warsztacie mogę sobie pozwolić na niedociągniecia.
A z ''mini'' być może powstanie coś większego.
Dzięki . PozdrawiaM.
Opublikowano

kiedy rozsypię się w kulki
zacznę spijać ziemię
nie łatwo z powodu

dojrzeć

Przekonuje. O upadaniu na ziemię i cierpieniu z tegoż powodu. A może pamiętaniu - czyli dojrzewaniu człowieczka (nie)czystego jak łza :)

Pancuś

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



hmm... ziarno potrzebuje czasu aby dojrzeć do siewu
jeśli trafi na podatny grunt - zakiełkuje
i może przedtem trzeba je skropić? albo ziemię?

ciekawa miniaturka, :)))
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



hmm... ziarno potrzebuje czasu aby dojrzeć do siewu
jeśli trafi na podatny grunt - zakiełkuje
i może przedtem trzeba je skropić? albo ziemię?

ciekawa miniaturka, :)))

INko!
Dzięki wielkie ,że czasem zaglądasz do mnie,
jest mi bardzo miło;)

Słońca.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Mer fuksem, a James ...kufrem
    • Był środek nocy. Nie spałem ani nawet  nie leżałem jeszcze w łóżku. Byłem jednak zmęczony  i ziewałem szeroko raz po raz. Czułem opadające samoistnie powieki. Nieprzyjemny, gryzący piasek pod nimi. Jedna sekunda, dwie, trzy. Otwierałem szeroko załzawione oczy. Kolejna rozbita butelka,  wywrócone w szale krzesło, czyjeś ciało obijane z impetem o ścianę. Krzyki i wyzwiska,  latające w powietrzu jak pociski. Szamotanina pod drzwiami pokoju, moment uderzenia  i trzask wybitych ciężarem  bezwładnie lecącego ciała drzwi.     To była moja matka. Pijana prawie do nieprzytomności. Leżała w progu, podkulając nogi  i próbując doczołgać się  w stronę okna, do mnie. Uciekała jak zbity pies. I faktycznie była pobita. Ręką zasłaniała twarz  i rozcięty uderzeniem policzek. Wargi miała spuchnięte, pełne zaschniętej, prawie czarnej krwi. Bełkotała coś nieskładnie przez łzy, wijąc się coraz prędzej.     W progu stanął  mój setny w tym miesiącu wujek. Krępy blondyn w wyciągniętej ze spodni, lnianej koszuli. Jego lewa dłoń ściskała butelkę burbona. Prawa była zaciśnięta w mocarną pięść o czerwonawych palcach i wystających żyłach. Dopadł do niej, uchwycił jej jasne włosy i jednym brutalnym pociągnięciem prawie postawił ją na nogi. Po czym pchnął jej bezwładne ciało. Runęła pomiędzy mnie a łóżko, uderzając głową o podłogę. Krzyczała i błagała by ją zostawił.     Podszedł powoli  z delikatnym, triumfalnym  uśmiechem na twarzy. Jego czarne derby  połyskiwały świeżą warstwą pasty. But wylądował władczo na jej skroni i przydusił ją do podłogi na dobre. Patrzyła na mnie  ni to z obłędem ni to ze strachem. Była cała we łzach. Jej oczy dawały sygnały, żebym uciekł. Nie tylko one. Jego wzrok wreszcie mnie odnalazł. Obawiam się chłopcze,  że dalsze przebywanie w tym pokoju nie przyniesie Ci nic dobrego. Zrobisz lepiej, jeśli się teraz ulotnisz a ja dokończę rozmowę  z tą su…, z twoją mamą. Rozbił z impetem butelkę  zaraz obok jej głowy.     Ryknęła na cały głos bym się wynosił. Nie trzeba mi było tego powtarzać. Uskoczyłem wolną przestrzenią przy ścianie  i chwilę później już byłem przed kamienicą. W głowie nie miałem myśli, czy wujek zabiję mamę. Mojego ojca podobno zabito. Ale to z pewnością  była sprawka innego wujka. Martwiłem się o siebie. Niestety takie było prawo ulicy. Dbaj jedynie o siebie. Inni muszą żyć tak by przeżyć. Do jutra, do rana, do kolejnej libacji. Dbaj o to by mieć co jeść i gdzie spać. Prawie nie jadłem przez cały dzień a teraz pozbawiono mnie miejsca na sen. Ale gen przetrwania w tym miejscu, potrafi nieść nogi wbrew potrzebom umysłu.     Nie wiedzieć czemu stojąc tak pośrodku czerni zabójczej, nocnej przestrzeni, pomyślałem że na Olimpie będę bezpieczny. Bogów nie dotykano, nie odwiedzano. Mieli ciszę i spokój w swej sekretnej siedzibie. A ja chciałem tylko przetrwać noc. Udałem się w mrok dzielnicy. Cicho i bezszelestnie jak mały szczur, pragnący zobaczyć swych bogów.   O tej porze mogłem spodziewać się tego, że dziedziniec pubu i sam murek, będą już zupełnie opustoszałe. Dodatkowo było nieznośnie zimno a wiatr choć niezbyt mocny to jednak  pozostawiał na skórze lodowate uczucie cierpnięcia skóry. Nie miałem na sobie  kamizelki, swetra ani płaszczyka. Jedynie brudną i porozciąganą koszulę. Miałem jednak nadzieję, że bogowie będą nade mną czuwać  i nie pozwolą mi złapać zapalenia płuc. Jeśli oczywiście przybędą mi na ratunek.   Murek jawił się w ciemności  swą skarlałą wypukłością już z daleka. Wokół Olimpu było pusto. Pub był chyba zamknięty  a światło w nim zagaszono. Neon nie działał. Został rozbity już jakiś czas temu przez pijanych chuliganów w trakcie jednej z burd. Już miałem przeskoczyć przez murek  gdy nagle moje wyczulone ucho wyłapało w ciemności jakiś dźwięk. A było to donośne chrapanie,  dochodzące gdzieś na lewo ode mnie  ze zbitej grupki pokrzyw wyrastającej  wprost z kamienistego i krzywego podłoża fundamentu pubu.     Wdrapałem się na chropowaty murek  i spojrzałem uważnie w tym kierunku. Obok pokrzyw leżało  kilka pustych butelek po piwie  a w samym centrum jakaś wysoka sterta ubłoconych niemiłosiernie ubrań, z której to jednak dochodziło chrapanie. Wtedy zrozumiałem. Gdy bogowie odchodzą, Olimpu strzeże ich posłaniec. Cyklop?  Minotaur? Czy faun?  A może to utrudzony dzienną walką heros, któremu bogowie pozwalają odpoczywać  w ich ogrodach. Nie byłem herosem ani faunem. Ale miałem nadzieję że bogowie nie obrażą się na mnie, gdy doczekam tu świtu a przy okazji rozmówię się z ich strażnikiem.     Na paluszkach ruszyłem w stronę śpiącego. Błoto wokół śmierdziało  moczem, alkoholem i zgniłymi jajkami. To nie była ambrozja. A może właśnie nią była.  Strażnik też ohydnie cuchnął. Tak jak gdyby kąpał się w rynsztoku. Mdławy odór zatrutej rzeki był niczym  przy jego sklejonej brudem kapocie i spodniom na których zostało chyba więcej śladów resztek i błota niż właściwej tkaniny. Jedynie jego kapelusz  można by uznać za nie znoszony. Zakrył nim połowę twarzy, tak że jedynie długa, skołtuniona, siwa broda wystawała poza obręb cienia ronda. Leżał spokojnie na lewym boku i wychrapywał jakąś melodię a może pieśń o dawnych i współczesnych bogach Olimpu.    
    • Ady żarty, cytra żyda
    • @Leszek Piotr Laskowski   Poruszył mnie fragment o tym, że nawet ci z "biletem powrotnym" musieliby milczeć, bo nasz ziemski słownik jest zbyt ubogi na tamte wymiary. I ta samotność kogoś, kto widział i przeżył coś, czego my tutaj nie potrafimy nawet nazwać. Czy to jest spojrzenie z perspektywy kogoś, kto trzymał w ręku ten "bilet powrotny? "
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...