Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

kiedy stałam się na ziemi
Pan Bóg zrobił sobie drzemkę
i jeszcze się nie obudził
czterdzieści lat - to dla Niego moment

i tak jestem na tym świecie
bez porządku bez zamysłu
i tak jestem po omacku
kopiuję życie miliona innych żyć

ale kiedy się Pan Bóg już ocknie
i w popłochu spoglądnie na ziemię
dojrzy w tłumie błądzące samotnie
chaotyczne zdziwione istnienie

i poprosi mnie Pan Bóg do siebie
na prywatną rozmowę w dwa serca
poda rękę, otworzy mi oczy
zaprowadzi mnie prosto do nieba

potem wróci do siebie zdumiony
że umknęło coś Jego uwadze
wszystkich poznał - milionów miliony
tylko ja -
ni stąd ni zowąd

Opublikowano

ani schodzenie, ani rodzenie nie jest tożsame ze stawaniem się, a ja "stałam się na ziemi", niezaleznie od momentu narodzin.Pozdrawiam

Ps wciąż się staję, własciwie stawam ( choć to aspekt niedokonany archaiczny poniekąd)

Opublikowano

jak dla mnie to nie trafja:(

Może jak by

Jak się narodziłam,
Pan Bóg zrobił sobie drzemkę,
i jeszcze się nie obudził,
choć minęło 40lat.
Dla niego to nic,
dla mnie półł wieku
niebawem.
1sza,2ga,3cia zwrotka może być
chociaż 4y werset

Zaprowadzi mnie pod Niebo.

końcówka

Wszystkich może zbawi,
tylko nie wiem co ze mną,
bo jestem ni stąd
ni zowąd.

Może coś takiego.

Opublikowano

Z całym szacunkiem do młodości- Słońce!stokroć wolę swoją wersję.nie dziekuję za sugestię, bo sugestią dla mnie nie są. Jednakowoż , jak zwykle
dziekuję.

Opublikowano

Kaju! Lingwistyka, poetyka , semantyka z wszelkimi ich tajnikami- to trudne dziedziny i niepoznawalne do końca, ale watro próbować....(i nie pisać "jak dla mnie to nie trafia" - do mnie nie trafia ) Nie złość sie Slońce- tak prawdziwie dziękuję za odwiedziny.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...