Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Nazywałam go swoim bursztynkiem. Pamiętam jeszcze ten domek na drzewie nieopodal bloków, w których mieszkaliśmy: ja i mój bursztynek. Był moim przyjacielem z dzieciństwa, z sąsiedniej klatki schodowej, często odprowadzał mnie do domu, bo chodziliśmy do jednej szkoły i na przerwach często rozmawialiśmy, śmialiśmy się i żartowaliśmy. Kochałam swojego bursztynka. Mój bursztynek kochał także mnie. Wiem, że mnie kochał. Choć później mnie zdradził. No, ale zanim mnie zdradził, lubiliśmy chodzić we dwójkę do tego domku na drzewie i urządzać sobie zabawy dziecięce. Ja brałam taką specjalną tubkę z pastą, którą zabierałam z domu i smarowałam bursztynkowi plecy i całą twarz. Mój bursztynek Marek, bo miał na imię Marek, całą twarz miał umazaną w paście. Do dzisiaj pamiętam zapach tej pasty. Była miętowa, pachniała ostro. Jak żywica na drzewie albo jeszcze mocniej, jeszcze bardziej świeżo. Boże mój drogi, ale moi rodzice byli cierpliwi, jacy oni byli cierpliwi. Nie złościli się na mnie, że wracałam późno do domu i cała pachniałam pastą i nie byli na mnie źli, że w łazience brak było pasty i mój tatuś nic nie mówił tylko przytulał mnie i głaskał po włosach i on też nazywał mnie swoim bursztynkiem, bo dla mojego tatusia byłam najukochańszym bursztynkiem na świecie i to od tatusia przejęłam tę fantastyczną nazwę, którą używałam wobec osób, które najbardziej pokochałam i które odcisnęły w moim życiu trwały ślad. No a moja mamusia myła mnie potem całą z tej pasty i trochę się na mnie złościła, ale bardziej przez śmiech niż przez łzy. I kiedy moje dzieciństwo upłynęło pod znakiem zabaw w domku na drzewie w parku nieopodal i rozmów z moją najlepszą przyjaciółką Gosią, która nigdy nie ubierała sukienek, bo nie chciała czuć się gorsza od chłopców i zapachu pasty, którą potem zmywała ze mnie mamusia i uśmiechu mojego tatusia, który do dzisiaj mnie wzrusza gdy o nim pomyślę, no więc kiedy upłynęło całe to moje dzieciństwo, ani się nie obejrzałam, a poszłam do szkoły i zaczęłam powoli stawać się nastolatką. No, a mój bursztynek Marek dojrzewał wraz ze mną i myślę, że jeszcze bardziej go kochałam, a Marek także bardzo mnie kochał, bo robiłam się coraz ładniejsza. I wiem, że mój Mareczek to widział, bo w siódmej klasie chodziliśmy na kawę w tym naszym Ględzinie do bardzo eleganckiej kawiarenki, którą prowadził Tadek Borówa, bardzo znacząca i wytworna postać naszego miasta. I piliśmy kawę i Mareczek zamawiał specjalnie dla mnie ptysia z kremem i rozmawialiśmy, śmialiśmy się, żartowaliśmy i cała byłam w promieniach słonecznych i do szkoły chodziłam jak na skrzydłach, bo tam już czekał na mnie mój najukochańszy obok tatusia bursztynek świata, Mareczek. Myślę, że Pan Bóg bardzo się mną wtedy opiekował i bardzo mnie kochał i za nic w świecie nie chciał mnie skrzywdzić i dlatego dał mi mojego tatusia, który zawsze mnie chronił przed okropnościami tego świata. I do dzisiaj pamiętam jak tatuś mnie przytulił i powtarzał: no już bursztynku nic się nie stało, no nie płacz już, znajdzie się inny chłopiec, którego pokochasz, chłopcy tacy już są. A ja bardzo płakałam i tuliłam się w ramiona tatusia jak do jakiejś przytulnej norki, w której jest łóżeczko kołyszące moje ciało do snu w takt mojej ulubionej melodii zespołu nazareth: love hurts. No bo miłość naprawdę potrafi zranić, a Mareczek bardzo mnie zranił, bo pokochał inną dziewczynkę, której nienawidzę do dzisiaj. I kiedy Mareczek mnie opuścił, przestałam tak dużo jeść jak dawniej i chudłam w oczach i rodzice bardzo się o mnie martwili i tatuś załamywał ręce, a mamusia na mnie krzyczała, że wydziwiam i że powinnam wreszcie zacząć twardo stąpać po ziemi. A ja wiedziałam, że Pan Bóg wciąż na mnie patrzy i bardzo mnie kocha, tak samo jak mój tatuś i stopniowo zaczęłam przychodzić do siebie i zaczęłam więcej jeść i powoli zapominałam o Mareczku, choć całkiem o nim zapomnieć nie mogłam i ten mój bursztynek okazał się zwykłym gruzłem węgla i do dzisiaj czerni moją pamięć.



I powoli dobiegała końca szkoła podstawowa i zaczęły się przygotowania do egzaminu do liceum, a ja z moją przyjaciółką Gosią zawarłyśmy pakt przeciw chłopakom, że już nigdy żadnemu nie zaufamy i będziemy ich zwodzić i prowadzić za nos. I tamte wakacje, między zdanym egzaminem do liceum do klasy o profilu humanistycznym, a czasem, który pozostał do rozpoczęcia do szkoły i który czymś trzeba było wypełnić, były najpiękniejsze w całym moim życiu. Chodziłyśmy z Gosią na lody i gofry do kawiarenki Tadka Borówy i rozmawiałyśmy o Marku, że on wcale taki ładny jednak nie jest i przypatrywałyśmy się innym chłopcom siedzącym przy sąsiednich stolikach i puszczaliśmy do nich zalotne oczka i uśmieszki, a oni rumienili się i szybko wychodzili z kawiarenki, a my potem śmiałyśmy się naprawdę szczerze i perliście.
No a potem przyszedł czas liceum i to był taki dziwny czas, z którego nic nie rozumiem. Pani profesor na pierwszej lekcji polskiego kazała nam się przedstawić i powiedzieć parę słów o sobie, a ja się uśmiałam, kiedy Felek Gąska jak zwykle się wygłupiał, bo Felek Gąska chodził do tej samej szkoły co ja i strasznie tam rozrabiał, a później trafił do liceum, do tej samej klasy, którą i ja wybrałam. I w tej mojej, naszej klasie też bardzo rozrabiał i wygłupiał się i bił się z kolegami i w końcu go wyrzucili, bo złapali go kiedyś na paleniu trawki w damskiej ubikacji. I później wstał taki chłopiec, który miał na imię Marek i od razu zwróciłam na niego uwagę, bo miał na imię Marek, a obok niego siedział taki chłopiec, który miał twarz bardzo uduchowionego introwertyka. I kiedy Marek skończył się przedstawiać, wstał tamten chłopiec i użył jakiegoś trudnego wyrazu, a potem siadł jakby ten trudny wyraz był dla niego czymś bardzo zwyczajnym. Potem okazało się, że ten chłopiec ma na imię Błażej i jest bardzo mądry, bo na drugiej lekcji polskiego rozmawialiśmy o problemie czasu w literaturze i Błażej siedział z Markiem w jednej ławce, nic nie mówił, bacznie się przyglądał i przysłuchiwał innym uczniom, a jego wzrok był dojrzały i pełen spokoju. I kiedy nasza pani profesor od polskiego zapytała Błażeja co sądzi o tym czasie, Błażej spokojnie wstał i zaczął bardzo długo i pięknie opowiadać jak to z tym czasem jest, jaki ten czas jest, jaki on może być, jaki nie jest i że jest linearny i cykliczny i że inny w średniowieczu i inny w renesansie i co napisał o czasie Fryderyk Nietzsche i Artur Schopenhauer i co Budda uważał na temat czasu i jaki jest czas Chrystusowy i co to jest Paruzja i czym jest postmodernizm i czym kryzys wyobraźni współczesnej i że Bierdiajew ukochał wieki średnie, bo tam Pan Bóg był bliżej niż dzisiaj w sensie mistycznego doznania i że doznać epifanii dzisiaj jest bardzo trudno i podał przykład Miłosza i jego czasowych obsesji z tomiku „Nieobjęta ziemia”. I mówił jeszcze o innych rzeczach, których już dzisiaj nie pamiętam, a jego głos był bardzo spokojny jakby mówił o rzeczach najzwyczajniejszych na świecie, a przecież te rzeczy, które poruszał były tak ważne.
A potem Błażej siadł najzwyczajniej w świecie, a w klasie zapadła głęboka cisza, a potem rozległy się tłumione szepty i pomruki i nasza pani profesor od polskiego powiedziała, że ten materiał jest właściwy dla klas maturalnych i wątpi, żeby ktokolwiek rozumiał i znał zagadnienia, które Błażej poruszył poza nią samą i niektórymi, wybitnymi uczniami klasy czwartej o profilu humanistycznym. A ja długo nie mogłam otrząsnąć się z wrażenia po tej przemowie Błażeja i wracałam sama do domu i myślałam sobie o różnych rzeczach i nagle liść spadł z drzewa, a ja pomyślałam sobie, że życie ludzkie jest podobne do takiego liścia, który przez chwilę kołysze się na wietrze, aby później spaść na ziemię i zostać podeptanym przez ludzi, którym jest on obojętny. I ciągle miałam przed oczyma wyobraźni obraz mówiącego o czasie Błażeja i pomyślałam sobie, że to musi być bardzo mądry i interesujący chłopak i że chciałabym z nim porozmawiać.
No i na drugi dzień na lekcji fizyki, na której Błażej dostał jedynkę i pani profesor nazwała go żartownisiem, bo powiedział, że Wszechświat podobny jest do wielkiego obwarzana, którego nadgryzają archanielskie hufce, no więc po tej lekcji fizyki podeszłam do Błażeja i zapytałam się go, skąd on tyle wie.
Na to Błażej mi odpowiedział, że w zasadzie to on nie wie, skąd tyle wie i że interesuje się różnymi dziedzinami i najbliższe są mu filozofia i literatura i że kolejność w jakiej je wymienił jest nieprzypadkowa. No to ja mu powiedziałam, że pewnie czytał sobie w dzieciństwie encyklopedię, bo tak dużo wiedzieć, to jest naprawdę dziwne, a on się zaśmiał bardzo ładnym, dobrodusznym śmiechem i powiedział, że prędzej to oglądał programy edukacyjne i przyrodnicze na National Geographic. I wtedy ja się z kolei zaśmiałam i zrobiło się bardzo sympatycznie i Błażej zaproponował, że mi postawi kawę w bufecie na dole i że zdążymy ją jeszcze wypić, bo to w końcu była długa przerwa. I zeszliśmy na dół do bufetu i gadaliśmy tam bardzo długo i nie poszliśmy na matematykę, a że matematyka to była ostatnia lekcja, Błażej odprowadził mnie do domu. No i przez całe popołudnie odrabiając z tatusiem lekcje na technikę, ćwicząc się w meandrach pisma technicznego, przez cały ten czas myślałam o Błażeju, jaki to jest fajny chłopak i jaki do tego skromny. Ale nie fałszywą skromnością, tylko naturalną skromnością prawdziwego mędrca. A na drugi dzień, kiedy rano wstałam, kiedy tatuś mnie obudził i mamusia zrobiła mi kawę zbożową i płatki na mleku, byłam bardzo zadowolona i czułam jak wstępuje we mnie jakiś nowy duch. Bardzo chciało mi się żyć i kiedy poszłam po moją przyjaciółką Gośkę, którą miała do szkoły na tę samą godzinę co ja, opowiedziałam jej o Błażeju, a ona powiedziała, żebym uważała, bo ten mój Błażej może okazać się ohydnie zakochanym w sobie bufonem. Ale ja się zaśmiałam, bo wiedziałam lepiej kim jest Błażej i na pewno nie jest bufonem i jest bardzo skromny i mądry.
I miałam w Błażeju przyjaciela, a Błażej był ulubionym uczniem naszej pani profesor od polskiego i nasza pani profesor zaczęła mi się baczniej przyglądać i obdarzać mnie większym zainteresowaniem niż dotychczas, bo chyba ją zafrapowało, że Błażej się zainteresował mną i że tak razem się trzymamy. No, a potem trochę się zmartwiłam, bo Błażej zaczął się mną coraz bardziej interesować i coraz baczniej mi się przyglądał, a ja nie mogłem znieść tego jego spokojnego, mądrego spojrzenia, które z czasem zaczęło się coraz bardziej śmiać i promienieć na mój widok. I z jednej strony byłam bardzo szczęśliwa, bo Błażej bardzo mi się podobał jako chłopak, ale z drugiej strony nie mogłam się w nim zakochać i nazwać go swoim bursztynkiem, bo po tym co mi zrobił bursztynek Marek już nie mogłam nikogo nazwać swoim bursztynkiem i brzydziłam się tego słowa. Ale kiedyś poszliśmy na wagary do mojej dawnej szkoły podstawowej, opowiedziałam Błażejowi o Marku , a Błażej stał obok mnie i pilnie słuchał mojej opowieści i marszczył brwi i bacznie mi się przyglądał, a mnie się to bardzo podobało, bo wiem, że wyglądałam wtedy w swojej czerwonej kurteczce i w krótkiej sukience do kolan bardzo seksownie i wtedy coś we mnie pękło, ale do końca nie wiem, co to było. Bo później poszliśmy do liceum, do którego chodziła moja najlepsza przyjaciółka Gosia, aby ją odwiedzić i kiedy czekaliśmy na koniec lekcji i na dzwonek oparłam się nagle na ramieniu Błażeja, a on mnie przytulił i było mi bardzo ciepło i miło i poczułam wtedy, że ktoś się mną opiekuje i że Pan Bóg wciąż na mnie patrzy i mnie bardzo kocha. I tak trwaliśmy długo w tym uścisku, ale Błażej mnie nie pocałował, a ja chyba chciałam, żeby Błażej mnie pocałował w usta, ale Błażej pocałował mnie za to w policzek, a ja popatrzyłam w jego oczy i pierwszy raz zobaczyłam w nich mgłę, której nigdy nie widziałam i trochę się tego przestraszyłam, a trochę byłam zafascynowana i wtedy Błażej mocniej mnie do siebie przytulił i pocałował mnie w usta. I tak trwaliśmy zjednoczeni, objęci i całujący się i było mi jeszcze bardziej ciepło, ale trochę drżałam i nie byłam pewna, co się wydarzy, ale nie zależało mi tak bardzo na tym i chciałam, żeby ta chwila trwała bardzo długo i miałam wrażenie, że Błażej myśli w ten sposób co ja. I wtedy usłyszałam w swojej głowie melodię zespołu nazareth: love hurts i pomyślałam, że Błażej może stać się moim nowym bursztynkiem. A potem zabrzęczał dzwonek i Błażej zwolnił swój uścisk i przestał mnie całować i wtedy przywitaliśmy jak gdyby nic moją przyjaciółkę Gosię, która bardzo nieufnie przyglądała się Błażejowi i była dla niego bardzo opryskliwa.
Ale mnie się wydawało, że Błażej bardzo polubił moją przyjaciółkę Gosię i że trochę się z nią przekomarzał, a Gosia jakby się z tego uśmiechała, ale nie chciała dawać tego po sobie poznać i robiła groźną minę. No a potem wszyscy w trójkę poszliśmy do domu i Błażej został u mnie na obiedzie i Gosia też i śmialiśmy się i żartowaliśmy i było zupełnie tak jak w domku na drzewie z Mareczkiem, kiedy byłam cała w paście miętowej.
Odtąd nazywałam Błażeja swoim bursztynkiem i nie kryłam się z tym w klasie i chłopcy trochę się z Błażeja naśmiewali i śpiewali mu na przerwach: „bursztynek bursztynek znalazłam go na plaży, bursztynek słoooońce marzeń”. I było bardzo wesoło, bo Błażej wcale się tymi docinkami nie smucił tylko wtórował chłopcom w ich żartach i figlach i zawstydzał ich tym, że tak umie się z siebie śmiać. I ja byłam też bardzo szczęśliwa i cała byłam w promieniach i anielskich skrzydłach, ale czasem bolała mnie głowa i kręciło mi się w głowie i miałam taki dziwny zamęt i nie wiedziałam, co to jest. I jedzenie z czasem sprawiało mi coraz większą trudność i nie mogłam przełykać, bo zaraz to, co zjadłam, zwracałam i czułam, że coraz mniej kocham mojego bursztynka Błażeja. Cała byłam skoncentrowana na swoim bólu i cierpieniu, profesorowie coraz bardziej mnie denerwowali i czułam się coraz gorsza, wybrakowana i unikałam Błażeja, a Błażej stopniowo się ode mnie odsuwał, choć nadal codziennie odprowadzał mnie do domu. I kiedyś opowiedziałam Błażejowi, że prawie nic nie mogę jeść, bo wszystko zwracam i że wyrzucam kanapki, które zrobiła mi mama do kosza na śmieci, a Błażej bacznie mi się przyglądał i widziałam że jest bardzo smutny i bezradny. A kiedy usiedliśmy na ławce na skwerku, powiedziałam Błażejowi, że najchętniej chciałabym zasnąć i już nigdy się nie obudzić i że to byłaby najwspanialsza rzecz jaka mogłaby mi się w moim opłakanym stanie przydarzyć.
I myślę, że wtedy Pan Bóg, który zawsze na mnie patrzył i zawsze bardzo mnie kochał, spojrzał i tym razem na mnie z miłością i wysłuchał mojej prośby. Bo niewiele później umarłam, w trzeciej klasie liceum, kiedy miałam siedemnaście lat. Umarłam na raka mózgu, wcześniej byłam w śpiączce, do naszej katedry w Ględzinie chodziła modlić się cała klasa o to, abym się obudziła. Błażej był wtedy bardzo smutny i nie bardzo wiedział co się z nim dzieje. A pewnego dnia, kiedy gruchnęła wieść, że nie żyję, Błażej już całkiem stracił orientację i zaczął coraz bardziej pogrążać się w sobie.
Najbardziej jednak żal mi mojego tatusia, który łkał na pogrzebie, a po jego potężnym, siwym wąsie ciekła gęsta strużka łez i mojej mamusi, która nie chciała mnie oddać ziemi i mojej siostry, która kuliła się z płaczu i mojego dawnego bursztynka Mareczka, który stał z boku i łkał tak jak mój tatuś, moja mamusia i moja siostra. A mój drugi bursztynek Błażej stał blisko trumny, cisnął z kamienną twarzą białą różę, ale jego twarz nie była już tak spokojna jak dawniej, ale pełna bólu, niezgody i skrywanego przerażenia. Przypominał sobie wszystkie piękne chwile, które razem przeżyliśmy. Kiedy przychodził pijany do szkolnej szatni wraz z kolegami, dowcipkował i przymilał się do mnie, albo kiedy mi opowiadał jak jego wiersze docenił pewien pan doktor od literatury współczesnej, albo kiedy siedzieliśmy razem w parku i Błażej był pijany i powiedział o łabędziach: zobacz jak one pięknie pływają w tym ograniczeniu. Albo kiedy na dyskotece wypalił całą paczkę papierosów i opowiadał wszystkim swoim kolegom o mnie i nie bał się niektórych kolegów, choć wyglądali groźnie i nosili łańcuchy na nagiej piersi. No, ale Błażej spodobał się chyba tym kolegom, bo powiedzieli mu: słuchaj, to musi być zajebista laska skoro o niej tyle pierdolisz.
Wiem to, bo zamieszkałam w myślach i wyobraźni mojego bursztynka Błażeja, mieszkam teraz w myślach wszystkich bursztynków, które na mojej drodze życie odcisnęły trwały ślad i piętno.



Znam na wylot myśli mojego tatusia, który ciągle w środku łka, mojej mamusi, która do dzisiaj wypłakuje się w chusteczki odwiedzając mój pokój, mojej siostry, w której zamieszkał mój cień, mojej przyjaciółki Gosi, która teraz chodzi w sukienkach i umawia się z wieloma facetami i wielu ją zdradziło i wielu nią gardzi i jeszcze nie znalazł się taki, który by ją naprawdę docenił i pokochał. Znam myśli mojego dawnego bursztynka Mareczka, który teraz
ciągle chodzi na dyskoteki i umawia się z coraz to nowymi dziewczętami i jest bardzo nieszczęśliwy i pusty. I znam na wylot myśli mojego drugiego bursztynka Błażeja, którego wzrok po mojej śmierci bardzo się zmącił i przestał na świat patrzeć spokojnie, mądrze i jasno. Znam ich wszystkie myśli na wylot i jestem bardzo szczęśliwa w mojej trumience i w moim nieustającym śnie i wiem, że Pan Bóg bardzo mnie kocha, ciągle nade mną czuwa i patrzy na mnie. I czasem nawiedzam sny moich bursztynków, daję im natchnienie i siłę do dalszych działań, do dalszego życia, a oni wstają rano jakby pokrzepieni, jakby usiadły w ich sercach promienie słoneczne i pędzą jak na skrzydłach każdy do swojej szkoły, każdy do swojego bursztynka.

  • 2 tygodnie później...
Opublikowano

[url]liryki.pl/[/url]

[url]objawienia.pl/[/url]

przyznam że początek wskazuje że będzie przegadany, może przeczytam jak będę miał czas...

kim on był? młodszy kolega z podwórka?

pozdrawiam ciepło i zapraszam do powyższych linków, na pierwszym znajdziesz Marię Magdalenę

  • 1 rok później...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Poezja to życie Różowe okulary w błąd wprowadzają fałszywy obraz dają .   Ona jest jedyna, jak każda dziewczyna  ... Pozdrawiam serdecznie Miłego popołudnia 
    • ... albo znacie - film "Outlander"? We wyreżyserowanej w 2008 roku przez Howarda McCain'a historii, opartej na scenariuszu napisanym wspólnie z Dirk'iem Blackman'em, najważniejsze są trzy osoby: Kainan, Freya i Eric. Imię pierwszej, zagranej przez Jim'a Caviezel'a, łatwo skojarzyć z nazwiskiem reżysera; Imię drugiej, kreowanej przez Sophia'ę Myles jest tożsame z nordycką boginią miłości, płodności, wojny i magii. Wreszcie Eric: zdawałoby się imię jak imię, wybrane jednak celowo, chociaż ta właśnie filmowa postać jest chłopcem - pochodząc bowiem z języka staronordyckiego, oznacza "wiecznego władcę" lub kogoś "zawsze potężnego".    Powtórzę: zdawałoby się historia jak historia, napisana i nakręcona, by dać zarobić wszystkim zaangażowanym w jej powstanie. Jest jednak głębszą, niż może wydawać się na - czy też po - pierwsze obejrzenie. Oto kosmita z planety, której nazwa nie zostaje w filmie wymieniona, wraz z towarzyszami atakuje ziemię zamieszkałą przez drapieżniki zwane Morwenami, zabija je ogniem z nieba (patrz zdanie z filmu) i niszczy ich świat dla własnej korzyści. Dokładniej celem zyskania ziemi, albo - by nawiązać do obecnie trwających w naszym świecie wydarzeń, że tak je łagodnie nazwę, a zarazem do tychże sprzed lat kilkudziesięciu - budowy wielkiego państwa lub zyskania narodowej przestrzeni. Przypomina ona - historia owa - z pewnością tę przedstawioną przez James'a Cameron'a w "Awatar'ze". Przypomina - niestety także,  określenie "nie tylko" jako astosowne jest nie na miejscu - wspomniane uprzednio wydarzenia.     Jakże to ludzka historia i jakże ludzki punkt widzenia - rzecz oczywista, reprezentowany przez osoby niskoenergetyczne: wpaść na pomysł zagarnięcia cudzej przestrzeni i urzeczywistnić go ze świadomością mordowania mieszkańców tejże przestrzeni, przy czym w żadnym stopniu przejmując się ową świadomością. O zabijanych nie mówiąc: to konieczność. Istotne, że chcemy tego właśnie my. Nam wolno.     Oczywiście jest to opowieść i ludzka: Cainan - pora teraz na następne skojarzenie, z Conanem Barbarzyńcą mianowicie, bynajmniej tylko imienne - zakochuje się we Frey'i. Czy trzeba dodawać, że z wzajemnością? Nie trzeba, prawda? W przeciwnym razie nie byłoby historii bądź istniejąca w ten sposób, w zbyt małym stopniu gwarantując oczekiwaną oglądalność niezbyt przypadłaby ona widzom do umysłów. Nadmieniony zaś wcześniej Eryk zostaje usynowiony. Scenariuszowe te fakty ujmuje jedno z końcowych zdań: "Wziął sobie żonę i chłopca, którego usynowił".     Jest w "Outlander'ze" - zaznaczę tu, że znacznie bardziej podoba mi się tłumaczenie "Inoziemiec", będące wcale na równi z "Cudzoziemcem" - jeszcze jeden wątek. Celowo posadowiony na końcu filmu , moim zdaniem właśnie dla zwrócenia nań stosownej uwagi. Oto główna bohaterka - że to ona, wskazuje brzmienie głosu - wypowiada zdanie: "Kainana przysłali bogowie". Nie tyle chodzi o to, iż nie odpowiada to tegożfilmowej prawdzie - Kainan wszak opowiedział Freyi o sobie, skąd pochodzi - ile o pochodzeniowe związki nas ludzi z istotami z innych światów. Na co wyraźnie wskazują sumeryjskie historie o Anunnaki, opowieści Dogonów, legendy Kaczynów czy - wraz z innymi mitologiami i panteonami od Wschodu do Zachodu, zwłaszcza hinduistycznym - ta nordycka dawnych Skandynawów. Podobieństwa działań bogów, jak ich w owych mitach rozmaitych ludów nazywano, z poczynaniami starotestamentalnych Nefilim są uderzające. Z przekąsem wspomnę czasem zdarzający się brak kobiecej wiary w męskie słowa, co akurat w przypadku Freyi miało miejsce. Ale może była to kwestia jej interpretacji, dodania sobie wartości, że wiąże się uczuciowo i małżeńsko z bogiem. A może Kainan, nie dopytany, nie powiedział jej wszystkiego? Może i jemu było miło zostać uznanym za boga?    Inoziemiec. Outlander. "Cudzoziemiec", jak główny bohater jest określany do chwili przyjęcia do wikińskiej społeczności, stanowiącej podstawę i tło akcji, nim zaczęli oni zwracać się do niego po imieniu. Patrząc na obecny świat i spoglądając na jego historię - przy założeniu, że ta prezentowana w oficjalnej nauce jest prawdziwa w sferze stoczonych bitew i wojen - trudno nie zadać pytania, jak wiele w Ziemioludziach - Ziemianach - owego "Ino". "Out". "Cudzo".     "Czyńcie sobie Ziemię poddaną"? Stworzeni "na obraz i podobieństwo"? Hm. Czy stan świata, wynikający ze wymienionego w uprzednim zdaniu stworzenia "na obraz i podobieństwo" nie świadczy dobitnie o niskiej energii zbyt wielu tuziemców?     Autor niniejszego opowiadania miewa czasem następującą myśl. Jeżeli ci, którzy do tej pory śpią, nie obudzą się lub nie zechcą wejść do grona czy może już nawet społeczności Przebudzonych czy Świadomych, to kto wie, czy Ziemia, świadoma istota - Gaia,  jak nazywali ją starożytni Grecy - nie czeka już, aby oddzielić ich dusze od sfery fizycznej? Wiedząc, że bez nich będzie jaśniejszą i o wiele bardziej pozytywną energetycznie przestrzenią? Samowymieniony na początku tegoż akapitu Autor bynajmniej zdziwiłby się, jeśli dla wielu byłby to przedostatni - a może nawet ostatni - tak zwany Wielki Piątek.      Kartuzy, 3. Kwietnia 2026
    • @Jacek_Suchowicz I żyli długo i szczęśliwie…. Na Twoje zakończenia zawsze można liczyć.

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      Pozdrawiam serdecznie. I Wesołych Świąt.
    • @Stukacz

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Wydzierał się i wydzierał, albowiem chciał swoje, czyli to co jego, tak, co jego właśnie, wydrzeć watasze zasępionych wilków, zwanych „północnymi”. I wydziergał w tym celu hasło w niewiele znaczącym i dość obojętnie oraz w gruncie rzeczy lakonicznie prowadzącym się zeszycie formatu A5. Wydarł kiedyś z niego kartkę, na którą z czasem i embarrasem wdarła się ważna treść.      Warszawa – Stegny, 03.04.2026r.  
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...