Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

„Szybciej, szybciej. Gaz do dechy, Andre! Gaz do dechy!”
Wyjechała z poślizgiem za zakrętu, wymijając dwa pierwsze ścigacze. Ich kierowcy posłali za nią potok przekleństw. Może coś jeszcze, bo mocno szarpnęło za tylni zderzak, a znad blachy uniosła się wątła nić dymu.
-Pocałujcie mnie, frajerzy!- krzyknęła, nie zmniejszając nacisku nogi na gazie. Meta była tuż tuż. Kolorowy tłum wiwatował, zbierano już dziesięć tysięcy patoli, które z chęcią właduje w nowy silnik…
Pojazd strażników pojawił się niespodziewanie na drodze z takim rumorem i hukiem, że nie było osoby, która nie zatkała sobie uszu. Z głośnika dobiegł głos stróża, który uprzejmie poprosił o zachowanie spokoju i wyciagnięcie dokumentów. Jak jeden mąż, ciżba złożona z istot wszelkiego pochodzenia umknęła we wszystkie strony, niezbyt skutecznie unikając czających się zewsząd strażników.
Andre szarpnięciem poderwała maszynę, przeleciała nad dachem pojazdu strażników. Zahaczyła syrenę podwoziem kapsuły, poleciał deszcz iskier. Nie zwolniła. Świat wciąż wydawał się kolorową, rozmazaną plamą, pełną ruchów i dźwięków. Do momentu…
Coś z trzaskiem opadło na tył ścigacza. Odwróciła głowę, aby spojrzeć wprost na małą, zaciśniętą piąstkę. „To nic” pomyślał, kiedy ręka nieubłaganie zbliżała się do jej nosa. Poleciała do tyłu, uderzyła plecami w ster, przed oczami zatańczyły kolory wszystkich konsoli kokpitu. Automatycznie sięgnęła ręką do ust. Na zszarzałym materiale rękawicy zobaczyła czerwoną smugę.
-Kurwa- mruknęła, kiedy drobna sylwetka gramoliła się obok. „To mój ścigacz” pomyślała, szukając za plecami steru. „Nie pozwolę, żeby dotykało go jakieś gówno z Ekumeny!”
Skręciła gwałtownie, modląc się w duchu, żeby nie trafić w barierkę lub skałę. Postać kurczowo uchwyciła się fotela, zamachała nogami w powietrzu.
-Ha!- zawołała dziewczyna, odwracając się i ujmując pewnie ster. –Tego się nie spodziewałeś, co?
Skupiła się na prowadzeniu, zwiększając prędkość maksymalnie, chociaż kontrolki piskliwie oznajmiły krytyczny poziom paliwa i nafty w bakach. Swąd spalin i błękitny strumień energii płynący z turbin silnika był jednak równy, a drobne płatki sadzy wirowały wokół głowy Andre, pozostawiając na policzkach ciemne smugi.
-Zobaczymy, na co cię stać, stateczku!- W tym samym momencie coś opadło na jej szyję, zacisnęło się gwałtownie i pociągnęło ją w górę. Ostatkiem sił zahaczyła stopami o ster, unikając tym samym zsunięcia z nierównej blachy pokrywającej statek. Strażnik miał mniej szczęścia. Zawisł pomiędzy maszyną, a pędzącą w niewiarygodnym tempie ziemią, z ogniem silników po obu stronach, nogami sparaliżowanymi przez strumień elektromagnetycznego złącza napędu. Jedynym ratunkiem okazała się szyja Andre.
-Puszczaj…!- wysyczała dziewczyna, zaciskając obie dłonie na ramieniu i usilnie starając się pozbyć niewygodnego ciężaru. Traciła już dech, a przed oczami zaczęły pokazywać się czerwone plamki. „Więc właśnie tak umierający trzyma się życia” pomyślała mgliście, bo druga dłoń strażnika starała zaczepić się o jaką kolwiek część jej ciała, aby nie spaść ze ścigacza.
Tracąc świadomość ostatkiem woli szarpnęła za ster. Pojazd przechylił się w dół, trąc lewym silnikiem po nierównej, kamienistej powierzchni toru. Strażnik kwiknął, desperacko wczepiając palce pod pachę Andre. Nie widziała, jak połączenia lewego silnika pękają, a płonąca część uderza w wiszące na krawędzi nogi. Strażnik wrzasnął przeraźliwie, kiedy silnik oderwał kończyny, rozluźnił uchwyt. Dziób kapsuły uderzył w ścianę kanionu, dwa bezwładne ciała zostały rzucone na skały. Andre zwaliła się bezwładnie na pył i żwir, bez protestów przyjmując słodką, zimną ciemność.

***
Światełko kołysało się miarowo. Po chwili zakrył ją jakiś zimny, nieprzyjemny cień. Kiedy mrok zniknął, promyk odszedł razem z nim. Andre żałowała tego blasku. Żałowała, że musi się obudzić.
Natychmiast zaczął dokuczać jej ból głowy, strzykanie w kręgosłupie, metaliczny smak w otwartych ustach. Było jej zimno, pełny pęcherz boleśnie dawał o sobie znać. Jarzeniówka nad jej głową mrugała złośliwie, wydając przy tym cichy, elektryczny pomruk. Naprzeciwko siedział jakiś ćpun o wielkich, szklistych oczach i śladach po igłach na chudych, żylastych ramionach. Kołysał się leciutko w przód i w tył, a z otwartych ust zwisała mu strużka śliny. Nadgarstki mężczyzny skuwały kajdanki, połączone z obrożą na szyi, utrzymując go jednocześnie w jednej, zgarbionej pozycji. Drugi komplet kajdanek przytrzymywał jego stopy przy wąziutkiej ławeczce i łączył się z więzami sąsiada. Dookoła śmierdziało uryną i potem. Delikatne szturchnięcie w ramię kazało jej odwrócić głowę.
-Cii!- Nakazał jej głos, kiedy prawie krzyknęła z bólu, za mocno przekręcając szyję. –Bo przyjdą… Niech nie przychodzą.
Klonerka odwróciła w jej stronę wielkie, czarne, oczy, uśmiechnęła się słabo. Andre drgnęła, zdając sobie sprawę, że mimo swojego niemałego wzrostu, kobieta patrzy na nią z góry. Rdzenna mieszkanka małej planety Kamino zgięła metrową szyję na tyle, na ile pozwalała to opasającą ją obroża.
-Chcesz?- Wyciągnęła w stronę dziewczyny dyskretnie dłoń. Między dwoma długimi, zielonkawymi palcami tkwił kawałek drucika. Kiedy jednak Andre sięgnęła po przedmiot, gwałtownie zamknęła dłoń.
-A! Nic za darmo!
Andre zesztywniała, patrząc w czarne, skośne oczy.
-Nie słuchaj jej!- Dobiegł ją z boku szept. Odwróciła się do drugiej sąsiadki. Zaskoczył ją widok włochatej hrrubianki. Kocica uśmiechnęła się, zastrzygła szpiczastymi uszami, które wystawały z burzy gęstych, ciemnych włosów.
-Nie słuchaj jej- powtórzyła, a jej żółte oczy zatańczyły. –Próbuje nabrać każdego. To tylko jakaś spinka czy coś. Złamie się, jak tylko spróbujesz go zgiąć.
Andre patrzyła zafascynowana na dziewczynę, która uśmiechała się coraz szerzej, ukazując długie, białe zęby i koniec różowego języka.
-Jestem Grywe Khar Terru. Ale możesz mi mówić Gry.
-Andre- przedstawiła się nieśmiało. Po chwili wahania zapytała: -Czy to statek Ekumeny?
Długie wąsy otaczające płaski nos Gry zadrgały.
-Taaak- powiedziała, próbując się przeciągnąć. Jak wszyscy hrrubańczycy była wysoka, pod miękkim, krótkim futrem poruszały się mocne, wyćwiczone mięśnie wojowniczki. Jej ramiona, jak na ludzkie standardy, były mocno wysunięte do przodu i jakby skulone, co świadczyło o przystosowaniu tego gatunku do poruszania się także na czworaka. Andre nie musiała widzieć jej na stojąco. Kocica miała wysunięte do przodu kolana i, jak z doświadczenia sadziła dziewczyna, od miednicy w dół mocno pochylała się do przodu.
-Wiozą nas do Doliny Niklowej- widząc zdumione spojrzenie Andre, dodała: -Wpadłaś pierwszy raz, co? Co to było? Narkotyki? Nielegalny handel?- Skinęła w stronę obrażonej klonerki. –Ta dorabiała części na wymianę.
-Części na wymianę?- powtórzyła dziewczyna, czując, że znów zaczyna zapadać w sen.
-No wiesz, robią klona, kroją go i dają ci, na przykład, szpik, zgodny z twoim, który przedłuży egzystencje o jakieś dziesięć, piętnaście lat.
Andre pobladła, jednocześnie mocniej przysuwając się do ciepłego, włochatego uda Gry.
-Ścigałam się- wymamrotała, próbując sobie przypomnieć, co się stało po tym, jak strażnik omal jej nie udusił. Odruchowo sięgnęła dłonią ku szyi, ale kajdanki uniemożliwiły ten ruch.
-Ja rabowałam porty.- Błysnęła kłami, aż dziewczynę przeszedł nieprzyjemny dreszcz. –Ale dobra passa minęła, jak widać.- Skinęła w stronę narkomana siedzącego przed Andre. –Ten zasiekał strażników. W dolinie wsadzą go do kopalni i nigdy nie zobaczy słońca.- Pod warstwą futra mina wyraźnie jej zrzedła. –My pewnie też nie…
Obraz rozmazał się całkowicie. Andre usnęła, otoczona kojącą miękkością ciemności.

***
-Pobudka!- Dziewczyna, gwałtownie szarpnięta za ramię, uniosła oczy. Gry kiwnęła głową w przeciwnym kierunku, wskazując na kilkunastu strażników, którzy szybko zbliżali się w ich stronę. Każdy ubrany był w ciężki, granatowy skafander. Na wysokości serc widniała złota podobizna ptaka roka, szlachetnego stworzenia, występującego w mitologii wielu światów. Symbol Ekumena obrała za swój emblemat jakieś pięć, sześć lat temu. Andre marzyła, żeby organizacja przeszła do legend tak, jak rok.
-Co się dzieje?- spytała szeptem hrrubiankę, kiedy jeden ze strażników przeszedł obok nich.
-Wysiadka- mruknęła Gry. Niespodziewanie łańcuchy zostały poderwane- pierwsza osoba wstała, pociągając cały rząd do góry. Andre mimowolnie jęknęła. Po wielu godzinach w jednej pozycji ledwo trzymała się na nogach. Ruszyli na znak strażnika, drobiąc, bowiem łańcuchy nie pozwalały na nic innego. Luk statku rozsunął się ze zgrzytem i więźniów poraziło białe, słoneczne światło, tak inne w porównaniu z miganiem jarzeniówek. Wyszli na wydeptany plac, na którym czekał kolejny oddział „niebieściuchów”. Andre dopiero teraz mogła zobaczyć, jak wiele osób przewoził statek. Zdołała nawet odwrócić szyję na tyle, żeby przyjrzeć się maszynie. Był to przestarzały model handlowego transportowca, przerobiony tak, żeby można było zapakować do niego ludzi. „No tak” pomyślała, krocząc za chudymi plecami klonerki „Ekumena jak zwykle oszczędza”.
Nie, żeby nie słyszała o Dolinie Niklowej. Między pilotami nie krążyła o niej jakaś szczególnie ciekawa opowieść, a te, które znała, okazały się mocno przesadzone. Andre, wychowana na górzystym Malaster, przeżyła rozczarowanie. Nie było doliny, ale wielka, pomarańczowa dziura w samym środku porośniętej twardą trawą równiny, otoczona wysoką siatką i kopułą mieniącego się błękitnie pola siłowego. Z oddali dostrzegła szyby kopalniane, kilkanaście ciemnych baraków, pewnie o wiele lepiej zabezpieczonych niż teren Doliny. Ze skały wyrastał srebrny budynek stróżówki i kilka mniejszych wokół niego, zajmowanych pewnie przez niebieściuchów. Przed więźniami nie otworzono żadnej bramy, jedynie rzędami wepchnięto ich do sporej windy towarowej o otwartej kapsule, która zakołysała się i drżąc ruszyła w dół. Andre, korzystając z chwili, liczyła budynki i starała się jak najlepiej zapamiętać ich położenie. Nie miała zamiaru zostać tu długo.
-Wysiadać!- Wypchnięci z windy, zatoczyli się. Ktoś się przewrócił, pociągając za sobą innych. Strażnik o obwisłych policzkach spokojnie czekał, aż wszyscy się podniosą, starając się zachować resztkę godności.
-Baraki kobiet na prawo, mężczyzn na lewo. Zobaczę któregoś po nieodpowiedniej stronie, a może zapomnieć, że jest jeszcze jakiś świat poza Doliną!- przerwał, przesunął pogardliwym wzrokiem po tłumie. –Dla was, szelmy, jest tylko tu i teraz!
Kolejne chwile były jak sen. Lub raczej koszmar, bo Andre wciąż wbijała paznokcie w przedramię, usiłując się obudzić. Grupa została rozdzielona na górników, mechaników i kucharzy.
-Ci to się mają dobrze- mruknęła do Gry, kiedy obie wysłano do maszynowni.
-Kto?
-Kucharze. Przynajmniej się nie umęczą… I pewnie mają większą porcję jedzenia.- Na te słowa z brzucha dziewczyny wydobyło się ciche burczenie, niczym pomruk aprobaty. Kocica spojrzała na nią niepewnie. Później jej wzrok przeniosło się na budynek jadalni, z którego dachu wyrastały trzy kominy.
-Pewnie widzą, co wpada do garnka- mruknęła, stawiając długie, sprężyste kroki. –Chociaż ja mając taką wiedzę straciłabym już apetyt.
-Przecież musimy coś jeść- zaprotestowała cicho Andre. Zamilkły, wchodząc wraz z innymi „szczęśliwymi wybrańcami” do maszynowni.
„Jak w domu” pomyślała natychmiast dziewczyna, zagłębiając się w ciepły, ciemny labirynt rur i przewodów. Po obu stronach poruszały się jakieś turbiny, usmolone twarze więźniów dodających węgiel do ogromny pieców odwróciły się w ich stronę. Błysnęły białe zęby, kiedy Gry przeszła obok, a za nią poruszał się zmysłowo długi, miękki ogon. Andre śledziła ten mały drobiazg, zastanawiając się, ile by mogła zdziałać z takim dodatkiem.
Grupie wyszedł naprzeciw główny mechanik, natychmiast rozdzielając pracę.
-Czy zna się ktoś na mechanice?- warknął, bo większość robotników, jacy mu się trafiali, zwyczajnie nie miała siły, żeby pracować w kopalni lub charakteru, aby pomagać w kuchni. Tym większe było jego zdumienie, gdy wśród tłumu pomrukujących ktoś uniósł rękę.
-Ja się znam!- Usłyszał.
-Nazwisko?
-Andre…
Przez chwilę przeglądał dokumenty. Druga para rąk spoczywała oparta na biodrach.
-Pani X- uśmiechnął się, kiedy dziewczyna przedarła się do przodu. Byłą dość wysoka, wydawała się silna.
-Dobra! Wy tam, do kotłów! Wy do młotów. Pani X za mną.- Kątem oka dostrzegł, jak dziewczyna puszcza perskie oko do zgnębionej hrrubianki. Czując podstęp, zatrzymał dziewczynę w przedsionku, przed schodami prowadzącymi do sterowni. Pociągnął łyk z menażki zapiętej przy szerokim pasie i zwrócił się do nowej. Co prawda była pilotem, ale to o niczym nie świadczyło.
-Jedno pytanie, panienko.- Nachylił się nad nią. –Jaki silnik pasuje do Nubianu 460? 26 czy 2?
Widział, jak jej brwi unoszą się do góry. Z radością oczekiwał złej odpowiedzi, niecelnego strzału.
-Żaden- powiedziała, nie mrugając nawet powieką. –Silnik z butelki z perłowym tokajem?- Stuknęła paznokciem w menażkę. Mechanik stał przez chwilę zaskoczony. Potem roześmiał się tak głośno, że wielu odwróciło się w ich stronę.
-Może będzie z ciebie jakiś pożytek.- Błysnął drobnymi zębami. –Znasz się na czymś konkretnym?
-Na ścigaczach- powiedziała szybko i natychmiast umilkła. Zauważył zmieszanie na jej twarzy.
-Dobra, dobra… Od dzisiaj mów mi Her Majster Zoren. Zajmiesz się montażem. Później- mrugnął do niej – kiedy już zobaczę, co z ciebie za mechanik, może załatwię ci posadkę w warsztacie.
Skinęła ostrożnie głową, pewna, że będzie od niej chciał czegoś w zamian za tą obietnicę. Odprawił ją machnięciem dwóch prawych dłoni. „Tyle tu dzieciaków” pomyślał, odprowadzając ją wzrokiem. „Niedługo będą przywozić niemowlęta, albo baby w ciąży!”

***
-Nienawidzę tego miejsca- warknęła Gry, wyciągając się na swoim sienniku i wylizując ciało. Andre odwróciła się do niej plecami. Mogła znieść wszystko. Kłaki sierści na ubraniu, włosy w zupie, ciepło ciała kocicy w duszne noce. Jednakże patrzenie, jak ktoś liże sobie… Nie, wolała nawet o tym nie myśleć!
-Umrzemy tutaj!- zamruczała hrrubianka, wypluwając kłąb sierści. Andre uniosła oczy znad swojej pracy. Kilka tygodni temu faktycznie pierwszą rzeczą, którą chciała zrobić, to uciec. Ale teraz? Co prawda karmili marnie i wciąż tym samym, ale praca z Zorenem miała ten plus, ze zajmowała cały dzień, a Andre dostawało się co nieco z szefowskiego talerza.
-Ja nie ucieknę- odpowiedziała cicho. Rozmawiały już o tym. Praca Gry byłą na pewno cięższa niż jej. Kocica musiała dodawać bez pomocy łopaty bryły węgla do ogromnych piec zasilających turbiny. Te zaś były odpowiedzialne za ciepło, paliwo i wodę w całej Dolinie. Zasilały także specjalny obszar do topienia wydobywanych minerałów lub przeróbki starych części na nowe. Praca była ciężka, ale można było przecież trafić do kopalni. Jak Andre szybko się przekonała, grupy zjeżdżające w szybach nigdy już nie wyjeżdżały na zewnątrz, chyba, że w drewnianych trumnach.
-Mam osmalone całe futro- poskarżyła się Gry, patrząc złowrogo na dziewczynę. Rozdrażniona Andre jak zwykle straciła kontrolę nad własnym językiem:
-Trzeba było nie rabować portów!
Obie zastygły w bezruchu, a słowa wisiały nad nimi niczym burza.
-Ach tak?- Głos Gry zmienił się w złowrogi syk. „Trzepnie mnie” pomyślała natychmiast Andre, nieświadomie kuląc ramiona. „Zaraz rozpłata mnie tymi swoimi pazurami.”
Gry poderwała się gwałtownie, pod skąpą tuniką dziewczyna zobaczyła najeżone włosy.
-Co możesz o tym wiedzieć, pilocie od siedmiu boleści?- Teraz wstała także Andre. Co jak co, ale jej umiejętności nie powinno się poddawać wątpliwością.
-Idź do swojego Her majstra, skręcaj te swoje rurki i śrubki!- Kocica mocno kopnęła pozostawiony przez dziewczynę przedmiot. Andre rzuciła się w stronę małego silniczka.
-Zwar…Zwariowałaś?!- zawołała, przytulając do piersi urządzenie. –To silnik maszyny rolniczej! Za rok mogę z tego zrobić prawdziwy ścigacz albo…
-Albo wrzucę ci to do trumny!- prychnęła pogardliwie Gry. –Nie chce tutaj gnić aż tak długo!
Andre zastygła na chwilę w bezruchu. Potem wróciła na swój siennik. Chwyciła za ukryty pod jaśkiem złamany śrubokręt i zaczęła z pasją grzebać przy turbinie silniczka.

  • 2 tygodnie później...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...